
Radka znam od piętnastu lat. Prawie dwa metry chłopa, jasne włosy, broda, szerokie bary i dłonie, którymi mógłby otwierać słoiki zamiast używać narzędzi. Wygląda jak wiking, któremu ktoś odebrał topór, ubrał go w marynarkę i nauczył wystawiać faktury. Zawsze lubił kobiety. Nie tylko oglądać. Widziałem go zakochanego, widziałem, jak łamał serca, i widziałem, jak sam dostawał po dupie. Ale Martę traktował inaczej. Przy niej stawał się spokojniejszy. Nie grzeczniejszy, broń Boże, tylko jakby mniej musiał cokolwiek udowadniać. Byłem pewien, że wreszcie znalazł swoje miejsce.
W sobotę przyjechałem pod kazimierską farę przed piętnastą. Było chłodno, około dwunastu stopni, deszcz wisiał w powietrzu. Radek stał pod murem w grafitowym garniturze, który ledwo mieścił jego ramiona. Pachniał świeżo drogimi perfumami i papierosem, choć podobno rzucił palenie. Kiedy podjechała Marta, odruchowo wyprostował plecy.
Nie będę udawał, że nie zrobiła na mnie wrażenia. Miała suknię w kolorze kości słoniowej, z miękkiej tkaniny, która przy każdym kroku wydawała cichy, suchy szelest. Materiał układał się na biodrach i spływał ku ziemi, odsłaniając przy chodzeniu jasną szpilkę i fragment łydki. Blond włosy miała upięte, kilka pasemek wymykało się przy skroniach. Kiedy podeszła, poczułem delikatny zapach jej perfum, coś pudrowego, kwiatowego, z nutą wanilii. Nie był nachalny. Trzeba było znaleźć się blisko, żeby go wyczuć. Radek nachylił się do niej, a ona położyła mu dłoń na piersi. Przez moment palce przesuwały się po szorstkiej tkaninie marynarki, szukając zagniecenia przy krawacie.
— Strasznie szybko bije ci serce — powiedziała.
— Bo mam przed sobą niebezpieczną kobietę.
— Jeszcze możesz uciec.
— W tych butach? — spojrzał na jej szpilki. — Dogonisz mnie dopiero za miesiąc.
Uderzyła go lekko bukietem. Śmiali się oboje, a ja pomyślałem, że właśnie tak powinni wyglądać ludzie, którzy się kochają. Bez wielkich deklaracji. Ona poprawiająca mu kołnierzyk, on zatrzymujący jej dłoń na sekundę dłużej, niż było trzeba.
O piętnastej trzydzieści zaczęła się ceremonia. W kościele pachniało woskiem, starym drewnem i białymi kwiatami ustawionymi przy ławkach. Marta miała zimne dłonie. Zauważyłem to, kiedy przed przysięgą Radek ujął je w swoje ogromne łapska i zaczął rozcierać kciukami. Ona coś szepnęła, pewnie żeby przestał, bo roześmiała się pod nosem. Potem przyszła przysięga. Kiedy powiedziała, że go nie opuści aż do śmierci, głos jej na chwilę się załamał. Zobaczyłem, jak Radek zaciska szczękę. Mężczyzna, którego nie potrafiło przestraszyć właściwie nic, miał łzy w oczach. I ja, stary dureń, też. Odwróciłem głowę, udając, że oglądam boczny ołtarz.
Po wyjściu z kościoła zaczęło kropić. Marta uniosła suknię, Radek osłonił ją marynarką, chociaż miał na sobie tylko cienką koszulę. Przez chwilę stali pod daszkiem i całowali się, nie przejmując się gośćmi. Widziałem, jak jej palce wsuwają się w jego jasne włosy, jak on przyciąga ją do siebie, jak materiał sukni marszczy się między nimi. Ktoś krzyknął, żeby zostawili coś na noc poślubną. Marta roześmiała się i odpowiedziała, że nie zamierza składać żadnych obietnic.
Wesele odbywało się w niedużym hotelu pod Kazimierzem. Osiemdziesiąt kilka osób, okrągłe stoły, drewniany parkiet, dużo świec. Po godzinie powietrze zgęstniało od perfum, jedzenia i alkoholu. Na sali było za gorąco. Kobiety zdejmowały żakiety, mężczyźni luzowali krawaty, a marynarki lądowały na oparciach krzeseł. O dwudziestej drugiej muzycy grali już zdecydowanie głośniej, niż pozwalały na to moje uszy.
Magda pojawiła się przy barze, kiedy nalewałem sobie whisky. Brunetka w ciemnozielonej sukni z satyny, wysokie obcasy, odkryte plecy. Miała ten rodzaj urody, który nie potrzebuje przesadnego makijażu. Wystarczyła czerwona szminka i sposób, w jaki patrzyła na rozmówcę. Kiedy usiadła obok mnie, materiał jej sukienki zaszeleścił o tapicerowane siedzisko. Poczułem jej perfumy. Intensywniejsze niż Marty, cięższe, zmieszane z zapachem rozgrzanej skóry.
— Dobry ten wasz wiking — powiedziała, obserwując Radka tańczącego z żoną.
— Nie najgorszy.
— Marta ma szczęście.
— On większe.
Uśmiechnęła się i upiła łyk wody. Potem poprawiła włosy, odsłaniając kark.
— Zawsze był taki?
— Jaki?
— Pewny siebie.
Popatrzyłem na nią.
— W sprawach kobiet? Zdecydowanie za bardzo.
Roześmiała się. Nie wiedziałem jeszcze, że powinienem był potraktować tę rozmowę poważniej.
Pół godziny później tańczyła z Radkiem. Najpierw jakaś szybka piosenka, potem wolna. Przy wolnym utworze przyciągnęła go do siebie. Jej dłonie spoczęły na jego ramionach, a później przesunęły się ku karkowi. Widziałem to wyraźnie, bo stałem przy stole niedaleko parkietu. Radek objął ją w talii. Zielona satyna marszczyła się pod jego palcami, kiedy prowadził ją w ciasnym obrocie. Nachyliła głowę, coś powiedziała mu do ucha. Włosy musnęły jego policzek. Roześmiał się, ale jej nie odsunął.
Marta siedziała kilka metrów dalej. Zdjęła szpilki i masowała stopę pod stołem. Kiedy spojrzała na parkiet, przez moment obserwowała męża. Nie zrobiła sceny. Skinęła tylko głową, gdy Radek zauważył jej spojrzenie. Nie wiem, czy była zazdrosna. Znała przecież jego sposób bycia. Może właśnie dlatego pozwalała mu na więcej, niż inne kobiety.
Około północy Marta wstała i podeszła do nas. Radek właśnie odprowadzał Magdę do stolika. Żona chwyciła go za rękę.
— Można pożyczyć własnego męża? — zapytała.
— Zależy, na co — odpowiedział.
— Na chwilę. Potem możesz wrócić do obowiązków towarzyskich.
Zabrała go na parkiet. Grała spokojna piosenka, jedna z tych, przy których ludzie zaczynają tańczyć bliżej, niż początkowo zamierzali. Marta wsunęła dłonie pod poły jego marynarki. Wtuliła twarz w zagłębienie między szyją a ramieniem. Radek objął ją obiema rękami, a ona zamknęła oczy. Przez rozcięcie sukni błysnęło jej kolano, kiedy zrobiła krok w tył. Jedwabisty materiał otarł się o nogawkę jego spodni. Objął ją mocniej. Coś powiedziała, ale nie dosłyszałem. Po sposobie, w jaki się uśmiechnął, domyśliłem się, że nie było to przeznaczone dla cudzych uszu.
Właśnie wtedy poczułem ukłucie zazdrości. Nie o Martę. O to, że oni mieli coś, czego mnie brakowało. Zwykłą bliskość, swobodę dotykania drugiej osoby bez zastanawiania się, czy wypada. Sposób, w jaki Marta odnajdywała jego dłoń bez patrzenia. Jak on pochylał głowę, zanim jeszcze zdążyła wspiąć się na palce.
Pomyślałem, że Radek miał więcej szczęścia niż rozumu.
Nie wiedziałem jeszcze, jak wielką prawdę właśnie odkryłem.
Była pierwsza czterdzieści, kiedy wyszedłem zapalić. Na dworze padało. Pod daszkiem pachniało mokrym drewnem, ziemią i dymem papierosowym. Wypaliłem jednego, chociaż rzuciłem dwa lata wcześniej. Kiedy wracałem, zobaczyłem Magdę przy schodach. Stała tyłem, poprawiając pasek sukienki na ramieniu. Radek był naprzeciwko niej.
Nie zauważyli mnie.
— Przecież wiesz, że nie powinienem — powiedział.
— Wiem.
— Magda...
— Nie musisz mi nic tłumaczyć.
Byli blisko. Zbyt blisko. Widziałem jego dłoń na jej odsłoniętych plecach. Powoli przesunął palcami po skórze, a ona wciągnęła powietrze i przymknęła oczy. Materiał sukienki poruszył się cicho, kiedy przyciągnęła go za pasek spodni.
Potem się pocałowali.
Nie wyglądało to na przypadek. Nie było żadnego nagłego zaskoczenia, po którym oboje natychmiast by się odsunęli. Radek nachylił głowę, Magda wspięła się na palce i objęła go za szyję. Słyszałem szelest jej sukienki przy ocieraniu się o jego marynarkę. Widziałem, jak palce zaciskają się na tkaninie jego koszuli.
W końcu oderwała usta od jego twarzy.
— A twoja żona? — zapytała.
Radek opuścił głowę.
— Jest na dole.
To zdanie utkwiło mi w pamięci bardziej niż pocałunek.
Jest na dole.
Nie powiedział, że nie może. Nie powiedział, że kocha Martę. Po prostu stwierdził, gdzie ona jest.
Magda wyjęła kartę do pokoju. Jej dłoń lekko drżała. Przez chwilę patrzyła na Radka, jakby dawała mu ostatnią możliwość wycofania się. Potem odwróciła się i zaczęła wchodzić po schodach. Słyszałem twardy stukot jej obcasów. Radek stał jeszcze moment. Poprawił mankiet koszuli, spojrzał w stronę sali weselnej.
I poszedł za nią.
Nie wiem, ile czasu zostałem w korytarzu. Pamiętam, że muzyka dochodziła zza drzwi przytłumiona, jakby ktoś nakrył głośniki grubym kocem. Pamiętam zapach jej perfum. Jeszcze chwilę wcześniej stała przecież kilka kroków ode mnie.
Wróciłem na salę. Marta siedziała przy stoliku, rozmawiając z jakąś starszą kobietą. Miała rozpuszczone włosy, które opadały jej na ramiona. Welon już dawno zdjęła. Przez chwilę patrzyłem na nią i zastanawiałem się, czy powinienem powiedzieć jej natychmiast.
Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się.
— Nie widziałeś gdzieś mojego męża?
Poczułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie w żołądek.
— Chyba wyszedł na powietrze.
Skinęła głową. Wróciła do rozmowy.
A ja właśnie zostałem wspólnikiem w czymś, czego nie potrafiłem zaakceptować.
Radek pojawił się po drugiej dwadzieścia. Zauważyłem go od razu. Miał rozpięty górny guzik koszuli, a włosy nieco bardziej potargane niż wcześniej. Kiedy podszedłem bliżej, wyczułem obcy zapach wymieszany z jego wodą kolońską. Nie musiałem być szczególnie spostrzegawczy, żeby go rozpoznać.
— Chodź — powiedziałem.
Wyprowadziłem go do pustego korytarza.
— Byłeś z Magdą?
Spojrzał na mnie. Przez ułamek sekundy widziałem, jak próbuje zdecydować, czy kłamać.
— Tak.
— Przespałeś się z nią?
Milczał.
— Radek, pytam cię.
— Tak, kurwa. Tak.
Nie krzyczał. Powiedział to niemal szeptem.
— W noc własnego ślubu?
Oparł się plecami o ścianę. Materiał marynarki zaszeleścił o chropowaty tynk.
— Wiem, co zrobiłem.
— Nie wydaje mi się.
Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy.
— Kocham Martę — powiedział w końcu.
Roześmiałem się krótko. Nie dlatego, że było mi wesoło.
— To masz bardzo ciekawy sposób okazywania miłości.
Przejechał dłonią po twarzy. Pomyślałem, że gdybym teraz go uderzył, nawet by się nie bronił.
— Nie wiem, co mam ci powiedzieć.
— Mnie? Nic. To nie ze mną brałeś dziś ślub.
Nie odpowiedział.
Kiedy wróciliśmy, Marta stała przy barze. Poprawiała włosy, rozmawiając z barmanem. Na widok Radka odłożyła kieliszek i podeszła do niego.
— Gdzie ty się podziewasz, kochanie?
— Musiałem chwilę odpocząć.
Objęła go za szyję i pocałowała. Ten gest był tak zwyczajny, tak naturalny, że niemal fizycznie zabolało mnie patrzenie. Radek położył dłonie na jej biodrach. Marta wsunęła palce w jego włosy, poprawiając kosmyk przy skroni. Przez moment jej twarz znalazła się tuż przy jego szyi.
Czy poczuła obce perfumy? Nie wiem. Nigdy się tego nie dowiedziałem.
Odsunęła się nieznacznie, spojrzała mu w oczy, po czym przytuliła go jeszcze mocniej.
— Jestem już zmęczona — powiedziała. — Zabierzesz mnie niedługo na górę?
Pocałował ją w czoło.
— Jasne, Martuś.
Stałem dwa metry od nich. Widziałem każdy gest. Jego dłoń przesuwającą się po miękkim materiale sukni. Jej policzek przyciśnięty do jego ramienia. Słyszałem cichy szelest tkaniny, kiedy poruszyła się w jego objęciach.
I miałem ochotę zwymiotować.
Nie dlatego, że ich bliskość była fałszywa. Właśnie dlatego, że wydawała się prawdziwa.
O trzeciej piętnaście spotkałem Martę przy oknie w korytarzu. Stała boso, z pantofelkami w dłoni. Rozluźniona suknia lekko zsunęła się jej z ramienia, odsłaniając delikatną linię obojczyka. Na skórze miała ślad po pasku, który przez cały dzień uciskał ją przy ramieniu. Była zmęczona. Makijaż nie był już idealny, włosy rozpuściła całkowicie.
— Coś cię gryzie — stwierdziła.
Nie zapytała. Stwierdziła.
— Nie.
— Nie umiesz kłamać.
To akurat nie była prawda. Kłamałem całkiem sprawnie od ponad godziny.
Podeszła bliżej. Poczułem znowu jej perfumy. Delikatne, już prawie niewyczuwalne, zmieszane z zapachem szampana i kwiatów, które nosiła przez cały dzień.
— Pokłóciliście się z Radkiem?
— Trochę.
— O co?
Nie odpowiedziałem od razu.
Marta westchnęła.
— Faceci. Nawet na weselu musicie coś odwalić.
Uśmiechnęła się słabo, ale zaraz spoważniała.
— Wiesz, że ja nie jestem naiwna?
Spojrzałem na nią.
— Wiem, jaki jest Radek. Znam jego przeszłość. Widzę też, jak kobiety na niego patrzą. Nie jestem ślepa.
Zacisnęła palce na paskach swoich szpilek.
— Nie potrzebuję męża, którego będę pilnować. Potrzebuję takiego, któremu mogę wierzyć.
Te słowa zawisły między nami. Patrzyła na mnie, czekając, aż coś powiem.
Nie powiedziałem nic.
Wtedy uśmiechnęła się znowu, ale tym razem jakoś smutniej.
— Przepraszam. Jestem zmęczona. Chyba zaczynam mówić głupoty.
Dotknęła lekko mojego przedramienia. Ciepło jej palców przez materiał koszuli pamiętam do dziś.
— Dziękuję ci, że byłeś z nami — powiedziała.
I odeszła.
Godzinę później widziałem ich ostatni raz tamtej nocy. Radek niósł jej szpilki, Marta trzymała go pod rękę. Przed schodami zatrzymali się, bo musiała poprawić suknię. Materiał zaszeleścił, kiedy przesunęła go na biodrach. Radek uklęknął i pomógł jej uwolnić podwiniętą pod stopą warstwę tkaniny.
Marta roześmiała się cicho.
— Mój wielki wiking. Cały dzień ratujesz mnie przed tą suknią.
Podniósł głowę.
— Nie tylko przed suknią chciałbym cię ratować.
Nie wiem, co miał na myśli. Może nic. Może właśnie przypomniał sobie Magdę.
Marta pochyliła się, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go powoli. Widziałem jej rozluźnione palce na jego policzkach, jego oczy zamknięte na krótką chwilę. Potem wstał, objął ją i ruszyli na piętro.
Usłyszałem jeszcze szelest sukni na schodach. Ciche stukanie poręczy pod dłonią Marty. Ich przytłumiony śmiech.
A potem nic.
Rano wyjeżdżałem przed dziewiątą. Na parkingu stała Magda. Miała na sobie dżinsy i jasny sweter, włosy związane niedbale. Bez wieczorowego makijażu wyglądała młodziej i bardziej zwyczajnie. Zatrzymała mnie, kiedy otwierałem samochód.
— Widziałeś nas, prawda?
Skinąłem głową.
Przez chwilę milczała. Czułem chłodne powietrze, mokry asfalt i zapach kawy dochodzący z hotelowej restauracji. Jej wczorajszych perfum już nie było.
— Nie planowałam tego — powiedziała.
— On też pewnie nie.
— To nie takie proste.
— Właśnie, Magda. To jest cholernie proste.
Spojrzała w bok.
— Marta jest moją przyjaciółką.
— Wiem.
— Nie chciałam jej skrzywdzić.
Nie odpowiedziałem. Bo co miałem powiedzieć?
Stała jeszcze przez chwilę, jakby oczekiwała jakiegoś pocieszenia. Nie dostała go. W końcu odwróciła się i odeszła.
Od tamtej pory Radek dzwonił dwa razy. Nie odebrałem. Wczoraj wysłał mi zdjęcie. On i Marta przy niedzielnym śniadaniu. Ona w jasnym swetrze, bez makijażu, wtulona w jego ramię. Wyglądała pięknie. Nie dlatego, że była szczególnie uczesana czy umalowana. Miała tę spokojną twarz kobiety, która obudziła się obok człowieka, z którym chce spędzić resztę życia.
Pod zdjęciem napisał: „Dzięki za wszystko, bracie. Marta mówi, że miałeś rację. To był najpiękniejszy dzień jej życia”.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Dzisiaj otworzyłem to zdjęcie jeszcze raz. Przybliżyłem twarz Marty. Zauważyłem mały ślad po poduszce na jej policzku. Pewnie dopiero co wstała. Uśmiechała się sennie, a Radek obejmował ją tymi samymi ramionami, którymi kilka godzin wcześniej przyciągał do siebie Magdę.
I właśnie wtedy się rozpłakałem.
Nie w kościele, nie podczas przysięgi, nie wtedy, kiedy tańczyli. Dopiero teraz, we własnym domu, patrząc na zwyczajne zdjęcie dwojga ludzi przy śniadaniu.
Bo przypomniałem sobie zapach jej perfum, cichy szelest sukni i ciepło dłoni, którą położyła na moim przedramieniu, dziękując za obecność.
Przypomniałem sobie również zieloną satynę Magdy, stukot jej obcasów na schodach i Radka, który poszedł za nią, choć nie musiał.
Kiedy człowiek widzi za dużo, czasem nie potrafi już patrzeć na najprostsze rzeczy tak samo.
Mam w telefonie numer Marty. Od trzech dni zastanawiam się, czy powinienem zadzwonić. Znam Radka piętnaście lat. Był przy mnie w najgorszych chwilach. Ale ona, nawet jeśli znam ją krócej, nie zasłużyła na to, żeby ktoś decydował za nią, w jakim małżeństwie żyje.
Napisałem wiadomość.
„Marta, muszę ci coś powiedzieć. Nie będzie to łatwa rozmowa”.
Przeczytałem ją kilka razy.
Potem spojrzałem na zdjęcie z niedzielnego śniadania. Na jej głowę opartą na jego ramieniu. Na dłoń Radka spoczywającą na jej talii.
Przypomniałem sobie, jak przed ołtarzem mówił, że będzie jej wierny.
I nacisnąłem „wyślij”.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz