Mężczyźni II

Victor spogląda na mnie i uśmiecha się tak jednoznacznie, że tylko ślepy nie zauważyłby, co się święci. Poprawia czarny krawat, a po chwili rozluźnia go, jakby właśnie wrócił do domu i nie musiał się niczym przejmować. Wstaje od biurka.  
Wzdycham, powracając do papierów.  
Szczeniak.  
- Nasza pani dyrektor nie jest dzisiaj w humorze - słyszę jego niski, zmysłowy baryton.  
- Wracaj do pracy, Victor - nie patrzę na niego, ale wiem, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że jego spojrzenie robi się coraz bardziej uporczywe, a w ciemnych oczach wyświetla się obraz jakiegoś dobrego pornola.  
- Skończyłem na dziś - odpowiada bez namysłu i opiera się dłońmi o blat biurka.  
- Świetnie, w takim razie możesz odmaszerować i wrócić do domu - wyciągam kalkulator, przerzucam papiery.  
- Emma - szepcze, powstrzymując moją rękę od dalszej pracy.  
- Claudia nie czeka na ciebie z obiadem? - odsuwam dłoń, wyczuwając nieprzyjemne iskierki bijące od jego szorstkiej skóry.  
- Zawsze musisz być taka sztywna, co? - śmieje się pod nosem, prostując, jak struna.  
- Nie, Victor - na tę jedną, złudną chwilę powstrzymuję się od jakiejkolwiek pracy, aby uważnie przyjrzeć się jego twarzy i, żeby wszystko, każdy szczegół idealne do niego dotarł. - Robię wyjątki dla osób, które na to zasługują, rozumiesz? Teraz wracaj do Claudii, dzieci i odpuść sobie w końcu bycie napalonym szczeniakiem, bo nic z tego nie wyjdzie, a prędzej stracisz dobrą posadę - dodaję, widząc, jak z każdym słowem zaciska usta i gniewnie wpatruje się w moją twarz.  
Nie mówi nic, po prostu wychodzi.



Papieros w mojej dłoni powstrzymuje na chwilę potworny ból.  
Zaciągam się, potem wypuszczam dym i powtarzam tę czynność jeszcze kilka razy.  
- Mizernie wyglądasz - słyszę za sobą znajomy, kobiecy głos.  
Uśmiecham się albo prędzej sztucznie wykrzywiam.  
- Bywało lepiej - stwierdzam, podając jej paczkę. Wyciąga jednego mentola i wkłada go sobie do ust.
- Facet, co? - Eliza uśmiecha się porozumiewawczo, szukając w kieszeni zapalniczki.  
Kiwam głową.  
Palimy w ciszy, żadna z nas nie mówi nic więcej, bo po co?
To bardzo inteligentna kobieta z niesamowitym wyczuciem, elegancją i masą innych zalet.  
Czasem wychodzimy na kawę, zakupy czy małą pogawędkę taką, jak teraz w smutnym otoczeniu papierosowego dymu.  
- Przejdzie ci - wyrzuca niedopałek i zerka na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. - Faceci mają to do siebie, że szybko potrafią nas omamić, przyciągnąć, pobudzić zmysły i uczucia, ale tak samo szybko tracą w naszych oczach, nie zastanawiając się nad swoimi czynami i słowami - dodaje, po czym klepie mnie przyjacielsko po nagim ramieniu i znika wewnątrz biura.  
Tylko jedno słowo przychodzi mi w tym momencie na myśl - kurwa mać.



Zaprosiłam Elizę do siebie.  
Taki mały, babski wieczór z dobrym winem, muzyką.  
- Emma, pamiętaj, facet jest, jak autobus - uśmiecha się, podając mi butelkę dobrego trunku. - Nie ten, to następny! - wyrzuca ręce w powietrze, tryskając entuzjazmem, ale ja wcale tego nie czuję.
- A co, jeśli ten autobus był tym, czego akurat potrzebowałam? Co, jeśli jego kolory to limited edition? - wzruszam ramionami, przymykając oczy.  
Eliza wybucha śmiechem i nalewa wina do kieliszków.  
- Każdego faceta da się zastąpić - mówi z przekonaniem, jak pewna siebie, inteligentna nauczycielka.  
- Uwierz, tego się nie da a ja popełniłam straszny, niewybaczalny błąd - szepczę, wypijając na raz całą zawartość kieliszka, a z ust Elizy wydobywa się pisk. - Ktoś w końcu zmienił się dzięki mnie, chciał być lepszy i taki był, a ja, cholerna idiotka, pozwoliłam go ośmieszyć i zawieść - śmieję się ponuro.  
- To dlaczego jeszcze tu siedzisz? - pyta, łypiąc na mnie niebieskim okiem.  
- Byłam tam, moje miejsce zastąpił już ktoś inny - nalewam kieliszek do pełna.  
- W takim razie nie masz czego żałować, jednak był dupkiem. Zdejmij różowe okulary. Jesteś piękną, atrakcyjną kobietą, możesz mieć każdego i dlatego mam plan! Cholernie dobry plan! - krzyczy podekscytowana i mimo protestów, łapie mnie za rękę.


Jesteśmy w klubie.  
Cholernym, paskudnym klubie, gdzie przewija się milion ludzi a każda z osób, obok której przechodzę, wgapia się we mnie natarczywie, lustrując mnie od stóp do głów.
Nic dziwnego, skoro Eliza ubrała mnie w granatową, obcisłą, rzucającą się w oczy kieckę.  
Czarne szpilki podkreślają moje smukłe nogi, ale żałuję tego wyjścia z każdą sekundą.  
To nie mój klimat.  
- Rozluźnij się, dziewczyno! - próbuje przekrzyczeć muzykę, ale z marnym skutkiem.  
Jak mam się rozluźnić, skoro każdy facet patrzy na mnie, jak na coś, co może zjeść a potem pieprzyć do rana?
- Idę po drinka - klepię Elizę po ramieniu.  
Kiwa głową, ale jej ręce obejmują już jakiegoś wysokiego szatyna.  
Kręcę z niedowierzaniem głową.  
- Poproszę coś cholernie mocnego - mówię do barmana, kiedy zdołam już przecisnąć się przez tłum ludzi.  
- Bardzo? - śmieje się, puszczając do mnie oczko.  
Tak, jest przystojny. Wygląda, jak z okładki jakiegoś dobrego magazynu.  
- Jak diabli - odpowiadam.  


Barman ma na imię Dan. Rozmawiamy dość długo i jestem pod wrażeniem jego podzielności uwagi. Rozmawia z zamawiającymi drinki, przyrządza je drugą ręką, dodatkowo powraca oczami w moją stronę, kontynuuje temat i pamięta, co przed chwilą mówiłam.  
- Od dawna tu pracujesz? - dopijam już drugiego drinka i wcale nie chcę się stąd ruszać.  
- Dwa lata - jego młoda twarz rozpromienia się.  
Jestem pewna, że ta praca sprawia mu niesamowitą frajdę i lubi ten zapierdol, choć pewnie daje mu on nieźle w kość.  
- Nieźle - komentuję.  
Rozglądam się po sali w poszukiwaniu Elizy, ale przepadła gdzieś z nieznajomym.  
Nie chcę, naprawdę nie chcę wiedzieć gdzie.  
- Nie wyglądasz na kogoś, kto lubi takie miejsca - zauważa Dan.  
- Owszem, nie lubię - śmieję się, czując, jak alkohol powoli zaczyna działać, rozluźniać moje spięte mięśnie. - Wiem, wyglądam, jak sztywna pani profesor czująca wstręt do ludzi, którzy spędzają czas w ten oto sposób - odszukuję jego przystojną twarz, ale on wcale nie śmieje się razem ze mną.
- Nie, wyglądasz na kogoś, kto tu się po prostu zgubił i nie wie, co ma dalej zrobić ze swoim życiem - uśmiecha się smutno, a potem kładzie przede mną kolejnego drinka.
Piję go łapczywie.  
- Nieźle, Dan, naprawdę nieźle kombinujesz! - chwalę go, a na jego ustach pojawia się uśmiech numer chuj wie który, serio, ten facet jest obłędny.  
- Kończę za godzinę. Masz ochotę na spacer? - jego pytanie powoduje dziwny ucisk w żołądku, a pojawiające się czerwone wykrzykniki w mojej głowie nakazują mi uciec.  
- Chętnie - uśmiecham się, ignorując własne obawy.


Dan zaprowadza mnie w miejsce, w którym jeszcze nie byłam, choć mieszkam w tym mieście od urodzenia.
- To przykre, że takie perełki chowają się przed nami tyle czasu - rozglądam się dookoła, zatrzymując wzrok na moście świecącym w oddali mocnym, ciepłym światłem, na wodę, w której odbijają się przejeżdżające samochody, wielkie drzewa, jak wszystko majaczy, porusza się, płynie i znika.  
- Takie miejsca czekają na odpowiednią porę i ludzi - odpowiada Dan, napawając się widokiem.  
- Lubisz laski z kusymi kieckami, stopami pełnymi odcisków i do tego, które są bardzo, ale to bardzo pijane? - uśmiecham się, pozwalając sobie na niego spojrzeć.
Widzę wkradające się na usta rozbawienie.
- A jesteś bardzo, bardzo pijana? - pyta, odwracając gwałtownie w moją stronę, przez co trochę mnie peszy.  
Jego oczy są błękitne, świecą jasno, nawet w ogarniającym nas mroku.  
- Abonent czasowo niedostępny, prosimy zad...
Nim zdążę dokończyć, usta Dana są już na moich.  



Victor kładzie na moim biurku wypowiedzenie.  
Nie potrafię tego inaczej skomentować, po prostu chichoczę.  
- I co wpisałeś, jako powód? - pytam, nie mogąc się opanować. - Moja szefowa nie zgodziła się spełnić moich fantazji seksualnych i nie dała przelecieć?  
Jego twarz jest blada a spojrzenie nieobecne.  
- Żegnam - rzuca wzgardliwie, otwiera szklane drzwi i wychodzi.  
Problem z głowy.  
Śmieci same się wyniosły.


Piję wino, palę papierosa i tnę zdjęcia Gerarda.  
Wmawiam sobie, że wraz z nimi usunę wszystkie wspomnienia w głowie.  
Ktoś dzwoni do drzwi.
Wzdycham, zostawiam fotografie na krześle i naciskam klamkę.  
- To kilka drobnych rzeczy, które u mnie zostawiłaś.
Jego twarz nie wyraża niczego, jest może nawet przeźroczysta, nawet nie smutna, nie rozczarowana, po prostu przeźroczysta.  
Nie ogolił się, choć jego nowy garnitur jest idealnie wyprasowany i wygląda w nim cholernie dobrze.  
Stoję tak, patrząc na niego i milczę.
- Weźmiesz to ode mnie? - oczy Gerarda są puste, nijakie.  
Mrugam kilka razy i zabieram od niego szary karton.  
Ma zimne, szorstkie dłonie.  
- Widzę, że dobrze ci idzie - jego słowa dolatują do mnie, jak zza mgły, nie wiem, co ma na myśli.
Podążam za jego spojrzeniem.  
Pocięte wspomnienie.  
Ja i on.
Razem.
Pamiętam, kiedy podczas tego zdjęcia powtarzał, że jeszcze nikomu nie udało się go do tego zmusić ani namówić.  
- Gerard...
- Spieszę się do kancelarii, nie mamy o czym mówić, Emma - moje imię w jego ustach brzmi tak cholernie źle, tak obco.  
Zaciska dłonie, zaciska usta, potem zbiega po schodach.  
Żałuję, że nie wspięłam się na palcach, aby go pocałować, że nie chwyciłam za rękę, nie wciągnęłam do mieszkania.
Cholera.

Malolata1

opublikowała opowiadanie w kategorii inne i erotyczne, użyła 1736 słów i 9631 znaków, zaktualizowała 15 wrz 2017.

2 komentarze

 
  • Petrix

    Ale Ty kurde grasz na emocjach :D podoba mi się to :) jak i również ta część. Jestem na prawdę bardzo ciekaw czy w końcu znowu będą razem czy nie :D i powoli znowu coraz bardziej zaczynam lubić Emmę :) :bravo:

  • Malolata1

    @Petrix i coraz mniej Gerarda :D

  • Somebody

    Sequel godny bogini literatury :bravo:

  • Malolata1

    @Somebody ooooo, jak miło! :*