Siedem

Prolog

           Pierwszy raz los naprawdę mnie zaskoczył. Fakt, przez ostatnich siedemnaście lat często bawiliśmy się w podchody, kpiny i pogróżki, jednak tym razem uderzył z otwartej pięści w najsłabsze, najczulsze  miejsce. Zrobił to bez krzty litości czy sentymentu.      
           Drugie uderzenie przyszło zanim zdążyłam   złapać oddech po poprzednim.  Bolało tak samo mocno. Dlaczego? Nie spodziewałam się po prostu, że cudowne rzeczy mogą ginąć w tak obrzydliwy sposób.  Że mogą zwyczajnie zdychać - brzydko, nieelegancko, odrażająco. Niby rodzaj odchodzenia nie powinien mieć znaczenia, bo strata pozostawała ta sama, ale myśl, że nie będzie nawet skrawka żyznego podłoża na dobre wspomnienia, dobijała powolnymi pociągnięciami tępej żyletki.  
          Chciałam sobie jakoś pomóc, choć miałam wrażenie, że tym "chceniem" tylko się ośmieszam. Że macham bezradnie łapkami jak dziecko wrzucone znienacka do głębokiej wody. Ostatkiem sił, niezdarnie próbowałam wypłynąć na powierzchnię, szukając jakiegokolwiek koła ratunkowego.  
         Podczas ostatnich skurczy, wyobrażałam sobie więc, że stoję na moście. Rozdmuchiwałam w prawie martwej duszy gorącą pewność, że cały świat ogłuchł, zobojętniał i oślepł na tyle, że mogę być sama, że mogę skoczyć w tę lepką maź, która spływa mi po nogach i zbiera się na podłodze, tworząc ciepłą kałużę. Pomyślałam, że kiedy się w nią osunę i zupełnie poddam, to wtedy, dokładnie w tej samej sekundzie, uczucie szarpania zniknie, albo chociaż zelżeje.  Miałam nadzieję, że ta nienazwana siła, która nie reaguje na opór mięśni i ciągnie, ciągnie, ciągnie, zaspokoi się moim upadkiem i przestanie.  
           Nie przestała. Nie było też mostu, samotności, ciszy, opcji wyboru, opcji sterowania. Została ta okropna, zbrylona kałuża, która przecież zgodnie z niepisaną obietnicą, miała stać się czymś pięknym i żywym. Została pustka, niemożliwy do opisania, ale, jak to zwykle bywa, możliwy do przeżycia ból i przeraźliwie głośny szept za ścianą, który w swoim brzmieniu miał moc niszczenia:
" Dzięki Bogu, że tak to się skończyło" .



Część 1

     Mogłabym zacząć od początku, ale początek nie miał większego znaczenia. Bo tak to już jest w życiu, że się obija, potyka przez lata o nieszczęścia, tragedie i niepowodzenia bez szkody większej niż zdarte kolana, ale wystarczy jeden upadek, by wszystko runęło razem z człowiekiem na łeb, ręce i szyję.  
      Pierwszy raz zdarzył się zimą. Lubiłam tę porę roku nie tylko przez wypiękniały od brokatu, złota, światełek, zastępów Mikołajów i ton mandarynek świat, ale przede wszystkim przez aurę. Zimny wiatr, śnieg i niska temperatura powodowały, że ludzie chowali się za połami ciepłych płaszczy, szalikami, czy pod kapturami kurtek. Wszyscy jakby bardziej się spieszyli i łatwiej można było uniknąć spojrzeń przypadkowych przechodniów. Ich bezsłownej, wyrażonej jedynie brzydkim grymasem na twarzy odrazy, z której bez większego trudu można odczytać całe kilometry zdań: " Patrzcie na tę kurewkę w za krótkiej spódniczce. To przez takie jak ona, przez nią, przez tę lubieżność, która wylewa się spod falbanek, praworządni obywatele, niewinni chłopcy, wierni mężowie i porządni ojcowie tracą głowy, a z nimi całe, hodowane przez lata zapasy moralności." Wiele zdążyłam się nauczyć w życiu, wiele złego oswoić, ale ludzka zdolność do żonglowania osądami i to przekonanie o ich słuszności, które niemal kipiało z wszechwiedzący głów przepełnionych opiniami, wciąż przyprawiały mnie o skurcz żołądka.
      Ściany w tamtym pokoju były pomarańczowe. Ich kolor przypominał ulubiony, mocno  gazowany napój z dzieciństwa, o który latem trzeba było się wręcz bić. To tło zupełnie nie pasowało do przedstawienia, jakie miało się tam odegrać. No właśnie, przedstawienie…
       Potraktowałam owe zajście, jak aktorka grająca dla jednoosobowej publiczności, której wymagania doskonale mogłam poznać dzięki długim, przemyślanym rozmowom, wystukanym na klawiaturze komputera. Zresztą, te pragnienia były wyjątkowo łatwe do odgadnięcia. Ot:  Uwielbiaj mnie, podziwiaj, ubóstwiaj i przytakuj energicznie swoją śliczną główką, kiedy mówię, jak bardzo świat jest dla mnie - chodzącego ideału - paskudny i niesprawiedliwy. A później płaszcz się, proszę, przede mną i miaucz o uwagę jak kotka w rui. Poczekaj te kilka dni, aż uznam, że ewentualnie jesteś godna i gotowa - w takiej właśnie kolejności, na to, aż bez przyznawania się, że przeplatam nogami z niecierpliwości, popuszczę ryzy swojej niby niedostępności i pozwolę ci podejść krok bliżej. Najlepiej bardzo souté.
        Pamiętam, że jego przystojna twarz w kulminacyjnym momencie przyprawiła mnie o uśmiech politowania. Wąskie usta ściągnięte w kreseczkę, niemal czarne oczy rzucające pełne niedowierzania spojrzenia, to wszystko na tle tandetnej, jaskrawej narzuty, wyglądało groteskowo. Bo jak to? Rozmowa - ok, mniej lub bardziej odważny flirt - czemu nie, kolacja - no problem, ale to dziewczątko, które miało tylko nieznacznie podpompować sflaczałe ego, stoi przed nim, panem wszystko, w kałuży czerwonej sukienki i do kurwy nędzy, jest piękne, dostępne i chętne, ale w domu, w bezpiecznej odległości pięćdziesięciu kilometrów od tego skromnego moteliku, czeka żona. Jak to możliwe? Jak to się w ogóle stało? Kto do tego dopuścił?
            Znałam bajki dla dużych dziewcząt, historie, które pozwalają tymże dziewczętom kochać, przeklinać, albo poznawać tych złych, ale pociągających, władczych panów, którzy poją swoją złudną odwagą i drogim winem zawsze niewinne, kruchutkie, gładziutkie i mięciutkie kochanki. Wiedziałam też, gdzie można sobie te bajki wsadzić.  
          Bał się. Bał się jak oni wszyscy, ale wiedział również, że poczucie winy opadnie razem z bielizną,  wyjątkowo seksowną i kuszącą. Że strach wystarczy ścisnąć w garści razem z kusymi majtkami, zerwanymi z krągłych pośladków. Wystarczy pozwolić tej małej, słodkiej kusicielce oswobodzić swoje cudowne (przecież tak mówiła) ciało z koszuli, spodni i myśli o jutrze.  
        O jutrze, które dla mnie, "tej małej", miało być dopiero początkiem zabawy.
          Nie czułam bólu. Co najwyżej lekki dyskomfort, kiedy opadał na mnie, widocznie oszołomiony tym, że leżę pod nim naga i pobudzona. Upity do nieprzytomności uczuciem władzy. Pojawiło się lekkie szczypanie, kiedy palcami sprawdzał, jak bardzo gotowa jestem za sprawą i przyczyną jego ust, języka i dumnie wyprężonej męskości oczywiście, na kolejny, jeszcze bardziej upojny raz. Tylko maciupkie zniecierpliwienie dawało o sobie znać, kiedy z tryumfalnym, łajdackim uśmiechem obserwował, jak teatralnie, głęboko wciągam  powietrze, jak gdzieś między tymi oddechami wydobywa się tłumiony, rozkoszny jęk, jak zaciskam i rozwieram uda. Jak krzyczę bez ładu w skotłowanej pościeli z paznokciami wybitymi w jego ramiona. Tylko nieznaczne mdłości atakowały gardło, kiedy łapczywie rzucałam się na niego, realizując każdą fantazję, którą snuł nocami w swoim stabilnym i przytulnym domku, a którą wyrzucił z siebie dopiero w tym obcym łóżku: liż mnie, ssij, drap i rozkładaj z niewymuszonym zainteresowaniem te swoje długie nogi. Wij się pode mną, poruszaj nade mną z niecierpliwością i zaciskaj ciasno, ciepła i delikatna jak aksamitna rękawiczka. Słuchaj rozpromieniona tych wszystkich słów, od których gniją uszy przykładnych żon.
Voilà, kochanie.
    Ponaglenia i wulgarne prośby o jeszcze, o więcej, głębiej i mocniej wczepiały się w pomarańczowe ściany. Cały szereg ruchów, pieszczot, pocałunków i obietnic, którymi można rozbić bank, wtopić  się w drugiego człowieka, wślizgnąć mu się pod skórę, do umysłu i serca. Wczołgać się w jego życie i rozbić to życie na maleńkie kawałeczki.

asiaA

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i erotyczne, użyła 1413 słów i 8094 znaków, zaktualizowała 12 gru 2019.

8 komentarzy

 
  • agnes1709

    Może by coś napisała, bo czekamy?

  • asiaA

    @agnes1709 :( się coś zepsuło i nie chce pisać:/

  • agnes1709

    @asiaA Wiem, znam to coś, co to się psuje, też mi często nawala :sad:;)

  • Iga21

    Bedą kolejne rozdziały?

  • asiaA

    @Iga21, nie wiem:(

  • Duygu

    Tekst niesamowicie wpływa na wyobraźnię, co stwierdziłam już po pierwszych zdaniach. Ten tekst ma takie wyostrzone kolory, że tak się wyrażę- czarne oczy, pomarańczowe ściany... Wszystko idealnie współgra. Zacne  :bravo:   <3

  • asiaA

    @Duygu, DZIĘKUJĘ!!! :redface:  <3

  • Morfina

    Wrażliwa dusza z Ciebie... Mogłabym się podpisać pod tym tekstem... Pod tym pierwszym, może pod trzecim, piątym... i pewnie pod każdym kolejnym. Pióro drżałoby z emocji … to takie … moje...takie znane...

  • asiaA

    @Morfina, niestety, chyba aż za wrażliwa:)
    Wiesz, to, co napisałaś... No, dziękuję Ci. Bardzo. Pozdrawiam:)

  • Somebody

    Zimne, cyniczne, smutne - piękne  <3

  • asiaA

    @Somebody , dziękuję <3

  • AnonimS

    Jestem pod wrażeniem.  Tym jak pokazujesz emocje, jak przekazujesz mysli . Pozdrawiam

  • asiaA

    @AnonimS, dziękuję! Pozdrawiam również.

  • agnes1709

    Cudownie, no i wreszcie jakaś częściówka. Zastanawiałam się, czy i w ogóle, a jeśli, to kiedy?, a tu proszę. Łapa obowiązkowo i czekam na ciąg dalszy :D:D<3

  • asiaA

    @agnes1709 , bardzo się cieszę, dziękuję!

  • AlexAthame

    Niewatpliwie masz indywidualny styl.Uzywasz slow i dobrze nimi zaglujesz. A to daje szanse czytelnikowi odbieram indywidualnie tresc i dusze, tego o czym piszesz. Jak do tej pory wszystkie twoje utwory sa dramatami.To cos dluzszego I dobrze.Czekalem na to i mysle, ze nie tylko ja. Nie domyslam sie o czym bedzie i co znaczy siedem, ale pewnie sie wyjasni.Dziekuje :)

  • asiaA

    @AlexAthame , dziękuję!

  • AlexAthame

    @asiaA  ;)