Slumsy. Marta i dyrektor - skończone

Tu są wszystkie części zebrane do kupy, poprawione, rozpisane, z dopisanymi wątkami. Życzę miłej lektury!

Co za slumsy! - Marta była zdruzgotana widząc rozpadające się szopy, służące za mieszkania. Powybijane szyby, okna z poutykanymi szmatami. Wciąż miała w uszach szloch cioci Jadzi. Kiedy do niej zadzwoniła, żeby opowiedzieć o nieszczęściu, które ją spotkało, Marta natychmiast powzięła decyzję, żeby przyjechać do swej chrzestnej i próbować jej pomóc. Wszystko to wina dyrektora Ptaka. To on wyrzucił Jadwigę z mieszkania, dając w zastępstwie miejsce w tych slumsach. Ponoć znienawidził ciotkę. Ale może Marta, kobieta elegancka, ładna i wykształcona wpłynie na nieludzkiego urzędnika?
Droga przez slumsy nie była łatwa. Trzeba było omijać, lub przeskakiwać kałuże, czasem brodzić w błocie. Elegancka kobieta w klakierowanych szpileczkach na wysokim obcasie silnie kontrastowała z odrażającym, plugawym otoczeniem. Pijani mężczyźni grający w karty z rozdziawionymi gębami patrzyli na elegancką damulkę, biedzącą się z pokonywaniem kałuż. Ich zdumienie dowodziło, że takie osoby nigdy tu nie zaglądały.  
Starała się nie patrzeć na nich, gdy przechodziła obok, a ci pogwizdywali i półszeptem komentowali.
- Jaka paniusia! Odstawiona! Pewno jakaś biurwa!
- A jaka zdrowa dupa!
Przeszła nie odwracając głowy, tylko spoglądając kątem oka. Czuła, że odzywają się w niej jakieś pierwotne instynkty. Podnieciła ją sytuacja, w której ona sama, bezbronna, w szykownym i dość seksownym stroju znalazła się pośród kilku wulgarnych lumpów.
Nie widziała, że krok w krok przemykają za nią dwaj wyrostkowie, nieodrodni reprezentanci nędznej dzielnicy. Wpatrywali się w spory, zgrabny tyłek, opięty obcisłą, granatową kiecką, który kręcił się zamaszyście w rytm kroków eleganckiej damulki. Ich umysły otumanione klejem, roiły dziwne fantazje. Młodzieńczy wigor nakręcał ich chuć.
-To co?! Jak z tą licealistką?  
-Tą co tak piszczała? Pewnie!
Marta nagle usłyszała tupot stóp podczas biegu i poczuła jak dwie pary dłoni zadzierają jej spódnicę do góry. Odruchowo zaczęła piszczeć, ale mimo, że upuściła i torebkę i walizkę, nie zdołała przeciwstawić się napastnikom. Materiał spódnicy znalazł się wysoko w górze. Menele grający w karty gapili się, jakby wylądował przed nimi statek kosmiczny. Widzieli nogi kobiety w seksownych pończochach, skąpe stringi opinające łono, ale nie okrywające pośladków, które mogli podziwiać w pełnej krasie. Z początku zaniemówili. Ale, gdy Marta już obciągała materiał spódnicy w dół – rechotali na cały głos.
Twarz dziewczyny była cała czerwona. Czuła się potwornie upokorzona. Potraktowana siłą, obnażona. Podejrzana. Zawstydzenie odbierało jej zdolność racjonalnego myślenia. Stała otępiała, wygładzając spódnicę. Właśnie odkryli jej intymną tajemnicę – seksowną bieliznę, zapewne też podniecili się tą sytuacją i menele i wyrostki. Z jednej strony czuła rodzaj poniżenia, a z drugiej – o dziwo – silne podniecenie. Kucnęła, żeby podnieść torebkę, chwyciła walizkę i mimo tego, że była w szpilkach – pobiegła.

Ciocia Jadzia cały czas szlochała. Opowiedziała ze szczegółami jak Jan Ptak, dyrektor gospodarki lokalowej miasta wyrzucił ją z mieszkania i dał jej kwaterunek w tym baraku. Warunki rzeczywiście nie imponowały komfortem. Jedna izba, pozbawiona wody i łazienki, obdrapane ściany, bardzo cienkie – nie rokowały, że zimą będzie tu ciepło.
Marta płakała razem z Jadwigą.
-Nie martw się… postaram się jakoś pomóc… porozmawiam z tym dyrektorem – szlochając, dukała.
-To okropny tyran! Nawet nie dopuszcza mnie do rozmowy. Ale podobno straszny kobieciarz… Taką ślicznotkę jak ty, przyjmie na pewno. Mnie znienawidził bo nie płaciłam i buntowałam innych. Jak tylko powiesz, że jesteś ode mnie, wpadnie w furię.

Marta poszła odświeżyć się po podróży. Łazienkę zastępowała część izby oddzielona szafą od reszty pomieszczenia. I miednica na podłodze.  
Gdy myła się, do Jadwigi przyszedł jakiś mężczyzna. Mówił niewyraźnie, jakby miał braki w uzębieniu. Marta zaniepokoiła się, czy tu przypadkiem nie zajrzy i nie zobaczy jej bez stanika, więc przerwała mycie i osłoniła się ręcznikiem. Ale gdy rozmowa ucichła, a do tego wyraźnie było słychać zamykanie drzwi, wszystko wskazywało na to, że gość sobie poszedł.
Marta odłożyła ręcznik i zaczęła się opłukiwać. Nagle usłyszała chrząknięcie. Gwałtownie podniosła głowę i zobaczyła w przejściu niskiego, licho ubranego człowieka gapiącego się na nią, a właściwie na jej nagi biust, jak sroka w kość.
-O Boże! Co pan tu robi?!
Szybko zasłoniła piersi dłońmi. Zdawała sobie sprawę, że drobne dłonie nie zakryją całego biustu, więc mężczyzna doskonale widzi jego kształt.
-Nie chciałem przeszkadzać… Jadźka poszła po cebulę…
Mężczyzna z lubieżnym uśmieszkiem, trzymając papierosa w ustach, gapił się na półnagą dziewczynę, ani myśląc odejść.
-Proszę stąd iść…
-No dobrze już  dobrze… ale masz paniusiu czym oddychać! Oj masz…

Gdy Jadwiga wróciła, przedstawiła gościa.
- To Henio, ale mówią na niego Cudzes. Bo zawsze wysępi  cudzesy, czyli czyjeś papierosy.
Siedzieli w tak zwanej części kuchennej, bo stał tu stół i kuchenka i pili kawę. Henryk usilnie namawiał, żeby Marta odwiedziła dyrektora.  
-Jak tam pomacha tyłkiem… pokaże kolanka… albo coś więcej… ha ha… to jak znam ptaszka… będzie się ślinił! Zawsze oglądał się za spódniczkami. Podobno niejednej brzucha zmajstrował…  
Cudzesowi śmiały się lisie oczka, omal nie wychodząc z orbit gdy, cały czas gapił się na Martę. Dziewczyna czuła się mocno zmieszana przy tej rozmowie, wszak miała być czymś w rodzaju przynęty, ma „pomachać tyłkiem… pokazać kolanka… albo coś więcej…”
- A ty Heniu, nawet nie wiesz, kim jest ta moja siostrzenica! Studia historyczne skończyła z wyróżnieniem! Potem doktorat! A jakie ważne prace pisze!
Cudzes spode łba łypał na dziewczynę. Podobała mu się jak cholera. W dodatku taka… dama! Żeby jej zaimponować popisywał się.
- Ja to potrafię się postawić Ptakowi! Niech czuje do mnie respekt! Też mu nie płacę za tę norę! A Ptakowi rzadko kto jest mocen się postawić! On ma większą władzę niż by to wynikało ze stanowiska. To naprawdę on wygrywa burmistrzowi wybory! Przecież w jego lokalach mieszka trzecia część miasta. On dowozi pijaczków na wybory za ćwiartkę bimbru. On ma też w kieszeni największe sklepy i knajpy w mieście, wszystkie lokale przy deptaku podlegają jemu!

Późnym wieczorem, przed pójściem spać, Marta udała się do toalety – choć na tę nazwę marnie zasługiwała rozpadająca się sławojka, usytuowana kilkanaście metrów od mieszkania. Potwornie śmierdziało, kobieta z trudem powstrzymała się żeby nie zwymiotować, gdy usiadła na brudnej desce. Czym prędzej uciekała stamtąd, ale musiała jeszcze wstąpić do szopy, żeby przynieść drewna do napalenia w kuchence. Weszła tam świecąc telefonem komórkowym. Gdy szukała opału, usłyszała, że ktoś wtargnął do szopy. Kiedy się odwróciła – ten ktoś wytrącił jej telefon i rzucił się na nią. Zorientowała się, że napastników jest dwóch. Zaczęła krzyczeć, ale odpowiedział jej śmiech, którego barwa zdradzała młody wiek napastników.
-My paniusiu lubimy, jak dziewczyna piszczy i krzyczy. Ha ha ha.
-Widzieliśmy dzisiaj, że masz ładne majtki! Czas je teraz zdjąć!
Marta czuła się przy nich kompletnie bezradna. Nie mogła ich powstrzymać. Dłonie chłopców wędrowały po jej ciele, chwytały za pośladki, uda. Czuła się tym bardziej bezsilna, że ich nie widziała… Odważniejszy z chuliganów chwycił za piersi. Marta starała się odpychać ich ręce, ale zawsze była krok za nimi – gdy odepchnęła rękę z lewej piersi, już inna chwytała ją za prawą. Chłopcy z każdą chwilą stawali się coraz śmielsi i coraz bardziej natarczywi. Ich dłonie coraz mocniej ściskały ciało Marty, a ich usta błądziły po szyi. Czuła od nich woń alkoholu. Spirytusu!  
-Lalusiu, ale masz duże cyce!
Jednocześnie podłożył dłoń pod pierś kobiety, jakby ją ważył.
-Puśćcie mnie – Marta cicho szeptała zrezygnowana.
W najśmielszych snach nie przypuszczała, że taka sytuacja, podnieci ją i to tak mocno. Czuła, że chce tego. Że chce być napastowana… macana…
Chłopcy jakby odczytywali jej pragnienia – zaczęli brutalniej ugniatać piersi. Jeden z nich próbował wziąć w rękę całą pierś, ale nie był w stanie – była za duża. Wtedy zaczął ugniatać ją dwiema dłońmi.
Marta opierała się już tylko symbolicznie, ale cały czas cicho protestowała.
-Nie… nie… proszę…
Jednemu z agresorów przestało wystarczać obmacywanie biustu przez materiał. Rozerwał guzik i wepchnął rękę pod bluzkę. Przez chwilę bawił się delikatną koronką biustonosza, ale zaraz potem wsunął dłoń w stanik.
-Ach! Nie… - prosiła Marta. Ale takie jej reakcje tylko wzmagały pożądliwość młodzików. Palce ciemiężyciela mocno zacisnęły się na dorodnej piersi.
-Auua!
Chłopcom nie przeszkadzało to, że kobietę może boleć. Przeciwnie. Jęki pobudzały do działania. Drugi z chuliganów nagle włożył rękę pod spódnicę.
-Nie…  
Dłoń sunęła po nodze, gdy dotarła do miejsca powyżej koronki pończoch – zatrzymała się i ścisnęła udo, delektując się jędrnością ciała.  
Przez chwilę jakby droczył się, jakby dawał nadzieję, że ręka nie będzie zmierzała wyżej. Ale nic z tego. Powoli zaczęła sunąć w kierunku najintymniejszego z miejsc.
- Nie… proszę… tam nie… - wiedziała, że jedyne co może, to tylko ich prosić.
Ale też wiedziała, jaki skutek spowodują prośby.
Rozpalony młodzik delektował się tym, że wjeżdża ręką na jej krocze. Chwycił je przez cieniutki materiał koronki. Wydało mu się, że dotarł do skarbu…
- Ach… ach… - wzdychała Marta, zaskoczona tym, że ta sytuacja tak wzmaga jej namiętność.
Pożądanie młokosa wzrastało tym srożej. Zdawało mu się, że trzyma w ręku najcenniejszy klejnot. Masował kobietę powoli, rozkoszując się jej reakcjami. Każde jej westchnienie, każdy jęk potęgował jego żarliwość. Masował zrazu delikatnie, potem mocniej. Ściskał ją. Cały czas przez materiał majtek.  
Wreszcie odważył się. Wsunął dłoń pod koronkę. Namacał wilgotną szczelinkę i ocierał ją. Już szykował się do wepchnięcia tam palca, gdy, skrzypiąc niemiłosiernie, otworzyły się drzwi.
Stał w nich Cudzes. Świecił latarką.
-Wypad gnoje!

Stary sycił się widokiem Marty chowającej piersi w staniku i zapinającej bluzkę.  
- Mocno zmacali paniusi kuciapkę?
Widziała uradowaną twarz Cudzesa. Zawstydzona kobieta w pośpiechu poprawiła spódnicę.

Z samego rana Marta z nosem na kwintę maszerowała do siedziby gospodarki lokalowej. Nie czuła się zbyt komfortowo. Jeszcze nigdy dotąd nie ubrała się tak wyzywająco. Minispódniczka, którą Jadzia jej skądś wytrzasnęła, była mocno za skąpa, kobieta miała wrażenie, że lada moment puści jakiś szew. Bluzeczka była stanowczo zbyt mocno wydekoltowana, z łatwością dało się spod niej zauważyć koronkę stanika. Dziewczyna miała wrażenie, że wszyscy, których mija, doskonale wiedzą gdzie i po co idzie. Starszy mężczyzna w kapeluszu wpatrywał się w nią mrużąc oczy, zdawał się mówić: „Ale z ciebie lafirynda! Od razu widać, że idziesz komuś dać dupy!”.  
Gabinet dyrektora miał typowo PRL-owski charakter. Wysuszona paprotka, łuszcząca się boazeria z cieniutkich listewek, wysłużony i wyliniały dywan. Na starych regałach w nieporządku walały się tekturowe segregatory w „marmurek”.
Za biurkiem siedział nadąsany niski, acz korpulentny człowieczek z chytrymi oczkami i łysiną niezdarnie maskowaną tupecikiem. Jasnoszary garnitur, nie pierwszej świeżości, zdradzał swą leciwość. Współgrał z nim nijaki, szeroki, ale bardzo króciutki krawat, który kończył się przed brzuchem.
Naburmuszony urzędnik w mig zmienił minę, ujrzawszy uroczą kobietę. Uśmiechnął się szeroko i wskazał miejsce na kanapie. Zazwyczaj nie pozwalał interesantom siadać, żeby, jak mówił: nie przyzwyczajali się. Rzadko pozwalał komuś usiąść na krześle. Gdy jednak zobaczył piękną i elegancką kobietę w minispódniczce, w bluzce z dekoltem, decyzję podjął błyskawicznie. Łakomie obserwował jak sadowi pupę, jak krzyżuje długie nogi w błyszczących nylonach i szpilkach na wysokim obcasie, jak wreszcie poprawia skąpą spódnicę.
„Ech! Żeby miała jakiś kłopotliwy problem! Oj, chętnie bym tej dziewoi pomógł! Ale wykazałbym jej najpierw, jakich to wymaga ode mnie nie lada poświęceń! A wtedy i ona musiałaby coś poświęcić! Oj, musiałaby! Ależ zgrabne ma te nóżęta! Ileż ja bym dał, żeby musiała je przede mną rozłożyć!”
Marta postanowiła od początku wdrażać swój plan kuszenia dyrektora. Domyślała się, że jeśli tylko z jej ust padnie słowo: Jadwiga, może wylecieć z hukiem za drzwi.
Dlatego najpierw przedstawiła się, powiedziała, że jest nauczycielką historii. Uśmiechała się do urzędnika, łopocząc rzęsami, jednak nieustannie zachowywała zmartwioną minę.  
Wyginając usta w dziubek, niemal płaczliwym tonem komplementowała dyrektora, wychwalając go pod niebiosa.
-Wiem, że jest pan bardzo wpływowym decydentem… Że wiele pan znaczy w lokalnej polityce. I że każde rozdanie władzy… to pańskie rozdanie…
Ptak puszył się jak nigdy. Wprost kochał pochwały. A tu jeszcze wypływające z ust takiej wytwornej w stylu bycia i elokwentnej kobiety.
„Ale ma ta babka gadane! A jakie ładne te usteczka! Duże! Pełne! Jak pięknie pomalowane na krwistą czerwień. Ech! Lalu! Rozmazałbym ci tę szminkę! Oj, rozmazał!”
Rzeczywiście wymienienie nazwiska Jadwigi podziałało na Ptaka, jakby ktoś mu dał w mordę. Zaklął szpetnie, ale szybko się opamiętał. Ta piękna nauczycielka była dla niego wyzwaniem wielokroć bardziej absorbującym niż cokolwiek innego. Znów myślał tylko o jednym – zrobić wszystko, żeby zdobyć tę ponętną damulkę!

- Niech pani spojrzy w te dokumenty. Ma pani czarno na białym, jak płaciła pani ciotka. Eksmisja należała się jak psu buda!
Celowo położył papierzyska nie na biurku, a na małym stoliczku przy kanapie. Chciał, żeby kobieta pochyliła się nad nimi. Nie mógł się doczekać, kiedy zapuści żurawia w jej dekolt! I nie pomylił się! Marta zaczęła drobiazgowo analizować poszczególne kolumny cyfr, dając doskonałą okazję dla rozochoconego dyrektora. Wprost napawał się kształtami dorodnych półkul, które w wymuszonej pozycji omal nie wysunęły się z biustonosza. A ten także był doskonale widoczny. Czerwony, z misternej koronki, niezwykle seksowny, idealny na romantyczną randkę. Marta celowo założyła kuszącą bieliznę. Nie dlatego, że sądziła, że dojdzie do okoliczności, w której dyrektor mógłby ją podziwiać. Wprost przeciwnie, wykluczała taką sytuację. Ale chciała czuć się kusząco, wszak takie miała zadanie… na tyle pokusić dyrektora, żeby zmiękł. Trochę bała się ryzyka, że urzędas może się do niej dobierać, ale uznała, że takie zapędy udusi w zarodku.
Jednak fakt, że lubieżny mężczyzna gapi się jej w cycki, zaczął ją podniecać. Celowo kręciła się na kanapie, żeby staremu podsuwać pod nos, coraz to różnorodniejsze widoki. Kątem oka go obserwowała. Ptak aż zaciskał wargi. Myślał tylko o jednym. „Maleńka! Ależ ja bym ucapił te twoje cyce! Masz idealne! Takie wielkie jak lubię! Ależ bym je ci wymiętosił! Zapamiętałabyś do końca życia!”
W tej pozycji dało się zaobserwować sporo białego, nieopalonego ciała, ładnie kontrastującego z intensywną czerwienią materiału stanika. Urzędnik aż wychodził z siebie. Nie miał aż tyle odwagi, żeby zrobić to o czym niepohamowanie myślał, czyli chwycić ją za biust, ale położył rękę na plecy kobiety. Gdy wyczuł tam, przez bluzkę, zapięcie biustonosza, pomyślał o tym, jak bardzo chciałby go rozpiąć. „Rozpiąć? Ja bym ci ten cyckonosz rozerwał! Żeby tylko mieć przed sobą twoje melony w pełnej krasie! Ach! Przyssałbym się do nich! Ciekawe, jakie masz sutki? Jakie brodawki?”
- Widzisz paniusiu… nie jest dobrze… Przejdźmy się jeszcze do mojego zastępcy, pana Stasia Zwierza.
Celowo przegonił Martę przed sobą po stromych schodach na górę. Chciał sobie popatrzeć na jej pupę, obejrzeć jak jest kształtna, jak zachowuje się w ruchu. A Marta, jakby w mig odczytywała intencje dyrektora. Poczęła kręcić tyłkiem nienaturalnie zamaszyście, jakby pamiętała słowa Cudzesa „pomacha tyłkiem”. Dyrektora wielce kręcił taki widok. Z trudem się powstrzymywał, żeby nie uszczypnąć dziewczynę w pośladek. „Ale prowokuje! Majta tym zadkiem jak nakręcona! Ależ bym ci suniu przylał w tę dupeczkę! Zasługujesz na porządnego klapsa! Oj, porządnego!” Na stromych schodach dyrektor liczył na okazję zajrzenia Marcie pod spódniczkę. I nie przeliczył się. Miniówka była na tyle krótka, że dawała piękną perspektywę, zobaczył koronkowe zakończenia pończoch. Ależ to na niego podziałało! Nie spodziewał się, że taki mały detal może zdziałać tak wiele. Poczuł, że ma ciasno w spodniach.
W biurze zastępcy ponownie analizowano jakieś papierzyska. Teraz jednak, celowo zostały tak położone na biurku, żeby Marta musiała się wypiąć… Ptak uśmiechał się sprośnie, mrugając porozumiewawczo do zastępcy.
- Widzisz jaką sztukę ci przyprowadziłem!? Czerstwa dupa, co nie??? – szepnął mu do ucha.
Marta nie usłyszała dobrze, ale domyśliła się sensu, speszyło ją to mocno. Nie mniej jednak, nie przeszkodziło jej to wdzięczyć się do mężczyzn pochylając się nad biurkiem, sprężyście wypinając tyłek. Celowo przenosiła ciężar ciała to na jedną nogę, to na drugą. W ten sposób eksponowała raz prawy pośladek, raz lewy. Obaj urzędnicy mało zerkali w dokumenty. Ich wzrok szukał zupełnie innego obiektu. Obaj uznali, że ten obiekt jest dostatecznie okazały i bardzo dobrze zbudowany…
Marta grała swoją rolę. Trzymając usta w „dziubek” pozowała na biedną, bezradną kobietkę, zafrasowaną losem swojej matki chrzestnej. Starała się mizdrzyć do Ptaka i zastępcy.
- Panowie tak wiele mogą… na pewno znajdą jakieś rozwiązanie… - łopotała długimi rzęsami.
Dyrektor z powrotem zabrał ją do swojego gabinetu. Miał na nią tak wielką chrapkę, że układał sobie w głowie słowa – jak jej zasugerować, że jeśli ona mu ulegnie, to on załatwi mieszkanie ciotce.
- Pani Martusiu… - obejmował ją familiarnie – może i coś dałoby się zrobić…
- Ojej! Panie dyrektorze! Wiedziałam, że jest pan zacnym i wpływowym mężczyzną! – egzaltowała się kobieta.
Ptaka podniecała jej ekscytacja. Gładził dłonią po jej plecach. „Jak tu jej to powiedzieć?”
- Tylko wie pani, że to nie jest takie proste… - dłoń na plecach wykonywała silne ruchy, niczym przy masażu.
- Ależ doskonale zdaję sobie sprawę, że trudno… Ale, myślę, że tak operatywny i energiczny menadżer jak pan, poradzi sobie z tym wyzwaniem…
- Hmmm… pani Marto… to będzie wymagało ode mnie jednak pewnego poświęcenia… - dłoń Ptaka masowała już nie tylko plecy, ale delikatnie zapuszczała się też na pupę kobiety – nie wiem, czy mnie pani rozumie…
Dziewczynę zelektryzowało, gdy poczuła na tyłku rękę dyrektora. Nie wiedziała co robić. Nie odpychała ręki, ale postanowiła zmienić pozycję, aby uniemożliwić zaloty urzędasa.
- Może usiądźmy? – zaproponowała i szybko usadowiła się na kanapie.
Ptak już był przy niej. Usiadł i natychmiast znów ją objął. Drugą rękę położył na jej kolanie. „Pokazać kolanka… a może coś więcej” – jak drzazga tkwiły jej słowa Cudzesa. Dyrektor delikatnie gładził jej kolana i uśmiechał się patrząc w oczy. Jakby chciał bez słów zasugerować – ja dam mieszkanie, a ty mi daj dupy!
- Pani Marto… jest pani piękną kobietą… do tego, prawdziwą damą! Ależ pani mi się podoba! – mówił czule mrużąc oczka – bardzo mi się pani podoba! – jego dłoń masowała kolana i uda dziewczyny.
- Dziękuję za komplement, jest pan bardzo miły – uśmiechała się speszona kobieta.
- Ma pani nóżki zgrabne, jak z obrazka! I jakie dłuuugie – jakby dowodząc tego ręka urzędnika przejechała po całej długości uda, od kolan, aż do spódniczki, podsuwając ją nieco do góry. Tym samym odsłoniły się brzegi koronkowych manszet pończoch.
Miała na sobie porządne, drogie nylony włoskiej produkcji. Zawsze czuła się w nich wyjątkowo… kobieco… I Zawsze podniecało ją wtedy to, że mężczyźni patrzą na jej nogi, oczywiście nie wiedząc, że są w pończochach. Wszak ten sekret skrywa się pod spódnicą…
- Oooo! Mówiłem, że dama! Strojnie się paniusia nosi! – koronki znowu podziałały na pożądliwość dyrektora, znów poczuł ciasnotę w spodniach. „Wystroiła się jak na randkę! Nie ma mowy nawet! Musi mi dać! I to jeszcze dzisiaj!”
Skrępowana Marta natychmiast obciągnęła spódnicę, żeby zasłonić koronki. Wiedziała, że dopięła swego, że dyrektor jest na nią napalony jak diabli. Aż, kto wie czy nie za bardzo, żeby nie rozwinęło się to w niebezpieczną stronę.  
- Dziękuję za tak liczne komplementy, panie dyrektorze… jest pan prawdziwym dżentelmenem.  
„Oj maleńka! Już ja bym ci pokazał, jakim ja jestem dżentelmenem! Srodze byś się zawiodła! Oj, srodze!”
- Więc jakie są perspektywy co do mieszkania? – szczebiotała Marta, patrząc prosto w oczy dyrektorowi.
- No może byłoby takie jedno, nawet przytulne mieszkanko… - przeciągle mówił Ptak, jednocześnie suwając bez przerwy dłoń po udach dziewczyny, znowu wjeżdżając wysoko, zagłębiając palce pod spódniczkę.
Kobieta zdębiała. Nie była przygotowana i nie wiedziała jak zareagować. Tymczasem ręka dyrektora bawiła się koronką manszety, jakby chciała ją gruntownie zbadać.  
„Wsadził mi łapę pod kieckę! Boże! Co robić?!”
- Od kiedy byłaby szansa na to mieszkanko, panie dyrektorze?
-Hmmm to nie tak łatwo, bo ono jest już komuś obiecane. Ale…
Dyrektor położył rękę na plecach kobiety. Masował je, zsuwając coraz niżej. Gdy palcem wjechał od góry pod spódnicę na wysokości suwaka, ten będąc mocno naprężonym z powodu obcisłości spódnicy, delikatnie się rozsunął. Ptak, który teraz zapuścił tam żurawia, dostrzegł fragment stringów Marty. Dostrzegł, że są seksowne jak cholera – specjalnie założyła bardzo skąpe, z cieniutkiej koronki.
- Panie dyrektorze… ale ja tak bardzo proszę… - szczebiotała Marta, łopocząc rzęsami, uśmiechając się przymilnie.
- Ha, więc mogę to zrobić, ale wyłącznie ze względu na panią! – dyrektor patrząc jej w oczy, zabrał rękę spod spódnicy, a położył ją na brzuchu i począł sunąć ją w kierunku biustu.
Marta zupełnie nie wiedziała co robić. Czy odepchnąć jego rękę? Jakaś siła kazała jej być bierną… Nie powstrzymała go i wkrótce dyrektorska dłoń wylądowała na jej piersi.
- Panie dyrektorze… ależ co też pan… - skrępowana protestowała, lecz cicho.
- Ano paniusiu… mówiłem, że taki gest wymaga ode mnie poświęceń. I że pani mi się cholernie podoba.
Jego dłoń masowała piersi dziewczyny przez materiał bluzki i stanika. Marta pozwalała mu na to, świadoma, że przyzwolenie to obietnica czegoś więcej. Niby nie chciała dopuścić do czegoś więcej, ale z drugiej strony, najważniejsze było załatwienie mieszkania ciotce. Było jasne, że jeśli nie ulegnie Ptakowi, z lokalu nici. Postanowiła go przechytrzyć. Rozpalić go, potem twardo dopiąć mieszkanie, a na koniec, wystawić go do wiatru.
- Panie dyrektorze… jest pan taki męski… aż mnie ciarki przechodzą, gdy czuję te mocarne dłonie… one są w stanie załatwić wszystko.
Dyrektorowi aż krew uderzała do Glowy, gdy to słyszał. Tym silniej pieścił piersi Marty. Próbował ją pocałować w usta, ale wywinęła mu się, więc dopadł ustami jej szyi. Skubał ją wargami, całował. I powoli zsuwał się w kierunku dekoltu.
- Panie dyrektorze… jest pan taki odważny… taki ekspansywny… - szczebiotała dzierlatka.
- Co za cudowne piersi! Ależ została pani wyposażona przez naturę! Chłopaki pewnie nie odrywają od pani oczu!
Usta Ptaka zanurzyły się w dekolt i zaczęły w nim buszować. Wręcz pławić się w nim.  
- Panie dyrektorze… czy nie jest pan nadto zaborczy??? – Marta delikatnie próbowała powstrzymywać zapędy urzędnika. Ten całował jej piersi, ale nie miał jeszcze śmiałości, żeby obnażyć jej sutki. Smakował mu ten jej symboliczny opór. Mógł poczuć się zdobywcą.
- Proszę się nie posuwać zbyt daleko… - hamowała go – ufam, że nie należy pan do mężczyzn, którzy chcą zwieść kobietę, wykorzystać ją, a nie pomóc…
- Nie ma takiej opcji! – deklarował Ptak – dam pani to mieszkanie.
Po tej deklaracji poczuł, że może sobie pozwolić na więcej. Wsunął dłoń w stanik kobiety i wyciągnął z niego jej piersi.
- O Boże! – krzyknęła.
Tuż po jej krzyku, otworzyły się drzwi i do gabinetu wparował… Cudzes!
-Ppppanie dyyyrektorze… - stanął znieruchomiały, gapiąc się na nagi biust Marty, który ta, czym prędzej starała się schować do stanika.
- Jak leziesz?! Bez pukania?! – Ptak rozsierdził się, że przerwano mu w takiej sytuacji, już witał się z gąską… - Paszoł won!
Marta zaskoczyła się tak grubiańskim obliczem dyrektora. Coś jej mówiło, że pod tym wygniecionym i nieświeżym garniturem siedzi ordynus i impertynent. Gdy Henio wyszedł postanowiła postawić sprawę jasno.  
- Panie dyrektorze, oczekuję, że będę mogła zobaczyć to mieszkanie.
Ptak poczuł, że zwierzyna wymyka mu się z potrzasku. Ale przecież on, pan dyrektor, który z niejednego pieca chleb jadł, przechytrzy jakąś damulkę.
- Dobrze. Skoro tak pani stawia sprawę. Ok. – skierował surowy, niemal dziki wzrok prosto w jej oczy – powiedziałem, że to mieszkanie pani dam. A czy pani mi da?
„Boże! Co za bałwan! Chamisko! Jak może tak traktować kobietę?! Powinnam chyba go spoliczkować. Ale… on rzeczywiście obiecał to mieszkanie… Jedyna taka szansa… Przecież nie mogę dopuścić, żeby ciotka zimą zamarzła…”
- Dobrze… dam panu… - sama sobie nie wierzyła że to powiedziała, jeszcze bardziej zdziwiło ją jednak to, że niezwykle ją podnieciło, to że tak bezceremonialnie została potraktowana i że to powiedziała. „Dam panu…”
Niedługo potem wchodzili oboje po schodach starej kamienicy. Puścił ja przodem. Gdy mijali mieszkańców, ci patrzyli pytająco, ale jakby domyślali się, że dyrektor Ptak przyprowadził sobie cichodajkę na godziny… Krótka kiecka i wydekoltowana bluzka Marty tylko umacniały ich w tym przekonaniu.
- Proszę. I jak się podoba?
Marta była zaskoczona. Mieszkanko było całkiem schludne. Utrzymane w stylu babciowym, ale zadbane i nie wymagające najmniejszego remontu. Wręcz wydawałoby się, że użytkownik na chwilę z niego wyszedł. Na ścianie wisiał portret starszej kobiety, ubranej na ciemno, z bardzo surowym wyrazem twarzy.
- Kto to jest?
- A to… Barbara. Nawet moja daleka kuzynka. Zmarło się bidulce… No to co, ja dotrzymałem obietnicy.
Ptak natychmiast skierował się do dziewczyny.
- Panie dyrektorze… a może my umówimy się później… - zaczęła panikować.
- O nie paniusiu! Zrobiłaś mi takiego smaka! Mam na ciebie taką chrapkę!
Marta cofała się, a dyrektor jak w nagonce, nakierowywał ją w stronę łóżka.
- Nie… nie… proszę…  
Oczy Ptaka iskrzyły.  
- Nie?! Przecież sama obiecałaś, że mi dasz!
Niemal rzucił się na dziewczynę. Upadli na wiekowe, mocno skrzypiące łóżko. Marta była przerażona, ale z drugiej strony, maksymalnie podniecona sytuacją. Podniecała ją jej bezradność i to że się opiera, ale czysto symbolicznie. Podniecała ją bezwzględność urzędasa, to jak bezpardonowo się do niej dobiera, jak zaborczo chwyta ją za piersi. Powoli godziła się ze swoim losem. Z tym, że zaraz mu ulegnie.
Jan mógł teraz do woli rozkoszować się jej ciałem. Brutalnie wymacał jej tyłek. Biust miętosił, jakby gniótł ciasto. Wreszcie ustami dopadł jej sutków. Ssał zachłannie, jak spragniony na pustyni ciągnie wodę z bukłaka. Westchnienia kobiety podniecały go i dopingowały.
Wreszcie wepchnął jej rękę pod spódnicę. Krótko pobawił się udami i wsadził dłoń w majtki.
- Cały czas się zastanawiałem, jaką masz kuciapkę?! – zaczął palcami badać jej cipkę - A masz dokładnie taką jak lubię! Ogoloną i ciasną!
Dłużej nie chciał czekać. Zadarł wysoko spódnicę i ściągnął z Marty majtki. Ta z przerażeniem patrzyła jak Ptak rozpina rozporek i wyciąga swojego „ptaka”. Jego męskość była słusznych rozmiarów. Aż dziewczynę przebiegły dreszcze.
Nie ceregielił się. Przymierzył penisa do szparki i natychmiast zaczął wchodzić.
- Jesteś cudnie ciasna!
- Aaaa… aaa… - Marta odpowiadała mu cichymi jękami.
- Szerzej nogi! – polecił, gdy już wbił się cały do końca pochwy.
Dziewczyna była posłuszna. Rozłożyła nogi najszerzej jak potrafiła.

Uległość kobiety wzmocniła witalność dyrektora. Wycofał się i kolejne pchnięcie było bardziej energiczne.  
Łóżko nieustannie skrzypiało niemiłosiernie. Model przedwojenny, wykonany z żelaza, najwyraźniej mocowania poluzowały się, a sprężyny mocno wysłużone. Dlatego skrzypiało w nim wszystko. Nawet małe ruchy wywoływały hałas, a co dopiero zamaszyste dźgnięcia dyrektora. A przy takich, oparcie łóżka uderzało w ścianę.
Marta była przekonana, że sąsiedzi wszystko słyszą, wyobrażała ich sobie z kubkami przyłożonymi do ściany… Choć przy takiej donośności hałasu łóżka, kubeczki zdawały się zbędne.
Chyba te same myśli zakołatały się w głowie urzędnika.
- Jęcz paniusiu! Jęcz głośniej… lubię jak kobita stęka donośnie.
Martę, i tak podnieconą, polecenie Ptaka zawstydziło, ale też podekscytowało. Posłuchała się. Wkrótce jej jęki dorównywały skrzypieniu łóżka.
- Aaaaa… aaaa… aaaaa!
Urzędas był wniebowzięty.
- O taaak! Tak! Niech sąsiedzi słyszą! Niech wiedzą jak pan dyrektor daje do pieca!
Dziewczyna tymi słowami była z jednej strony upokorzona… wszak ci sąsiedzi widzieli ją doskonale… wiedzą komu „daje do pieca” dyrektor. Z drugiej strony, zupełnie nie wiedzieć czemu, niesłychanie ją to podniecało. Jeszcze bardziej wytężyła głos. Chciała wyrazić podziw dla Ptaka, jakby po to, żeby to też usłyszeli sąsiedzi.
- Och… panie dyrektorze… aaaa… aaa… ależ jest pan męski… ależ aaa…. aaa… energiczny…
I nie przesadzała. Trudno byłoby oczekiwać tyle witalności od mężczyzny w jego wieku, tymczasem ten miał niespożyte wręcz siły.
- Co, dziwi cię, że stary ale jary?! Oj dam ci wycisk maleńka! Oj dam! Długo poboli cię psita!
Marta wciąż czuła na sobie niemały ciężar otyłego urzędnika, do tego jego ruchy w niej. „Kurcze… mam wrażenie, że on przerżnie mnie na wylot…”
- Aaa…. panie dyrektorze… nie…. aaa… aaa… nie tak mocno…
Takie prośby wbijały Ptaka w większą dumę.
- Widzisz paniusiu… to dlatego że „ptak” jest całkiem spory… a dziupla przyciasna! Ha ha!
Metafory, słowa kobiety, jej jęki, wzmagały jurność dyrektora. Przyspieszył.
Marta pamiętała, że urzędnik nie założył prezerwatywy. Przerażała ją myśl, że może wytrysnąć w jej pochwie.
- Panie dyrektorze… proszę… tylko niech pan uważa… żeby nie skończyć we mnie…
Czuła się upokorzona tym, że musi o to zabiegać, ale z drugiej strony, odczuwała z tego powodu dziwny rodzaj podniecenia.
Jeszcze bardziej podniecało to Ptaka. „O tak! Spuścić się tej damulce do cipki! To byłoby to! Taka wytworna paniusia… a teraz leży pod nim, rozkłada nogi! I jeszcze do tego mogłaby przyjąć w psitę jego spermę! O tak!”
- Nie martw się mała! Nie wiedziałaś, że Ptak może tak całą noc bez wytrysku?!
W tym momencie, Marta przypomniała sobie słowa Cudzesa o tym, że dyrektor ogląda się za spódniczkami: „niejednej zmajstrował brzucha!” i aż ją zmroziło.
Wyobraziła sobie, ile to kobiet mogło przewinąć się przez łóżko dyrektora. Ile z nich potem odkupiło to… brzuchami… Już widziała siebie, jak z naprężonym „bębenkiem” przedziera się przez slumsy.

Rzeczywiście, urzędas był niezmordowany. Kobiecie wydawało się, że już nie ma siły jęczeć… że to trwa już całą wieczność… Patrzyła na mosiężny, bogaty żyrandol na suficie, który, jak się jej wydawało kiwał się miarowo, jakby w rytm sztosów Ptaka. Wydawało jej się, że patrzy na nią z wyrzutem starsza kobieta z wielkiego portretu. Marta wręcz słyszała jej szept: - Rozkładasz nogi jak wszeteczna dziewka! Lafirynda! Kokota!
Miała wrażenie, że podobne głosy słyszy zza ściany: - Patrzcie jaka dziwka! Ewidentnie przyszła mu tu dać dupy! Ciekaw za co mu daje? Za długi? Za obietnice mieszkania?!
Jakby to samo usłyszał dyrektor, bo jakby wszedł w ten sam tok myślenia.
- Widzisz mała… nie ty pierwsza… nie jedna mi dała, bo jej znalazłem mieszkanie…
Marta poczuła się poniżona, upodlona – daje za coś. Za jakąś korzyść. Jak dziwka… Zupełnie jak dziwka! Do tego to ryzyko „zrobienia brzucha”…
- Podobno nie jednej zostawił pan też nie tylko mieszkanie, ale i inną pamiątkę…
- Głupoty ludzie gadają! Puszczały się panny, to się wystarały o znajduków… Ja tam żadnej alimentów nie płaciłem…
Ostatnie zdanie nie uspokoiło Marty.
- Panie dyrektorze… a może wzięłabym do buzi?
- Ja takich tam… nie uznaję… nie po to baba ma dziurę miedzy nogami…
I jakby się rozochocił pod wpływem tego co mówi, jakby chcąc udowodnić, do czego służy ta dziura, że… przyspieszył. Począł dźgać Martę z takim impetem, że ta aż krzyczała. Lecz… nie powstrzymała go. Począł pompować swe nasienie, zalewając kobietę dokumentnie…

Marta, widząc kątem oka, jak Ptak zapina spodnie, chlipiąc, sięgała po majtki.
- Co majtki chcesz zakładać?! Poczekaj, a mój zastępca to co?!
Marta poczuła się, jakby ktoś ją świsnął batem. Urzędnik właśnie dzwonił po swego kolegę.
- Stasiek, już chodź na górę. Paniusia już czeka na ciebie z gołą pipką.
Marta otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale szybko zrozumiała „no i co ja teraz powiem? Panu dałam, a zastępcy nie…”
Zwierz miał zupełnie inne oczekiwania. Zażądał, żeby Marta kornie przed nim uklękła i zrobiła mu „najlepszego loda, jakiego potrafi”.
Kobieta, rozumiejąc, że to w ramach zapłaty za  mieszkanie, faktycznie dokładała starań. Pracowała językiem i ustami. Patrzyła Stanisławowo prosto w oczy, ale kątem oka dostrzegła, że Jan bacznie obserwuje to co ona robi i najwyraźniej się tym podnieca. Wkrótce dostrzegła, że on też rozpina rozporek…
- No dobra Stasiu, a teraz weźmiemy ją tak jak tamtą fryzjerkę, Wioletkę! Pamiętasz, jak skamlała, jak żeśmy ją obracali?!
Marta struchlała. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Pierwszy raz w życiu brało się do niej dwóch mężczyzn.
- Panowie, co wy chcecie zrobić?!
Odpowiedziały jej jedynie dwa solidarne, sprośne uśmieszki na twarzach urzędników.
Nim się zorientowała, ponownie leżała na łóżku, wzięta niczym w kleszcze, przez dwa pokaźne cielska. Zaś dwa twarde węże próbowały wedrzeć się do jednej ciasnej norki…
- Nie… nie… jestem na to za ciasna!
Ale nawet jej nie słuchali. Jednak rzeczywiście okazała się zbyt ciasna. Najpierw poczuła Staszka, był wyraźnie mniejszy od swego zwierzchnika, ale bardziej ruchliwszy. Ptak próbował wepchnąć się „na drugiego”, ale nie dał rady. Wtedy zaczęli dźgać ją na przemian, jak kowale kujący żelazo – raz jeden, raz drugi. Kobieta poczuła się wzięta „w dwa ognie”. Jęczała, jak nigdy.
- Nie… nie… panowie… zajedziecie mnie…
Oczywiście jej błagania przyniosły odwrotny skutek. Dyrektor natychmiast zakomenderował.
- Dobra Stasiu! Próbujemy jeszcze raz! Co to ma być! Dziecko przez pizdę przejdzie, a nasze dwie kuśki miałyby się niż zmieścić?!
Jan wszedł i tym razem nie wychodził. Czekał na kolegę. Marta zaniepokojona próbowała się wyswobodzić, ale to były próżne wysiłki. Czuła się zaciśnięta, jak w matni. Mogła tylko cierpliwie czekać, aż Zwierz pchając z potężną siłą, dołączy do zwierzchnika. Wydawało jej się, że jest rozrywana! Wreszcie skapitulowała. Obaj byli w niej jednocześnie. Usłyszała, że puściły szwy jej spódnicy. Aż zastanawiała się, czy to na pewno tylko szwy kiecki puściły…
Natomiast panowie triumfowali. Zrobili to! Wepchnęli się do tej ciasnej jamki! Teraz zaczęli baaardzo powoli suwać się w niej, chcąc uchwycić wspólny rytm. Marta miała wrażenie, że to dwugłowy smok się w niej przesuwa.
Wreszcie złapali rytm. Od razu zaczęli przyspieszać. Jakby chcieli za wszelką cenę rozepchać Marcie pochwę… jakby koniecznie chcieli ubijać jej dno…
Kobieta odchodziła od zmysłów. Nigdy w swoim życiu nie zaznała większych emocji…

Mężczyźni działali w amoku. Sapiąc, z furią atakowali cipkę Marty, maltretując ją niemiłosiernie. Łóżko zdawało się wytrzymywać ostatkiem sił. Przy zdwojonym natarciu, zdawało się, że oparciem wybije ścianę do sąsiadów. Aż słychać było drżenie szyb w starym kredensie.

Chyba sąsiedzi się zniecierpliwili, bo zdawało się słyszeć, jakby pukanie w ścianę. Ale mężczyźni pozostający w ekstazie tego nie słyszeli, bądź nic sobie z tego nie robili.

W swej dzikości, Zwierz, chcący mieć dogodny widok na biust Marty, porwał na niej bluzkę w strzępy. Spódnica również przerwała się do końca i opadła z bioder kobiety. Marta czuła się wykorzystywana, wręcz eksploatowana. Brutalna penetracja sprawiała ból.

Barbara, nieżyjąca, starsza pani z portretu, wręcz ze wzgardą szydziła: - Cichodajka, to mało powiedziane! Ruchawica!

- Panowie… kiedy wreszcie skończycie…? Zamęczycie mnie…
Mężczyźni działali na najwyższych obrotach.

- Gdzie się spuszczamy?! Chcę w cipę! – wysapał Stach.
- To ty w cipę, ja na twarz! I na cycki!
Ptak wycofał się, a jego zastępca nadal pracował nad dziewczyną.  
Wtem rozległy się kroki.
Zawstydzona Marta z przerażeniem patrzyła na drzwi. Świadoma swej nagości i sytuacji w której była brana przez Stanisława, czuła skrajne upokorzenie.
W futrynie stanął… Cudzes! Który to już raz zobaczył ją w krępującej sytuacji!?
- I co?! Fajną suczkę wam naraiłem? To ja ją namówiłem, żeby dała dupci…
„Ty szubrawcze! Ty łotrze!” – Marta nie znajdowała słów, które dostatecznie obelżywie określałyby Henia.  
- Co Heniu, też chciałbyś sobie pociupciać?! – huczał Ptak.
- A czego by nie… mogę zamoczyć… - twarz Cudzesa rozpromieniła się, jak wiosenne słońce.
Marta czuła się wykorzystana i oszukana. „Jak oni mogą?! Co sobie wyobrażają?!”
- Chłopaki, nas jest trzech, a ona ma trzy dziurki! Mówi wam to coś?! – Henryk pokraśniał z dumy, że udało mu się wymyśleć coś równie wyrafinowanego.
- Nie! Nie! Nie… Nie można tak traktować kobiety… - łkała Marta, próbując się uwolnić, jednak krzepki uchwyt Zwierza, który trzymał ją za biodra, uczynił jej próby bezowocnymi. Dyrektor, który trzymał już swą męskość nad jej twarzą, wskazał Cudzesowi.
- No dobra… to ja jej do gęby… a tobie Heniu pozostaje… dupa! Ha ha ha!
Marta poczuła specyficzny odór, który wydobywał się z dawno niepranego odzienia Cudzesa. Czuła jego chropawe dłonie, które łapczywie przylgnęły do jej piersi. Henryk jedną ręką delektował się biustem, a drugą naprowadzał swojego kutasa na „kakaowe oczko” Marty.  
- Ja pierdolę! Ja, chłopak, który nie skończył podstawówki, ma przed sobą taką… damę! I do tego mogę wsadzić jej w pupę! A może w tym miejscu, to ty paniusiu, jesteś dziewica?
I nie czekając na odpowiedź, której nawet, gdyby dziewczyna chciała, nie mogłaby udzielić, mając usta zatkane tak okazałym przyrodzeniem Ptaka, wpakował jej swą cudze sową męskość.
- Wygląda tu na cnotkę! Ale ciasna!
Kobieta była w szoku. Marta, pierwszy raz w swoim życiu, poczuła na raz trzech mężczyzn, w swoich trzech otworach. Nie mogła już nawet jęczeć, bo kutas dyrektora wypełniał jej usta dogłębnie.
Trzy tłoki pracowały w niej miarowo, choć każdy w innym tempie. Czuła się jak maszyna. Trzycylindrowa maszyna… Eksploatowana. Eksploatowana nadmiernie. „Dadzą mi do wiwatu! Wycisną ze mnie siódme poty!”
Mężczyźni, jakby rywalizowali ze sobą - kto może dłużej… kto może w szybszym tempie. Wszak chcieli się swą męskością wykazać przed kobietą… Wszyscy też jednocześnie trzymali ją jak w stalowych kleszczach. Jan za głowę, Stanisław za biodra, a Henryk… gniótł brutalnie jej cycki!
„Kiedy to się wreszcie skończy? Wyżyją się na mnie, wycisną jak cytrynę…”
Wtem, zdało się Marcie, że to sen. Do mieszkania wparowała kobieta z obrazu. Barbara, jak żywa. Ona była żywa!
- Jasiu! Ty huncwocie! Celowo wcześniej wróciłam z sanatorium! Tak podejrzewałam. Że kiedy mnie nie ma, ty spraszasz sobie jakichś kurwów!
Mężczyźni, radzi nie radzi, nie mieli wyjścia, zwlekli się z Marty z ociąganiem.
Barbara, działająca w amoku, chwyciła ubrania Marty – porwaną spódniczkę i bluzkę i… cisnęła je przez okno.
- Co za ladacznica! Łajdaczyć się możesz na ulicy, nie w porządnym domu! Tam są drzwi!

6 493 czyt.
100%122
Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyczne, użyła 7391 słów i 42666 znaków.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Historyczka

    Historyczka · 19 września

    Nie mam pomysłu po co Cudzes mógł pojawić się u dyrektora... jest on tam wskazany, ale lepiej byłoby go jakoś uzasadnić... ktoś ma pomysły???

  • AnnaAneta

    AnnaAneta · 19 września

    Opowiadanie fajne. Można by trochę zwizualizować fotkami ale i tak fajnie podnieca