
– Potrzebuję też żarówki, takiej do małej lampki, wie Pani, Pani Zosiu, tam jest chyba taki wąski gwint, ale mam napisane „maks 40 wat”. I na sufit też potrzebuję, nawet nie wiem ile tam można maks dać watów, ja teraz w ogóle się nie łapię w tych nowych żarówkach…
– Pani kochana, to samo zło, kiedyś to człowiek wiedział: cztyrdziestka, szyśdziesiontka, setka... a teraz jakieś tam lumyny, białe światło, ciepłe światło – do lady podszedł mężczyzna w nieokreślonym wieku. Podszedł wyraźnie w celu dokonania jednego zakupu, gdyż butelkę wyjętą z przeszklonej lodówki miał w ręce, ale nie mógł sobie odmówić wszczęcia pogawędki. Sprzedawczyni, młoda brunetka w czarnym T-shircie z napisem „Nirvana” powitała go z uśmiechem:
– No dzień dobry Panie Maćku, ale kolejka jest. Pani teraz kupuje.
– Ja tylko jedno piwo z góralem chciałem, ale o, widzę, że tu pani kupuje, to poczekam. Nie będę się wpychał przed szanowną Panią…
– Ależ proszę, jak muszę jeszcze tu chwilę się zastanowić, niech Pan kupi pierwszy.
Sprzedawczyni rozstrzygnęła: – Panie Maćku, to tak migiem: jedno piwo z góralem dla Pana. Tylko proszę pamiętać: zakaz spożywania w obrębie sklepu!
– Pani Zosiu kochana, jakże tak ja bym w obrębie? Ja? Do siebie idę. – I powoli ruszył w stronę drzwi. Załatwiwszy amatora taniego piwa, sprzedawczyni zwróciła się ponownie do klientki – Wie Pani co, ja do końca sama nie wiem, jak to jest z tymi żarówkami.
Milczący dotąd trzydziestokilkuletni mężczyzna, ubrany w jasnoniebieskie dżinsy i oliwkowy T-shirt zabrał głos.
– Jak mały gwint to pewnie E14. Chyba tam widzę na półce. A co do watów, może Pani spokojnie te wszystkie wziąć, one mają dużo mniej. Moc dużo mniejsza niż w tych tradycyjnych.
– O dokładnie tak, pani szanowna. Teraz się na luminy liczy, nie na waty – potwierdził pan Maciek, odwracając się spod drzwi.
– Tak, na lumeny. Jednostka strumienia świetlnego, czy w uproszczeniu jednostka jasności.
– O, jakie mądrych chłopaków można spotkać w tym sklepie. I przystojnych… skomentowała kobieta w sukience.
– Ja bym powiedział, że raczej piękne dziewczyny… – odpowiedział mężczyzna w oliwkowym T-shircie.
– Piękna dziewczyna to jest pani Zosia za ladą…
– Tak, na pewno, ale zdecydowanie nie tylko ona.
– Bardzo jest Pan miły. To poproszę dwie takie E14 i dwie takie normalne z jak największą jasnością. Do widzenia Panom, do widzenia Pani Zosiu!
Wyszła ze sklepu. Mężczyzna w oliwkowym T-shircie szybko dokonał zakupów paru prostych rzeczy, wrzucił je do małego plecaka i uśmiechnął się do sprzedawczyni:
– Kurt żyje! Do widzenia!
***
Sklep był miejscem, gdzie wpadali na siebie stali i sezonowi mieszkańcy różnych części Letniska – miejscowości, która w istocie była połączeniem prawdziwej wsi i kilku osiedli domków letniskowych. Granice między częścią letniskową a wiejską były od dawna zatarte i niejasne, a cała miejscowość rozpełzała się między polami, lasami i jeziorami, połączona siecią dróg. Niektórzy mieszkali tu na stałe, inni tylko na lato. W pobliżu było kilka jezior, na niektórych można było kąpać się i plażować, inne, bardziej zarośnięte trzcinami, były odwiedzane przez wędkarzy. Wszyscy mówili, że Letnisko ma niezwykłą atmosferę.
Kobieta założyła przyciemnione okulary, wsiadła na rower – seledynową damkę – i skierowała się wyasfaltowaną, ale dziurawą drogą na zachód. Mężczyzna też wsiadł na rower i bez żadnych skrytych intencji pojechał tą samą drogą, bo taki miał kierunek. Nie zamierzał sprawiać wrażenia, że ją śledzi czy ściga, więc, bez większego zresztą wysiłku, dogonił ją, zrównał się z nią i uśmiechnął się lekko. Droga, ocieniona przez stare jabłonie i wierzby, była pusta.
– O, widzę że Pan jedzie w tą samą stronę. Morelowa, Brzoskwiniowa, Wiśniowa?
– Na Morelową, ale ja tu nie na stałe. Czasem przyjeżdżam do kumpla na ryby, a teraz pomagam mu z instalacjami elektrycznymi.
– No to musi Pan szybko wracać. Instalacje nie mogą czekać…
– No właśnie mogą i czekają, kumpel pojechał do miasta do marketu budowlanego, bo paru rzeczy nam zabrakło. Więc skoczyłem sobie tylko po piwo...
– Aha…
– Da sobie Pani radę z tymi żarówkami?
– No nie wiem, a mógłby Pan zobaczyć? Nie chcę Pana fatygować…
– Żaden kłopot, nigdzie się nie spieszę.
Chwilę jechali w milczeniu. Zwarta zabudowa skończyła się kawałek za sklepem, na tym odcinku drogi mijali raz po raz domy pooddzielane od siebie kawałkami poletek, łączek i ugorów. Dalej po obu stronach ciągnęły się ciemnozielone lasy. Było dość gorąco, z rowu przy drodze dobiegało cykanie koników polnych. Teraz, gdy widział ją jadącą na rowerze, w pełni mógł docenić jej seksowność i grację. Sukienka sięgała do kolan, ale miała z boków rozcięcia, dzięki czemu co chwilę ukazywała się prawie cała noga. Odsłaniała także ramiona i spory kawałek pleców. Na skórze było widać dojrzałość, ale i dobre zdrowie oraz dbałość o ciało. Włosy przyjemnie lekko powiewały. Uśmiechnął się do niej, ona odpowiedziała tym samym. Po kilku minutach wjechali w strefę gęstszej zabudowy złożonej z domków letniskowych. Zza niektórych ogrodzeń słychać było warkot kosiarek, zza innych szum wody z automatycznych urządzeń do podlewania, z kilku stron dochodził także już zapach tlącego się węgla drzewnego.
Zatrzymała się przy wysokim płocie, wypełnionym gęstą matą wiklinową. Otworzyła furtkę i wprowadziła do środka rower, on za nią. Rozejrzał się nienachalnie: piękny zielony trawnik, rattanowe meble ogrodowe, wzdłuż płotu róże. Dużo drzew i krzewów, w głębi spory i ładnie utrzymany drewniany domek letniskowy ze sporym tarasem.
– No ładnie tu Pani ma. Gdzie Pani ma te lampki?
– Emilia jestem. A Ty?
– Robert.
– Spokojnie, lampki zobaczysz później. A teraz może domowy placek z wiśniami? Kawa? Zimne piwo?
– Okej, może być piwo.
– Pszeniczne czy IPA?
– Jak masz pszeniczne, to chętnie… w sam raz na taką pogodę.
– Usiądź i poczekaj, zaraz przyniosę.
Robert usiadł na dużej rattanowej kanapie ogrodowej nakrytej płótnem w egzotyczne etniczne wzory. Emilia przez taras weszła do domu, po chwili wróciła, na tacy niosąc dwie butelki i dwa pokale. Podeszła, postawiła tacę na stoliku, nalała piwo do obu szklanek, wzięła jedną do ręki i wypiła kilka sporych haustów. Przysiadła, rozwiązała rzemyki sandałów i zsunęła je, po czym umieściła się na kanapie na pół bokiem. Zgrabne bose stopy kusząco były wystawione w stronę Roberta, ale wciąż w odległości około metra. Czuł jednak zapach lekkich perfum, unoszonych powiewem letniego powietrza. Nadal nie potrafił znaleźć właściwej nazwy na odcień jej skóry. Skóra raz błyszczała, raz wydawała się matowa. Dbała o siebie, ale nie ukrywała wieku. Kilka razy lekko poruszyła stopą, wyginając ją i rozprostowując.
Kanapa stała na słonecznym miejscu. Piwo przyjemnie mu schłodziło gardło, ale czuł gorące promienie słońca bombardujące jego skórę przez dżinsową tkaninę. Za chwilę ten dżins mnie poparzy, pomyślał. Ciekawe, jak czuje się jej ciało? Był pewien, że nie ma już na sobie stanika, choć na pewno go miała podczas jazdy rowerem. Punkt dla Ciebie, Emi, odnotował w myśli. Zastanawiał się, czy w ogóle pod sukienką ma coś jeszcze.
– Jesteś elektrykiem?
– W pewnym sensie.
– To znaczy?
– Inżynierem elektrykiem.
– O, prawdziwy ekspert... nic dziwnego że się znasz na jasności żarówek…
– A Ty w czym jesteś ekspertką? Na pewno w utrzymaniu pięknego ogrodu…
– Miło że tak mówisz… w czym ja mogę być jeszcze ekspertką?
– W dobieraniu atrakcyjnych sukienek?
– Tak uważasz?
W tym momencie dotknęła palcami ramiączko sukienki i zaczęła lekko nim poruszać, niemal niezauważalnie. Robert uśmiechnął się z aprobatą i zachętą. Emilia szepnęła:
– Poczuj się swobodnie – zmrużyła oczy i jakby mimochodem zsunęła ramiączko. – Gorąco dzisiaj… – dodała.
– Bardzo gorąco, rzeczywiście…. Chłodny prysznic, z nią razem…chyba ma tu prysznic w środku – pomyślał. Ale zanim podjął jakiekolwiek działania w tym kierunku, zobaczył, że Emilia błyskawicznie zsuwa drugie ramiączko, a potem sięga ręką do rozcięcia u dołu sukienki i zaczyna się bawić krawędzią.
Pomyślał szybko o rozgrzebanej instalacji elektrycznej u kolegi, sprzęcie wędkarskim w bagażniku samochodu i w kanciapie domku, o zmrożonej wódce z najwyższej półki i o dużym słoiku śledzików po kaszubsku, przygotowanych na czas po powrocie z pomostu nad jeziorem. Spojrzał też na zimne piwo stojące na stole – za dużo go dotąd nie wypił. Był absolutnie pewien, co jest teraz najważniejsze. Wszystkie zmysły mu to podpowiadały.
Popatrzył prosto na nią, i miał pewność, że chcą tego samego i że niewiele muszą już mówić. Pewnie, szybko, ale bez nerwów zdjął koszulkę. Wiedział, że ma normalne, atrakcyjne ciało, nie przesadnie przypakowane, ale muskularne.
– No ładnie… Dżinsy sam zdejmiesz, Panie Inżynierze, czy mam Ci pomóc?
– Możesz spróbować, Pani Lampart.
– Mówiłam Ci, Emi jestem. – Przesunęła się bliżej i zaczęła jedną ręką gładzić jego ramiona i klatkę piersiową. Po chwili drugą ręką sięgnęła do sprzączkę paska. Szybko ją rozpięła, wysunęła z niej pasek, odpięła guziki. Dżinsy były zapinane na guziki, a nie na rozporek, ale poradziła sobie z tym sprawnie i zaczęła wsuwać dłoń w jego bokserki. Poczuł dotknięcia w najprzyjemniejszych miejscach. Wiedziała, co należy robić. On lewym ramieniem objął Emilię i palcami zaczął muskać w szyję i ramiona, a prawą rękę wsunął pod sukienkę. Nie miała majtek pod spodem. Na pewno także je zdjęła wchodząc do domu po piwo. Drugi duży punkt dla Ciebie, Emi. Plus punkty za seksowną sukienkę i za kilka innych rzeczy. Ciekawe ile nazbierasz do końca dnia… Dotknął jej skóry na wewnętrznej stronie ud, pomasował lekko, okrężnym ruchem przesunął dłoń wyżej na łono i zsuwał niżej. Wygolone.
– Nie mam buszu – wyszeptała.
– To miło – odpowiedział.
Poczekaj, zabierz na chwilę łapkę! – Przerwała. Wstała, zerwała płócienną narzutę z kanapy i rzuciła ją na trawę.
– Chodź tu, pomóż to rozłożyć!
Rozejrzał się naokoło.
– Spokojnie, sąsiadów nie ma. Płot jest wysoki. A ja jestem u siebie. – Przeskoczyła na trawę. Docenił bardzo zwinne ruchy, zupełnie jak u młodej dziewczyny. Kolejny punkt. Usiadł, szybko zdjął buty ze skarpetkami. Razem rozciągnęli narzutę na trawie. – Nie lubię, jak mi się trawa odciska na tyłku – wyjaśniła i popatrzyła na niego z uśmiechem. Spokojny, wyluzowany, zsunął spodnie razem z bokserkami i skarpetkami. Stanął przed nią całkiem nagi.
– No naprawdę niezłe ciacho – stwierdziła – i w świetnej formie, jak widzę….
Podszedł, jednym ramieniem objął ją z tyłu i przyciągnął, dłonią prawej ręki przesunął znów do rozcięcia z boku sukienki i wsunął pod spód. Pośladki też miała bardzo miłe w dotyku. Jednocześnie zbliżył usta, ich wargi się zetknęły. Wyjął rękę spod jej sukienki, chwycił delikatnie oboma dłońmi za jej górny skraj i oboma dłońmi zaczął ją ściągać w dół. Czuł krążenie swojej krwi, czuł, że ciało działa, czuł energię płynącą między mózgiem a podbrzuszem i członkiem. Sukienka opadła na ziemię, Emi zgrabnym pewnym ruchem stopy ją odsunęła na bok.
– Jak lubisz, Emi?
– To jest letnie południe, bez napinki, Robbie. I bez pośpiechu.
Oboje, już zupełnie nadzy, jednomyślnie osunęli się do pozycji klęczącej. Usta znów się zetknęły. Przez dłuższą chwilę unikał kontaktu języków, by podelektować się samymi wargami Emilii. Gdy wysunęła język, on cofnął. Pojęła grę. Potem on mocno wysunął język i oplótł wokół jej. Czuł lekki aromat piwa, ale generalnie smakowała świeżo i przyjemnie. Języki się przez chwilę ze sobą mocowały, w krótkiej, niewypowiedzianej przepychance. Jednocześnie gładził ją po szyi i karku. Po chwili ujął ją lekko pod ramiona, chwilę popieścił łokcie, po czym przesunął dłońmi po jej przedramionach aż do nadgarstków, kierując jej ręce w stronę własnych ud i podbrzusza, dając jej sygnał, co może robić. Lekko rozszerzył uda. Emilia umiejętnie i delikatnie przystąpiła do masowania jego dolnych części ciała. Dotykała wewnętrznej strony ud, wsuwała rękę pod worek mosznowy, coraz bardziej zbliżając się do penisa. Poszukał z nią kontaktu wzrokowego i potwierdzająco się uśmiechnął, ona odpowiedziała tym samym. Po chwili przeniósł ręce na jej piersi, starając się jednocześnie być delikatnym i zdecydowanym. Po dłuższej chwili zaczął stopniowo przesuwał dłonie w dół po jej brzuchu, zatrzymał się tuż nad podbrzuszem. Chwycił jej dłonie i lekko odepchnął. Znów ją pocałował w usta, chwycił za ramiona i lekko popchnął.
– Połóż się, zrobię Ci minetkę – szepnął.
– No zrób, zrób – odpowiedziała.
Pochylił się. W nozdrza wchodził mu zapach trawy i zapach jej ciała, już lekko spoconego, ale przyjemny i kobiecy. Przesunął raz i drugi językiem naokoło. Potem schował język i przywarł ustami do jej warg sromowych, zwarł się z nimi w pocałunku. Po chwili odsunął wargi, lekko podmuchał na jej krocze. Znów wysunął język i zaczął wpychać do środka. Smak był dobry, w myślach nazwał go wytrawnym. Wyczuwał łechtaczkę, ale penetrował całe wnętrze. Starał się dać jej przyjemność i energią i wibracją, starał się ją też dla siebie czerpać smakiem i dotykiem, po obu stronach języka. Jej soki już wyraźnie płynęły. Stopniowo jej słowa zamieniały się w pasmo nieartykułowanych pomruków i jęków. Wkładał coraz więcej energii. Świat naokoło zniknął, zniknęły nawet trawa, róże, słońce i niebo. Czuł energię przenikającą własne ciało, od penisa do języka i mózgu. Koncentrował się na jej łechtaczce. Po pewnym czasie przeniósł uwagę niżej, po czym wrócił wyżej.
– Ach… ach… taaaak…. …………. Dziękuję…
Teraz on się położył na plecach i uśmiechnął do niej. Uniosła się, odgarnęła włosy z czoła, uśmiechnęła się także, wciąż głęboko oddychając. Uklękła, rękami sięgnęła do jego penisa. Zrobiła kilka delikatnych, ale pewnych dotknięć. Pochyliła się, wysunęła język, zaczęła lizać żołądź. Długo, powoli przeciągała językiem bo obu stronach. W końcu objęła go ustami i szybko doprowadziła do końca. Czuł energię. Czuł pod sobą ziemię. Czuł tętnienie krwi. Słyszał pszczoły i lekki szum wiatru. Czuł zapach kwiatów i trawy.
***
Od dawna już był zmrok. Ale instalacja elektryczna już była naprawiona. Komary przestawały już brzęczeć i kłuć. Zakąszali śledzikami. Kolega nalał sobie kieliszek i rzekł:
– A wiesz, tu niedaleko ma też działkę moja dawna nauczycielka z liceum. Fajna babeczka, jak byliśmy w liceum, to się wszystkim chłopakom podobała. Wciąż fajna babeczka.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz