Kobiety - Zosia

Kobiety - ZosiaPoszłam na imprezę, chociaż nie miałam ochoty. Obawiałam się spojrzeń i zawoalowanych pytań ze strony moich znajomych, moich przyjaciół ze szkolnych lat.
Czy będą tacy sami, czy zupełnie obcy?.

***
Dwadzieścia pięć lat po maturze, a wcześniej młodość, studniówka i „egzamin dojrzałości” wśród kwitnących kasztanów, papier w kieszeni i szumne wkroczenie w dorosłość.
Tamte wakacje były ostanie.
Nasza sześcioosobowa paczka rozbiegła się po świecie: Michał z Renatą wyjechali do Niemiec na zbiór truskawek i stamtąd przedostali się do Stanów, Aleksandra zaczęła studiować medycynę w Bydgoszczy, tam poznała przyszłego męża i została na stałe, Adam zakochany w Oli wyjechał do Wrocławia, skończył mikrobiologię, i ślad po nim zaginął.
Ja ze Staszkiem zdałam na ASP i też powoli zapominaliśmy o beztroskim życiu.
Pozostaliśmy w Krakowie, plany, cudowne marzenia i miłość do grobowej deski. Po drugim roku spadła jak z nieba propozycja wyjazdu na stypendium do Francji.
— Zosiu! — krzyczał jak wariat od progu. — Dwa lata w Paryżu. Dwa lata w magicznym świecie.  
Wielka radość i szczęście, które jak dotąd nam sprzyjało... aż do momentu, kiedy w czasie przedwyjazdowych badań lekarskich, u Staszka wykryto w płacie czołowym glejaka z przerzutami do rdzenia kręgowego.
Zostaliśmy aby walczyć z cichym zabójcą. Nie udało się, za niecałe pięć miesięcy Staszek odszedł na zawsze. Nic już nie było takie samo, bajka się skończyła, autor „Życie” nie zdążył napisać zakończenia. Pozostał wielki żal, rozgoryczenie i smutek.
Mozaika się rozpadła, bo zabrakło jednej cząstki: Staszka — wesołego blondyna, którego śmiech rozsadzał każdą część ciała. Tak bardzo był głodny życia i jadł je dużymi łyżkami.  
Ja nie potrafiłam już być, nie umiałam, nie chciałam, byłam zepsutą lalką, której wydłubano oczy. Nikt nie potrafił mnie naprawić, nie pragnęłam innych oczu, zostałam niewidoma.
Poszłam w tango, w świat okiełzany przez alkohol i narkotyki. Tam samotnie topiłam smutek, oczywiście bez skutku. Miałam dwadzieścia trzy lata i żadnych marzeń, stąpałam po cienkiej tafli życia i powoli spadałam na dno. Przepoczwarzałam się w alkoholiczkę.
Mieszkałam w mieszkaniu po babci, w którym straszyły puste ściany, ale nie to było najgorsze, najgorsze było to, że nie chciałam, ba nawet nie oczekiwałam żadnej pomocy. Wtedy pragnęłam umrzeć.  
Byłam jak głodna i samotna suka z podkulonym ogonem, szukająca ciszy i butelki czystej. Co było do sprzedania, spieniężyłam na alkohol. Pozostały dwa obrazy; jego autoportret i moja twarz namalowana miłością Staszka.
Rzeczy, które były bezcenne, były cząstką szczęścia zakopanego w ziemi. Nawet ta ziemia była daleko ode mnie.
W przetartych dżinsach i czarnym wyblakłym swetrze malowałam przy Floriańskiej ludzkie twarze i ludzkie myśli, czarna abstrakcja i mroczna jak noc bez gwiazd. Zarabiałam w ten sposób na alkohol i nędzne życie.
Majowy dzień jak co dzień stałam przy sztaludze, w rozmazanej codzienności tworzyłam jak Pan Bóg, swój świat na płótnie. Biel z czernią się połączyła; połączyły się anioły te dobre i złe. Powstała szarość.
I z tej szarości wyłonił się on, ten chłopiec z równoległej klasy, chłopiec, który w czasach szkolnych nieznaczący dla mnie. Był z innej bajki. Jedynie co, to miał oryginalne imię Bolebor.
— Zosia, czy to ty? — zapytał.
Pojawiło się zawstydzenie. Po raz pierwszy od śmierci Staszka chciałam zapaść się pod ziemię.
Widział moje trzęsące ręce, twarz szarą, oczy bez blasku i obraz brudny jak moje życie. Widział to, co artysta chciałby, aby odbiorcy zobaczyli.
— Zawsze malowałaś siebie, swój świat, kiedyś był w innych kolorach, a dzisiaj? — zagadnął.
Jak dobrze mnie znał, pomyślałam...skąd to wie?
Zaprosił na kawę, pomógł nieść sztalugi i obrazy. Zjadłam porządny obiad i wypiłam trochę alkoholu, nic nie mówił o piciu i nie protestował, zamawiał i płacił. Wiedział o Staszku, o mojej wielkiej miłości do niego. Wyznał, że jego wielką miłością zawsze byłam ja.
— Bolebor, jestem alkoholiczką — powiedziałam głośno i po raz pierwszy nie zaprzeczyłam.
Nie wiem, jak to zrobił, że zapragnęłam jego pomocy. Zaopiekował się i zamieszkał ze mną.
Czuwał, ale niczego nie zabraniał, naprawiał zepsutą lalkę bardzo powoli i bez przymusu. Z wykształcenia psycholog kliniczny miał przygotowanie do takiej terapii.
Dzięki wytrwałości wyszłam z nałogu, od szesnastu lat nie piję.
Rozsypana mozaika poukładała się w nowe życie i stworzyła z nowym klockiem całość. Wypełniła pustkę w obrazie. Wróciły marzenia i miłość, inna, dojrzalsza i mądrzejsza od tamtej.

Idziemy na ten zjazd, nie będę zmyślała o tym, że nie piję alkoholu. Jeśli ktoś zapyta, powiem otwarcie, że jestem alkoholiczką. Koniec bajek o lekach, operacjach, o zatruciu. Będę dobrze się bawić na trzeźwo z moim partnerem. A inni niech rzucają ukradkowe spojrzenia i udają, że ich to nie obchodzi.

822 czyt.
100%82
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe i dramaty, użyła 914 słów i 5190 znaków, zaktualizowała 1 paź o 9:12.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Duygu · 1 października

    Witaj

    Bardzo dobry tekst. Poruszył moje serce. Niesamowite. Dobrze, że cała historia szczęśliwie się skończyła. Człowiek często upada, a bez pomocy drugiej osoby bardzo ciężko i trudno mu powstać.

    Czekam na kolejną część  

  • agnes1709

    agnes1709 · 1 października

    Ja ja Cię kocham w takim wydaniu!