Weselna opowieść

Było to dawno i ciekawe czy to prawda - sami oceńcie. Byłem wtedy piękny i młody, no a teraz to już tylko piękny. Na studiach z kilkoma kolegami tworzyliśmy zgraną paczkę. Gdzieś tak... chyba… na trzecim roku, jeden z nas – Marian - zaliczył wpadkę. Jako, że kochali się z Agnieszką to szybko zapadła decyzja o ślubie, na który zostałem zaproszony z Tadeuszem – jeszcze jednym z naszej grupy; ten dodatkowo miał być świadkiem pana młodego. Były to czasy kryzysu, gdzie wszystko było na kartki, a dla nas wtedy najcenniejszym towarem była gorzałka. Przydziałowe pół litra pękało w jeden wieczór.  
Marian miał rodzinę w stanach, która przysyłała mu co jakiś czas kilkaset dolarów. W związku z czym mógł się zaopatrywać w Peweksie w różne deficytowe towary.
Z dużym wyprzedzeniem kupił kilkanaście butelek spirytusu, żeby przygotować z niego weselny poczęstunek. Flaszki zabunkrował w akademiku, w szafie.  
Któregoś wieczora leżymy w łóżkach, światło zgaszone i nagle Zbyszek zaczyna:
- A ile kupiłeś tych butelek, Maryś?
- No..., dwadzieścia – odpowiada on
- To jak byśmy jedną rozrobili to spokojnie ci wystarczy – kontynuuje Zbyszek – a jeszcze zorientujesz się jakie proporcje są najlepsze...
Cisza….
- Masz rację – odpowiada Marian
I nagle wszyscy, jak na komendę wstają z łóżek. Zapalamy światło. Ktoś robi kanapki i herbatę, a reszta, jak średniowieczni alchemicy przygotowują miksturę. Po chwili siedzimy w piżamach przy stole i degustujemy co tam się urodziło. Jakoś nie mogliśmy uzyskać konsensusu co do właściwych proporcji i rozrabiamy następną flaszkę. Na tych eksperymentach zeszło nam do rana, a ponieważ mocno byliśmy styrani, odpuściliśmy sobie już zajęcia tego dnia. Nocne badania rozbudziły w nas naukową ciekawość do tego stopnia, że eksperymenty kontynuowaliśmy kolejnego i kolejnego wieczora. Powiem krótko. Marian jeszcze trzy razy uzupełniał magazynek w szafie zanim dobrnęliśmy do celu, czyli weselnej biesiady.
No właśnie – wesele. To przecież nie ma być opowiadanie o czterech pijakach, tylko opowiadanie erotyczne. Chociaż z drugiej strony, tylko jeden Pan Bóg wie, co się tam po pijaku wyprawiało. Ale to temat na inne opowiadanie.
Wesele odbywało się w wojskowym kasynie. Jak na te kryzysowe czasy można powiedzieć: impreza full wypas. Super żarcie, ekstra kapela, no i ta dopracowana w każdym "promilu” – wódeczka. Wojskowi kelnerzy krążyli po sali, gotowi reagować na najmniejsze skinienie. Pomimo tego - w naszym gronie – wyczuwało się pewne napięcie. Przyczyną takiego stanu była osoba świadkowej. Ta koleżanka Agnieszki miała jedną wadę (a może zaletę? Zależy jak na to spojrzeć…) - a mianowicie piła jak smok, chociaż nie powinna. Wódka sprawiała, że szybko urywał jej się film i traciła kontrolę nad swoim postępowaniem. W związku z tym Agnieszka, Marian, Tadeusz i ja odczuwaliśmy z tego powodu pewien dyskomfort. Państwo młodzi z racji obowiązków, nie bardzo mogli jej pilnować, więc ta powinność spadła na nas dwóch. Plan był taki, żeby Krycha dotrwała chociaż do oczepin. Na początku szło nawet nieźle. Do obiadu wypiła tylko 25 ml. Później zaczęły się jednak tańce, a nam łapki kleiły się do różnych cioć i kuzynek, więc świadkowa chodziła samopas. Jeszcze kiedy na stół wjechały galarety – Krystyna trzymała się mocno. Przy faszerowanych rybach lekko słaniała się na nogach, ale przy ciastach popłynęła na całego. Drzemała przy stole opierając się na dłoniach ze wzrokiem utkwionym w śledziu po japońsku, jakby rozkminiała etiologię jego nazwy. Trzeba coś zrobić – pomyśleliśmy. I wtedy Tadek wpadł na ten brzemienny w skutkach pomysł...
- Zabunkrujemy ją w szatni – powiedział. - Jak się prześpi ukryta między płaszczami, to do północy dojdzie do siebie.
Tak też zrobiliśmy. A następnie rzuciliśmy się w wir zabawy. Te zakąski, ta zimna wódeczka. Te młode dziewczęta i dojrzałe mamusie. Jedne i drugie żądne wrażeń. I my pośród nich jak młode lwy na polowaniu. Jak się młoda antylopa wyrwała, to dopadło się ociężałą gnu. Jednym słowem: "...tańce, hulanka, swawola...”
Tak nam się to spodobało, że zapomnieliśmy zupełnie o Kryśce. Przed dwunastą przyszła panna młoda i pyta nas o nią. My – spokojna twoja wyczesana! Dochodzi do siebie w szatni.
- No to już czas ją obudzić – mówi Agnieszka - bo niedługo oczepiny i ona jest niezbędna.
Tadeusz poszedł po nią, ale po chwili wraca i mówi, że Krychy nie ma.  
- Jak to nie ma! - pytam – A co na to szwejk z szatni?
- Twierdzi, że poszła jakiś czas temu do toalety i już nie wróciła – odpowiada Tedi.
- Kurwa no to mamy problem! - stwierdziliśmy
Widzimy jak Aga zerka na nas pytającym wzrokiem. Machamy do niej, że zaraz wrócimy i rzucamy się na poszukiwania. Najpierw bierzemy na spytki młodego kota z szatni. Ale ten z głupią miną powtarza nam historię z kibelkiem. Idziemy, więc do damskiej toalety. Swoim wejściem wzbudzamy popłoch i głupie komentarze kobiet w stylu: ale was przypiliło chłopcy! Krychy jednak nie znaleźliśmy. "Co teraz - myślimy?” Stoimy tu jak chuje na weselu i nie bardzo wiemy co dalej robić. Obok nas przechodzi dwóch młodych żołnierzy i słyszymy jak jeden do drugiego mówi – ja pierdolę nie przypuszczałem, że sobie porucham na kompani. Prędzej bym pomyślał, że ten chuj kapral mnie wyrucha – tak się do mnie przypierdolił. I wybuchnęli śmiechem. Coś nas tknęło. Zatrzymujemy ich i pytamy o co biega. Oni na początku trochę się stawiali, ale jak ich postraszyliśmy dowódcą, to rura im zmiękła. Mówią nam, że dyżurny spotkał błąkająca się po kompani laskę z wesela. Podobno była tak nawalona, że nie wiedziała gdzie jest. Chłopaki powiedzieli, że ją odprowadzą na imprezę. A tak naprawdę zaciągnęli ją do pakamery i teraz wszyscy dymają ją po kolei.
- Dobra! - pytamy – Gdzie jest ta pakamera? Oni nam wytłumaczyli, co i jak.  
Idziemy ciemnym korytarzem, a potem schodami w dół. Po drodze mija nas dwóch szwejów i zagadują – Wy też idziecie podupczyć? My coś tam burknęliśmy pod nosem i przyśpieszyliśmy kroku, bo czujemy, że sytuacja robi się poważna. Już z daleka słyszymy gwar podnieconych głosów. Podchodzimy bliżej, a tam stoi sześciu żołnierzy i przepychają się w drzwiach do pakamery – próbując kuknąć do środka. Z pomieszczenia słychać jęki laski i kibicujące głosy – Dawaj Grzechu! Dawaj…
Wspinamy się na palce i zaglądamy kotom przez ramię. Na stole leży Krycha. Sukienkę ma podciągniętą na biodra. Obok na podłodze leżą jej majtki. Góra sukienki, która jest wiązana na szyi, teraz ściągnięta w dół i zrolowana na biodrach razem z jej dolna częścią. Dziewczyna ma szczupłe jędrne ciało. Po obu jej bokach stoją faceci i macają piersi. Pomiędzy zadartymi nogami Kryśki stoi żołnierz z opuszczonymi spodniami i dźga ją kutasem jak oszalały.
- Kończ Grzechu! - wołają pozostali. Nie mamy czasu na zabawę. Opóźniasz kolejkę.
Facet zmobilizowany tymi okrzykami, przyśpieszył jeszcze bardziej, czym wzmógł krzyki i jęki laski.
- Eeeee!Aaaa!Uuuu! - wykrzykuje kobieta po każdym pchnięciu
Wreszcie Grzechu skończył. A kiedy wyszedł z dziewczyny jej nogi bezwładnie opadły i zwisały z krawędzi blatu. Żołnierz stojący najbliżej nas ustawił się między jej nogami odsłaniając dziewczynę. Ta leży na stole, a dłońmi trzyma się kurczowo jego krawędzi. Patrzy w naszą stronę pustym wzrokiem, czekając obojętnie na kolejny akt. Żołnierz opuścił spodnie i wbił się w dziewczynę. Jego biodra rozrzuciły na boki nogi Krystyny. Pod wpływem bólu zadawanego kolejnymi pchnięciami, jej stopy okryte ładnymi, czerwonymi butami, zginały się i prostowały w kostkach, a polakierowane palce odginały do góry. Ten kutas musiał być większy bo krzyki dziewczyny nabrały niskiego, gardłowego tonu.
- O Boże! Nie! Boli! HmmUhh! - wykrzykuje, wpatrując się w sufit, jakby stamtąd miało przyjść wybawienie.
Tymczasem kolejny z poczekalni dopadł do dziewczyny i miętosi jej nieduże lecz jędrne piersi. Liże ciemne, sterczące brodawki. W tym czasie kolejny gwałciciel rozpiął spodnie, klęknął jednym kolanem na stole i wepchnął członka w usta dziewczyny. Teraz ta wydaje stłumione, charczące odgłosy.
- OuuBlluuuGluuu! - wydobywa się z jej krtani. Facet wpycha jej kutasa coraz głębiej i Krystyna zaczyna się dławić. Odpycha rękami jego brzuch, próbując uwolnić usta od pulsującego knebla. Chłopak łapie ją za włosy i przytrzymuje wydając jednocześnie skowyt rozkoszy. Kobieta charczy i krztusi się. Oczy wychodzą jej z orbit, a na skroniach pojawiają się nabrzmiałe z wysiłku żyły i pot.
W trakcie orgazmu, facet wykonuje jeszcze kilka pchnięć czym jeszcze bardziej dusi dziewczynę. Ta zaczyna machać nogami i rękami jak tonący człowiek. W końcu gość wyrywa chuja z jej ust, a ona przewraca się na bok wymiotując i łapiąc łapczywie oddech. Ten z dużym sprzętem, nie przeszkadza sobie i nadal posuwa dziewczynę, zadzierając jej jedną nogę na swoje ramię. Widzimy jak wchodzi w napuchniętą cipkę. Uda, pośladki i plecy dziewczyny są poocierane i podrapane.
Kobieta wydaje z siebie nienaturalne odgłosy. Chłopak przyśpieszył i widać, że zbliża się do finału. Krystyna oczyściła usta i gardło, i teraz wykrzykuje znów czysto; i jak śpiewaczka operowa bierze górne C kiedy szwejk wbija się w nią po nasadę. Dziewczyna dyszy z wyczerpania, ale już kolejny wojak przystąpił do akcji. Złapał Krystynę za biodra i zsunął ze stołu. Teraz leży na brzuchu, na blacie. Stopy na podłodze szeroko rozstawione. Lekko ugięte w kolanach nogi i wypchnięta ku górze pupa, gotowa na przyjęcie kolejnego gwałciciela. Facet opuszcza spodnie, przymierza się do dziurki i atakuje. I znów ten obojętny, a zarazem oskarżycielski wzrok wymierzony w naszą stronę. Jak zahipnotyzowany wpatruję się w jej oczy. Gość rzuca komentarz – Boże, ale ślizgawka! Dajcie jakąś szmatę bo można się utopić. Ktoś podnosi majtki dziewczyny, którymi facet wyciera krocze Krystyny. Ponownie wbija się do środka i mówi: - Teraz znacznie lepiej! Bezwładne ciało kobiety, poruszane tylko kopulacyjnymi ruchami faceta, sprawia wrażenie padliny rozszarpywanej przez sępy. Słychać tylko plaśnięcia bioder o pośladki i cichą skargę dziewczyny. Żołnierze niecierpliwią się, któryś ściąga spodnie, siada na stole i podsuwa się do twarzy kobiety. Jedną ręką łapie ją za włosy, a drugą wpycha członka do ust. Dziewczyna ocknęła się z letargu, jakby kutas dostarczył jej życiodajnej energii. Lekko uniesiona na rękach obrabia ustami fiuta. Trudno tu mówić o jakiejś wolnej woli z jej strony. Jest po prostu używana jak gumowa lala. Żołnierz trzyma jej głowę i raz za razem, porusza nią wpychając kutasa. Włosy kobiety przypominają koszmarny sen fryzjera – mokre, potargane i posklejane ludzkimi wydzielinami. Nie lepiej wygląda jej ciało – podrapane, posiniaczone i poranione. Skóra pachnie potem, bólem i strachem.
Rozpychający się tłum, odrzuca nas od drzwi.  
- Co robimy? - pyta Tedi. Spoglądam na zegarek. Jest 00.45.
- Pewnie już po oczepinach?! - mówię. Zresztą w tym stanie jaki byłby z niej pożytek. A tu... ile radości wniosła do tego świata. Zobacz jak się chłopcy cieszą, a ona zamiast wieczoru panieńskiego, ma próbną noc poślubną. Śmiejemy się z Tedim.
- Jebać głupią pizdę – mówię
- To się już dzieje – mówi Tedy – i znów się śmiejemy.
- Teraz już poznała stare przysłowie pszczół: "Głowa pijana, dupa sprzedana”- mówię.
- Idziemy – mówi Ted. Tam nam dupy stygną, a my się przejmujemy jakąś pijaczką.
- Masz rację – stwierdzam. Tylko, że ten garnizon ma 3 tysiące żołnierzy. Niech tylko połowa ją zaliczy to ustanowi nowy rekord świata. Tylko co jej po nim, jak go nie dożyje. Jest głupia, to fakt, ale ci żołdacy zajebią ją na śmierć. Zabieramy ją i przekazujemy Agnieszce, a później to już nie nasza broszka.
- Co racja, to racja – zgadza się Tedy. No to do boju. Tylko jak pogonić tych napaleńców?
- Zostaw to mnie – mówię.
- Panowie! – krzyczę. Proszę zrobić przejście!
Żołnierze się odwracają i któryś rzuca: - ustawcie się w kolejce!
- Masz rację – mówię – ale ten Pan jest mężem tamtej Pani i przyznasz, że ma prawo bez kolejki.
Chłopaki się brechtają, a my korzystając z okazji wkraczamy do środka.
Krycha właśnie jest ruchana w dupę i wydziera się wniebogłosy. Facet nie oszczędza siebie i jej. Wszędzie czuć zapach potu i spermy. Krycha z bliska wygląda jeszcze gorzej niż nam się wydawało. Myślę, że nasza odsiecz, jak amerykańska kawaleria, przybyła w ostatniej chwili.
- Kończ Waść, wstydu oszczędź – rzucam do gościa. I na jego pytające spojrzenie dodaję – To jest mąż tej Pani. Facet spłoszył się, ale nie odpuszcza. Przyśpieszył jak zawodnik na finiszu – gotów doprowadzić rzecz do końca. Sytuacja jest surrealistyczna. Krycha się drze. Facet bąka – Przepraszam! I nadal ją posuwa. W końcu dochodzi i zamiast klasycznego – Jeeee! - wykrzykuje – Przeeeprraaaaszammm! Gość pośpiesznie zakłada spodnie, a reszta stoi i czeka w napięciu.
- Panowie! - zaczynam – mój kolega i jego żona są Wam niezmiernie wdzięczni za Wasz trud i zaangażowanie. Chętnie by zostali i nadal cieszyli się Waszym towarzystwem, ale właśnie – ten tu Pan – dostał telegram, że musi pilnie objąć placówkę dyplomatyczną w Moskwie. Sami rozumiecie, że swoją zwłoką mógłby narazić naszą przyjaźń Polsko-Radziecką. Ta zaś oto małżonka, którą tak pięknie obsłużyliście, ma do wypełnienia podobne obowiązki, ale na dyplomatycznym szczeblu.
Chłopaki zdębieli i stracili rezon. W trakcie mojej przemowy Tedi ogarnął trochę Krystynę. Teraz złapaliśmy ją pod ręce i wyszliśmy na korytarz. Oni rozstąpili się jak przed królewskim orszakiem.
- Spierdalamy – szepnąłem do kumpla. Nie wiem jak długo magia będzie działać. Przyśpieszyliśmy, a kiedy dotarliśmy w pobliże szatni, Tedy wywołał Agnieszkę, której przekazaliśmy naszą Ciciolinę.
- No to teraz trzeba nadrobić stracony czas – rzuciłem do Tediego.  
Przybiliśmy żółwika i ruszyliśmy na salę.

gonzo

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 2589 słów i 14669 znaków, zaktualizował 26 mar 2018.

1 komentarz

 
  • disciple

    Ciekawa akcja:)