Powiedziałam, dobranoc, mojemu życiu #1

Powiedziałam, dobranoc, mojemu życiu  #1Gdy się obudziłam 17 marca 2013 roku stwierdziłam, że nadszedł odpowiedni czas by odejść z tego padołu łez. Taka pierwsza myśl po przebudzeniu towarzyszyła mi w drodze do łazienki. Dzień wcześniej wiedziona jakby przeczuciem, co do swej decyzji, posprzątałam dokładnie każdy zakamarek, wyczyściłam serwis, umyłam lodówkę i już jej nie włączyłam.

Uwielbiam zapach Silan-u, szelest satyny, pary unoszącej się podczas prasowania garderoby. Robiłam te wszystkie czynności z przesadną dokładnością i świadomością, że to ma wyglądać jak nigdy dotąd.  
Ułożyłam wszystkie te rzeczy na półkach, nie domykając komody by wieczorem zasypiać otoczona tym wianuszkiem subtelności. Rozmawiałam z paprotką, chwaląc ją za kolejne pnącza, obiecałam nawet w przypływie dobrego humoru, że za miesiąc wymienię jej ziemię, choć to było mało prawdopodobne.

   Najdłużej zeszło mi przy figowcu, starałam się przejrzeć każdy listek, ale po prysznicu w kabinie wyglądał okazale. Zmieniłam firany, a przy zasłonach zawiązałam fantazyjne węzły. W niedzielę po południu jeszcze zamalowałam fragment ściany o który kiedyś zaczepiłam deską do prasowania, tak by nic nie zostało do wytknięcia. Wieczorem idąc pod prysznic już wiedziałam, że to ostatni raz, więc po wyjściu z kabiny muszę zostawić idealnie ułożone kosmetyki i przetrzeć szklaną powierzchnię.
Podczas ścielenia łóżka poczułam się tak lekko, jakbym jutro miała doświadczyć przygody życia.
Przygody życia przez śmierć?  
Uśmiechnęłam się sama do siebie, co za irracjonalne zachowanie. Przecież powinnam się bać, drżeć, no nie wiem jak się zachować, ale nie być taka spokojna, ba! Wyobcowana z uczuć. Doszło do mnie, że ja strachliwa, która przed egzaminem na prawo jazdy dostałam obstrukcji, nagle w obliczu próby samobójczej ten sam układ nerwowy został chyba odcięty. Usiadłam na kanapie, na nocnym stoliku miałam komórkę, książkę Fannie Flag i tabletki „Doliprane”

Powinnam wtedy zanalizować życie, pomyśleć o znajomych, obchodzić mieszkanie by się pożegnać z tym, co mnie określało, stanowiło o mym guście, wyjrzeć przez okno by poszukać jakiegoś znaku, zaczepienia, że nie warto. Ale nie, mnie obchodziło tylko, czy dwa opakowania wystarczą i jak wiele mam czasu. Zobaczyłam pod stolikiem kolorowe czasopismo i machinalnie je kartkowałam. W połowie magazynu wzrok wyłapał zdanie :

- „Tak naprawdę to nie my decydujemy o swym losie”.

Co za ironia, przecież za chwilę właśnie ja zadecyduję, więc czemu to wówczas odczytałam?  
Przypadek?  
Marek powtarza, że tylko słabi posiłkują się takimi epitetami, zasłaniają po porażkach, głaszcząc własne słabości. Czy i mnie miał na myśli?
Tak, to dlatego chciałam odejść, nie umiałam walczyć o swoje. Co ja mówię, ja przecież chciałam tylko przemknąć przez życie, jeśli nawet coś stanowiło dla mnie wartość, było zwiastunem do planów to ze strachu, trudności, czy wielu wyrzeczeń, wmawiałam sobie, że to i tak mi się znudzi.

  Brałam jedną tabletkę i połykałam popijając winem "Regent" . Następnie kolejną po upływie pięciu minut, dając sobie poniekąd szansę na wycofanie, przyzwyczajając organizm do walki, do ciosu? Gdy sięgnęłam po trzecią natrafiłam na ogłoszenia urlopowe. Ustronie, Mielno, domki od osiemdziesięciu złotych za osobo-dobę.  
Połowa marca, a ktoś zamawiał może w tym momencie wypoczynek, planował plażowanie, grillowanie, a ja kończyłam swoje krótkie życie. Nigdy nie byłam nad morzem, tułałam się po różnych zakątkach, ale zawsze były to południowe rejony, góry, połoniny. Pomyślałam, że szkoda, było mi żal, że nie zobaczę tego domku, nie posiedzę z tymi ludźmi, nie wypiję lampki wina, nie zaśpiewam:

- „ Nie dokazuj miła, nie dokazuj”.

Dlaczego akurat Grechutę, czemu on, przecież nigdy tego nie nuciłam?  
Poczułam się strasznie samotna, niepotrzebna, chciałam by ktoś zadzwonił, powiedział, że myślał o mnie. Zerkałam na komórkę, ale oprócz upływających minut niczego nie dostrzegłam. Matryca nie zdradzała zainteresowania sprostaniem moim oczekiwaniom, ja w odwecie wzgardziłam jej towarzystwem, chowając do komody.

   Wróciłam do przeglądania artykułów biorąc podwójną dawkę tabletek.. Jakiś dziennikarz, który ukrywał się pod pseudonimem „alvaro”, przekonywał, że jedność Europy stworzy szansę dla takich krajów jak nasz, by wyzbyć się zaściankowości. Pożyjesz zobaczysz, mnie już nic do tego – tak sobie powiedziałam na głos.  
Bo co mnie mogło obchodzić, co będzie za kilka lat, jakie będą granice, czy w ogóle będzie jeszcze Polska. Te wszystkie nacjonalistyczne zapędy, diety cud, przeszczepy serca, loty w kosmos, chrzty, małżeństwa, spory o majątek. Zdenerwowałam się, że tak długo nic się nie działo, wyłączyłam nocną lampkę i bez klękania do pacierza położyłam się do łóżka. Po co mi modlitwa, Bóg już wiedział, że wybrałam inne zakończenie. Ciekawe czy był tym faktem zaskoczony, czy On Wszechwiedzący był przygotowany, że w marcu, tego wieczoru.  
Mniejsza z tym.  

   Zastanawiałam się kto mnie pierwszy znajdzie i czy nie zamknęłam z przyzwyczajenia drzwi. Nie chciałam by je wyważano, nie chciałam po prostu robić więcej zamieszania niż to potrzebne. Wiem, że to brzmi idiotycznie, to przecież byłby szok dla całego osiedla, zbiegliby się wszelkiej maści plotkarze. Pewnie dociekaliby, byłoby od liku domniemywań i siłą rzeczy dorobiliby ideologię, że byłam zaszczuta w pracy, że ktoś mi machnął dziecko, albo taki tekścik:

- " A ja widziałam, że była jakaś dziwna, nieswoja."

Tak czy siak, nie mogłam nic na to poradzić. Zawsze byłam na uboczu, nie szukałam poklasku u sąsiadów i wciąż pyskowałam, więc w zasadzie nie powinno to zmienić mego wizerunku.

milegodnia

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 1047 słów i 5985 znaków, zaktualizował 17 kwi 2020.

Dodaj komentarz