
Materiał sunął po udach z cichym, suchym szelestem.
Zimne powietrze sali uderzyło w odsłoniętą skórę kontrastem, który sprawił, że mimowolnie zacisnęłam pośladki.
Zatrzymał się na chwilę – nie z wahania, tylko jakby chciał dać mi ostatnią szansę na powiedzenie „dość”.
Milczałam.
Poczułam, jak opuszkami palców bardzo powoli przesuwa się po koronce majtek wzdłuż linii pośladków – najpierw jedna strona, potem druga, leniwie, prawie leniwie badawczo. Jakby porównywał fakturę materiału z fakturą mojej skóry tuż obok.
Usłyszałam cichy, krótki wdech przez nos – jakby ktoś, kto do tej pory trzymał się na wodzy, właśnie dostał zielone światło.
Palce zahaczyły o gumkę po bokach. Powoli, bardzo powoli zsunął majtki w dół – nie gwałtownie, nie zrywając ich.
Z premedytacją przeciągał moment, w którym cienka koronka sunie po skórze, odsłaniając centymetr po centymetrze.
Gdy materiał opadł już na wysokość ud, zatrzymał się.
Przez kilka sekund po prostu patrzył. Czułam to spojrzenie jak fizyczny dotyk.
Potem usłyszałam cichy dźwięk rozpinanego paska. Bardzo charakterystyczny, metaliczny brzęk klamry, potem zgrzyt suwaka. Dźwięki, które w pustej sali brzmią obscenicznie głośno.
Nie odwróciłam głowy.
Wiedziałam, co się zaraz stanie.
Poczułam najpierw ciepło – tuż przy moim tyłku. Potem twardość, która powoli, z namysłem przesunęła się wzdłuż rowka między pośladkami – nie wchodząc, tylko muskając, oswajając, dając mi czas na poczucie skali.
Jego tors przylgnął do moich pleców. Ciężar, ciepło, zapach męskiego potu zmieszanego z jakąś tanią, ale przyjemną wodą po goleniu.
Złapał mnie jedną ręką za biodro – mocno, stabilizująco.
Westchnęłam długo, urywanie.
W którymś momencie złapał mnie drugą ręką za włosy – nie brutalnie, ale zdecydowanie. Odchylił mi głowę do tyłu, odsłaniając szyję.
Pochylił się i przygryzł skórę tuż pod uchem – mocno, zostawiając ślad.
– Cicho… – szepnął, kiedy mój jęk zrobił się za głośny.
– …bo ktoś usłyszy, że pani profesor właśnie daje się rżnąć na biurku przez ucznia.
Te słowa – wulgarne, prostackie, wypowiedziane niskim, rozedrgany głosem – sprawiły, że zadrżałam.
Zacisnęłam dłonie mocniej na krawędzi biurka.
Nie po to, żeby się podeprzeć. Żeby się odepchnąć.
– Czekaj… – wyszeptałam, głosem, który brzmiał słabo nawet dla mnie samej.
Zatrzymał się natychmiast.
Zamarł w bezruchu, głęboko we mnie, ciężki, gorący, pulsujący.
Czekał.
Odwróciłam głowę na bok, policzek przyklejony do zimnego blatu.
Oddychałam szybko.
W środku wszystko krzyczało „dalej”, a jednocześnie jakaś inna część mnie – ta, która wciąż pamiętała, kim jestem i gdzie jesteśmy – walczyła o resztki kontroli.
– Nie… nie możemy… – powiedziałam cicho, prawie bez tchu.
Ale moje biodra… moje biodra mimowolnie drgnęły minimalnie do tyłu, jakby chciały zaprzeczyć własnym słowom.
Poczułam, jak jego palce na moim biodrze zaciskają się mocniej – tak, żeby przypomnieć mi, że wciąż tu jest.
– Pani Marto… – głos miał niski, spokojny, ale już lekko zdarty – …mówi pani „nie”, a ciało mówi „tak”.
Westchnęłam z frustracji – na siebie, na niego, na całą tę sytuację.
Próbowałam się odepchnąć od biurka, ale wyszło to słabo, niepewnie.
W efekcie tylko poruszyłam się na nim odrobinę głębiej.
Oboje zamarliśmy na sekundę.
On wydał z siebie cichy, gardłowy dźwięk – coś pomiędzy śmiechem a stłumionym jękiem.
– Widzi pani? – szepnął mi prosto do ucha, nachylając się niżej. – Nawet jak się pani opiera… to i tak mnie bierze głębiej.
Zamknęłam oczy mocno, próbując zebrać myśli.
Chciałam powiedzieć coś stanowczego, coś, co postawiłoby kropkę.
Ale kiedy otworzyłam usta, wyszło tylko ciche, bezradne:
– To… to nie powinno… się dziać…
Jego dłoń powędrowała wolno w górę – aż do karku.
Nie ściskał, nie ciągnął. Po prostu położył tam otwartą dłoń, ciepłą, ciężką.
– To już się dzieje – powiedział bardzo cicho. – I pani o tym wie.
Zrobił minimalny ruch biodrami. Tyle, żeby mi przypomnieć, jak głęboko jest, jak idealnie wypełnia.
Mój własny oddech zdradził mnie znowu – stał się głośniejszy, bardziej urywany.
Próbowałam jeszcze raz.
– Proszę… wyjdź… – wyszeptałam.
Ale jednocześnie – bardzo powoli, jakby wbrew sobie – napięłam mięśnie, zacisnęłam się na nim odruchowo.
On nie poruszył się.
Tylko odetchnął ciężko, nosem, tuż przy moim karku.
Bardzo. Bardzo. Powoli.I zaczął się wycofywać – centymetr po centymetrze, tak powoli, że czułam każdy milimetr oddalania się.
I wtedy stało się najgorsze.
Moje ciało zareagowało szybciej niż rozum.
Biodra same ruszyły do tyłu – krótkim, gwałtownym ruchem, jakby chciały go zatrzymać, nie pozwolić odejść.
Zamarł w pół drogi.
Cisza.Długa, ciężka cisza. Potem usłyszałam jego cichy, triumfalny szept przy moim uchu:
– No właśnie…
I wrócił – jednym, płynnym, głębokim ruchem, aż do samego końca.
Westchnęłam głośno, bezradnie, z mieszaniną wstydu i ulgi.
I już nie próbowałam się więcej opierać. Bo wiedziałam, że przegrałam tę walkę
zanim jeszcze naprawdę się zaczęła.
Westchnęłam głośno, bezradnie, prawie jak szloch.
– Nie… proszę… nie rób tego… – wyszeptałam, a głos mi się łamał.
Jednocześnie zacisnęłam się na nim tak mocno, że aż syknął cicho przez zęby.
– Mów dalej – mruknął mi prosto w kark, a w jego tonie było już coś drapieżnego. – Mów, że nie chcesz. Bardzo lubię, jak to powtarzasz.
Złapał mnie mocniej za biodra.
Palce wbijały się w skórę przez materiał spódnicy, którą wciąż miałam podwiniętą do pasa.
– Przestań… to nie może… – zaczęłam znowu, ale ostatnie słowo utonęło w długim, drżącym westchnieniu, bo właśnie zrobił pierwszy naprawdę mocny, zdecydowany pchnięcie.
Głowa opadła mi na biurko.
Czoło przykleiło się do zimnego blatu.
– Nie… nie tak mocno… – wyszeptałam słabo.
A moje biodra same wyszły mu naprzeciw, szukając kolejnego uderzenia.
Zaśmiał się cicho, krótko, gardłowo.
– Słyszę, pani profesor. Tylko że twoja cipka mówi coś zupełnie innego.
Kolejne pchnięcie – głębsze, szybsze.
Biurko zaskrzypiało pod moim ciężarem.
– Błagam… wolniej… – wychrypiałam, a jednocześnie uniosłam pupę jeszcze wyżej, wypinając się tak, że prawie stałam na palcach.
Pochylił się nade mną mocniej.
Jedna ręka powędrowała mi na kark – nie ściskała, ale przytrzymywała, jakby chciał mieć pewność, że nie ucieknę.
– Wolniej? – powtórzył z udawanym zdziwieniem. – Naprawdę?I wtedy zrobił coś okrutnego – prawie całkowicie się wycofał, zostawiając tylko sam czubek.
Zamarłam.
Ciało odruchowo zapłakało z pustki.
– Nie… – wyszeptałam odruchowo, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
– Nie co? – zapytał bardzo cicho, bardzo spokojnie. – Nie wyciągaj? Czy nie przestawaj?
Milczałam.
Wtedy wszedł we mnie jednym brutalnym, głębokim ruchem – tak mocno, że aż krzyknęłam cicho, a biurko przesunęło się o kilka centymetrów.
– Właśnie – szepnął triumfalnie. – Tak myślałem.
Zaczął brać mnie już naprawdę ostro. Bez udawania delikatności, bez ceregieli.
Każde pchnięcie odbijało się echem w pustej sali – szybkie, bezlitosne.
A ja wciąż powtarzałam jak mantrę:
– Nie… nie możemy… przestań… błagam…
Tylko że z każdym kolejnym „nie” - moje „błagam” brzmiało coraz bardziej jak prośba o więcej.
W pewnym momencie złapał mnie za włosy – nie mocno, ale wystarczająco, żeby odchylić mi głowę do tyłu.
Pochylił się i szepnął mi prosto do ucha, nie zwalniając tempa ani na sekundę:
– Wiesz co jest najpiękniejsze?
Że nawet jak będziesz płakać i mówić „nie”… i tak dojdziesz na moim kutasie.
I oboje o tym wiemy.
Zamknęłam oczy.
Łzy napłynęły mi do powiek – nie z bólu, nie ze wstydu.
Z czystej, rozpaczliwej, bezsilnej rozkoszy.
I wtedy przestałam nawet udawać, że walczę słowami. Bo moje ciało już dawno wybrało za mnie.
I wybierało bardzo głośno.
Złapał mnie mocniej za biodra, palce wbijały się w skórę tak głęboko, że czułam, jak zostawiają czerwone ślady pod materiałem spódnicy, która wciąż była podwinięta do pasa, pomarszczona i wilgotna od potu.
Jego ruchy stały się brutalne, bezlitosne – każde pchnięcie wbijało mnie w blat biurka, które skrzypiało protestująco pod naszym ciężarem. Drewniane nogi ślizgały się po wytartej, szarej podłodze sali, pokrytej cienką warstwą kurzu z całego dnia lekcji. Biurko sunęło centymetr po centymetrze do przodu, ocierając się o podłogę z głośnym, suchym zgrzytem, który mieszał się z wilgotnymi plaśnięciami naszych ciał.
Tablica za nami drżała lekko przy każdym mocniejszym uderzeniu, a kreda w koszyczku pod nią podskakiwała, rozsypując biały pył na parapet.
– Nie… proszę, nie tak mocno… – jęknęłam cicho, ale mój głos brzmiał jak zduszony szloch, przerywany urywanymi wdechami.
W środku jednak paliło mnie pożądanie, które rosło z każdym brutalnym ruchem, rozlewając się falami po całym ciele. Chciałam tego – chciałam, żeby mnie rozrywał, żeby nie przestawał, żeby brał mnie tak, jakby jutra miało nie być.
On nie zwalniał. Wręcz przeciwnie – przyspieszył, wbijając się we mnie z taką siłą, że moje piersi ocierały się o zimny blat, a materiał bluzki tarł o sutki, potęgując to palące napięcie. Sala wypełniała się naszymi dźwiękami: moim coraz głośniejszym jękiem, który wymykał mi się mimo prób zaciskania ust, jego ciężkim oddechem, przypominającym warkot, i tym nieustannym skrzypieniem mebli.
Okna, przez które wpadało blade światło zachodzącego słońca, rzucały długie cienie na ściany – liście roślin wirowały w tych cieniach, jakby tańczyły w rytm naszych ruchów.
Drzwi sali, lekko uchylone, skrzypnęły cicho od podmuchu wiatru z korytarza, ale nie zwróciłam na to uwagi – byłam zbyt pochłonięta tym, co działo się we mnie.
Jęknęłam głośniej, kiedy wbił się szczególnie głęboko, trafiając w ten punkt, który sprawiał, że gwiazdy wirowały mi pod powiekami.
– Błagam… przestań… – wyszeptałam, choć w duszy krzyczałam: "Mocniej, szybciej, nie przestawaj nigdy!".
Moje dłonie ślizgały się po blacie, paznokcie drapały lakierowaną powierzchnię, zostawiając cienkie rysy obok stosu zeszytów, które zsunęły się na podłogę z głośnym łomotem. Kartki rozsypały się wokół naszych nóg, niektóre przykleiły się do wilgotnej podłogi, gdzie kapały krople potu z naszych ciał.
Nagle usłyszałam coś – cichy szelest za drzwiami. Zamarłam na chwilę, ale on nie przestał, wbijając się we mnie jeszcze brutalniej, jakby wyczuwał moją chwilową słabość i chciał ją wykorzystać.
Woźny – stary pan Janek, z kluczykami brzęczącymi u pasa – musiał być na korytarzu, sprzątając po lekcjach. Usłyszałam jego ciężkie kroki, które zatrzymały się tuż za drzwiami. Drzwi nie były zamknięte na klucz, tylko przymknięte, a przez szparę mógł słyszeć wszystko: moje jęki, które teraz brzmiały jak zduszone krzyki rozkoszy, jego sapanie, skrzypienie biurka, które sunęło coraz dalej, ocierając się o ścianę z głuchym stukotem.
Wyobraziłam sobie, jak stoi tam, z mopem w dłoni, nasłuchując z podnieceniem, nie śmiejąc wejść, ale też nie odchodząc.
– Ktoś… ktoś tam jest… – wychrypiałam między jękami, próbując się odepchnąć, ale moje ciało zdradziło mnie znowu, wypinając się mocniej w jego stronę.
On tylko zaśmiał się cicho, gardłowo, nie zwalniając tempa.
– Niech słucha – mruknął mi do ucha, gryząc płatek. – Niech wie, jak pani profesor lubi być rżnięta przez ucznia.
Te słowa sprawiły, że jęknęłam jeszcze głośniej, a napięcie we mnie rosło do granic. On wytrzymywał niesamowicie długo – minuty mijały, a jego ruchy nie słabły, wręcz przeciwnie, stawały się coraz bardziej zwierzęce, brutalne.
Pot spływał mu po plecach, czułam go na swojej skórze, mieszając się z moim. Biurko sunęło dalej, aż uderzyło o ławkę przed nim, powodując, że stos książek zsunął się z hukiem na podłogę, rozsypując strony po całej sali.
Jęczałam bez przerwy teraz – "Nie… och, nie… proszę…" – ale każde "nie" było kłamstwem, bo w duszy błagałam o więcej brutalności...
Woźny wciąż tam był.
A on, ten młody łobuz, nie kończył – wytrzymywał, przedłużając uniesienie, wbijając się we mnie raz po raz, aż w końcu poczułam, że zbliża się kulminacja, fala, która miała mnie pochłonąć całkowicie.
Biurko skrzypnęło ostatni raz, sunąc o kolejny centymetr, a ja jęknęłam tak głośno, że echo poniosło się po pustej sali, mieszając się z jego niskim warkotem. Woźny musiał to słyszeć – może nawet widział przez szparę cień naszych splecionych ciał – ale w tej chwili nic innego się nie liczyło.
Jego ruchy stały się jeszcze bardziej szarpane, chaotyczne, biodra uderzały o moje pośladki z głośnym, mokrym plaśnięciem, które odbijało się od ścian sali jak strzały.
Woźny wciąż stał za drzwiami – słyszałam jego przyspieszony oddech, ciche skrzypienie butów, kiedy przestępował z nogi na nogę, jakby nie mógł się zdecydować, czy uciec, czy zostać.
Zbliżał się finał. Czułam to w nim – w tym, jak twardniał jeszcze bardziej we mnie, jak napięte mięśnie jego brzucha drżały przy każdym pchnięciu, jak palce na moich biodrach zaciskały się do bólu.
Wtedy we mnie pękło coś ostatniego.– Nie… nie kończ we mnie… błagam… – wyszeptałam, a głos mi się łamał na pół.
– Proszę… wyjmij… nie możesz… jestem niezabezpieczona…
On na moment zwolnił – tylko na ułamek sekundy – jakby chciał mi dać nadzieję.
Ale zaraz potem zaśmiał się cicho, chrapliwie, prosto w mój kark.
– Właśnie dlatego… – mruknął, a w jego głosie było coś dzikiego, pierwotnego. – Właśnie dlatego chcę to zrobić jeszcze bardziej.
Zrobił kolejne, bardzo głębokie pchnięcie i zatrzymał się tam, wbity do samego końca.
– Nie… nie rób tego… możesz mi zrobić dziecko… – jęknęłam, a jednocześnie zacisnęłam się na nim odruchowo, tak mocno, że aż wciągnął powietrze przez zęby.
– Wiem – odpowiedział bardzo spokojnie, prawie łagodnie. – I właśnie tego chcę.
Te słowa uderzyły mnie jak prąd.
W głowie miałam chaos: „to głupie, to chore,”, a jednocześnie w dole brzucha rozlewało się coś gorącego, mokrego, niepohamowanego – jakaś zwierzęca, irracjonalna tęsknota, żeby poczuć właśnie to.
Żeby mnie zalał. Żeby zostawił we mnie wszystko, co ma.
– Proszę… wyjmij… błagam cię… – powtarzałam jak mantrę, kręcąc głową, podczas gdy moje biodra same, bez mojego udziału, poruszały się drobnymi ruchami, jakby chciały go wciągnąć jeszcze głębiej.
On nie odpowiedział słowami.
Złapał mnie za włosy, odchylił mi głowę do tyłu, aż poczułam napięcie w karku, i zaczął ostatnie, najostrzejsze pchnięcia – krótkie, mocne, bezlitosne, jakby chciał mnie przebić na wylot.
– Nie… nie kończ… nie… – szlochałam już prawie, łzy spływały mi po policzkach na blat biurka, zostawiając mokre ślady obok rozsypanych kartek i kredowego pyłu.
A jednocześnie w środku krzyczałam: „zrób to, zrób to proszę, zalej mnie całą, chcę to czuć, chcę, żebyś mnie wypełnił po brzegi”.
On czuł to wszystko.
Widział, jak moje ciało go zdradza, jak się zaciskam, jak drżę, jak moje „nie” brzmi jak najgorsze kłamstwo.
Wtedy wbił się ostatni raz – najgłębiej jak potrafił – i zamarł.
Usłyszałam jego niski, zduszony jęk prosto w moje ucho.
A potem poczułam to.
Pierwszy gorący strumień uderzył głęboko we mnie.
Drugi.
Trzeci.
Ciepły, gęsty, obfity.
Rozlewał się we mnie falami, wypełniając wszystko, co tylko mógł wypełnić.
Drżałam cała, nie mogąc złapać tchu.
– Nie… o Boże… nie… – powtarzałam słabo, ale moje mięśnie zaciskały się wokół niego rytmicznie, jakby chciały wycisnąć z niego każdą ostatnią kroplę.
On nie wyszedł od razu.
Został we mnie jeszcze chwilę, wciąż pulsując, wciąż wypływając drobnymi wstrząsami.
W końcu odetchnął ciężko, pochylił się i szepnął mi prosto do ucha, głosem ochrypłym od wysiłku:
– Teraz już na pewno… pani profesor będzie musiała pamiętać ten dzień.
Biurko stało krzywo, oparte o ścianę. Ziemia z doniczki rozsypana po podłodze. Kartki zeszytów wszędzie.
A ja wciąż czułam go w sobie – ciepłego, wilgotnego, powoli wypływającego.
I mimo że w głowie krzyczałam „co ja najlepszego zrobiłam”, w środku… w środku było tylko jedno wielkie, grzeszne ciepło.
I cicha, niewytłumaczalna satysfakcja.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
5 komentarzy
On
[komentarz oczekuje na moderacje]
Niegrzeczny
Żałuje że nie jestem twoim uczniem
Hart
I co tu się stało? Chyba było tego za mało😉. Jak ja żałuję tego że nie mogę być uczniem. A teraz już na temat wszystko jak dobry stosunek napięte do ostatniego wersu. To naprawdę pobudza zmysły. Oj pani profesor to było bardzo niegrzeczne.
Maciek12
No wreszcie , powracasz w pełni formy
Jammer106
No, Historyczka jak zawsze niepowtarzalna i z tą dozą specyficznych klimatów i akcji.
Głos na tak, łapka w górę. Nic więcej nie da się zrobić.
Pozdrawiam.