Trening wyobraźni z opowi. Cześć druga.

Wrócił po kryjomu do wioski, to co tam ujrzał, zmroziło go aż do duszy. Dawne piękne drzewo mieszkalne zamieniło się w kamienną rzeźbę, a wszystko wokół niego stało się tym samym. Każdy, co do jednego został tak przemieniony. Nie miał czasu, by dłużej o tym myśleć, z daleka usłyszał warczenie i dudniące kroki. Podczas próby stania na dwóch nogach znad drzewa wyłonił się ogromny wilczy pysk. Orwina sparaliżował strach, jednak chcąc uratować Aleks, musiał działać.
   Zamiast biegnąć, zaczął się czołgać, serce niemal wyskoczyło mu z piersi, przechodząc niedaleko wielkich łap. Kontynuował przemieszczanie się, póki nie dotarł do głębszej warstwy lasu. Oparł się o drzewo i myślał co dalej:
– Kur pośród leśnej kniei... Gdzie ja znajdę koguta w lesie. Zaraz, zaraz. Jeśli dobrze pamiętam, od dziecka nas przestrzegano, przed wejściem w głąb naszego lasu. Ponoć mieszkał tam stwór, który naśladował różne dźwięki, w tym pianie koguta. Może właśnie o to chodzi? – wstał, by następnie skierować się w te rejony, gdzie żaden człowiek się nie zapuszcza.
   Błąkał się tam tak długi czas, że głód zaczął mu dokuczać. Ze strachu przed bestią, nie miał żadnych zapasów, jednak coś zjeść trzeba. Między źdźbłami trawy zauważył grzyba, bez chwili zastanowienia zerwał go i przybliżył do ust. Jakiś cichutki, piskliwy głos z dołu zawołał:
– Puść naszą królową, ty chamie i prostaku – Zdziwiony rozejrzał się za źródłem. Tam, gdzie jeszcze nie dawno było zielono, teraz roiło się od maleńkich istot, celujących do niego z łuków. Coś w jego ręce zaczęło się wiercić, uwieziona w dłoni, mała dama rzekła:
– Tak się nie traktuję władcy, proszę natychmiast mnie opuścić. – Powoli opuścił ją na konar drzewa. Królowa poprawiła swoje pomięte ubranie i spytała:
– Co sprowadza człowieka w te rejony? To nie wasza ziemia i zawsze omijaliście ją z daleka.
– Zgadza się o pani. Szukam niezwykłej rzeczy. Pustego ciała...
– Mówisz o postaci młodej niewiasty z przerażeniem na twarzy?
– Owszem, czy widzieliście coś takiego?
– Być może choć za nami – Królowa oraz jej ludzie nagle urośli do wzrostu przeciętnego człowieka. Z uwagi na zdziwienie Orwina, powiedziała, nie przestając iść:
– Zaraz oczy ci uciekną. Rozumiem twoją reakcję, ale my nie jesteśmy ludźmi, mamy swoją magię i sposób życia. Nasz czas biegnie wolniej od waszego, musimy więc myśleć inaczej. Dzięki zmniejszeniu rozmiaru oszczędzamy na wszystkim oraz żyjemy razem z naturą. To, czego szukasz, jest tutaj – wskazała, odsłaniając wejście z liści. Na zamkniętej łączce znajdował się posąg z drewna, na pierwszy rzut oka nic dziwnego, dopiero przy przyjrzeniu się można odkryć jego prawdziwą tożsamość. Podbiegł bliżej, upadł na jedno kolano i delikatnie zaczął, gładzić drewniane obliczę. Zza pleców usłyszał:
– Nie możemy ci jej oddać.
– Co? Dlaczego?
– Nie ma nic za darmo, ty pomożesz nam, my pomożemy tobie.
– Co mam zrobić? – rzekł Orwin, zaciskając zęby.
– Niedaleką okolicę zamieszkuję troll. Zjada on naszych ludzi, niszczy nasze uprawy. Zabij go, a dostaniesz, to co pragniesz. Machnęła ręką, szepcząc coś w języku elfów, po chwili pomiędzy drzewami, pojawiło się światło. Wskazała na nie:
– Przejdź przez ten portal, a dostaniesz się w pobliże legowiska bestii. – Uczynił, tak jak chciała.
   Smród potwora czuć było już tutaj, kierując się nim, ruszył dalej. Przy rozstaju ścieżek spotkał znajomego sprzedawcę spytał:
– Jak ty to robisz, że spotykam cię zawsze przed sobą... Nie ważne, po co tu jesteś?
– Ja? Stoję sobie i przyglądam się. Widzisz tego węża – w ręku trzymał metrowego przerażającego gada – fallitur visus, tak go zwą. W razie ataku rozciąga swój kołnierz i syczy. Jego ugryzienie ma zabijać. Nonsens, jego działania są tylko pozorne i mają odstraszać. Ugryzienie boli, ale on nawet jadu nie ma... A jednak tak wielu się go boi. O to moja mała historyjka dla ciebie. Słońce zachodzi, czas na mnie.
– Przecież jest dopiero południe, eh i znów zniknął. Co za dziwak – machnął ręką w geście rezygnacji. Kontynuował wędrówkę, aż dotarł w pobliże jaskini. Przed nią spał winowajca śmierci wielu Elfów. Podcięcie gardła i załatwione, taki olbrzym ma wielkie żyły, więc łatwo pójdzie. Wyciągnął swój miecz i powoli skradał się do śpiącego. Już podnosił broń przeciwko niemu, gdy usłyszał:
– Co ty chcesz zrobić mojemu tacie? – Odwrócił się, obok niego stało małe dziecię Trolla. Zbaraniał, w międzyczasie obudził się jej rodzic, wziął ją na ręce i odskoczył przed wejście.
– Tatusiu co się dzieje, czemu ten mały pan ma nóż? – spytała mała.
– Wracaj do jaskini i nie pokazuj się, póki cię nie zawołam...
– Ale tat...
– Do środka, ale już... Co, te szczury Elfy cię przysłały? Wiedziały, że znam ich zapach i mnie nie podejdą, to wysłały człowieczka.
– Ty masz dziecko?
– Nie, tata troll ulepi sobie dziecko z mchu i paproci. Jasne, że mam. Czy rozmnażanie obejmuję tylko jeden gatunek?
– Zrobiłeś sobie z elfów jadłospis!
– Bo przepędzili moje zwierzęta! Gdyby nie oni moja rodzina nie musiałaby głodować, a ich ludzie żyliby. Durni roślinożercy, wielki troll nie naje się jakimiś korzonkami czy innym zielskiem...
– To nic nie zmienia.
– Durny człowiecze, głód nie jest wytłumaczeniem? Widać, nie poznałeś jego smaku... – Obaj szykowali się do bitki, przed jaskinie wyszły kolejne dwoje dzieci, z przerażeniem obserwując całą sytuację. Tylko łotrom, serce nie mięknie w obliczu, tak niewinnych istotek. Przypomniała mu się również historyjka tego dziwnego starca, przecież racja jednej strony, nie może być jedynym poglądem na całą sprawę. Schował miecz ku zdziwieniu potwora, ten nadal nie ufnie wpatrywał się w przybysza. Orwin usiadł na ziemi i rzekł:
– O co tak naprawdę chodzi w tym konflikcie? Przecież las jest duży, by pomieścić wszystkich.
– To te skośno uchę, mówią wspaniałe slogany, posługują się nimi kwieciście, a tak naprawdę pragną władzy i chcą narzucić swoje niemięsne argumenty każdej istocie.
– Nie ma jakiegoś złotego środka, by zażegnać konflikt? Jak cię zabiją, to w ich części gaju, w końcu zaczną się pojawiać ludzie. Tylko ty odstraszałeś ich od wejścia.
– No nie powiem, paru się ich zjadło... Ale i tak wole tłustą świnkę z rożna, jako przystawkę.
   Nagle za nimi otworzył się portal i wyszła z niego królowa wraz z licznym uzbrojonym orszakiem. Z wściekłością rzuciła:
– Dlaczego to coś jeszcze żyje?
– Ej paniusiu, to coś to ja. Wystarczy jeden cios, by was zniszczyć, małe elfiki! – podniósł rękę do ciosu.
– Przestańcie oboje! Nie myślicie, że dosyć śmierci i zniszczenia?
– A ty po czyjej stronie jesteś? Mamy ci, tę rzeźbę spalić? – wysyczała elfka.
– Pani proszę, uspokój się, złość przez ciebie przemawia. Wasz konflikt może tylko przynieść zniszczenie temu pięknemu miejscu, czy naprawdę ci, co miłują naturę, chcą tego? – zwrócił się do leśnych istot. Słysząc to, trochę ochłonęli. Orwin nie chcąc tracić czasu, zaproponował:
– Podzielcie ten teren na pół, bliższy teren zostawicie Trollowi, a sami zaszyjcie się w głuszy. Dzięki temu nadal będzie odstraszać przybyłych, za to wy będziecie mieli spokój. Każdy niech robi, co chcę na swojej połowie.
– Niech będzie – zgodziły się obie strony konfliktu. Podeszła do niego przywódczyni:
– Zdobyłeś mój szacunek, a to niezwykle trudna rzecz. Postawiłeś się nam, wiedząc o potędze naszej magi, proszę o to, co chciałeś. Jak tylko podnieśliśmy drewno z ziemi, zmieniło się w maleńki kryształ. Nie zgub go – Podała mu maleńki kamień, barwy brązowej.
– Dziękuje królowo.
– A i jeszcze jedno. Jakiś dziwny jegomość kazał m przekazać, cytuje "Pamiętaj, że oczy to nie wszystko. Patrz jeszcze sercem”. Nie wiem, o co mu chodziło, ale przekazuje, tak jak chciał.
   Nie czekając na dalszy rozwój wypadków Orwin ruszył dalej, obawiał się, by zmienna Pani Elfów, nie cofnęła swojego zdania. Wyszedł z lasu, dookoła niego znajdowały się same uprawy, ani nawet jednego małego pagórka. Jego następnym przystankiem miały być góry, mieszkał na równinach, skąd miał wiedzieć, gdzie one są? Z pola zbóż odezwał się głos:
– Więc szuukasz, szczytów beee.– Zaczął szukać źródła tego dźwięku, odchylając kłosy, spostrzegł kozła, a właściwie pół-kozła. Górę ciała miał ludzką, nogi zwierzęcia, na głowie małe zakręcone rogi oraz pofałdowane włosy. Nim zdążył coś powiedzieć, ów ktoś ponownie przemówił:
– Tak, matka była kozą, a ojciec człowiekiem. Masz z tym jakiś problem? Powiedzmy, że mój rodzic był o wiele bardziej przywiązany do swojego pupila, niż trzeba albo po prostu lubił sobie poużywać z kimś, kto nie gada. Wybierz sobie. Kiedyś zjadłem pewną magiczną roślinę i od teraz słyszę każdego myśli, tak tylko mówię, by twoja mała główka nie musiała za bardzo kombinować. Wskaże ci drogę, bo nie znoszę towarzystwa. Idź dalej tą ścieżką, którą tu widzisz. Tylko kup sobie coś cieplejszego, tam prawie słońce nie dochodzi, a włada tam Laufey. Powiedzmy, że zimny z niego drań. A teraz zmiataj, zaraz gospodarze wyprowadzają swoje podopieczne, może trafi mi się jakaś ładna koleżanka. – Orwin oddalił się od Satyra, który szepnął za odchodzącym;
–Gdyby nie ona, nie pomógłbym ci... Masz szczęście, że nad tobą czuwa – Odchodzący już tego nie słyszał, nie mógł się nadziwić, jakich mieszkańców ma ten świat. Nurtowała go sprawa cieplejszej odzieży, nie miał ani grama złota na kupno czegokolwiek. Wyjął miecz i zaczął go oglądać, pomyślał:
– Chyba to nada się do sprzedaży, jedyna pamiątka po rodzicach... Czy ja na pewno tego chcę? – podczas rozmyślania, w jego głowie pojawiła się twarz Aleks, wywołała u niego szybsze bicie serca.
– Dlaczego teraz to widzę? To zwykła przyjaciółka, a jednak mi jej strasznie brakuje. Słonecznego uśmiechu, długich kazań, ciepło jej dłoni. Rodziców zawsze będę miał w sercu, Aleks za to potrzebuję mojej pomocy – szeptał. Wstąpił po drodze do gospody, gdzie wymienił cenny oręż na porządne ciepłe ubrania i niezbędny ekwipunek, takie jak narzędzia do wspinaczki i inne przydatne rzeczy.
   Kolejne miesiące zajęły mu dotarcie do śnieżnych gór – Jotunheim. Ten wysoki teren pełny był mrozu i lodu, a całość pokrywał biały puch. Kierując się na oślep, zaczął szukać odpowiedniej groty. Znowu tygodnie minęły, nim znalazł siedzibę giganta, poznał ją po masywnych drzwiach, w których wybił dziurę kupionym wcześniej kilofem. Wnętrze prócz wysokiego sufitu, nie było jakieś okazałe, prawie żadnych mebli, oświetlenia, nic. W głębi stał jedynie wielkie postawny tron, Orwina uwagę zwróciła przezroczysta ściana za nim, coś się w niej poruszało. Podszedł bliżej i nagle odskoczył, gdy naprzeciwko niego w zwierciadle stanęła Aleks:
– Lodowy ma gościa i to człowieka, kto by przypuszczał...
– To ty? – spytał.
– No ja to ja. Co za głupie pytanie. Na pewno dobrze się czujesz? A zresztą rób co chcesz. Nudzisz mnie, idę pooglądać, walki olbrzymów.
– Aleks zaczekaj... – Wbiegł za nią. Znalazł się w wiosce, wszyscy śmiali się i weseli. Jego rodzice przynieśli mu tort z okazji dwudziestu pierwszych urodzin. Aleks dała mu buziaka w policzek i podarowała nowy miecz. Ciepłe uczucia zalały jego serce, tyle dobrego go spotkało. Siedział kolo dziewczyny i się tulili, spojrzał na rękaw, był brudny od jedzenia. Musi umyć odzież, zanim ona to zobaczy. Zaraz, zaraz, przecież zauważyła plamę i nic nie powiedziała? Taki czyścioch jak ona. Coś tu nie gra. Musi spytać rodziców, ale przecież oni nie żyją... Intensywnie próbował sobie przypomnieć:
– Jak to on mówił. A już wiem strzeżona przez potwora, który pragnieniami nęci... To jest tylko fikcja, przyjemna i trudna do oderwania, ale jednak kłamstwo. – poczuł, jak ten świat się wali, ludzie z głośnym dźwiękiem rozbijanego szkła, stają się okruchami lodu. Wielkie drzewo spadało na niego, zamknął oczy. Nic się nie stało, powoli otworzył je i ostrożnie cofnął się. Znajdował się na krawędzi dołu z ostrymi kolcami na dnie. Szybko rozejrzał się, stał na niewielkiej małej platformie otoczoną ogromną wyrwą z zabójczą pułapką w środku. Na tronie siedział olbrzym i przyglądał mu się.
   Laufey był ponad dziesięć razy wyższy od bohatera, z wyglądu przypominał krainę, którą rządził, to jest błękitny lód był jego ciałem, a z białego wyróżniały się włosy oraz broda, z daleka widać było oczy barwy krwi. Rozsiadł się wygodnie i grzmiącym głosem powiedział:
– Zaciekawiłeś mnie śmiertelniku, samemu bez pomocy wyrwać się z transu słodkiej śmierci to już coś. Gdybyś nie dotknął tej magicznej ściany, pewnie zabiłbym cię na miejscu, w końcu szkodnik, to szkodnik. Jednak wygrałeś, a my lodowe olbrzymy cenimy zwycięstwo. Nie ma tu nic cennego, byś mógł po to przybyć, pozostała jedna rzecz, której możesz pragnąć. Tej duszyczki, która miała odganiać moją nudę, Pan Lasu zawsze był dziwny, ale ten prezent pobił wszystko. Tak czy inaczej, jest twoja, mnie już nie jest potrzebna. – machnął ręką w ścianę, niszcząc ją. Wziął jeden z okruchów i zmiażdżył go do rozmiaru niewielkiego kamienia, położył go na ziemi. Orwin podniósł go, a kieszeni wystrzelił mu pierwszy kryształ, który połączył się z drugim. Teraz miał jeden, koloru jasnego drewna, a w środku niego spacerowała Aleks. Olbrzym znów zwrócił się do niego:
– Dostałeś co, chciałeś, więc wynoś się, nie lubię towarzystwa – dmuchnął mroźnym oddechem, tak że człowiek znalazł się za górami.
   Młodzieniec otrzepał się z kurzu po szybkim przymusowym powrocie i spojrzał na kryształ. Postać w nim powiedziała:
– A ty co dziewczyny nie widziałeś, że się tak gapisz? Jeśli myślisz, że będę teraz maślane oczka robić do ciebie, to się grubo mylisz. Nawet nie znam cię człowieku. – Schował błyskotkę do kieszeni i wzdychnął z irytacji. Aleks bez swojej osobowości nie była tą, którą znał. Został ostatni przystanek, najtrudniejszy do znalezienia, ruszył więc w poszukiwania.
   Powoli upływał termin ratunku, a podniebnego miasta nikt ani nie widział, ani o nim nie słyszał. Zrozpaczony Orwin usiadł przy fontannie w centrum jednego z większych miast. Poczuł, jak ktoś obok niego przycupnął, nie zwrócił jednak na to uwagi, póki ten ktoś nie zagadnął:
– I co? Brak dróg do nieba? – Zmęczony podniósł wzrok na natręta.
– No nie patrz tak na mnie... Przyszedłem tylko radą służyć, wprawdzie nie jestem mędrcem, tylko sprzedawcą podgrzybków, ale coś mądrego powiedzieć mogę.
– Wszystko mi jedno, za tydzień kończy się termin... Co ja przez taki czas mogę zrobić? – spytał, opuszczając głowę w dół.
– Wiele mój przyjacielu, wiele, ominąłeś Fenrira, doprowadziłeś do chwilowego pokoju miedzy trollami, a elfami, pokonałeś olbrzyma Laufeya w jego własnej grze, więc siedź cicho i słuchaj. W bagnie moczarach, znajdziesz ptaka niepasującego do innych, zgubił się on, straciwszy braci swych, Tylko od ciebie zależy czy podasz mu swą pomocną dłoń...
– O czym ty... No pięknie, znów zniknął. A co mi tam, najbliższe bagna są dzień drogi stąd.
   Zebrawszy swój nędzny ekwipunek wyszedł z miasta. Bez szczególnej uwagi wypatrywał to, o czym mówił stary dziwak. W oddali dostrzegł wielkie ptaszyska, a między nimi młodego smoka. Odróżniał się od nich, swoją barwą. Takiej bieli jeszcze nie widział. Aby do niego podejść, musiał uważać na resztę, były to drapieżne ptaki, które nie pogardzą ludzkim mięsem. Pozostało czekać. W końcu grupa odepchnęła gada, a on z widocznym smutkiem oddalił się. Gdy tylko Orwin zbliżył się do niego, zaczął syczeć. Próbował go uspokoić:
– Spokojnie kolego, nie zrobię ci krzywdy.
– A może ja chce zrobić tobie? – usłyszał w swojej głowie.
– Ty mówisz?
– Nie, ja myślę. Czy słowa muszą padać tylko przez usta, by uznać je za mowę... Ja ptak Jormungand pożre wszystko, wraz ze światem...
– Jest tylko mały problem, nie jesteś ptakiem.
– Co za bzdury pleciesz, prosisz się, bym cię zjadł.
– To, że masz skrzydła, nie oznacza, że nim jesteś. Według legendy, którą kiedyś czytali mi rodzice, jesteś smokiem i to niebiańskim.
– Smo... Smokiem?
– Tak, nie ciągnęło cię nigdy, by wzbić się w niebiosa ponad chmury?
– Może. Ale ptaki tak mają.
– Bzdura, ciągnie cię do domu.
– Skoro tak się upierasz, zrobimy tak, wsiądź na mój grzbiet, jeśli tam w górze nie będzie mojego niby domu, to zrzucę cię z przestworzy. – nie czekając długo, wsiadł na gada, który machnąwszy potężnymi skrzydłami, poleciał w górę. Orwin po jakimś czasie, przeraził się gdy nic nie znaleźli. Jednak jego wierzchowiec siedział cicho i dopiero po jakimś czasie się odezwał:
– Nie obawiaj się, instynkt mi podpowiada, gdzie lecieć. Ty tam jednak wstępu nie masz. Widziałem twoje myśli, podczas naszej rozmowy, nie kryłeś się z nimi. Tam, gdzie chcesz dotrzeć, to pułapka bez wyjścia. Nazwa nie nic wspólnego z rzeczywistością przyciąga do siebie, tylko głupców, chcących się wzbogacić. Nie masz jednak innego wyjścia, tylko tam wiedzie twoja droga. Podrzucę cię pod bramy. – Przyspieszył i po chwili znajdowali się na miejscu, smok pozostawił jeźdźca, a sam udał się w dalszą podróż.
   Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało wspaniale, złota lśniąca brama zdobiona najszlachetniejszymi kamieniami, a za nią liczne budynki, ulicę, wszystko z tego samego cennego kruszcu. Pchnął ją i wszedł do środka. Ruchu praktycznie żadnego nie było, za to w oknach wystaw sklepowych widział różne cuda, od najpiękniejszych kobiet, kuszącymi swoimi wdziękami do smakowicie pachnącej cukierni. Wszystko tu kusiło, by wstąpić, choć na chwile. Opamiętał się, zdecydował się udać do największego gmachu. Z trudem przyszło mu zignorowanie tylu pokus po drodze, na szczęście udało mu się i z ulgą zamknął wielkie drewniane wrota za sobą. Podczas odpoczynku, niewidoczny dotąd gospodarz tego miejsca przywitał się z nim:
– Witamy w mieście rozkoszy, gdzie każde pragnienie jest możliwe do spełnienia... – Cały ubrany był w złote szaty, a twarz ukrytą pod maską z uśmiechem.
– Chcę odzyskać ostatni fragment.
– Każdy, kto czegoś chce, najpierw musi udowodnić, że na to zasługuję. Stań chłopcze na tym świecącym czerwonym kwadracie. – Orwin dostrzegł to, o czym mówił nieznajomy. Nie ufał mu, ale musiał to zrobić. Po postawieniu na nim stopy, wzrok przysłoniło bardzo jasne światło. Gdy znikło, nie było już komnaty, tylko... No właśnie co? Trudno coś o tym powiedzieć, była to przestrzeń pełna kształtów, nie chodziło się po niej, a unosiło. Nawet nie wiadomo, czy był na górze, czy na dole. Dotknął jednego z kryształów w tym pokoju, momentalnie jego głowę zapełniły cudze myśli:
– Zabiję go, poćwiartuję – zaczął się nerwowo śmiać, z przerażeniem odsunął rękę, a natłok dziwnych przemyśleń ustał. Sekundę po tym pojawiło się widmo tamtego nieznajomego:
– Witaj w lesie myśli, gdzie nie ma drzew, a są słowa. Twoim zadaniem jest znaleźć umysł twojej ukochanej, jest gdzieś tutaj. Zobaczymy, co będzie pierwsze, twoje szaleństwo czy odnaleziona zguba – rozpłynął się we mgle. Trzeba było po kolei przeszukiwać, zabrał się więc do poszukiwań. Z każdym dotknięciem tracił cząstkę siebie, przy kolejnym zamkniętym umyśle, zaczął zadawać sobie pytania:
– Kim jestem? Co ja tu robię? Muszę zabijać, nie, kraść, a może gwałcić? Jestem duchownym, a może złodziejem? Pragnę miłości czy nienawiści? Ha ha ha – Szaleństwo powoli zaczęło go ogarniać. Nagle ktoś delikatnie dłonią zaczął głaskać go po twarzy, kojąc jego gonitwę myśli.
   Odprężony spojrzał przed siebie, stała tam piękna kobieta odziana w zbroję z przypasanym mieczem. Biło od niej spokojem i dobrą energią. Obok niemal natychmiast pojawił się szczupły mężczyzna podobnie odziany, tyle że z zieloną peleryną i z rogatym hełmem, w dłoniach miał długą magiczną laskę. Rozgniewany zawołał:
– Siostro, dlaczego psujesz mi plany?
– Nie mogę ci pozwolić na dalszą zabawę. Wiem, że jesteś bogiem psot i kłamstw, ale to zaszło za daleko. Wysłałeś do Midgardu swojego syna, doprowadziłeś do tego, by ludzie odwrócili się od Pana Lasu. To bym ci jeszcze wybaczyła i załatwienie sprawy zostawiła dla kogoś innego. Niestety dla ciebie, tę dwójkę mam w swojej opiece od czasu ich pierwszego spotkania. Nie zapomnij, że jestem boginią miłości i sama ich połączyłam czerwoną nicią.
– Więc to ty mi pokrzyżowałaś plany?
– Uniemożliwiłam twoje nędzne trudy sprowadzenia tragedii.
– Zapłacisz mi za to... – zaczął się odgrażać.
– Raczej wątpię, no, chyba że chcesz, bym powiedziała pewnemu Bóstwu, kto jest odpowiedzialny za jego gniew i że ukarał niewinną.
– A niech cię. Rób, co chcesz – Zniknął, tak jak przyszedł. Kobieta znów zajęła się Orwinem, wręczyła mu ciemnoniebieski kryształ, mówiąc:
– Trzymaj, mój kochany braciszek cię oszukał. Zresztą to całe niebiańskie miasto, jest też jednym z jego wymysłów. Te piękne wabiące pokusy, tak naprawdę są demonami, które pożerają dusze, jak tylko ktoś przekroczy próg jednego ze sklepów. W tym pomieszczeniu nie było, tego, co szukałeś.
– To ty byłaś, tym sprzedawcą... Ale i tak już nic nie mogę zrobić, straciłem wiele czasu na te poszukiwania.
– Pierwszą odpowiedź zgadłeś, jednak druga jest nieprawidłowa, czas leci tu znacznie wolniej niż na zewnątrz, a teraz połącz kryształy, nie pozwól dziewczynie czekać. – Nie zdążył odpowiedzieć, a bogini znikła. Drżącymi rękoma wyjął zawartość kieszeni, kamienie połączyły się ze sobą, a na końcu zaczęły pękać. Po wybuchu światła pojawiła się Aleks. Orwin rzucił się na nią i mocno uściskał. Dziewczyna była totalnie zaskoczona, nie wiedząc co się tak właściwie dzieje. Niepewnie odwzajemniła objęcie. Odsunęli się od siebie, spytał:
– Co takiego chciałaś się spytać, tuż przed tym zdarzeniem? – Zaczerwieniła się i powiedziała:
– Czy ty też masz takie wrażenie, że jesteśmy kimś dla siebie więcej niż przyjaciółmi?
– Wtedy odpowiedziałbym ci, że nie wiem, o czym mówisz. Jednak przez ten rok brakowało mi ciebie jak nigdy dotąd. Zrozumiałem również, że więcej dla mnie znaczysz niż cokolwiek innego. Byłem w połowie pusty, gdy ciebie nie było. Wiem, że to banalne i najpierw powinno się zacząć od spotkań i tak dalej. Ale nie chce czekać. Zostaniesz moją żoną?
– Tak, z przyjemnością – Łzy niedawno uwolnionej zalały jej piękną twarz. Freja spojrzała z Asgardu na nich, na to właśnie czekała, uśmiechnęła się zadowolona z rezultatów.
   Co się działo dalej? Z pomocą magi elfów, odtworzono święte drzewo, które przywróciło wszystko do starego dobrego stanu i do ponownego przymierza z lokalnym bóstwem. Młodzi wzięli pod nim ślub i z błogosławieństwem Pana Lasu zaczęli nowe życie. A rok później ich dom rozbrzmiewał gaworzeniem małego dziecka, świeżo upieczona żona nie raz, nie dwa ustawiała męża po kątach, narzekając na jego złe nawyki. Jednak ani jedno z nich nie umiało się długo gniewać na siebie. A co do Lokiego... Hm... Powiedzmy, że sto lat jako drzewo w centrum jednego z miasteczek, nie będzie dla niego przyjemnym losem. Pan Lasu nigdy nie lubił psikusów, teraz właśnie bóg psotnik, doświadczył jego gniewu.

1 komentarz

 
  • Almach99

    Podobalo mi sie. Opowiesc niby prosta, niby troszke taka dziecinna I przewidywalna a jednak ma cos w sobie.
    Do tego nawiazanie do mitologii skandynawskiej