Praedestinatio empiricus affero se Mutatio (cz.2)

Obudziłam się z potwornym bólem pleców i głowy. Nagle przypomniałam sobie, co się stało. Szybkim ruchem szarpnęłam ręką, ale okazało się, że jest przypięta łańcuchem. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że jestem uwięziona w jakiś lochach. Cela nie miałam żadnego wyposażenia, oprócz łańcuchów i kajdan, którymi byłam przypięta. Wrota pomieszczenia były zbudowane prawdopodobnie ze stali, więc nie miałam dużych szans na ucieczkę, zwłaszcza w takim stanie. Chwilę później zaczęłam mimo wszystko rozwalać łańcuchy za pomocą żywiołów. Udało mi się nawet uwolnić z więzów, ale nie pomyślałam o tym, że jestem zbyt poturbowana, by później stać na nogach, więc upadłam na ziemię. Ból w plecach nasilił się, przez co, ledwo mogłam się ruszać. Nie pomagało także zmęczenie. Z zaciśniętymi z bólu oczami usłyszałam kroki na korytarzu. Podniosłam z trudem głowę i zobaczyłam dziewczynę o olśniewającej urodzie, ciemnych włosach. Na oko była starsza ode mnie. Miała na sobie czarną szatę, przepasaną złotym pasem. Zobaczywszy, że leżę na ziemi uśmiechnęła się do mnie, pokazując białe, ostre zęby przypominające kły.  
- Widzę, że już się obudziłaś- Mówiąc to przekręciła klucz w zamku, po czym weszła do mojej celi.- To dobrze. Nie będę musiała się z tobą bawić.
- Nie ma za co.
- Nie podziękowałam Ci.
- Nie dosłownie, ale to zrobiłaś.- Kąciki moich ust mimowolnie podniosły się do góry.
- Wiesz co? Jestem trochę zdziwiona, że nie spytałaś mnie jeszcze co tu robisz i, gdzie w ogóle jesteś.
- Nie muszę. Znam odpowiedzi na te pytania.
- Naprawdę?- Jej mina wyrażała zdziwienie.
- Oczywiście! Jestem w twierdzy Rhiamon, ponieważ ona uważa, że wiem, gdzie znajduje się i co głosi przepowiednia.
- Widzę, że jesteś obeznana w sytuacji, w jakiej się znalazłaś. Cieszy mnie to.
- Po co przyszłaś?-spytałam ją.
- Rhiamon poprosiła mnie, abym przyprowadziła Cię do niej.
- Jak widzisz, muszę znaleźć trochę sił, aby wstać, więc możesz poczekać?- Byłam chwilowo miła, ale to tylko pozory. W środku kipiałam gniewem.
- Ale pośpiesz się.
     Zebrałam wszystkie siły i podniosłam się do pozycji pionowej. Chwilę chwiałam się, jakbym była naćpana, ale po jakimś czasie to minęło. Podpierając się ściany spojrzałam na dziewczynę.
- Już?- spytała zniecierpliwiona.
- Chyba tak- odpowiedziałam niepewnie. W tej samej chwili, w głowie znowu ukazały mi się słowa. Wypowiedziałam je i nagle przestałam być zmęczona, ból zelżał a na nogach stałam już pewnie.
- Coś ty zrobiła?- zaciekawiona spoglądała na mnie.
- Nie mam pojęcia- odpowiedziałam szczerze.
- Dobra, koniec tej pogaduszki.- Nie zauważyłam, że następna dziewczyna weszła do celi. Miała ciemnoblond włosy i bordową szatę. Spojrzała na mnie niebieskimi oczami, po czym odwróciła się w stronę swej towarzyszki.
- Kassidy, co ty tu robisz?
- Rhiamon kazała mi sprawdzić, dlaczego tak długo Cię nie ma.
- To nie moja wina, to ona...- Zaczęła się tłumaczyć.
- Nie mnie będziesz się tłumaczyć.- Kassidy zbliżyła się do mnie, po czym nałożyła mi na ręce kajdanki.
- Nie próbuj się uwolnić. Jeżeli spróbujesz je rozwalić, one zniszczą ci rękę. Zrozumiałaś?
- Tak-zrozumiałam przekaz i to dokładnie. Tak naprawdę, nie chciałam ich niszczyć ani uciekać. Chciałam jedynie porozmawiać z Rhiamon, być wolna. Aczkolwiek wiedziałam, że ta druga prośba się nie spełni. Rozmyślałam tak o swym losie, gdy nagle usłyszałam z prawej strony znajomy głos. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i zobaczyłam Valiera w jednej z celi. Siedział na ziemi z rękoma wyciągniętymi przed siebie, przez kraty. W jego oczach zobaczyłam smutek, nic więcej, ale wyczytałam coś z jego myśli. Martwił się o to, że nigdy więcej nie zobaczy brata. Nagle poczułam mocne pchnięcie rękami w moje plecy i upadłam na ziemię. Tym razem zaklęcie mi nie pomoże. Byłam tego pewna, a sprawy nie ułatwiały kajdanki.. Zmęczonymi, trzęsącymi się rękami odepchnęłam się od ziemi i jako-tako stanęłam na nogach. Za sobą słyszałam śmiech Kassidy i jej przyjaciółki. Stwarzając pozory twardej, podniosłam dumnie głowę i spojrzałam na nie hardo. Zdezorientowane ucichły w sekundę.
- Idziemy?- spytałam.
Od razu ruszyły w dalszą drogę. Chwilę później dotarłyśmy do dużych drzwi z diamentu. Kassidy włożyła klucz do zamka i drzwi stanęły przed nami otworem. Po drugiej ich stronie zobaczyłam salę ozdobioną barwnymi mozaikami. Podłogę pokrywał jedwabny, czarny dywan. Naprzeciw drzwi stały trzy trony. Jeden, środkowy był największym i najznakomitszym ze wszystkich. Jego kolorem była krzykliwa czerwień. Po obu jego stronach stały dwa mniejsze, ale były fioletowe. Znowu zostałam popchnięta, lecz tym razem nie pozwoliłam sobie na upadek. Ruszyłam, więc wolnym krokiem, aż dotarłam do małego, białego dywaniku. Tam moje towarzyszki opuściły mnie i poszły zająć swoje miejsca. Po chwili do sali weszła Rhiamon, w aksamitnej, olśniewającej sukni koloru seledynowego. Wyglądała jak grecka bogini Afrodyta. Gdy doszła do swego tronu, usiadła na, nim i spojrzała na mnie.
- Moja droga Saeth. Nie wyglądasz za dobrze, ale nie ma co się dziwić. Każdy, by tak wyglądał, gdyby był nieprzytomny przez dwa tygodnie.- Nie odzywałam się, czekałam.
- Nie masz nic do powiedzenia?
- Możesz przejść do sedna? Nie chce mi się bawić w twoje gierki.
- Oh... no dobrze. Jestem pewna, że wiesz, dlaczego tu jesteś?
- Jak już powiedziałam twojej koleżance...?
- Aithne- odezwała się ciemnowłosa.
-... no, więc jak powiedziałam Aithne, wiem.
- To dobrze. Mam nadzieję, że zgodzisz się na mój układ.
- Niech zgadnę. Mam Ci powiedzieć, gdzie jest przepowiednia, a ty mnie uwolnisz?
- Spostrzegawcza jesteś.
- Każdy mi to mówi.
- No więc? Jaka jest twoja odpowiedź?
- Nie przystaję na taki układ.
- Dlaczego?- Z zaciekawieniem mi się przyjrzała.
- Ponieważ nie wiem, gdzie ona jest.
- Oczywiście, że wiesz. Mnie nie oszukasz.
- Możesz mnie torturować, nawet zabić, ale nie mogę wskazać Ci miejsca, którego nie znam.
- Ja myślę, że możesz. Kassidy, Aithne, jest wasza.
     Po tych słowach wstała i wyszła z sali. Jej towarzyszki zbliżyły się szybkim krokiem do mnie z niepokojąco wyglądającymi uśmiechami. Zaczęły lekko popychać mnie w stronę wyjścia. Posłusznie poszłam w tamtą stronę. Szłyśmy tym samym korytarzem co wcześniej, aczkolwiek tym razem minęłyśmy moją celę i skierowałyśmy się do pomieszczenia o masywnych drzwiach. Aithne je otworzyła i moim oczom ukazał się metalowy stół. W jego rogach przyczepione zostały otwarte kajdanki, jakby czekały na swą ofiarę. Na lewej od wejścia ścianie wisiały różne przedmioty, od noży i sierpów, po szczypce i kombinerki. Ogarnięta strachem cofnęłam się o krok. Zauważywszy to, dziewczyny złapał mnie mocno za ręce i pociągnęły mnie do stołu. Magiczne więzy uwolniły mnie w momencie, kiedy Aithne i Kassidy położyły mnie, mimo oporów, na śmiercionośny mebel. Sekundę później byłam już uwięziona, znowu...
- Saeth, nie musimy tego robić. Powiedz tylko, gdzie jest przepowiednia, a puścimy Cię wolno.- Ciemnowłosa próbowała mnie przekonać.
- Powiedziałabym, ale nie mogę.
- Wiesz, ale "nie możesz" powiedzieć?
- To jest bardziej skomplikowane, niż wam się wydaje.
- Skoro tak, to wytłumacz.
- Nie.
- Nie? Więc wolisz umierać na tym stole? W okropnym bólu?
- Tak.- Byłam pewna, że ta decyzja jest słuszna.
- Pamiętaj, że to twoja decyzja.
- Zapamiętam i będę się tego trzymać.- Powiedziawszy to, wypowiedziałam zaklęcie, które miało znajome już dla mnie skutki. Oprawczynie zaczęły, natomiast tortury. Parę godzin później, ledwo widziałam na oczy. Czułam się, jakby ktoś ciął mnie na kawałeczki, jakbym grała w jakiejś części, , Piły". Chciałam krzyczeć, błagać o śmierć, ale całe szczęście, nie mogłam. Zaklęcie powoli przestawało powoli działać, ale o to się nie martwiłam, przynajmniej chwilowo. Najważniejsze jest to, że moja twarz była spokojna, jakbym nie czuła żadnego bólu, co bardzo dezorientowało moje oprawczynie. Jedynym powodem, przez, który dalej kontynuowały, było zaciskanie moich dłoni w pięści i napinanie wszystkich mięśni. Jakiś czas później wszystko się skończyło.
- Jesteś silna, przynajmniej przez jakiś czas.- Kassidy odezwała się pierwsza.
- Na dzisiaj koniec, ale na jutro przygotujemy ci nowe atrakcje- dopowiedziała Aithne.
- Nie odezwiesz się? Jeżeli chcesz nas zirytować, to wiedz, że ci się nie uda.- W tym momencie zaklęcie przestało działać. Lekko jęknęłam, bo na więcej nie miałam siły. Na ciele czułam ciepłą ciecz, która na pewno była moją krwią. Chcąc wypowiedzieć parę słów, zaczęłam zbierać resztki sił, jakie mi pozostały.
- Nie złamiecie mnie. Nigdy nie zdradzę wam tej tajemnicy- wyszeptałam.
- A to co? W końcu się odezwałaś?- Kpiła ze mnie Aithne.
- Możesz mi pomóc?- Kassidy odezwała się do swojej koleżanki.
- Dobra, dobra. Zajmijmy się nią.
     Poprzez słowa "zająć się" miały na myśli przeniesienie mnie do mojej celi. Oczywiście, ledwo mogłam oddychać, a co dopiero chodzić, więc musiały mnie przetransportować za pom0cą magii. Gdy w końcu sobie poszły, zaczęłam sprawdzać szkody. Okazało się, że moje nogi są w strasznym stanie. Lewa, była cała pocięta, natomiast prawa, nie dość, że była cała pocięta, to jeszcze pod samym kolanem, w miejscu, gdzie wiele lat temu miałam operację, teraz widniała ogromna dziura, z której strumykiem płynęła krew. Ręce były nienaruszone, tak jak szyja, twarz i plecy. Brzuch miał tylko parę ranek, na tyle cienkich, abym nie czuła bólu, aczkolwiek na tyle głębokich, aby płynęła z nich krew, a wraz z nią, moje życie. Musiałam zrobić coś z ranami, inaczej się wykrwawię. W momencie, gdy miałam już wymówić zaklęcie lecznicze, naszła mnie pewna myśl. A co, by się stało, gdybym umarła? Rhiamon i jej wspólniczki nigdy nie dowiedziałyby się, gdzie jest przepowiednia. Ta myśl była bardzo kusząca, ale nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam zakończyć życia w takim miejscu, w taki sposób. Byłabym tchórzem, gdybym coś takiego zrobiła. Wymówiłam, więc zaklęcie i ze zmęczenia, zemdlałam.

               *     *      *     *    *   *     *
     Codziennie o tej samej porze Kassidy i Aithne przychodziły po mnie, próbowały zdobyć informacje, przenosiły mnie z powrotem do mojej celi, później ja się leczyłam, mdlałam i następny dzień wyglądał tak samo. I tak przez cały tydzień. Za każdym razem rzucałam na siebie dwa zaklęcia, milczenia i leczenia. Czasami układały mi się w głowie nowe, ale byłam za bardzo zmęczona, by je wypróbować. Gdy obudziłam się ósmego dnia od pierwszych tortur zorientowałam się, że nie przyszły jeszcze wspólniczki Rhiamon. To mnie zaniepokoiło. Wstałam z ziemi i zbliżyłam się do krat. Z drugiej strony korytarza, parę celi w lewo od mojej zobaczyłam Valiera, który także nie wiedział co się dzieje.
- Valier, co jest grane?- odezwałam się w jego głowie.
- Saeth, to ty?- spytał zaskoczony.
- Tak. Musimy się stąd wydostać.
- Wiem, ale jak?
- Poczekaj chwilę.- Mówiąc to, w mojej głowie znowu ukazały sioę jakieś słowa. Tym razem miałam dość siły, aby je wykorzystać. Gdy tylko je wymówiłam, drzwi mojej celi spaliły się w sekundę w popiół. Chwilę wpatrywałam się w pył, po czym wybiegłam z celi i rzuciłam rzuciłam to samo zaklęcie na kraty od celi Valiera.
- Dzięki- powiedział chłopak, po czym zaczęliśmy wspinać się po schodach. Z góry dobiegły nas odgłosy walki. Nie martwiliśmy się tym, do momentu, aż jeden różowy Troll skoczył na nas z wielkim nożem. Zastrzeliłam go ognistą strzałą, stworzoną przeze mnie po ucieczce z celi. Nałożyłam na cięciwę kolejną i wycelowałam w następnego Trolla, tym razem zielonego. Dalej biegnąc zastrzeliłam jeszcze parę kolorowych stworzeń. Gdy dobiegliśmy do centrum sali, odwróciłam się. Przypadkowo wychwyciłam myśli młodego, może piętnastoletniego chłopaka. Modlił się w duchu o to, aby jego brat przeżył, aby Valier żył. Wiedziałam już, wtedy, że to jest brat mojego towarzysza.
- Valier!- krzyknęłam do chłopaka stojącego nieopodal.
- Co?
- Chyba znalazłam twojego brata. Chodź!- poprowadziłam go do walczącego chłopaka o ciemnych włosach i fioletowych oczach, aczkolwiek znacznie mniejszego.
- Phelan!- Valier rzucił się w stronę brata, podczas, gdy ja zobaczyłam dziewczynę celującą we mnie z topora. Gdy broń poleciała w moją stronę, szybko się odsunęłam. Z zaciekawieniem towarzyszącym człowiekowi, który umknął śmierci, spojrzałam za siebie i zobaczyłam niebieskiego Trolla z toporem osadzonym pomiędzy oczami. Znowu skierowałam spojrzenie na dziewczynę. Miała ciemnobrązowe włosy związane w dziwną fryzurę, składającą się z warkoczy, ułożonych tak, aby nie przeszkadzały w walce. W ręku dzierżyła rapier, który wbiła w serce stworzeniu ciemności. Nie zwracając uwagi na Valiera dołączyłam do walczących. Tym razem łuk nie był dobrą bronią, więc wyczarowałam sobie miecz z diamentu. Zabijając wroga za wrogiem doszłam w końcu do tronów, stojących na podwyższeniu. Tam też zobaczyłam Rhiamon walczącą z dziewczyną o brązowych włosach spiętych w koka. W dłoni trzymała mizerkordię, natomiast jej przeciwniczka, pałasz. Obok Rhiamon zobaczyłam Aithne patrzącą na coś po za moim wzrokiem. Zaczęłam biec w stronę brązowowłosej. Nagle się o coś potknęłam. Zerknęłam na to i zobaczyłam zakrwawione ciało Kassidy. Skupiając uwagę na martwym ciele, nie zorientowałam się, że Aithne zbliżyła się do mnie, z uniesionym mieczem. Zaczęłam biec w stronę jej wyciągniętego broni, jakby ktoś przejął kontrolę nad moim ciałem. Po chwili nadziałam się, jak mięso na wykałaczkę, na jej broń. Chwilę stałam na nogach, ale, gdy Aithne wyjęła mi miecz z ciała, padłam na kolana. Przyłożyłam sobie dłoń co rany, po czym podniosłam głowę, aby zobaczyć Valiera. Właśnie walczył u boku swego brata, ramię w ramię z grupą istot ciemności. Tracąc równowagę, przewróciłam się w prawą stronę i leżałam tak, na ramieniu, bez przyjaciół, bez rodziny. Sama, pośród walczących. Zamknęłam oczy i zaczęłam wyobrażać sobie mój zamek. Mój piękny zamek, który czeka, aż do niego wrócę. W nim, na kanapie siedziała moja zmarła siostra, mama, mój ojciec. Obok, na ziemi siedział mój najlepszy przyjaciel, Daray, który zginął, ratując mnie, gdy gobliny zaatakowały mój dom. Wszyscy, których kochałam, nie żyją, więc w końcu do nich dołączę. W końcu i tak długo czekali. Uchyliłam lekko oczy i zobaczyłam nad sobą Valiera.
- Saeth, błagam, nie zostawiaj mnie! Nie możesz teraz odejść.
     Chciałam mu odpowiedzieć, ale nagła fala bólu przeszła przez moje ciało. Nie mogłam oddychać. Przez parę sekund myślałam, że umrę, że nie będę mogła odpowiedzieć Valierowi. Gdy tylko fala minęła, zaczęłam oddychać, jakby od tego zależało moje życie, co było zresztą prawdą. Mimo, że miałam otwarte szeroko oczy, widziałam tylko niewyraźnie kształty, ale wiedziałam, że chłopak nadal siedzi nade mną. W głowie usłyszałam głos ojca. Był tak wyraźny, jakby tata siedział nade mną i krzyczał mi do ucha. Ostatkiem sił, jakie mi jeszcze pozostały otworzyłam usta i zaczęłam mówić słowa przepowiedni.
- Waleczna nad życie,  
dziewczyna w błękicie.
O bystrym spojrzeniu,  
O czarnych włosach,  
Zmieni losy ludzi,  
Gdy zło się zbudzi.
Umrze podczas bitwy,  
Powróci po latach...- nie dokończyłam, ponieważ znowu zalała mnie fala bólu. Tym razem była dłuższa, ale, gdy w końcu ustała, nie miałam już siły, aby dokończyć Mogłabym żyć, ale byłam świadoma dwóch rzeczy. Tego, że przepowiednia mówi o mnie i tego, że w końcu powrócę. Przymknęłam oczy i znowu usłyszałam głos, lecz tym razem należał on do mej siostry. Pamiętaj, nigdy nie pozwalaj, aby ktoś kierował twoim życiem. Możesz jeszcze zmienić swój los. Wybór należy do Ciebie i tylko ty zadecydujesz, co chcesz zrobić. Łza popłynęła mi po policzku. Tak bardzo za nią tęskniłam! Była taka mała, taka młoda, a spotkał ją tak okrutny los. I, choć nie żyła od paru lat, jej słowa dodały mi otuchy. Przypomniała mi coś, o czym zapomniałam jakiś czas temu, o tym, że mam wybór. Zebrałam się w sobie i wypowiedziałam zaklęcie, które miało zmienić całe moje życie.

                       *     *     *     *     *     *
     Szłam przez polanę pełną kwiatów zmierzając do osadzonego w głębi lasu budynku, który miał być ostatnią rzeczą jaką tu zobaczę. Wybrałam to miejsce ze względu na to, że przypominał mój pałac. Z zewnątrz przypominał po prostu kamienną budowlę z wieloma wieżami, lecz w środku był nie do pomyślenia. Ściany ze złota i kamieni szlachetnych, podłoga pokryta jedwabnymi dywanami, na sufitach wisiały piękne żyrandole. Jedynym meblem znajdującym się w tym pomieszczeniu był drewniany, pięknie rzeźbiony stół, pokryty czerwonym materiałem. To właśnie do niego zmierzałam. Otworzywszy drzwi komnaty zobaczyłam, że w środku stali ludzie. Przy samym stole stała moja rodzina, za nimi stały osoby, których nigdy nie widziałam na oczy. Albo widziałam, ale nie zapamiętałam. Zbliżyłam się do rodziny, ciągnąc za sobą materiał kremowej sukni.
- Ojcze. Nauczyłeś mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć. Dziękuję Ci za to- odwróciłam się do mamy.- Mamo. Nauczyłaś mnie kochać i pokazałaś, jak mogę używać swych mocy, do czynienia dobra. Dziękuję Ci. - Następnie odwróciłam się do Daraya.- Dar. Jesteś dla mnie jak brat. Zawsze mnie spierałeś i poświęciłeś się dla mnie. Nigdy nie będę w stanie spłacić tego długu, ale wiedz, że się postaram. - Najwięcej miałam do powiedzenia mojej siostrze, dlatego zostawiłam ją na koniec.- Philomeno. Przypomniałaś mi, że mam wybór, że mogę podjąć sama decyzję. Zawsze dawałaś mi rady, pomagałaś, gdy potrzebowałam pomocy. Byłaś i jesteś moim sumieniem, cząstką mnie, która przypomina mi, że nie jestem sama. Nigdy Cię nie zapomnę i zawsze będę Cię kochać. - Nie mając nic więcej do powiedzenia, kiwnęłam głową na Daraya, po czym położyłam się na stole. Czułam się, jak Królewna Śnieżka. Mój przyjaciel, natomiast wziął do ręki księgę i wymówił zaklęcie:
    
Anima, abitus cum ille viscus itaque no gratia mundus, guo saturo se antiquus praedictum.

     Zamknęłam oczy i przeniosłam się do innego świata, a gdy je ponownie otworzyłam, zobaczyłam Valiera nadal siedzącego nade mną, w dniu mej śmierci. Później zobaczyłam siebie, kiedy tworzyłam zamek. I potem nic. Pustka. Na chwilę ogarnął mnie paniczny strach, ale uspokoiłam się, wiedząc, że tak ma być. I rzeczywiście. Chwilę później otworzywszy oczy zobaczyłam niebo. Piękne, błękitne niebo, pokryte w niektórych miejscach pierzastymi chmurami. Podniosłam się powoli do pozycji siedzącej i rozejrzałam się wokoło. Zobaczyłam w oddali Valiera z opuszczoną głową, idącego do budynku znajdującego się przy linni drzew.
- Valier!!- krzyknęłam głośno. Chłopak odwrócił się szybko w moją stronę i zaczął biec. Gdy w końcu dobiegł do mnie, podniósł mnie, porwał w ramiona i zaczął kręcić. Zaczęłam się śmiać i płakać jednocześnie.
- Saeth! Myślałem, że odeszłaś.
- Nie mogłabym zostawić ciebie samego.
- Przyrzeknij, że mnie nie opuścisz.
- Przyrzekam.
                *     *     *     *     *     *     *     *
- Addieno...- Nie dokończyłam, ponieważ ktoś nagle zapukał do drzwi.
- Spodziewamy się jakiś gości?- Widząc przeczące kiwania głowy moich przyjaciół, wzruszyłam ramionami i podeszłam do drzwi. Gdy spojrzałam przez wizjoner, nikogo nie zobaczyłam. Otworzyłam, więc je i nagle poczułam, jak duży ciężar przygniata mnie do ziemi. Rozejrzałam się przerażona i zobaczyłam, że Valier, moja córka i znajomi także są przygnieceni do podłogi. W oczach mojej córki zobaczyłam strach, natomiast w moich można było zobaczyć wściekłość. Nagle ujrzałam nad sobą Rhiamon. W ręku trzymała sztylet.
- Zapamiętaj na przyszłość, Saeth. Przeznaczenia nie da się zmienić.- I wbiła mi sztylet prosto w serce. Czułam, ulatującą z mojego ciała duszę. Pomyślałam już tylko jedno. Ciesz się władzą, póki możesz...

SzalonaLilianna

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda, użyła 3928 słów i 20884 znaków.

4 komentarze

 
  • hahalol

    Fajny tytul

  • ;)

    Fajna ta część