Scenka cz.1

Scenka cz.1 "Gdzie Diabeł całuje do snu".

Mam na imię Napoleon. Tak,wiem, że głupio. Mój ojciec jest fanatykiem historii.
Miał na punkcie Bonapartego większego bzika niż Rzeczki.
W każdym razie zdrobniale mówią mi Napek albo Leon.
Moje życie było życiem zwyczajnego nastolatka, aż do momentu, kiedy do mojej mamy dotarł list, który informował ją, że jej matka umarła i pozostawiła jej spadek.
Moja mama nie miała dobrych kontaktów z babcią. Nigdy jej nie poznałem.
Ponoć była wielką despotką i nie dało się z nią wytrzymać. Mama skakała ze szczęścia, kiedy skończyła 18 lat i mogła zerwać się z uwięzi.
Rodzice długo rozmawiali o spadku, koniec końców postanowili go przyjąć.
Spadkiem był dom babci i jakieś inne rzeczy. Moja babcia mieszkała w jakiejś zapomnianej dziurze w Bieszczadach, gdzie diabeł mówi dobranoc.
Wstawał słoneczny dzień, a my już byliśmy w aucie i jechaliśmy na pogrzeb babci.
Jechaliśmy cały dzień, a podziwianie widoków znudziło mi się po godzinie.
W aucie atmosfera była grobowa, w końcu jechaliśmy na pogrzeb.
W pewnym momencie pogoda i otoczenia zaczęło się zmieniać. Słońce zaszło za chmurami. Zrobiło się ciemno i ponuro. Wzgórza otaczające ich wyglądały mrocznie i złowrogo. Wszędzie były lasy, a drogi z asfaltowych zmieniły się w żwirowe.


-Pogoda w sam raz na pogrzeb-skwitował ponuro mój ojciec.

Po tak długiej ciszy jego głos zabrzmiał, jak huk wystrzału.
Nikt nic nie odpowiedział. Dochodziła 17,kiedy wjechaliśmy do wioski.
Wioska to najlepsze słowo określające to, przez co przejeżdżali.
Spośród drzew wyjechali do niedużej doliny. Wszędzie wkoło otaczały ich góry.
W wiosce było tylko kilkanaście domów, jeden bardzo stary kościół i sklep spożywczy.
Wioska wyglądała, jakby zatrzymała się w czasie, na początku XX wieku.
Jechali piaszczystą drogą, czując się jak podróżnicy w czasie.
Zatrzymali się na końcu wioski, gdzie stał stary, drewniany kościół.
Zaraz przy nim znajdował się cmentarz, na którym miała być pochowana babcia.
Mój ojciec zatrzymał auto obok bramy kościelnej.
Wyszliśmy i powolnym krokiem udaliśmy się na cmentarz, gdzie miała się odbyć ceremonia.
Na pogrzebie był tylko ksiądz, kościelny i grabarz. Wszyscy patrzyli na nas, jakby już się niecierpliwili.
Ksiądz był wysokim i tęgim mężczyzną. Miał niebieskie oczy, martwe jak oczy ryby.
Na jego głowie została już tylko aureola siwych włosów.
Kościelny natomiast wyglądał jak dzwonnik z Notre-Dame. Niski i zgarbiony mężczyzna. Miał chytre i małe oczka, a cała jego twarz była pokryta zmarszczkami.
Grabarz z kolei to prawie dwumetrowy, barczysty mężczyzna. Posturą bardziej przypominał drwala niż grabarza. Miał czerstwą twarz, z kilku dniowym zarostem. Miał na sobie stary frak, cylinder i podpierał się na bogato zdobionej lasce.
Ksiądz zaczął odprawiać ceremonię. Nie trwała długo. Kiedy skończył, rodzice podeszli, żeby "pożegnać" się z nieboszczką. Kiedy już odstąpili od trumny i ja postanowiłem wreszcie "poznać" babcię.
Ku mojemu zdziwieniu nie wyglądała, tak jak ją sobie wyobrażałem. W moich oczach zawsze była siwą i zgarbioną staruszką. Tymczasem w trumnie leżała kobieta około 50-lat. Do tego wyglądała dość młodo, i gdyby nie byłą to moja babcia...która nie żyje, to powiedziałbym nawet, że wyglądała atrakcyjnie. Długie kasztanowe włosy, na których nie było śladów siwizny, delikatna twarz z lekkimi tylko oznakami starości. Pełne usta i wydatne kości policzkowe. Do tego była dość szczupła. Można by ją uznać, za starszą siostrę mojej mamy.
Chwilę przypatrywałem się babci, jakby oczekując, że coś się stanie.
Nic się nie wydarzyło. W końcu musiałem odejść od trumny.
Ksiądz zaintonował modlitwę, a grabarz i kościelny zaczęli zsuwać trumnę do przygotowanej mogiły. Piasek szybko zakrył trumnę i już po chwili kościelny wbił krzyż w kopiec.
Pogrzeb babci dobiegł końca. Poczuliśmy zimny wiatr, wiał od wschodu. Spojrzeliśmy w tamtą stronę. Zza gór, szła w stronę doliny czarna ściana deszczu. Szykowało się na niezłą ulewę. Obok nas nagle zjawił się młody człowiek, o nienagannych manierach.
Miał około 190 cm wzrostu, był bardzo szczupły. Miał blady kolor skóry, jasne włosy i przyklejony do twarzy sztuczny uśmiech.

-Dzień dobry, jestem notariuszem z pobliskiego miasta, moi mocodawcy nakazali mi zapoznać państwa ze spadkiem po państwa krewnej.-powiedział z nienaganną dykcją, nie zmieniając ani na chwilę wyrazu twarzy.

-Eeeee, to dobrze.-odparła moja mama, lekko zakłopotana.

-Proszę wsiąść do auta i pojechać za mną, chyba zbiera się na deszcz.-powiedział młody notariusz, jakby opowiadał o pikniku.

Szybko wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy za notariuszem. Wyjechaliśmy z dolinki i zaraz za nią, stał ogromny biały dom w starym stylu.
Odróżniał się od innych domostw. Wyglądał jak przedwojenna willa. Budynek miał dwa piętra, jeśli liczyć parter. Był cały pomalowany na biało.
Było w nim coś monumentalnego, jakby wyrastał ze skał. Z drugiej strony, napawał jakąś dozą lęku. Wyglądał jak człowiek udręczony przymusem utrzymania potwornej tajemnicy.

Philips123

opublikował opowiadanie w kategorii horror i kryminalne, użył 942 słów i 5364 znaków.

5 komentarzy

 
  • mela

    Dobre!

  • Somebody

    Jest kilka błędów, ale nikt nie jest doskonały. Łapka na zachętę :)

  • Maciasz

    Zaczyna się powoli robić ciekawie, pisz dalej, czekam na następne

  • Trygon

    Bardzo fajne