Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Klątwa Fortunetty

Klątwa FortunettyWstęp
- Wchodzić, bydlęta, nie ociągamy się jak kobiety w zaawansowanej ciąży z trojaczkami - Nudny, sfrustrowany głos nauczyciela w średnim wieku huknął na gromadę młodzieży.

- Przecież robimy co możemy!

-Jęknęła niska, ciemnowłosa dziewczyna ubrana w białą koszule w ciemne paski czarną kurtke i czarny wełniany szal który zwisał z jej szyi aż do kolan.  

Fortunetta szła za grupką klasy do kolejnego już nie wiedział którego z kolei muzeum oglądając następne starocie zgromadzone w krakowskim Intrest Pointsie. Większość ludzi z jej klasy szło tam głównie z zamiarem złapania nowych Pokemonów niżeli przeglądania odkurzonych, oświeconych gablot z monetami i mieczami.

- Włączyć pokadeksy, wieśniaki i wytrzeć swoje zakurzone gałki oczne chociaż na pięć sekund, na te cenne skarby kultury polskiej! - dodał wychowawca 3B, który teraz wymieniał już uściski rąk z przewodnikiem.



- Moi drodzy, witam serdecznie na Wawelu! Ach, byłbym zapomniał, jaką to klasę mam zaszczyt oprowadzać dziś po zamku?



- 3B... B jak barany - dodał profesor Martyniuk znudzonym głosem.

- Ach, no tak, to witam 3B i zapraszam za mną...

Ruszyliśmy więc za przewodnikiem, który co stopień się zatrzymywał i nawijał i nawijał, taka była jego rola? Pojechałam na tę wycieczkę chcąc uniknąć dołączenia do zajęć 3A, jak wiadomo A jak Asy, nie czułabym się tam dobrze, wyjęłam więc oszczędności z renty, którą dostawałam po rodzicach i wyłożyłam na biurko Martyniuka bookujac tym samym swoją 2-dniową wycieczkę po Krakowie.

W pewnym sensie był to też mój prezent, bo właśnie dziś obchodziłam osiemnaste urodziny.



Zdjęłam chustkę arabkę, którą dotąd miałam owinięty nadgarstek i owinęłam nią szyję. Słońce przebijało się przez gęste, granatowe chmury, a na dziedzińcu hulał chłodny wiatr niosąc w tanecznym kręgu kilka zagubionych liści. Odgłos oficerek żołnierzy robiących musztrę wywołał u mnie gęsią skórkę. Nie lubiłam broni, wojska ani nic, co jest związane z walką. Byłam pacyfistką od zawsze, no, może od wtedy, gdy zrozumiałam, co znaczy to słowo.

- Ty tam! Ta o wzroście karła, nalegam o dołączenie do grupy, nie dryfujemy w snach na jawie, życie jest drastyczne i okrutne, więc nie widzę tu powodu do takich błysków w oczach, a ci oficerowie i żonaci, i dzieciaci, więc, panienko, do szeregu nalegam i za panem przewodnikiem!

Kilka twarzyczek z grupy odwróciło się w moją stronę i zawyło ze śmiechu.

- Wcale nie oglądałam się za oficerami, zwisa mi to, czy są żonaci.

- Eeee! Co to za słownictwo? - upomniał mnie i z niesmakiem siorbnął swojej kawy z termicznego, stalowego kubka.

Niezły mi się wychowawca trafił, klasa też była dupowata, ale już i tak idzie ku końcowi, więc... Kiedy moja grupa przechadzała się dziedzińcem, wietrzysko nie dawało za wygraną, a słońce ukryło się za gęstymi, szarymi kłębuchami do reszty. Obróciłam się jeszcze raz w stronę ołowianych żołnierzyków. Zaczynałam podejrzewać, że łapie mnie gorączka, bo ciarki, które przeszywały moją skórę, wzmagały się z każdym krokiem ku komnacie z zabytkami. Czułam się dziwnie i tak naprawdę to chyba już wolałabym jednak siedzieć z Asami niż...

- O, przepraszam - rzuciła dziewczyna, która właśnie niechcący szturchnęła mnie ramieniem kiedy stałyśmy koło siebie oglądając gablotę z wiekowymi monetami. - Przydałaby mi się jedna czy dwie.

- To?! Przecież to nic już nie jest warte, dlatego tu leży - rzuciłam żartobliwie chcąc wyjść na błyskotliwą, ale jakoś słabo wyszło, bo dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, ciągle wpatrywała się w gablotę z zafascynowaniem. Nagle Martyniuk zarzucił tempo i rozkazał podążanie za przewodnikiem. Chciałam rzucić krótkie ‘’to narka’’ do dziewczyny stojącej obok, ale kiedy się odwróciłam, już jej nie było. Zniknęła? Jak ona to zrobiła, że tak się po prostu ulotniła jak duch?! No trudno, no co począć, że jest się niewidocznym dla... niemal dla wszystkich, no może z wyjątkiem Maryniuka, ten to potrafił dojrzeć swym okiem nawet najmniejszy pyłek i teraz już stał obok z wrogą miną mówiącą ‘’Na co jeszcze czekasz, cielaku? Do grupy poszła, raz!’’ Obejrzałam się jeszcze raz po całej sali, ale nigdzie jej nie było.

Wróciliśmy do pensjonatu w centrum Krakowa. Trzeba było przyznać, że urok to to miasto miało niepowtarzalny. Choć Szczecin też nie był maleńkim miastem, to jednak Kraków miał w sobie tę magię i to nawet teraz, kiedy szliśmy w tym wietrzysku niemal opustoszałymi, wąskimi uliczkami. Próbowałam podciągnąć chustę wyżej i jeszcze szczelniej się nią okryć. Niestety, na nic były moje starania, pogoda pogarszała się z minuty na minutę aż w końcu niebo rozjaśniła ogromna błyskawica i trzasnęło tak, że kilka dziewczyn pisnęło.

- I po cóż ta panika? Zaraz będziemy na miejscu - zapewnił całą naszą grupę Martyniuk kiedy przechodziliśmy koło pizzerii na Starym Mieście. Jedna z dziewczyn podbiegła do profesora i zaczęła nagabywać na kolację w uroczej piwniczce. W końcu i kilku chłopaków dołączyło do błagania kiedy ja stałam czując się gorzej, jakby jakiś diabelski wirus zawładnął moim lichym ciałem. "Cholera, tylko nie grypa, nie teraz!" - pomyślałam i spojrzałam na Martyniuka błagając w myślach, żeby jednak nie zgodził się i żebyśmy czym prędzej poszli już do pensjonatu.

- Uwaga, bydlęta! Zebrać się tu natychmiast! Otóż koleżanki wasze chcą na pizzę, więc proponuję, żeby tu zjeść kolację, ostatecznie szkoła dodała jakieś dotacje na tę wycieczkę, więc nie widzę przeciwwskazań, bo skoro szkoła widzi, że was trzeba jeszcze dokarmiać, choć osobiście widzę, że niektórym z was trzeba by było bardziej postu niż...

- Oj, profesorze, chodźmy już! - jęknęła Zocha ignorując nudne wywody podstarzałego profesora.

- Chodźmy więc, chodźmy - jęknął umęczony Martyniuk.  

Grupa rzuciła się do wejścia jakby tam rozdawali złote monety w tej pizzerii czy coś. No, mnie to i tak było obojętne, nie przepadałam za takim żarciem, ale skoro grupa nalegała...

Wdreptałam jako ostatnia z grupy do słabo oświetlonego lecz całkiem klimatycznego pomieszczenia. Pizzeria w piwnicy z prawdziwymi, długimi świecami w słoikach i skrzynko-krzesła... no, całkiem fajnie, nawet ja musiałam przyznać, że Zocha dobrze wybrała.

Usiadłam pomiędzy Gienkiem i Martą - jedynymi w miarę normalnymi ludźmi z grupy. Choć oboje już dryfowali w swoich Apple iPhone'ach, to jednak ich energia była znośna w przeciwieństwie do Alanka i Zochy oraz ich paczek.

- Co? Uczycie się na kolejny test z angielskiego? - zakpił Alanek przechodząc obok naszej trójki. Nie omieszkał zakpić tak, jak i zawsze.

- Cześć, co mogę podać? - rzuciła kelnerka, która nagle pojawiła się przy naszym stoliku.

- Ja proszę hawajską! - Gienek zawsze obżerał się ananasami, odkąd go znałam zawsze miał przy sobie pudełeczko z pokrojonymi kostkami ananasów. - A, podwójnego ananasa bym prosił jeszcze.

- Dobrze, a wy co chcecie?

- Ja wegetariańską opcję bym prosiła - rzuciła Marta.

- A ty?

- Ja to chyba pójdę z BBQ - z kurczakiem i kukurydzą, ale bez sera.

- Pizza bez sera? Jesteś pewna?

Podniosłam wzrok znad karty i spojrzałam na kelnerkę, która z niedowierzaniem zapisywała w swoim notatniku zamówienie. Nagle kolejna fala dreszczy wstrząsnęła moim ciałem.

- Ej! To ty? Widziałyśmy się na zamku!

- Tak? A możliwe, nie wiem, spotykam tu mnóstwo ludzi, więc...

Dziewczyna, nieco starsza, kompletnie mnie zignorowała jakby to, że zaledwie godzinę temu razem stałyśmy przy tej samej gablocie wypatrując przeróżne monety. Przecież była tam, przecież ja nigdy nie byłam tu! O co jej chodzi, udaje, że nie widziała mnie, że nie pamięta! Ale po co?

Mnóstwo pytań cisnęło mi się do głowy, ale w końcu spisałam to na straty, bo odpowiedź mogła być tylko jedna - że ta laska naprawdę mnie nie pamięta!

Gorączka dawała o sobie znać. Zamiast zdjąć kurtkę tak, jak inni, ja siedziałam w ciemnooliwkowej kurtce z kapturem sięgającej mi niemal kolan i z chustą arabką zawiniętą na szyi.

- Zaraz wracam, nie zjedzcie mojej pizzy.

- Spoko - rzucili niemal równocześnie, nawet nie odrywając oczu od iPhone'ów.

- Łazienka jest...

- Na górę, schodkami i prosto.



"Co za dziwny wieczór" - pomyślałam leżąc już w łóżku w całkowitej ciemności. Obok mnie leżała zupełnie nieznana mi dziewczyna, co prawda mijałyśmy się czasami na korytarzu, ale nie chodziła do naszej klasy i tak samo jak ja była outsiderem, dlatego dzielenie z nią pokoju w pensjonacie nie było wcale znowu takim ciężkim zadaniem. Wracając jednak znów do tego wieczoru, a raczej całego dnia, nie byłam już pewna, czy aby ciągle jeszcze jestem normalna, a biorąc pod uwagę wydarzenia sprzed kilku godzin, głęboko w to wątpiłam.



(Pięć godzin wcześniej):



Wymknęłam się ukradkiem, bo los łaskawy był na tyle, że drzwi wyjściowe były zasłonięte wielką, tandetną, plastikową rośliną w doniczce. Ruszyłam przeskakując po dwa stopnie, żeby czym prędzej znaleźć się choćby na chwilę gdzieś, gdzie nie ma głupiej Zochy i reszty... grupy.

- Co tam się stało?! Po co z nią gadałaś, przecież miałaś tylko obserwować! - ktoś syknął na tę samą kelnerkę, która przed chwilą była jeszcze we wnętrzu pizzerii.

Zakątek, w którym zamierzałam poddać się relaksacji nikotynowej był teraz zatarasowany przez tych dwoje, chyba kłócących się znajomych. Obejrzałam się wkoło. Było ciemno, tylko mleczne latarnie uliczne oświetlały wąskie, stare uliczki wyłożone kocimi łbami. Stukot przejeżdżającego powozu i ciche rżenie koni... brakowało tylko mgły i mogłabym uwierzyć, że jestem w Londynie, ale nie byłam, więc... wyciągnęłam zapalniczkę i przykucnęłam za kontenerem ze śmieciami. Najwyżej ktoś weźmie mnie za bezdomną, ale przynajmniej głupia Zocha, która sama jarała jak smok, nie zrobi mi foty i nie puści na Tweetera i Fejsa z idiotycznym komentarzem, takim, jaki wystawiła na podobnej focie Monice.

- Miałaś ją obserwować.

- O co ci chodzi?! Przecież obserwuję, byłam na zamku i w księgarni, czego jeszcze chcesz?! - odparła uniesiona kelnerka.

- Fortuneta nie może się dowiedzieć, kim jest zanim nie skończy swojej szkoły i nie dostanie spadku.

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że owa para cały czas rozmawiała o mnie... no, chyba, że była tu jeszcze jakaś inna Fortuneta, a jak wiadomo imię to nie było rozchwytywane. Sama nie wiedziałam jak mamie udało się coś takiego wyszukać spośród całej listy różniastych imion!

Mimo że poczułam prąd na karku, to jednak postanowiłam wprost rzucić pytanie tym dwojgu.

- Hej, czy wy czasami nie mówicie o mnie?! - podniosłam się zza kubła na śmieci lecz najwyraźniej tych dwoje już nie usłyszało mojego pytania, bo zobaczyłam oddalające się postacie... szkoda, chciałam, naprawdę chciałam wiedzieć czy tym dwojgu chodziło o mnie. Z drugiej strony jak to było możliwe, że tak szybko znaleźli się przy wejściu do knajpy?!

- Hej, słodziutka, uśmiechnij się, będziesz na moim Fejsie!

Kiedy właśnie zaciągałam się papierosem coś błysnęło mi prosto w oczy oślepiając wizję. Kurna, no, tylko nie Zocha!

Dodaj komentarz