Inny maj, cz. 2

Bunt
Moja komórka rozdzwoniła się w najmniej oczekiwanym momencie, więc nie spojrzałam na wyświetlacz, żeby zobaczyć, kto dzwoni.
- Cześć, przyjedź dzisiaj – usłyszałam w słuchawce znajomy głos.
- To ty… tak… to znaczy nie – wydukałam. To nie tak miało wyglądać.
- Nie możesz? Ok, rozumiem.
- Nie, mogę. Tylko… – wzięłam głęboki oddech – Tylko nie chcę – powiedziałam słabo, niepewnie.
- Jak to nie chcesz? – był wyraźnie zaskoczony i zły.
- Tak to – ochłonęłam na tyle, by mój głos nabrał pewności – Nie spotkam się już z tobą, wtedy w nocy to był ostatni raz. Przepraszam cię, ale mam dużo pracy. Powodzenia – rozłączyłam się zanim zdążył coś odpowiedzieć.
Wiele razy w głowie analizowałam jak ma wyglądać ta rozmowa, jeśli do niej dojdzie, jakich argumentów i słów użyję. Wyobrażałam sobie, że mój głos będzie mocny i przekonujący. Wyobrażałam sobie, że ja będę silna. Nie byłam. I kiedy, w drodze z pracy do domu, wspominałam tę rozmowę, dotarło do mnie, że wyjaśnianie czegokolwiek nie miałoby sensu. Nasz kontakt poza łóżkiem ograniczał się od pewnego momentu do wymiany trzech zdań przez telefon, więc dlaczego miałby chcieć posłuchać  kilku kolejnych? Z jego strony to był czysty układ, od początku tak było. To ja się w nim głupio zakochałam.
Niełatwo jest pozwolić odejść komuś, kogo kochasz. Decydujesz się na procesję samotnych dni i nocy. Podobno początki trwania w tym stanie są najtrudniejsze, ale to nieprawda. Najtrudniejsze są momenty, kiedy nagle dopada cię wspomnienie tego, co było i wyobrażenie tego, co mogłeś mieć. Te momenty nie przychodzą tylko wtedy, kiedy rozpoczynasz romans z samotnością. Uderzają w najmniej spodziewanej chwili, gdy myślisz, że powoli zaczynasz godzić się z tym, że tego kogoś w twoim życiu już nie będzie. I potem. I jeszcze później.
Walczyłam naprawdę dzielnie. Moje mieszkanie, jak nigdy, lśniło czystością. Przeczytałam wszystkie książki, które leżały na wychuchanych półkach. Myślałam o przygarnięciu psa. Brałam dodatkowe zmiany w pracy i powoli kończyły mi się pomysły jak skutecznie o nim zapomnieć. Moi znajomi nie wiedzieli, co się ze mną dzieje, poza tym, że stroniłam od jakichkolwiek kontaktów. W moim przypadku raczej było to normą niż objawem czegoś niepokojącego. Nie rozumieli, ale też nie pytali. Nie były to głębokie przyjaźnie, a ja zawsze odstawałam od reszty. Może pomyśleli, że trochę bardziej brnę w ten stan? Nigdy nie byłam typem osoby rozrywkowej, gadatliwej, takiej, której wszędzie jest pełno. Byłam zawsze schowana za wielkimi okularami, z książką albo słuchawkami. Najlepszy kontakt mam ze starszymi ludźmi, co dodatkowo komplikowało relacje z rówieśnikami, którzy często uznawali mnie za przemądrzałą i nudną. Kiedyś byłam na to zła, teraz przyjmuję ten fakt bez zastanawiania się. Z reguły milczę, co wiele osób wkurza, poza jedną, ale to już nieważne. Nieważne jest też to, że z tą jedną chciałam milczeć trochę mniej albo całymi godzinami.
Miałam ciężki dzień w pracy i po raz pierwszy od dwóch tygodni cieszyłam się, że wychodzę do domu. Z uśmiechem pożegnałam Filipa, który stał już za barem i miał tam spędzić następne osiem godzin. Tak, byłam kelnerką w niewielkiej kawiarence oddalonej jakieś dwadzieścia minut od mojego mieszkania. Nie dla każdego jest to może szczyt marzeń, ale ja lubiłam swoją pracę. Mogłam do woli, ukradkiem, obserwować ludzi, zastanawiać się, kim są i jacy są. I serwować naprawdę przepyszne ciasta.
Dzień był ciepły i słoneczny. Wychodząc z kafejki, z zamkniętymi oczyma wystawiłam twarz ku słońcu. Uśmiechnęłam się lekko na wspomnienie tego, co sobie dzisiaj zaplanowałam – długa kąpiel, potem aromatyczna kawa na balkonie. Właśnie robiłam pierwszy krok w stronę domu, kiedy wpadłam na ścianę mięśni. Zderzenie było na tyle mocne, że odbiłam się od twardego torsu i zachwiałam. Czyjeś ręce uchroniły mnie przed upadkiem. Uścisk był mocny, ale nie bolesny i z jakiś niewiadomych przyczyn znany. Kiedy podniosłam do góry głowę nie od razu rozpoznałam postać przede mną.
- Fajny kolega, może urządzimy sobie z nim trójkąt? – powiedział z lekkim uśmiechem i skinieniem głowy pokazał na młodego barmana.
- Kurde, zapominam jak wysoki jesteś, zazwyczaj na mnie leżysz… - urwałam.
- Dzień dobry serduszko – odezwał się poczciwy głos za nami, a moje oczy przybrały kształt spodków.
- Dzień dobry pani Stasiu – mówiłam to jeszcze przez chwilę patrząc wymownie na mężczyznę przede mną, by ten się nie odzywał, po czym odwróciłam się w stronę starszej kobiety.
- Tak, rzeczywiście wysoki jegomość – zmierzyła wzrokiem górę mięśni przed sobą, a ja miałam niepodważany dowód na to, że słyszała całe zdanie. Ów jegomość za mną prychnął, żeby się nie zaśmiać, a moje policzki przybrały kolor mocnego szkarłatu.
- Pani Stasiu… hmm… to jest… to jest… Maciej. Mój… nowy kolega, wysoki kolega, który zazwyczaj leży mi na plecach, w sensie patrzy mi przez ramię na rozliczenia dzienne, które robię – zadowolona z siebie, odetchnęłam z ulgą, że może to kupi, a jeśli nie kupi to przynajmniej nie będzie pewna, do czego tak naprawdę Maciej służy – księgowy. To księgowy jest.
- Dzień dobry, Maciej – wyciągnął rękę do staruszki zza moich pleców, co tylko pogorszyło sprawę, bo poczułam jego zapach.
- Dzień dobry, Stanisława Odrzańska. Widzę, że… omawiacie sprawy zawodowe – mówiąc to przyjrzała się nam uważnie z nad swoich okularów połówek.
Było mnie stać tylko na głębokie „uff”, więc pałeczkę przejął Maciek.
- Tak, lubimy się tak z Domi przekomarzać i bawić językiem – powiedział trochę za radośnie.
- Chyba językami – starsza pani nie dała mu czasu na odpowiedź, bo nagle zmieniła temat – Ładny dzień dzisiaj mamy, pomyślałam, że po twojej pracy wyjdziemy na spacer  Dominisiu – mówiąc to zerknęła na mnie życzliwie, jakby chciała wybawić mnie z jakiejś opresji. Miała kobieta nosa.
- To świetna myśl, ale tak się składa, że Dominika ma dzisiaj do ogarnięcia zaległe rozliczenia, a mnie wyznaczono do nadzoru nad jej pracą.
- Ach tak… to chyba musicie wrócić z powrotem do kawiarni? Wydawało mi się, że Dominika skończyła na dziś – detektyw Poirot w spódnicy nie dawał za wygraną, ale Stasia trafiła na godnego przeciwnika.
- To praca zdalna. W… moim mieszkaniu. Przepraszamy panią, ale jak mówią: „Komu w drogę… - nie dokończył. Złapał mnie za to mocno za nadgarstek i pociągnął za sobą tak, że musiałam biec, by dotrzymać mu kroku.
- Do widzenia Stasiu – zdążyłam wykrzyknąć .
- Do zobaczenia słoneczko, zadzwoń jak będziesz wolniejsza – odpowiedziała starsza pani z naciskiem na słowo „wolniejsza”.
Dobrze wiem, że domyśliła się wszystkiego. Byłyśmy blisko, mieszkałyśmy blisko siebie, ale nie chciałam wtajemniczać jej w swoje życie intymne.
Nie miałam zbyt wiele czasu na przemyślenia, dlaczego nie chcę się tym z nią dzielić, choć wiem, że każdy powinien mieć zaufanego powiernika, z którym mógłby porozmawiać o wszystkim, bo zostałam dosłownie wpakowana do ciemnego, sportowego samochodu.
- Może…  - przełknęłam głośno ślinę, bo po miłym księgowym spod kafejki nie było śladu. Maciek znowu stał się zimny, nieprzystępny i milczący – Możesz mnie wypuścić?
- Nie.
Nie byłam mistrzynią opanowania, stanowczości i konsekwencji, ale postanowiłam działać. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie będę traktowana przedmiotowo.  
- Nie chcę być rzeczą – powiedziałam cicho, ale pewnie. Przez chwilę myślałam, że i tak mnie nie usłyszał.
Zatrzymał auto na najbliższym poboczu. Wyłączył silnik i nachylił się nade mną. Mogłam dobrze zobaczyć wściekłość w jego oczach, poczuć przyspieszony oddech.
- Myślisz, że tak po prostu możesz robić mnie w chuja? – mówił równie cicho, spokojnie i pewnie jak ja – Myślisz, że możesz wymiksować  się z tego układu bez podania powodu, z dnia na dzień? – zaczynałam się naprawdę bać.
- Ustaliliśmy na początku… - nie dał mi dokończyć swoimi słowami wbijając mnie w fotel.
- Ustaliliśmy, czego oczekujemy, gdzie są granice. Nie będziesz wymigiwała się od naszych spraw ucinaniem rozmowy, kiedy masz na to ochotę.
- Bo co mi zrobisz? – mój strach powoli zaczynał przemieniać się w niepohamowaną złość . Miałam dosyć bycia słabą, wysłuchiwania komend jak pies i jak pies stulania uszu – Taki jesteś mocny, bo masz wzrost i mięśnie? Dawałam ci dupy przez ostatnie pół roku bez mrugnięcia okiem, a ty ani razu nawet mnie nie pocałowałeś. Nie pytałeś czy mam czas, czy boli, czy mi dobrze. Liczyłeś się tylko ty i twoje potrzeby.
- Rozmawialiśmy na ten temat. O ile dobrze pamiętam, moje potrzeby i twoje potrzeby są zbieżne – powiedział oschle nie spuszczając ze mnie wzroku – Więcej, zgodziłaś się dobrowolnie na ten układ, obiecałaś być posłuszna i uległa. W zamian miałaś dostać orgazm i za każdym razem go dostawałaś. Czy ja mam do czynienia z pięciolatką, czy dorosłą kobietą?
- Warunki się zmieniły – odparowałam.
- Tak? Bo się zakochałaś? – zapytał, a mnie do oczu napłynęły łzy. On cały czas wiedział – Myślisz, że nie widzę zapamiętania, z jakim mi się oddajesz, chociaż nie jest już tak kolorowo, bo się nie odwzajemniam, a pozostaje taki sam, prawda? Dziewczątko coś poczuło i chce, żebym ja też coś poczuł? To słodkie – mówiąc to pogładził mnie po policzku wierzchem dłoni, którym spłynęła jedna z łez – Tylko, że ja mam życie, którego nie będziesz częścią. Za to z twojego mogę zrobić małe piekło na ziemi, więc bądź tak łaskawa rżnąć się ze mną po mistrzowsku jak do tej pory i odrzuć sentymenty. Myślałem, że jesteś świadomą siebie i swoich potrzeb kobietą, a nie niewinnym podlotkiem – mówił z pogardą.
Nie wytrzymałam i dałam mu w twarz. Mój żal, smutek, złość i upokorzenie – wszystko to było w tym uderzeniu. Z kącika jego ust poleciała strużka krwi. W jego oczach zobaczyłam zaskoczenie, które szybko przeszło w triumf. Triumf? O co chodzi?
- Wiedziałem, że za szarą myszką kryje się kocica – uśmiechnął się, odchylił i włączył silnik.
Do jego mieszkania dojechaliśmy w milczeniu. Zatrzymał auto przed dobrze znaną mi kamienicą, obszedł je i otworzył drzwi od strony pasażera. Nie zamierzałam ruszyć się z fotela.
- Nie będę prosił. Nigdy nie proszę – powiedział spokojnie.
- To nie proś i odwieź mnie do domu – zrezygnowanie dało mi prezent w postaci opanowania.
- Hmm… zastanówmy się… czy pani Stasia nie mieszka w bloku obok twojego? A ten cały Filip nie ma ciężarnej żony? No i jest jeszcze twoja mama…
- Nie mógłbyś – przerwałam mu gwałtownie patrząc prosto w oczy.
- Nie wiesz, co mógłbym i chyba nie chcesz sprawdzić, prawda? – powiedział to przechylając głowę na jeden bok jak niewinne dziecko pytające czy zostały jeszcze czekoladowe cukierki. Wyglądał przerażająco.
Przeszedł mnie dreszcz. Wysiadłam.
- Od początku wiedziałem, że inteligentna z ciebie dziewczyna – pchnął mnie lekko ku schodom.
Jego mieszkanie w świetle dnia było przytulne, jasne. Nie miałam jednak zbyt wiele czasu, żeby lepiej przyjrzeć się niewielu drobiazgom, które stały na regale czy kolorowi farb na ścianach, ponieważ zostałam brutalnie rzucona na łóżko.
- A teraz zobaczysz, co stanie się, kiedy spróbujesz znowu się zbuntować.
Nie bałam się już, jedyne, czego bardzo chciałam to zrobić wszystko, żeby nie było jak zwykle. Postanowiłam  przełamać tę cholerną ciszę, która trawi mnie od środka, którą zawsze od niego mam. Chciałam być głośna, niepohamowana w dotyku, odczuciach. Chciałam zburzyć tę otoczkę spotkań, jaką stworzył. Jeśli myśli, że nad wszystkim panuje, to się mocno rozczaruje.
- Rozbieraj się – nakazał.
- Ty mnie rozbierz.
- Myślałem, że już to sobie wyjaśniliśmy.
- Co takiego?
- Posłuszeństwo i uległość.
- Nie.
- Nie?
- Możesz nachodzić mnie w pracy, grozić mi, ale nie będzie tak samo, rozumiesz? – to, co wyczytałam w jego oczach mnie zmroziło.
- Jak sobie życzysz.
Podciągnął moją koszulkę do góry odsłaniając biały stanik. Całując brzuch schodził niżej, do paska moich spodni. Wszelkie moje próby odepchnięcia go boleśnie gasił w zarodku, był zbyt silny.
- Jeśli nie chcesz, żeby bolało, przestań.
- Skąd wiesz czy zawsze mnie nie boli?
- Wiem, kochanie. Wiem, że boli . Zawsze. Ale wiem też, że lubisz ten ból – może myliłam się, co do niego? Może wcale nie miał zamkniętych oczu na to jak reaguję?
Uniósł się nade mną i zdjął koszulkę, a moim oczom ukazał się idealnie wyrzeźbiony tors z grającymi pod skórą twardymi mięśniami. Odpiął pasek i wrócił do mnie, lubił całować moją szyję, piersi. Zsunął z moich ud spodnie, swoich też się pozbył. Czułam jego podniecenie. Jeszcze nigdy nie był gotowy tak szybko. Chciałam go dotknąć. Nie pozwolił mi.
- Od kiedy pozwalasz sobie na taką zuchwałość, co?
- Od teraz – syknęłam i wygięłam się w łuk, kiedy delikatnie nagryzł jeden z moich sutków za karę.
- Nie zrezygnujesz z tego dziecinnego buntu?
- On nie jest dziecinny… - nie skończyłam, bo wszedł gwałtownie we mnie.
- Dobrze, chcesz wojny, będziesz ją miała – mówiąc to unieruchomił moje dłonie swoją nad moją głową.
Jeszcze nigdy tak tego nie robiliśmy, żadne z nas nie chciało nawet na moment oddać pola w walce. Czułam każdy jego ruch w sobie, dobijał do końca, żeby wyjść prawie w całości i znowu wbić się we mnie do granicy. Nie spieszył się, ten jednostajny rytm doprowadzał mnie do szaleństwa. Zaczęłam jęczeć, odpowiadać na każdy jego atak prosząc, żeby robił mi to jeszcze i jeszcze.
- Dziewczynce się podoba, prawda? – nie krył satysfakcji – Chcesz mnie?
- Tak… mocnej, głębiej.
Wiedziałam, że przegrałam z nim, ze sobą.
- Powiedz mi co teraz czujesz, chcę wiedzieć.
- Nie. Nie każ mi tego mówić, Maciek, proszę – to byłaby już klęska totalna.
- Powiedz – w jego głosie wyczułam nieustępliwość, upór, który podgrzewał ruchami bioder. Doskonale wiedział, jaką władzę nade mną ma i wykorzystywał ją bez najmniejszych oporów.
- Maciek, ja… - z moich oczu popłynęły łzy. Zamknęłam je, bo nie chciałam, żeby wyczytał w nich jak bardzo słaba teraz jestem, co ze mną robi, gdzie dociera.
- Otwórz oczy i popatrz na mnie – był stanowczy – Otwórz, kurwa!
- Nie! – zaczęłam szamotać się jak zwierzę w potrzasku, znacznie bardziej niż na początku.
Był zaskoczony, ale szybko nade mną zapanował, ważył ponad dwa razy więcej niż ja. Przestał się poruszać. W ciszy pokoju nie było słychać ani odgłosów uderzających o siebie ciał, ani jęków, lecz przyspieszone oddech i cichy płacz.
- Popatrz na mnie Domi – tym razem poprosił i gdybym nie wiedziała jak zimny jest i na co go stać w swojej podłości, pomyślałabym, że zrobił to z czułością.
Kiedy unosiłam powieki, zobaczyłam przed sobą zagubioną twarz. Uwolniłam dłonie z mocnego uścisku, który na nadgarstkach na pewno zostawił czerwony ślad i dotknęłam najdelikatniej jak tylko potrafiłam jego skroni. Wzdrygnął się i chciał je odepchnąć.
- Pozwól mi… Pozwól mi się dotknąć… - poprosiłam łkając cicho. Zaryzykowałam.
- Nie mogę dzisiaj patrzeć na te załzawione oczy – powiedział to bardziej do siebie niż do mnie. Kręcił przy tym przecząco głową.
- Pozwól… - cały czas świadoma, że jest głęboko we mnie, że ten pokój miedzy nami jest bardzo kruchy i na pewno chwilowy, uniosłam głowę i dotknęłam niezwykle delikatnie jego warg.
Nie spodziewałam się tego, co zdarzy się potem.  Ulga. Zachłanność. To tak, jakbym uwolniła bestię. Runęła fasada wyniosłości i dystansu, ofiarował mi maksimum namiętności. Brał mnie mocno nie przestając całować. Dzielił się sobą ze mną, wydawał nieokreślone dźwięki, by na końcu zacząć drżeć jak liść na drzewie jesienią. Skończył we mnie, a ja po raz pierwszy odczułam jak schodzi z niego napięcie i coś jeszcze, coś, czego nie potrafiłam wyjaśnić.
Po wszystkim, jak zawsze, opadł na mnie całym ciałem. Ciężki oddech, który czułam na barku po chwili zastąpiły usta Maćka. Jego pocałunki były delikatne jak muśniecie skrzydeł motyla. Byłam zdezorientowana. Maciej zachowywał się tak różnie od tego jak zazwyczaj kończyliśmy, że zaczęłam się pod nim niespokojnie wiercić. Przytwierdził mnie mocnej do materaca.
- Chcę jeszcze – powiedział tuż przy moim uchu.
- Nie mogę więcej. Nie zniosę więcej – to, co stało się przed kilkoma minutami było dla mnie olbrzymim wstrząsem. Nigdy, z nikim, nie przeżyłam czegoś podobnego. Byłam wykończona fizycznie i psychicznie.
- Dasz radę – ręką przesunął moją nogę tak, by ułatwić sobie dostęp i ponownie zaczął poruszać się we mnie, bardzo, bardzo wolno.
- Maciek, proszę cię… - mój głos z każdym jego pchnięciem przechodził w coraz większe skamlenie.
- Nie chcę przestać. Teraz ty mi pozwól. Jesteś mi to winna – szeptał z czułością, niemal błagalnie.
Byłam pewna, że mimo tego, co wcześniej mówił, gdybym powiedziała „nie”, przestałby. Ale to słowo nie mogło mi przejść przez gardło. Jedyne, co mogłam, to skinąć głową na znak, że godzę się, by wziął wszystko, czego ode mnie chce. I zrobił to, powoli, metodycznie, z potem, gorącem, swoją wewnętrzną energią i siłą.
Późnym wieczorem przebudziłam się w nie swoim łóżku, spłoszona i zagubiona. Podniosłam się gwałtownie. To nie był dobry pomysł, ponieważ zachwiałam się, czując ucisk w dole brzucha.
- Przez jakiś czas może cię boleć – usłyszałam tuż za swoimi plecami.
- Muszę wziąć prysznic – poczułam suchość w gardle.
- Łazienka jest do twojej dyspozycji – musiałam być nadal piekielnie zmęczona, ponieważ wydawało mi się, że słyszę w jego głosie czułość i troskę.
Umyłam się szybko i równie szybko, mimo bólu, ubrałam.
-Wow. To było… mocne, naprawdę mocne. Nie myślałem, że jesteś taka dobra w te klocki – usłyszałam tuż przy drzwiach, kiedy podnosił się z fotela.
- Pierdol się – odparowałam z ręką na klamce.
- Z tobą, na pewno – odparł rozbawiony.
- Dlaczego mi to robisz? Przecież wiesz, co do ciebie czuję – powiedziałam smutno.
- Dlaczego? Czy ty nie widzisz, jakie mamy szczęście, że się znaleźliśmy? Nigdy, z żadną kobietą, nie byłem tak dopasowany, nie miałem od żadnej takiego oddania, uległości i posłuszeństwa – mówił to z pasją, żarliwie.
- Nie chcę tego już. Chcę kogoś, kto wpuści mnie do swojego świata, da swój czas.
- Niemożliwe – drugi raz tego dnia pokręcił przecząco głową.
- Więc daj mi spokój! – wykrzyknęłam z wściekłością.
- Dam… kiedy się tobą nasycę – odpowiedział spokojnie.
- Skąd pewność, że na to pozwolę? – jego spokój nakręcał mnie jeszcze bardziej.
- Bo wiem o twoim życiu więcej niż się tego spodziewałaś i mogę nieźle w nim namieszać – mówiąc to podchodził do mnie coraz bliżej – Bo, choć jestem skurwysynem, to wiesz, że nikt nie da ci w łóżku tego, co daję ci ja. Kochasz to.
- Blefujesz.
- Powiedz, nadal uczysz się weekendowo? – kontynuował niezważając na mój szok i niedowierzanie, że wie aż tyle – Jesteś naiwna zakochując się w człowieku, którego poza łóżkiem nie możesz być pewna. Co ty o mnie wiesz? Jak dużego kutasa mam? Jak sobie to wyobrażałaś? Że jakoś to będzie? Że seks załatwi wszystko? – jego słowa raniły do głębi.
- Nie! – krzyknęłam – Nie wiem… – powiedziałam już znacznie ciszej – Nikt przed tobą nie dotykał mnie w taki sposób, nie poruszył. Po prostu Maciek, po prostu… - te ostatnie słowa wypowiedziałam niemal bezdźwięcznie i wątpię, żeby je usłyszał.
Oparłam się o drzwi, a w mojej głowie zaczęła się gonitwa myśli. Ludzie tak często przegapiają coś w życiu przez pośpiech, brak czasu. Nie wiem czy on zgaduje, a na ile mnie czyta i rozumie, ale czułam, że trafiamy w swoje preferencje, że odpowiada mi nawet to, w czym Maciek się ode mnie różni.
- Dorośnij – czułam się, jakbym wysłuchiwała ostatecznego wyroku – Jesteśmy ze sobą na tyle, ile chcemy być. Nie przekraczamy żadnych granic. Żadne z nas nie wychodzi poza własny, wygodny świat.
- Więc zmieńmy to – przerwałam mu.
- Za słaby zawodnik jesteś. Skończone liceum? Proszę cię. Praca kelnerki? – prychnął.
- Dobrej nocy Maciej – wyszłam bardzo delikatnie, starannie zamykając za sobą drzwi.

JakKamyk

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 3844 słów i 21289 znaków.

2 komentarze

 
  • Ningru

    Uwielbiam to opowiadanie! Już się nie mogę doczekać kolejnej części!

  • Albertus

    Stylistyka i interpunkcja na wyższym poziomie niż fabuła, ale cóż... i tak mało ciekawe...

  • Meme

    @Albertus ciekawe, jakie Twoje....