Introwertyczka cz. V

Przerwa była długa, wiem. Nie mam pojęcia co dalej, bo wena w moim przypadku to istota wyjątkowo kapryśna.._. Miłej lektury!

5. Ból domaga się by go odczuwano. Zwłaszcza, gdy przy okazji trzeba się szeroko uśmiechać i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Prawdopodobnie nie była to moja rola życia, ale Najgorzej też nie wypadłam.
- Chcesz mi powiedzieć, że Karolina wciąż uparcie twierdzi, że już nic do mnie nie czuje, tak? – Franek przez chwilę miał minę jakby chciał się rozpłakać. Przyznaję, kusiło mnie straszliwie, żeby skłamać i sprawić bym to ja wydała się pozytywnym charakterem w całej tej historii, ale jaka byłaby ze mnie wtedy przyjaciółka?
- Właśnie tak, ale oczywiste jest, że kłamie. – Stwierdziłam sucho. Na jego twarzy pojawił się wyraz niezrozumienia pomieszany z czymś na kształt nadziei.
Być może nie będzie to metafora najwyższych lotów, ale moje serce zostało wisielcem. Każde kolejne wypowiadane przeze mnie słowo było jak pętla coraz mocniej zaciskająca się na szyi tego głupiego narządu. Fakt, że serce szyi nie ma i nie może być głupie albo mądre w tym wypadku nie przekonuje. Wracając jednak do obrazu jaki zaczęłam opisywać – tak długo wisiało na linie, że zaczęło czernieć i usychać, co doprowadziło do tego, że w końcu wyglądem zaczęło przypominać obrzydliwą w smaku i nie tylko, suszoną śliwkę. Na sam koniec ktoś przezorny obwiązał je łańcuchem ze stali nierdzewnej, żeby przypadkiem nie odważyło się mocniej zabić dla kogoś innego.
     Westchnęłam teatralnie i zaczęłam snuć opowieść, która miała mu naświetlić obraz całej tej przedziwnej sytuacji.
Szybkim krokiem szłyśmy niemal pustym korytarzem - ja z przodu, ona parę metrów za mną. Skierowałam się prosto do damskich toalet, bo wiedziałam, że teraz powinno tam nikogo nie być. Pomimo niemal stuprocentowej pewności i tak sprawdziłam czy wszystkie kabiny są puste. Za przykładem Karoliny stanęłam przed lustrem, wyciągnęłam z torby bezbarwną pomadkę o smaku malin i pociągnęłam nią wargi.
-Toni, mogę w końcu się dowiedzieć po co mnie tu ściągnęłaś? – Zapytała tym swoim słodkim głosikiem. Ble.  
- Chodzi o Franka, oczywiście. – Po tych słowach westchnęłam, by zaznaczyć, że to co mówię powinno być dla niej jasne.
- A dokładniej? – W jej oczach pojawiło się coś na kształt iskierki nadziei, która zgasła dosłownie po sekundzie. Teraz czekała mnie najtrudniejsza rzecz, a mianowicie poniżenie i doprowadzenie do chwilowego załamania psychicznego dziewczyny, która nigdy nic mi nie zrobiła. A to wszystko przez miłość… Całe szczęście, że w głowie miałam ułożony zarys całej tej rozmowy.
- A dokładniej? Żartujesz sobie? Nie powiesz mi chyba, że mój - wyraźnie zaakcentowałam to słowo – chłopak jest ci całkowicie obojętny? Widziałam jak na niego patrzysz. Wierz mi, możesz sobie darować. Te twoje oczy zbitego szczeniaczka już na niego nie działają. Zwierzył mi się nawet, że już sam nie wie co go w tobie pociągało. – Wzruszyłam ramionami dla wzmocnienia efektu. - Pogódź się z tym. – W jej oczach stanęły łzy, a mnie coś zaczęło uciskać w piersi. Chyba mi poszło aż za dobrze… Ponownie wzruszyłam ramionami, poprawiłam torebkę na ramieniu i poszłam w stronę drzwi. Na odchodnym usłyszałam tylko jak Karolina wyszeptała pod moim adresem jedno, ale jakże satysfakcjonujące słowo.
- Suka. – Przystanęłam. Delikatnie, smutno się uśmiechnęłam, strzepnęłam nieistniejący pyłek z sukienki i wyszłam z toalety. Misja się powiodła, ale ja byłam bardziej zrozpaczona niż się mogło wydawać.
     Dokładnie dwie godziny później, wciąż w tej samej sukience, siedziałam u Franka w domu i zdawałam relację z porannych wydarzeń. A on? No cóż, wydawał się więcej niż uradowany. Serce mi się ściskało na widok jego szczęśliwej miny i nie byłam w stanie powstrzymać kwaśnego uśmiechu.  
-Co ci jest? Wydajesz się jakaś taka… przygaszona. Wszystko w porządku? – Zasypał mnie pytaniami. Widać moja fasada nie była tak perfekcyjna, jak mi się wydawało. Żegnaj szkoło teatralna!
-Jasne, że tak. Co mogłoby być nie w porządku? – Tym razem posłałam mu pełny uśmiech. – Twój plan się powiódł i mamy niemal stuprocentową pewność, że Karolina wciąż cię kocha, a to oznacza, że już wkrótce skończy się cała ta maskarada. No sam powiedz, czy mogło być lepiej? – Zapytałam retorycznie, a potem dodałam – No dobrze, chyba najwyższa pora, żeby uczcić nasz sukces. – Z aprobatą pokiwał głową na te słowa.
     Poszłam do kuchni przygotować jakieś przekąski i coś do picia. Może sok pomarańczowy? Z lodówki wyjęłam owoce, a z narożnej szafki dwie wysokie szklanki. Gdy już wycisnęłam sok, do plastikowej, jasnozielonej miski nasypałam orzechowe chrupki, które znalazłam w szufladzie ze słodyczami.  
Po domu Franka, a w zasadzie jego rodziców, poruszałam się tak pewnie jakby był moim własnym. Uwielbiałam to miejsce od zawsze, zwłaszcza kuchnię. Sprawiała takie przyjemne wrażenie bezpieczeństwa. Mama Franka zadbała o przytulny wygląd tego pomieszczenia. Jasne, ciepłe barwy zdecydowanie dominowały. Stół, który został wykonany z takiego samego rodzaju drewna, co szafki, przykryty był płóciennym bieżnikiem i sześcioma granatowymi serwetkami. Wszędzie stało mnóstwo roślin doniczkowych. Wdać tu było kobiecą, ale zdecydowaną rękę.
Wszystko już było gotowe, ale postanowiłam dać sobie jeszcze chwilę samotności, żeby odetchnąć, zdystansować się od tego wszystkiego. Byłam zmęczona. Rok szkolny zaczął się, dosłownie, kilka godzin temu, a ja już nie mam w sobie nawet odrobiny energii. Jaki to wszystko ma sens? Czy w ogóle ma jakikolwiek? Z moich ust wydobył się gorzki, gardłowy śmiech.  
- Toni co ty tam robisz tak długo?! Chodź szybko, bo już wszystko gotowe! – Słysząc głos Franka, starałam się zatuszować "śmiech” kaszlem.
- Już lecę! – Odkrzyknęłam lekko zachrypniętym głosem. Miskę i szklanki postawiłam na tacy, i poszłam z powrotem do salonu, gdzie mój przyjaciel zdążył rozłożyć się na kanapie, w dłoni dzierżąc narzędzie władzy absolutnej - pilota. – Co przewiduje dzisiejszy repertuar?
- Niespodzianka… - Wyszeptał tajemniczo, podczas gdy ja próbowałam się wcisnąć obok niego na sofę, nie zważając na elegancką sukienkę.
     Jak się później okazało Franciszek zdecydował, że obejrzymy horror klasy Z z mocnym wątkiem erotycznym w tle. Niemal dwugodzinne spotkanie z czarownicami w skąpych strojach, drapieżnymi wilkołakami, "przystojnymi” wampirami, dzielnymi wiedźminami i całą resztą tego jakże doborowego towarzystwa. Po prostu cudownie… Czego jak czego, ale gustu filmowego to mojemu lubemu brak. Nie dość, że fabuła filmu mnie nie porwała, to jeszcze musiałam się skupiać na tym, żeby nie zerkać na jego wytatuowane, umięśnione ręce. Zresztą nie tylko na ręce, ale na niego całego. Począwszy od rąk właśnie, bo to one najbardziej przykuwały uwagę.
     Przez cały czas utrzymywałam maskę normalności – śmiałam się w odpowiednich momentach i tak dalej, ale moje serce, alias suszona śliwka, przeżywało nieznośne katusze. Dlatego też postanowiłam, że najwyższa pora się ulotnić
- Franiu, wiesz co, chyba będę się zbierać. Kuba dzisiaj wcześniej wraca z pracy, a obiecałam mu jakiś sensowny obiad, jako odskocznię od stołowania się w podejrzanych barach. – Oczywiście kłamałam, bo ani Kuba dziś wcześniej nie wraca, ani ja nie składałam żadnej tego typu obietnicy, tym bardziej że moje umiejętności kulinarne ograniczają się do zaparzenia porządnej kawy. Na szczęście mój przyjaciel do doszukał się fałszywego tonu w moim głosie i tylko skinął głową.  
   Obydwoje wstaliśmy z nazbyt wygodnej, skórzanej kanapy. Odprowadził mnie aż do furtki. Ze wszystkich sił starałam się nie puścić biegiem. Pożegnaliśmy się i wreszcie mogłam ruszyć z powrotem do swojego bezpiecznego, zamkniętego świata.
    Na łzy pozwoliłam sobie dopiero po przekroczeniu progu mieszkania. Długo powstrzymywane popłynęły strumieniem po moich piegowatych policzkach. Z rykiem rzuciłam się na swoje jednoosobowe łózko, które aż zatrzeszczało. Leżąc na brzuchu i rzewnie szlochając, użalałam się nad swoim nędznym losem.  
    Nie czułam dziury w sercu, sama byłam jak jedna wielka dziura. Czarna dziura. Miałam wrażenie, że moja udręka zassała wszystko z najbliższego otoczenia. Byłam tylko ja i mój ból, który sprawiał, że miałam ochotę wypluć z siebie wnętrzności. Chciałam się stać pustą skorupą. Chciałam nie widzieć w pamięci rozpromienionej twarzy Franka, gdy mu mówiłam, że Karolinie wciąż na nim zależy. Chciałam nie czuć.
     W takiej rozsypce leżałam przez jakiś czas, może godzinę, może dwie. Łzy już od dawna nie płynęły. Jedyne na co miałam ochotę, to leżeć tak do końca świata i wpatrywać się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Tylko, że potem uświadomiłam sobie, że muszę przedstawiać sobą co najmniej żałosny widok, więc postanowiłam, iż najwyższa pora zrobić coś, co pomoże mojej zbolałej duszy stanąć na nogi. Oczywiście, w metaforycznym sensie.  
     Szybko wyskoczyłam z łóżka, żeby nie zdążyć zmienić zdania. Olałam fakt, że nawet na stojąco wyglądam jak pół dupy zza krzaka i poszłam do kuchni. Z zamrażalnika wyjęłam pudełko lodów waniliowych, a z cargo butelkę czerwonego wytrawnego wina. Połączenie może niezbyt fortunne, ale nic lepszego mi nie przyszło do głowy. Jakimś cudem udało mi się odkorkować butelkę, nie rozlewając przy okazji połowy jej zawartości. Wzięłam kieliszek, łyżkę i z całym tym majdanem poszłam do salonu. "Odstresowywacze” postawiłam na szklanym stoliku, a sama rozwaliłam się na niewielkiej, zielonej kanapie. Nalałam sobie wina i spróbowałam tak jak to robią w książkach i filmach. No… nawet niezłe. Dla zmiany lekko cierpkiego smaku wpakowałam do buzi łyżkę lodów. Mniam. Od razu człowiekowi lżej na sercu. Skupiłam się na jedzeniu i piciu. Przyniosło to chwilową ulgę.
    Najgorsze było to, że nie miałam się komu wyżalić. No chyba, że… To był szalony pomysł. W normalnych okolicznościach nigdy bym się nie zdobyła na coś takiego, ale nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych rozwiązań, czyż nie? Z ociąganiem podniosłam się z kanapy, żeby po krótkiej chwili usiąść na niej z powrotem, ale już z telefon w ręku. Szybko przejrzałam krótką listę kontaktów. Jest! Drżącą dłonią, z walącym, ale niemniej zbolałym sercem, kliknęłam zieloną słuchawkę.
- Halo? – Po drugim sygnale usłyszałam znajomy, zachrypnięty głos Aleksandra.


I tu proszę Was o radę. Czy kontynuować to opowiadanie, czy zakończyć opisywanie przezyć Antoniny tą częścią? Argumenty mile widziane. ;)

LittleScarlet

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1968 słów i 11157 znaków.

2 komentarze

 
  • TheoWilliams

    moja ukochana LittleScarlet! Jak zawsze powalasz na kolana. Kiedyś pewnien koleś powiedział ,,Życie to honorarium, które otrzymują nie autorzy, lecz ich dzieła." Według mnie w tym przypadku całe to honorarium powinnaś otrzymac ty !!! <3 hue hue  :kiss:

  • Kubolo

    Jeśli o mnie chodzi, to bardzo chętnie poczytałbym jeszcze parę części Introwertyczki. Postać jest nietuzinkowa, a ze stworzonej fabuły można jeszcze bardzo wiele wycisnąć. :faja: Ale zastanów się też, czy ty sama chcesz je kontynuować. To powinno być najważniejsze. :faja: