Łukasz (III) - Deszcz

Łukasz (III) - DeszczRozdział III – Deszcz

Muzyka nie przestawała grać, tak samo jak i nasze usta. Rozpalone wargi wzajemnym muskaniem tworzyły najpiękniejsze rytmy świata. Nie mogłem się powstrzymać, całowałem coraz mocniej i namiętniej. Lekko się kołysaliśmy w rytmach grającego gdzieś w tle banjo. Całowałem jak głupi. Jak szaleniec. Jak jego wargi byłyby ostatnimi na świecie. Jakby były najcenniejszym skarbem. Skarbem miasta, państwa, świata… Jego długie ręce błądziły i kręciły się po moich nagich plecach. Dociskałem go do siebie coraz mocniej, a ten pchnął mnie na ścianę. Na chwilę zatrzymał się i ze zdecydowaniem przeniósł rozpalone, krwiste wargi na moją szyję. Przebiegł mnie przyjemny dreszcz i marzyłem, by już nigdy więcej mnie nie opuścił. Błagałem o więcej, a on powoli spełniał moje najskrytsze marzenia.  

Jego gorące pocałunki po klatce piersiowej rozpalały bardziej, niż brazylijskie słońce w wakacyjnym sezonie. Przeczesywałem jego brązowe, średniej długości włosy. Łapałem mały kosmyk i oplątywałem go sobie wokół palca, by następnie puścić i zrobić to ponownie. Rozkosz wypełniała moje ciało. Byłem cały nią nabuzowany.  

Pozbawił mnie reszty garderoby, jaką na sobie miałem. Zauważyłem krzesło obok nas, ale zamiast na nie, moje spojrzenie padło w stronę dochodzącej muzyki. Zobaczyłem banjo, z którego wydobywały się wcześniejsze rytmy. A potem spojrzałem na chłopaka, który na nim grał. Głowę mniejszy ode mnie, blondyn z krótkimi włosami. Wyglądał jak każdy normalny uczeń liceum, niczym takim się nie wyróżniał. Po chwili zrozumiałem, że to Wojtek. Zacząłem się zastanawiać po jaki chuj Wojtek gra na banjo, kiedy Kacper błądzi swoimi rozpalonymi wargami po moim ciele. Spojrzałem na krzesło obok nas. Dawno mi się nie śnił. Wujek Mirek. Obserwował nas. Mnie i Kacpra. Jego spojrzenie było wściekłe… Było zawiedzione. Jego spojrzenie mówiło, że zamierzał mnie za to ukarać. Tylko jak? Tego nigdy nie potrafiłem przewidzieć. Jakakolwiek nie byłaby to kara, zawsze zaczynało się od zdjęcia skórzanego, czarnego paska. Nienawidziłem go tak samo, jak jego właściciela. Potem musiałem opuścić swoje spodnie i czekać. Czasami miałem szczęście i trwało to tylko chwilę, lecz czasami wymierzanie kary trwało wieki…  

Mój pierwszy sen w zakładzie był dość oryginalny. Po przebudzeniu się, nie do końca ogarniałem co się dzieje. Działy się trzy różne rzeczy na raz. Czułem, że moje policzki rozgrzane są do czerwoności, że mój przyjaciel również jest rozgrzany, ale temu wszystkiemu towarzyszyło małe poczucie strachu po końcówce snu. Dopiero z czasem zrozumiałem, że nie muszę się już go bać. Tutaj nic mi nie mógł zrobić. Tutaj nie miał nade mną kontroli, nie mógł już mną sterować tak, jak dawniej. Nie mógł nic. Cieszyła mnie jego bezradność względem mnie. Ciekawe, czy to teraz on bał się mnie. To pytanie męczyło mnie przez dobry tydzień pobytu tutaj.  

Po pamiętnym śnie, moje życie zaczęło się na nowo. Był już poranek, a niedługo po moim przebudzeniu, przebudziła się reszta placówki. Dzień zacząłem od porannego, zimnego prysznica. Ostatnio odzwyczaiłem się od rannego wstawania, bo po zatrzymaniu przez policję i podczas sprawy sądowej nie chodziłem do szkoły. Nie byłem tam mile widziany. Nie chcieli w prywatnej szkole agresywnego dzieciaka i po cichu zwolniono mnie stamtąd. Jednak tamtego dnia sam wstałem przed wszystkimi. Po prysznicu był czas na śniadanie w stołówce, a potem było trzeba udać się z powrotem do swoich pokoi i przygotować na lekcje. Już pierwszego dnia zauważyłem, że strasznie dużo tu chodzenia i kręcenia się po budynku. Lekcje nie odróżniały się niczym innym od tych, które miałem w szkole.  

Po zajęciach zostałem wezwany do mojego opiekuna, pana Banasia.  
     – Dobry. Coś przeskrobałem? – spytałem się, wchodząc do jego gabinetu.
     – A chcesz mi się do czegoś przyznać? Może wtedy przyznam mniejszą karę.  
     – Wkręca mnie pan – skomentowałem z grymasem niezadowolenia na twarzy.  
     – Ktoś bardzo chce cię poznać – spojrzał na mnie, a potem ponownie zanurzył nos w stercie papierów na burku.  
     – Wspomniał pan temu komuś o moim napiętym grafiku?  
     – Przejrzałem go i znalazłem jeden wolny termin na dziś.  
     – To kim jest ten szczęściarz?  
     – Pani Sikora. Jej gabinet jest na końcu korytarza. No już, czeka na ciebie.  

Opuściłem gabinet pana Banasia i ruszyłem w stronę ostatnich drzwi na korytarzu. Chłopacy mówili, że strasznie patrzą tutaj na punktualność, więc pośpiech przeważył nad moimi rozterkami kim może być pani Sikora. Dotarłem do drzwi, na których wisiała czarna plakietka. Anna Sikora, psycholog. Westchnąłem ciężko i zapukałem do drzwi. Po chwili usłyszałem, że mogę wejść. Gabinet pani Anny był tutaj chyba najładniejszym. Co prawda do tamtej pory widziałem tylko dwa, ale jej się wyróżniał. Było tam o wiele nowocześniej. Niczym jak w prawdziwym gabinecie psychologa. Kiedyś chodziłem do jednego, gdy byłem mały. Było to jakoś zaraz po pogrzebie mamy. Nie do końca był to pogrzeb, bo ludzie, którzy porwali moją matkę nigdy nie oddali jej ciała. Przynajmniej tyle zrozumiałem kilkanaście lat temu. Ojciec uważał, że przydadzą mi się wizyty i rzeczywiście pomagały mi. Nauczyłem się spokojnie zasypiać po kilku sesjach z przemiłą psycholożką. A potem sesje się skończyły, bo wujek Mirek uważał, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Ojciec w końcu się z nim zgodził i oboje uznali, że to oni będą się mną zajmować, a nie jakiś tam psycholog. Tylko że ojciec nie miał czasu na nic, a co dopiero na zajmowanie się mną. Interesy go potrzebowały, więc moim wychowaniem "zajął się" wujek.

     – Witaj, Łukaszu – czarnowłosa psycholog podała mi rękę na przywitanie.  
     – Dzień dobry – zająknąłem się, nie do końca pewien, czego ode mnie chce.  
     – Usiądź sobie – wskazała na sofę, a sama usiadła wygodnie w krześle. – Chciałabym ci zadać kilka pytań i trochę cię poznać.  
     – Nie pani pierwsza…  
     – To może zacznijmy od najprostszego pytania. Jak się dziś czujesz?  

Uwielbiałem takie głupie pytania. Jakże mogłem się czuć, zamknięty w zakładzie poprawczym? Gdybym powiedział, że wspaniale, to pewnie wcisnęliby mi rolę w reklamie placówki. Stałbym na tle głównego budynku i w samych superlatywach wypowiadał się o tym, jak jest tu wspaniale. Dostałbym scenariusz, w którym pisałoby mniej więcej tak:  

Łukasz się uśmiecha. Pudrujemy mu twarz, by nie świecił się, jak psu jajca. Zakrywamy worki pod oczami, w końcu każdy u nas się wysypia. Stoi luźnie, jak każdy siedemnastolatek. Z boku, na ogromnym trawniku dajemy jakichś bachorów grających w piłkę nożną. I wtedy Łukasz zaczyna z monologiem:  

Zakład poprawczy nieopodal Zakopanego i granicy ze Słowacją odmienił moje życie. Dzięki niemu i jego wspaniałej załodze zrozumiałem, że w życiu można znaleźć inne rozwiązania niż agresja, ucieczka, alkohol i inne używki. Zrozumiałem, że życie jest piękne, a my, ludzie, jesteśmy panami własnego losu. Nie zmienimy tego skąd jesteśmy, ale możemy zmienić to, dokąd pójdziemy. Zakład poprawczy wdrożył w moje życie wiele pozytywnych zmian, ty też to zrób, przeznaczając nam jeden procent swojego podatku. To nic nie kosztuje!

     – Zanim dodam cię do którejś z grup terapeutycznej, chciałabym cię bliżej poznać. Stąd te wszystkie pytania. Mam tutaj wiele raportów mówiących o tobie, ale sama wolę ocenić sytuację – mówiła, wpatrując się w teczkę, którą trzymała na kolanach. – Jakie są twoje relacje z chłopakami, z którymi dzielisz pokój oraz kolegami z klasy?  
     – Wojtek i Kacper są naprawdę w porządku. Pokazali mi placówkę i byli dla mnie naprawdę życzliwi. Lepiej trafić nie mogłem. Co do kolegów z klasy, to dopiero co ich poznaje. Wyglądają na w porządku.  
     – Jak minęła ci pierwsza noc u nas?  
     – Dobrze – skromnie się uśmiechnąłem na wspomnienie swojego snu. – Szybko zasnąłem, bo byłem nieźle zmęczony, ale potem się przebudziłem. Chwilę nie mogłem spać, ale potem ponownie zasnąłem i obudziłem się tuż przed dzwonkiem.  
     – Ranny ptaszek z ciebie, że pierwszego dnia obudziłeś się od razu przed dzwonkiem? – zaśmiała się.  
     – Raczej nie. Przeważnie lubiłem sobie pospać.  
     – A jak odczuwasz zmianę klimatu? Nie bolała cię głowa, nie kręciło ci się w niej? Rozumiesz, na samym południu mamy dość inny klimat niż w Warszawie. Co nie jestem w Warszawie, to okropnie boli mnie głowa.  
     – Przynajmniej mamy duży basen narodowy – zaśmiałem się.  
     – Jesteś fanem piłki nożnej?  
     – Nie nazwałbym siebie znowu takim wielkim fanem piłki nożnej, ale jak nasi grają, to warto pooglądać.  
     – Tutaj jak grają nasi, to panuje szaleństwo. Wiesz kto najgłośniej dopinguje? Twój wychowawca. Większość zbiera się w pokoju rozrywki przed telewizorem i w skupieniu obserwują zmagania sportowców. Zawsze jest ubaw.  
     – Mam pytanie – powiedziałem po chwili. – Co to grupa terapeutyczna i dlaczego muszę tam być?  
     – To zajęcia w grupie ze mną i kilkoma innymi wychowankami. Rozmawiamy na różne tematy, raz w tygodniu. To obowiązkowa część pobytu tutaj – uśmiechnęła się.  
     – Takie coś jak spotkania anonimowych alkoholików? – skrzywiłem się.  

Chwilę jeszcze pogawędziliśmy i wyszedłem z jej gabinetu. Pani Ania, bo tak prosiła, by się do niej zwracać, wyglądała na dość miłą psycholog. Nie była jakąś zawistną i wścibską babą, jakiej oczekiwałem przed zapukaniem do drzwi jej gabinetu. Minąłem się z panem Banasiem, który dał mi listę dyżurów. Wieczorem tego samego dnia czekało mnie sprzątanie na stołówce po kolacji i tak przez następne dwa tygodnie. Ależ się cieszyłem z tego powodu.  

     ***  

Minęły dwa tygodnie, odkąd trafiłem do zakładu. Już zdążyłem poznać większość osób tutaj. Nie były to złe osoby, po prostu były zagubione. Podobnie jak ja. Jedni mniej, drudzy bardziej. Siedziałem sam na dworze z lekturą, którą zadali nam na lekcjach. Było chłodno, lecz ciepło się ubrałem. Lektura nie była zbyt ciekawa. Uwielbiałem czytać książki, ale tylko te, które sam sobie wybrałem. Jeśli narzucano mi jakiś tytuł, czułem się źle i kompletnie nie chciało mi się brać za czytanie. Po godzinie męczenia się, zamknąłem książkę i w spokoju obserwowałem teren dookoła mnie. Kacper miał dyżur i pomagał w kuchni, a Wojtek robił zazwyczaj to, co zawsze po lekcjach. Po prostu spał.  

Zdążyłem już dobrze ich poznać. Naprawdę nie mogłem lepiej trafić. Rozumieli mnie w zupełności, a na pewno Kacper. Chyba nadawaliśmy na tych samych falach. Był bardzo podobny do mnie. Często rozmawialiśmy do późna, a rano mieliśmy problemy ze wstaniem. Uwielbialiśmy tą samą muzykę i tego samego pisarza, Stephena Kinga. Oboje lubimy poczuć gęsią skórkę od jego opowiadań. King wprowadza w cudowną atmosferę. Niektórzy powiedzieliby nawet, że z początku nudzi swojego czytelnika, aż wreszcie przychodzi taki moment, że jesteśmy podekscytowani od tego momentu aż do ostatniej strony. Uwielbiałem to w jego książkach. Prawie zawsze zarywałem nockę, byle tylko dotrwać do ostatniej strony. Wiedziałem, że następny rozdział będzie jeszcze lepszy od tego, który już przeczytałem. Nie mogłem rozstać się z bohaterami jego opowieści. Uwielbiałem zatracić się w świecie, którzy stwarzał. Dobra książka była lepsza niż jakikolwiek narkotyk.  

Gdy tak siedziałem i w sobie zachwycałem się nad twórczością ulubionego pisarza, podszedł do mnie jakiś mały chłopak. Z daleka wyglądał, jakby miał jakieś dziesięć lat. Po chwili go rozpoznałem. To był ten sam, na którego dwa tygodnie temu napadli łysole, a ja go poniekąd obroniłem. Ostrożnie podszedł i spojrzał na książkę, którą trzymałem w ręce.  

     – Może zdążysz ją przeczytać przed końcem następnego roku – skomentował.  
     – Nie jest tak źle. Gdyby mi się podobała, to już dawno bym ją całą przeczytał.  
     – Mogę? – spojrzał na wolne miejsce koło mnie.  
     – Nie moja ławka, nie mogę ci zabronić.  

Chłopak wygodnie usiadł na ławce obok mnie i spojrzał w tą samą stronę co ja. Razem obserwowaliśmy boisko i chłopaków na nim grających w piłkę nożną. Jeden z nich akurat przystawiał się do rzutu karnego, a zainteresowanie było wielkie. Zawodnicy przeciwnej drużyny patrzyli na chłopaka z przerażeniem, a zawodnicy z drużyny przeciwnika czekali, by móc wybuchnąć z radości. Podbiegł pod piłkę, kopnął ją i trafił w same okienko bramki. Bramkarz był bez szans. Po chwili rozpoczęli grę na nowo.  

     – Ile ty w ogóle masz lat? – spytałem, przegrywając z pierwszym stopniem do piekła. Ciekawością.  
     – Trzynaście, a ty?  
     – Nie wyglądasz. Dałbym ci jakieś dziesięć – zaśmiałem się.  
     – Jeszcze urosnę! Za rok będę wyższy od was wszystkich – wydukał pewny siebie.  
     – To już prędzej my się skurczymy…  
     – Jeszcze zobaczysz!  

Był pewny siebie. Tym razem jednak miał rację, bo ja też przed długi czas byłem małym smerfem. Byłem bezbronny, co zostało wykorzystane. Dlatego też nie umiałem nie zareagować wtedy, gdy starsi go bili i wyłudzali od niego pieniądze. Zjadły by mnie wyrzuty sumienia, że mu nie pomogłem. Oberwałem przez to niezłe walnięcie w brzuch, ale ból fizyczny szybko mija. Psychiczny już nie.  

     – Masz jakieś imię? – spytałem podirytowany tym, że nie znałem jeszcze jego imienia.  
     – Każdy jakieś ma.  
     – A ty jakie masz?  
     – Właściwe do mojej osobowości – drażnił się.  
     – Mam nadzieję, że jest też właściwe do mojej pięści.  
     – Tomek.  
     Złożyłem pięść w żółwika i odpowiedziałem:  
     – Łukasz.  

     ***  

Pokój rozrywki był miejscem, w którym można było się zrelaksować i na jakąś chwilę zapomnieć, gdzie się jest. Co prawda zawsze były kłótnie o pilot od telewizora, joystick od konsoli i wszystko inne, ale dawało się tam wysiedzieć. Jacyś chłopacy siedzieli przed telewizorem i bawili się pilotem, a ja razem z Kacprem grałem w karty.  

     – Nie oszukuj – spojrzał na mnie, gdy dobrałem kolejną kartę.  
     – Przecież nie oszukuję – oburzyłem się.  
     – Bierzesz czwartą kartę z rzędu!  
     – To nie znaczy, że oszukuję. Po prostu nie mam co wyrzucić.  

Nasze pojedynki w makao były zażarte. Żaden z nas nie lubił przegrywać. Zresztą, kto lubi? Uwielbiałem spędzać z nim czas. Zapomniałem o wszystkim innym i cieszyłem się najmniejszymi rzeczami. Był kimś, kogo było mi trzeba. Nieskomplikowany, niezakłamany i uczciwy. Coraz lepiej się poznawaliśmy i przeczuwałem, że to wszystko skończy się dobrą przyjaźnią.  

     – Wiesz już, czy dostaniesz przepustkę na święta? – spytał.  
     – A mogę nie dostać? W końcu święta. Zresztą… jakoś mi nie zależy, mogę zostać tutaj…
     – Nie gadaj. Podobno święta tutaj są strasznie smutne… Rzadko dają przepustki nowym. Boją się, że nawieją. No ale jak będziesz dobrze się zachowywał, to spokojnie dostaniesz.  
     – Mówisz już jak pan Banaś – zmrużyłem oczy.  
     – Zapomniałem spytać… Daleko stąd mieszkasz?  
     – Mówiłem, że jestem z Warszawy.  
     – Gdybyś mówił, to bym zapamiętał – zaśmiał się uroczo. – Jaka dzielnica?  
     – Mokotów, a co?  
     – Uhu, na bogato! Ja "mieszkam" na Ursynowie. Moglibyśmy się spotkać na przepustce, tak daleko do siebie nie mamy – zaproponował, a potem na chwilę przymilknął, jakby się nad czymś zastanawiał. – Już wiem! Ty jesteś ten Kamiński, czyż nie? Tabletki, sieć aptek i te inne pierdoły od Kamiński Company?  
     – Nie chcę by kojarzono mnie tylko przez to – wydukałem z siebie.  
     – No coś ty, to mało ważne – powiedział, po czym dodał: – Twoja kolej.  

Nie lubiłem określenia "ten Kamiński". Nazwiska się nie wybiera, podobnie jak rodziny. Kilka razy już tak zostałem nazwany. Ostatnio na posterunku policji, do którego zostałem przewieziony po pobiciu. Zostałem od razu zaprowadzony do pokoju przesłuchań, a przy drzwiach ktoś spytał, czy chodzi o "tych Kamińskich". Co prawda to samo nazwisko nosi spory kawałek ludności w Polsce, lecz większości to nazwisko kojarzy się z wielką firmą farmakologiczną Kamiński Company. Firmą mojego ojca, a wcześniej jego ojca, czyli mojego dziadka. Przez ostatnie kilkanaście lat firma stała się gigantem na Polskim i Europejskim rynku. Od ośmiu lat Kamiński Company rozszerzyło swoją działalność i pootwierała własne apteki. O ile dobrze pamiętam, to jest ich blisko dwa tysiące.  

Kamiński Company zaczynało na produkowaniu leków tylko i wyłącznie przeciwbólowych, lecz z przepływem lat firma zaczęła produkować bardziej ambitne i potrzebniejsze leki. Firma szybko stała się dumą kraju i zyskała sporo sponsorów, co pozwoliło jej się rozbudować i poszerzyć działalność. Słuchałem tych wszystkich słów w kółko i w kółko. Nie raz w naszym domu zbierała się grupa ekspertów, lekarzy, naukowców i innych starych pryków, którzy rozmawiali o tym w kółko. Spokojnie poradziłbym sobie w poprowadzeniu konferencji prasowej firmy. Firmy, którą niby kiedyś miałbym przejąć.  

Na komendzie przesłuchiwał mnie sierżant Krawczyk, ten sam, który przyjechał wraz ze swoim partnerem na miejsce zdarzenia. Pokój przesłuchań nie był najprzyjemniejszym miejscem do pogawędek. Obdrapane ściany, wąski pokój i lustro weneckie. Byłem ciekaw, czy ktoś nam się przygląda po drugiej stronie. Ciekawe jak to jest, tak przysłuchiwać się komuś, gdy ten nie wie, że jest podsłuchiwany. Sierżant Krawczyk nie należał do najmilszych policjantów. Jedyną rzeczą jakiej chciał, to było to, bym zaczął gadać.  

     – Pytam ostatni raz, dlaczego pobiłeś Mirosława Kamińskiego, swojego wujka?  
     – A pobiłem? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie lekko zdziwionym głosem.  
     – Sam się do tego przyznałeś – sierżant powoli tracił panowanie nad sobą.  
     – Ah, no tak, racja. Wie pan… skleroza.  
     – Przestań pieprzyć i lepiej zacznij odpowiadać na pytania. Pobiłeś go tak, że ledwo przeżył.  
     – Jaka szkoda, że go nie dobiłem.  

Sierżant huknął pięścią w stół tak mocno, że aż podskoczyłem. Wyszedł z pokoju i trzasnął drzwiami. Gdybym wcześniej nie naoglądał się seriali telewizyjnych i nie wiedział, że przy drzwiach zawsze stoi jakiś policjant, to zwiałbym aż by się za mną kurzyło. Siedziałem cierpliwie na niezbyt wygodnym krześle i próbowałem opanować trzęsące się ręce. Jeszcze nie docierało do mnie to, co zrobiłem. Byłem w kompletnym amoku. Czułem się, jakbym był naćpany i stracił wszystkie zmysły. Okropnie bolały mnie pięści, bo ból w brzuchu już dawno minął. By zająć się czymś, przystawiłem środkowego palca do lustra obok mnie i zacząłem jeździć nim w tą i z powrotem. Był to mój sposób na powiedzenie "spierdalaj" temu, kto prawdopodobnie stał tam i mi się przyglądał. Po kwadransie sierżant wrócił do pokoju przesłuchań.

     Usiadł naprzeciwko mnie, splótł razem ręce i spytał:  
     – Zaczniesz odpowiadać na pytania?  
     – Pewnie, panie sierżancie.  
     – Broniłeś się przed nim?  
     – Na obronę było już za późno – odpowiedziałem po chwili.  
     – Co to znaczy?  
     – Nic, nic.  
     – Dobrze, nie będę naciskał. Dlaczego byłeś jedynie w krótkich spodenkach?  
     – Ciepło było, nie lubi pan sierżant czasem pochodzić w samych gaciach po domu?  
     – Powiedz mi tylko dlaczego go pobiłeś. Zrozum, że za tak brutalne pobicie możesz naprawdę źle skończyć…  
     – Rozumiem, panie sierżancie. To chyba ten moment, w którym proszę o adwokata.  
     – Jest już w drodze, musieliśmy zawiadomić twojego ojca.  
     – Super – westchnąłem na samą myśl o moim ojcu, który musiał zerwać się z jakiegoś spotkania ze swoim adwokatem.  

Wygrałem partię w makao z Kacprem i zaczęliśmy grać rewanż. Uśmiechał się cały czas. Czy wygrał, czy przegrał. Podejrzewałem, że moja obecność działała na niego tak samo, jak jego obecność na mnie. Zaczynałem pomału się przed nim otwierać. Nie mogłem tak po prostu zamknąć się na każdego. Nie pociągnąłbym zbyt długo. Wyglądało na to, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Oboje byliśmy chyba tak samo zagubieni w codziennym życiu, aż tu nagle się spotkaliśmy. Czas tutaj mijał naprawdę wolno, a plusem tego było to, że można było przemyśleć sporo rzeczy.

     – Wiesz może kiedy odzyskam swój odtwarzacz MP3? – spytałem Kacpra.
  
Odtwarzacz MP3 był jedyną rzeczą z tych, które miałem przy sobie, a nie mogłem wziąć ich ze sobą do swojego pokoju. Pan Banaś go zabrał, bo nie zgadzają się na wartościowe rzeczy od pierwszych dni. Pewnie chciał sprawdzić mój gust muzyczny, czy coś takiego. Wieczorami zasiadał przy swoim biurku w gabinecie, wyjmował mój biały odtwarzacz i sprawdzał czego to Łukasz słucha. Demoralizujące utwory usuwał, a resztę zostawiał w świętym spokoju. Wyobraziłem go sobie tańczącego do mojej muzyki. Masakra.  

     – Ja swoją dostałem z powrotem po miesiącu. Wiesz… na takie elektryczne bajery trzeba sobie zasłużyć dobrym zachowaniem. To ma być nagrodą i takie tam – próbował zacytować pana Banasia. – Jak chcesz, to mogę ci czasem pożyczyć swoją.  
     – Jakiej muzyki słuchasz?  
     – Przeróżnej. Nie lubię muzyki, która nic nie wnosi. Raczej wolę utwory, które na jakiś tam sposób są śpiewaną poezją. Po prostu coś znaczą, jeśli wiesz o co mi chodzi.  
     – Wiem – zaśmiałem się. – Mam tak samo.  
     – Ulubiony zespół? – spytał i spojrzał na mnie ciekawsko.  
     – Hmm… Taki obecnie? W sumie to już od kilku lat, Myslovitz.  
     – Cholera…  
     – Co?  
     – Mój też – wyznał, po czym wystawił rękę, bym przybił piątkę.  
     – Teksty są wspaniałe i tak… uniwersalne. Są zarazem smutne, jak i wesołe. To wszystko zależy od twojego humoru, od twojego spojrzenia na świat, na rzeczy dookoła… No normalnie arcydzieło – zachwycałem się.  
     – Tak samo uważam. Dźwięki poruszają najczulsze miejsca duszy… Są tacy inni. Nie boją się przekazywać uczuć, myśli i poglądów. Czasami teksty są szokujące, a czasami można zauważyć pewnego rodzaju krzyk o pomoc. Pokazują prawdziwe, szare życie – mówił jak poeta, czytający swoje najlepsze dzieło przed całą salą słuchaczy, po czym zapytał: – Gdybyś tak miał wymienić jedną, jedyną, najulubieńszą piosenkę, to jaki byłby jej tytuł?  
     – Kurwa – szepnąłem, po czym oboje się zaśmialiśmy. – Trudne zadanie. Na pewno uwielbiam "Chciałbym umrzeć z miłości", ale to chyba nie jest aż taka najulubieńsza. Raczej "Deszcz", który za każdym razem mnie porusza.  
     – Nadciąga deszcz, na ulicach pusto robi się, zapada zmrok, a latarnie światłem gaszą mrok – zacytował pierwszą zwrotkę.  

Gdy pochyleni nad sobą rozmawialiśmy o twórczości ulubionego zespołu, do pokoju wszedł Wojtek, który zamiast grę w karty z nami, wybrał sen.

     – Siema, hazardziści – skomentował karty na stole i dodał w moją stronę: – Banaś coś od ciebie chce, podobno masz widzenie.  
     – Widzenie? – zdziwiłem się.  
     – No mówił coś, że jakiś kuzyn. Kurde, zapomniałem. W ogóle Banaś ma jakieś imię? Tak długo jak tu jestem, tak wciąż nie wiem, jak on się nazywa – przewrócił oczyma Wojtek.  
     – Ty wiesz, że ja też nie wiem? – zaśmiał się Kacper.  
     – Kuzyn? Toć mój kuzyn ma jakieś trzy lata, na pewno coś przekręciłeś.  
     – Kuzyna jestem pewien na sto procent – wytknął język i przysiadł się do nas.

Jabber

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał, użył 4165 słów i 24106 znaków.

9 komentarzy

 
  • Yuuchirokun

    Omfg zaje. naprawdę czekam na następną część ;3 a początek tej części mmmmmmm sprawiał jakbym ja sam to przeżywał xd wgl gdy ktoś myśli zakład poprawczy to odrazu jest szary obraz kraty i wgl niewola a ty opisujesz to w kompletnie innym świetle.nie powiem ze brakuje mi tej romantycznej atmosfery ale to raczej dlatego ze chce jak najszybciej się dowiedzieć co będzie z nimi potem.a sposób w jaki ty to wszystko opisujesz jest poprostu wspaniały,?sprawia ze mam wrażenie ze sam tam jestem i to czuje

  • ja

    cudowne czekam z niecierpliwością na kolejne części...masz naprawdę wielki talent...no czekam :D

  • ania

    Wczoraj przeczytałam wszystkie Twoje dostępne opowiadania, i cóż, mogę powiedzieć, że super, super, super.Ładnie stylowo, ortograficznie też dobrze.
    Pięknie opowiedziana historia miłosna (Serce do serca), jestem pod ogromnym wrażeniem!!!!!!! Masz duży potencjał. Gratuluje!!!!!!!!!! :smile:

  • Jabber

    Co do wątków miłości, to niekoniecznie chodzi tutaj tylko o miłość pomiędzy tymi dwojga. To bardziej opowieść o potrzebie miłości oraz jej braku, stąd też podpięte zostało to pod "miłosne". Tak było najłatwiej, bo naprawdę trudno jest określić tą historię jednym gatunkiem. :smile:

  • Lils

    To opowiadanie zdecydowanie wprowadza w przyjemny nastrój.. ;) nie odrywałam się nawet na moment od świata bohaterów podczas czytania ;). Rewelacja!

  • Kubolo

    Jak zacząłem czytać, to zastanawiałem się, czy czegoś nie doczytałem w poprzedniej części, ale później zorientowałem się, że to sen. :lol2: Kurcze nie mam trochę jak ponarzekać na brak przecinków. Za szybko się poprawiasz! W sumie rażących błędów nie widziałem, za co wielki plus. Podoba mi się też, że opowiadanie nie jest takie typowo miłosne. Że bohater nie myśli cały czas o rodzynku i obserwuje go po kryjomu. Poznają się jak zwykli koledzy i to jest naprawdę interesująca zapowiedź!

  • i♥it

    Dobrze napisane.  Jedyne do czego można się czepić to jeden, może dwa błędy, których i tak większość nie zauważy :P cieplutkie pozdrowionka. Trzymaj tak dalej!  ;)

  • Mattunel

    <3

  • LittleScarlet

    Omnomnom :3 Wydawać by się mogło, że to już trzecia część, a tu jakoś mało tej miłości, ale mnie to w ogóle nie razi. Wręcz przeciwnie, niesamowicie mi się podoba, że ta historia idzie swoim rytmem. Mam jedynie dwa drobiazgi, do których chce się przyczepić. Mniej więcej w połowie tekstu jest czasownik w trybie przypuszczającym z oddzielnie napisaną końcówka "by". No i jeszcze to "tylko i wyłącznie" niby nie błąd, ale trochę... uwiera.