Wichry Wojny-Rozdział 1

     Ciężarówka podskakiwała po nierównej drodze, to cud, że nasze głowy były nadal całe. Siedząc przy wyjściu, wpatrywałem się w liczne, wiszące plakaty, które po chwili znikały z mego wzroku. Strzeż się Imperialnych! Ściany mają uszy! To tylko niektóre z nich, a i tak znałem je na pamięć, stanowiły niemal codzienność, gdy przemierzałem miasto. Sam nie wiedziałem, skąd biorą na to surowce, skoro trwa wojna i prawie wszystko jest na wagę złota.
Zatrzymaliśmy się z piskiem opon przy budynku z ogromną, metalową bramą.
— Wychodzić i ustawić się w szeregu. — krzyknął oficer w błękitnym mundurze.
Skrzypnęła zasuwa i zeskoczyłem na kamienną powierzchnię, rozejrzałem się po swoich towarzyszach podróży. W ciemnościach pojazdu nie miałem na to okazji i jako ostatni wsiadłem w punkcie werbunkowym. Do ostatniej chwili wahałem się, czy opuszczając matkę, dobrze robię. Miała już swoje lata, czy poradzi sobie beze mnie? Niestety ojczyzna musi być ponad osobiste sprawy. W ostatniej chwili zapakowałem się z resztą na pakę. Wszyscy stanowili przedział wiekowy między szesnastym a dwudziestym rokiem życia, czyżby straty okazały się tak wielkie?
— Podchodzić po kolei z dokumentami w łapie — rzucił ten sam wojak. Podszedł do biurka, gdzie już czekał wąsaty major z drewnianą protezą, zamiast nogi. Ospale spełniliśmy to polecenie, co zwykli wieśniacy mogli wiedzieć o dyscyplinie i wojsku?
      Po kolei zadawane były różne pytania. Imię, nazwisko. Skąd jesteś? Przymusowy, czy ochotnik? I tak dalej, w zależności od udzielanych odpowiedzi delikwenta odsyłano na lewo, albo prawo. Wreszcie przyszła moja kolei.
— Imię, nazwisko. — Major nawet nie spojrzał na podsunięte dokumenty.
— Sven Raven — odpowiedziałem niczym karabin maszynowy.
— Masz specyficzny akcent, rekrucie... Raven. — Oficer spojrzał na swoje notatki. — Jesteście mieszańcem?
Ten termin dotyczył obywateli, których rodzice nie pochodzili z centralnego regionu Cesarstwa. Tak zwani ludzie drugiej kategorii.
— Moja matka pochodziła z plemienia Śnieżnej Zamieci, ojciec jest komendantem policji w Frostleim, tam również ja się urodziłem. — Poczułem, jak serce chce się wyrwać z ciała. Wiedziałem, że drugorzędnych kierują do najgorszych robót, ich wartość nie wykraczała powyżej armatniego mięsa.
— Frostleim... Daleko stąd chłopcze. Co cię przygnało w te strony? — Spojrzał na mnie badawczo. — Mam gdzieś, co lub komu zrobiłeś, jednak jeśli się to wyda, możesz oczekiwać srogich konsekwencji. Wyraziłem się jasno?
— Tak jest! — krzyknąłem z tego, co słyszałem, tak odpowiadają żołnierze.
— Zuch. A teraz mi powiedz, dlaczego taki mieszaniec. — Tu podkreślił to słowo. — Chce dostać się do Cesarskiej Armii? Planujesz sabotaż, uciekniesz do wroga?
— Chce walczyć za ojczyznę.
— Nawet jeśli traktuje cię gorzej od niewolnika? — spytał major.
— Tu się urodziłem i tu żyje, dlatego muszę chwycić za broń i odepchnąć najeźdźców. — Słowa same wpadały do głowy i układały się w zdania.
— Przekonałeś mnie, choć nie takich szpiegów wysyłali Imperialni. Mam to gdzieś. Na lewą stronę!
     Ruszyłem w tamtą stronę, naprawdę nie wiedziałem, czy zdałem, czy nie. Ludzie po obu stronach nie różnili się za bardzo od siebie, nasze losy leżały w rękach wąsacza za biurkiem. Czas upływał, a on nie zwracał na nas uwagi, tylko dyskutował przez telefon, którego kabel ciągnął się w dal pod ziemią. Wreszcie odłożył słuchawkę, lecz do nas nie podszedł. Rozsiadł się wygodnie, wyciągnął nogi i zasnął.
     Prażyliśmy się w słońcu, tęskniłem za chłodnym klimatem gór, jednak to z tego miejsca, najbliżej było do frontu. Część z nas zemdlało, nie mogliśmy usiąść na rozgrzanych do czerwoności kamieniach, po godzinie dołączył do nas kapitan z opaską na oku. Zasalutował majorowi, który zerwał się z drzemki i razem podeszli do nas. Wartownicy na rozkaz wynieśli nieprzytomnych, te lata ciężkiej pracy na polu, odpowiednio zaowocowały. Wytrwałem.
Nowy kolega wąsacza zabrał drugą grupę, nas major skierował do wielkiego budynku tuż za nami. Wchodząc przez masywne wrota, ujrzeliśmy coś w rodzaju recepcji i korytarz obok niej, wszystko obudowane było zielonymi płytkami.
— Co my tu mamy... — rzekł żołnierz z maską przeciwgazową na twarzy i nieprzemakalnym szarym ubraniu. — Macie szczęście, ci drudzy trafili pod opiekę kapitana "Wyślij i zapomnij". Jeśli mieliście tam rodzinę, czy kogoś znajomego, uznajcie, że już nie żyją. Wy dostaniecie przynajmniej szansę w swoje ręce.
Nie potrafiłem uwierzyć jego słowom, jego głos brzmiał ponuro, a noszony strój powodował grozę.
— Nie pierdol! — krzyknął jeden ze stojących obok mnie. Silnie zbudowany osiłek spoglądał wściekle na nieznajomego. — Tam jest mój brat, dlaczego miałby zginąć? Odpowiadaj! — Przełożył rękę przez wnękę i chwycił jednego z żołnierzy. Nieznajomy spojrzał na niego zza czerwonych soczewek maski, wyciągnął z kabury pistolet i w ułamku sekundy wystrzelił trzy pociski prosto w pierś siłacza. Niedawny agresor niesiony impetem wystrzałów legł kilka kroków dalej. Ze zdziwionym wzrokiem wpatrywał się w sufit, tuż pod nim wytworzyła się kałuża krwi.
Morderca schował broń i wyszedł do nas, kopnięciem sprawdził, czy ofiara nie żyje.
— Od teraz jesteście żołnierzami Cesarstwa, wszystko, co macie należy do państwa. Jeszcze nie sprzątaj. — Zwrócił się do swojego kolegi, idącego z podłączonym wężem.
Z widocznym lękiem spoglądałem na zaistniałą sytuację. Nie mieściło się w głowie, że ktoś może bez wyraźnego powodu zastrzelić drugą osobę. Na wojnie takie rzeczy miały miejsce, ale na tyłach? Metaliczny smród szkarłatu pomieszanego z prochem dotarł do nozdrzy, niemal natychmiast zawartość żołądka wylała się przez usta. Prawie wszyscy zwymiotowali, rzadko widzi się trupa, gdy konflikt jest daleko.
— Dobra lej wodę. — rzucił zamaskowany wojak. Tak jakby wiedział, że do tego dojdzie. — A wy zdejmować ciuchy i oddawać wszystkie osobiste rzeczy. A potem przechodzić przez korytarz. Ruchy, nie ma czasu, w każdej sekundzie Imperium zdobywa przewagę.
Otumanieni przez szybkie spotkanie ze śmiercią, niczym baranki spełniliśmy rozkazy. Nadzy pomaszerowaliśmy dalej, nie wiedząc, co czeka za zakrętem. Znaleźliśmy się w ogromnej wykafelkowanej sali, wypełnionej dyszami na suficie.
— Zatkać usta i czekać! — Zabrzmiał metaliczny głos. Po chwili usłyszeliśmy syk, a pomieszczenie wypełnił gaz. Niektórzy próbowali uciec, drapiąc o zamknięte metalowy drzwi, bez skutku. Mój umysł wypełniło przerażenie, ale postanowiłem czekać. Ojciec z matką od małego uczyli mnie cierpliwości, czy to w rolnictwie, czy na polowaniu. Szkoda tylko, że nie zdążyłem nauczyć się patroszenia, wtedy inaczej bym zareagował.
     Z trudnością stałem na nogach, podczas gdy trująca para otaczała ciało, wszystko mnie paliło żywym ogniem. Zacisnąłem zęby, chciałem walczyć, musiałem to przeżyć. Upłynęło kilka minut i wreszcie ustało, wielu z nas leżało na podłodze, kolejny raz pozbywając się zawartości żołądka. Nie sądziłem, że człowiek może być taki blady. Nastał kolejny szum, tym razem spadła zwyczajna woda, z ulgą poddałem się spadającym kroplom.
Szczęknęły drzwi, a w nich ponownie pojawił się zamaskowany żołnierz.
— Wstawać łajzy! Odkażanie zakończone. — Wyjął pałkę i zaczął popędzać nią wszystkich.
— Nie mogliście powiedzieć, że to o to chodzi? — spytał blondyn, stojący obok mnie. Ledwie dało się go zrozumieć pomiędzy atakami kaszlu.
— Myślicie, że na wojnie wszystko podają na tacy? To była jedynie nauczka, trzeba zawsze mieć się na baczności i przede wszystkim słuchać rozkazów. A teraz ruszać dupy, wasze szkolenie czas zacząć.
Niemal biegliśmy w stronę oślepiającego światła, oprawca nie hamował się w używaniu pałki, powodując bolesne obrażenia. Dysząc, jak stary pociąg czekaliśmy na dalszy rozwój sytuacji.

326 czyt.
100%21
krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i przygodowe, użył 1387 słów i 8320 znaków, zaktualizował 20 cze o 15:30. Tagi: #wojna #przygodowe #obyczajowe #armia #trening

1 komentarz

 
  • Wojtek8765

    Wojtek8765 · 20 czerwca · 230360660

    Piszesz  świetnie , ale skończ jeden wątek czy dwa a dopiero rzucaj się na następne.