Duchowo martwe życie Marty. (II)

- Tamci faceci nieśli związanego mężczyznę. Zakneblowany, poobijany, wyglądał jakby już nie żył. Jednak wkrótce się okazało, że albo zemdlał, albo stracił przytomność. Jeden z kolegów mojego oprawcy ocucił go strzałem w powietrze. Był uzbrojony. Zwątpiłam w siebie do tego stopnia, że zaczęłam płakać - jak gdyby przeczuwając zbliżającą się rzeź. Brunet z bronią, zaczął zakładać tłumik. Tymczasem blondyn, dopytując, kim ja jestem i oceniając kilkoma dłuższym luknięciami, ile jestem warta, pozbawił swojego więźnia knebla. Stwierdził, że "skurwysyństwo trzeba tępić", wymieniając autystyczny rechot z kolegą. Tamten strzelił. Proszę Księdza - wyrzekła pełna napięcia. - Oni mi kazali potem na niego patrzeć. A nawet... - przerwała, nerwowo podtrzymując się drżącą dłonią o mahoniową framugę konfesjonału.
- Marto, możesz opisać w skrócie, co się stało. Wiem, że minione wydarzenia budzą w Tobie dużo emocji - dopowiedział Kapłan z lekkim zrezygnowaniem. Chętnie dowiedziałby się o wszystkich szczegółach. Ba, chętnie by w nich uczestniczył.
- A więc... Miałam wrażenie, że nastąpiła jakaś kategoryczna zmiana planów. Jakaś pomyłka. Tomasz, który mnie tam wywiózł, mówił zupełnie o czymś innym. Mieliśmy być sami, miałam służyć w roli pojemnika na płyny ustrojowe tylko jemu. A domyśla się ksiądz, jak to się skończyło - znów urwała, starając się złapać z Nikodemem kontakt wzrokowy przez gęstą kratę. Drżała jej dolna warga, a niespokojny oddech uniemożliwiał dalsze zeznania.
- Domyślam - odparł po chwili zadumy. Oparł brodę na pięści i mimo całej swojej świątobliwości, wyobrażał sobie różne sceny, które mogły się przydarzyć jego Wiernej w tamtejszym lesie. - Ale, moje drogie Dziecko, musisz tę opowieść dokończyć. Przyszłaś tutaj pewna siebie, lubieżna i zdecydowana... A teraz drżysz i krępujesz się, by za moim pośrednictwem wyznać Stwórcy prawdę? - głos Kapłana przybrał barwę groźnej pretensji. - Bądź konsekwentna, Suko.
Marta, jakby strzelona gromem, zaczęła drżeć jeszcze bardziej. Co prawda, chciała na zewnątrz uchodzić za szorstką i zdecydowaną, lecz swojego środka nie była w stanie zmienić. Wewnątrz była miękka, poplątana i niestabilna. Łatwo było ją jakkolwiek naderwać. Tamte wydarzenia odcisnęły w jej umyśle piętno, teraz ponadto było to piętno bardzo świeże. Mimo wszystko, zgodnie z zaleceniem, zdecydowała się brnąć dalej. W końcu stawką było jej Duchowe Życie.
- Przepraszam, Ojcze - odrzekła proszącym tonem. - A więc ja pozostałam przywiązana do drzewa. Bezbronna, naga, z rozmazanym makijażem i rękami ponad głową. Kaskady moich włosów plątały się po szyi, piersiach, brzuchu. Ci mordercy, najprawdopodobniej mający wiele wspólnego z naszą miejską mafią, stali nad trupem. Joachim - łysiejący, wulgarny blondyn, zabrał się do obdzierania uśmierconego z wszelkich taśm, które do tej pory go krępowały. Piotr, ten z pukawką, schował ją pod kurtkę i podszedł do mnie. Tomasz zagrodził mu drogę, śmiejąc się, że aby skorzystać - będzie musiał zapłacić - opowiadająca głośno przełyknęła ślinę. - No i zapłacił. Podszedł do mnie, ujął mnie za brodę. Spojrzał głęboko w oczy. Nie miałam gdzie uciec. Zaczął nasze wspólne uciechy od wpychania mi palców w gardło. Były brudne, grubawe i nieforemne. Tymczasem uśmiechał się szyderczo do mnie i, co jakiś czas do Tomasza, który to wszystko obserwował.
Dławiłam się nimi, drugą dłonią objął moją szyję. Myślałam, że mnie udusi. Mimo wszystko, nie opłacałby mu się taki ruch - wolał okład z ciepłych, młodych piersi. Rzeczywiście, później na nie przeniósł swoją uwagę. Była to uwaga bardzo przelotna. Dopiero się szykował, aby rozkręcić do tej pory dosyć ubogą akcję.
Dalsza część tej opowieści sprawia mi szczególny problem. Grałam w niej główną rolę, może to stąd. Tych trzech rosłych i silnych mężczyzn potrzebowało czegoś, na czym wyładują swoją agresję. Zresztą, niekoniecznie była to agresja - bardziej usprawiedliwiona seksem brutalność. Liczyłam się z tym, ale w ostatniej chwili zawsze nabierałam wątpliwości. Takiej jak przed chwilą. Coś jakby resztki dziewczęcego wstydu - lekki uśmiech uniesionego kącika ust znów zagościł na jej twarzy. - Tomasz, mimo że niższy od kolegów, był bardziej od nich przypakowany. Cierpi na manię szerokości, przynajmniej ja to tak nazywam. Chciał przyjrzeć się temu, jak dwóch jego najbardziej obślizgłych kolegów bierze na sztorc swoich wyprężonych do bólu przyrodzeń jego ulubioną, zdemoralizowaną przyjaciółkę. Może nie przyjaciółkę, a dobrowolną niewolnicę? Zwał jak zwał. Ale koledzy się nie śpieszyli. W pełni wykorzystali tę niezręczną sytuację, w której się znalazłam. Zanim odwiązali mnie od drzewa, wielokrotnie penetrowali moje wnętrze palcami, później także dłońmi, co jakiś czas sobą. Zmieniali się, podchodząc jak do jakiegoś automatu z zabawkami. Albo, nie będąc infantylnym, automatu z drobniakami. Oboje musieli kochać hazard, więc tym trafniej używam tego porównania.
Mój wyrodny przyjaciel, który mnie tutaj przywiózł, przypatrywał się nam w milczeniu. Co jakiś czas nie mógł powstrzymać mimowolnego otarcia o swój rozporek dłonią. Siedział na uciętym kikucie pnia, wyraźnie podniecony i jakby delektujący się tą chwilą. Ja... Sama nie wiem - przerwała z rumieńcami, stopniowo pojawiającymi się na jej alabastrowej twarzy. - Mój opór wyparował. Strach też. Miałam w głowie tylko jeden powtarzający się motyw, który zaraz miał się ziścić.
Joachim mnie odwiązał i cisnął mną o podłoże z liści. Oboje z Piotrem wyswobodzili się do końca z nogawek spodni. Ten drugi ukląkł koło mnie nadal dyszącej. Wgryzł się w moje usta i po chwili zapytał, czy będę już grzeczna, czy chce przypadkiem posmakować w ustach szmatę nasyconą płynem do spryskiwaczy? Albo czy ręce chce mieć zakłute w prawdziwe, policyjne kajdanki dla ich komfortu? Odparłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by takiej potrzeby nie było. To mu wystarczyło.
Oparł się o ziemię łokciami i nakazał mi, bym go dosiadła. Groził, że mam się nie obijać. Właśnie ten powtarzający się motyw miałam w głowie, odkąd zaczęła się ta nasza wspólna rozgrywka na ringu, gdzie mój łomot był przesądzony. Takie nasze ustawione zawody - cholera, zaczynam zbaczać z tematu. Koleś, którego miałam pod sobą o wiele bardziej mi się podobał niż ten, który wkrótce zaszedł mnie od tyłu. Chwycił moje włosy, chwycił za gardło i zaczął miarowo posuwać, jednak w innym tempie niż Pan, będący pode mną. Oczy niemal wychodziły mi z orbit. Moje przytłumione wycie przerywane serią pisków okropnie nakręcało facetów tam obecnych. Zdążyłam dojść dwa razy nim i oni wyciągnęli ze mnie drągi ociekające mną, nimi samymi i lubrykantem, którego Joachim nie pożałował. Doszli na rozmaite części mojego ciała. Chwilę potem leżałam w spazmach drżąc, nim rozejrzałam się - co powinnam zrobić już dużo wcześniej.
Tomasz nie siedział bezczynnie. Wymierzył we mnie obiektyw kamery. Doskonała jakość mojego poniżenia, pomyślałam. Poza tym, tuż obok mnie, w zagłębieniu podłoża, lekko przysypany liśćmi, leżał trup. Od razu wstałam. Krew na jego zmiażdżonej twarzy wywołała u mnie odruch wymiotny. Wkrótce dowiedziałam się, że to nie ostatni i nie najdalszy kontakt, jaki odbędę z tym truchłem - wzgrygnęła się i jakby otrząsnęła. - Ojcze, mam kontynuować?
- Tak - padła głucha odpowiedź.
- Kazali mi go zakopywać. Taka naga, rozkojarzona, ze spermą spływającą po moim ciele niczym łzy, kopałam pieprzony dół. A oni się gapili. Denat w nim wylądował i wycieńczona, jakimś heroicznym wysiłkiem, zasypałam ziejący przyszłą zgnilizną krater. Tomasz spakował kamerę. Reszta ferajny władowała się, jak gdyby nigdy nic, z powrotem do auta. Odjechali. Ja z moim kamerzystą także. W bagażniku. Będąc naga i potłuczona. Ale dobitnie dojebana. Tak, dojebana.

***

Kapłan chrząknął. W głowie kłębiło mu się mnóstwo myśli, chociaż to nie one były tutaj najistotniejsze. Pod czarnym materiałem pojawił się wyraźny, twardy kształt. Opowieść spowiedniczki zrobiła na nim wrażenie. Niewątpliwie. Choć miał pewność, że nie jest ona do końca stabilna psychicznie - o, nie. Wahała się pomiędzy wstydem a stalową wręcz pewnością siebie. Może za bardzo to analizował. W końcu w poprzednim życiu pracował z psycholami. Ważne było jedno. Była napalona i on też. Festiwal zbreźności, po tak długim i ciągnącym się wstępie, miał okazję się wreszcie zacząć. Nikodem już układał w głowie rozrywki zaplanowane na Wielkie Otwarcie. Przykrywka Bożego Posłańca wreszcie mu się na coś przydała. Dogłębną ewangelizację miał uprawiać po raz drugi. Bynajmniej nie ostatni.

1 komentarz

 
  • Prunella

    Mam wielką nadzieje, że pociągniesz to jeszcze dalej a moja ciekawość zostanie dobitnie zaspokojona, cudnie napisane kochana

  • AleidaMarch

    @Prunella Trzecia część jest już w mojej głowie. Więc, o ile nic mi się nie stanie, to ją z miłą chęcią zmaterializuję. ; )

  • Prunella

    @AleidaMarch Dosko!