Devil - Szef Mafii cz.1

Devil - Szef Mafii cz.1Pewnie myślicie kim jestem. Nie mogę Wam tego powiedzieć, inaczej musiałbym was  
zabić. Jestem Devil. Mam 24 lata. Jestem szefem mafii. Dobrze słyszycie, możecie się mnie bać. Chyba, że nie macie nic na sumieniu.Tylko tyle Wam powiem. A teraz opowiem Wam moją historię.

Udało się. Uciekliśmy. Wbiegliśmy do auta, które po kilku sekundach odjechało z piskiem.
Zdjęliśmy kominiarki, teraz mogliśmy odetchnąć z ulgą. Akcja się udała, mamy co świętować. Nie trwało to długo. Policzyłem w myślach ludzi. Cholera, nie ma jednego.
- Kurwa! Zawracamy, nie ma Marka. - nigdy nie zostawiamy swoich
Auto zawróciło gwałtownie i z piskiem. Przebraliśmy się i już byliśmy na miejscu. Zaparkowaliśmy spory kawałek dalej. Tylko nie wiedzieliśmy gdzie go szukać.
- Conrad, Amelie ze mną. Udajecie parę. - poleciłem
Moi współpracownicy od razu wczuli się w rolę. Złapali się za ręce.
Poszliśmy. Szedłem pierwszy, para trzymała się na uboczu. Rozdzieliliśmy się nadal utrzymując kontakt wzrokowy.
Pewnie zastanawiacie się, dlaczego między nami jest dziewczyna. Ja sam tego nie wiem. Odpowiedz jest prosta : uratowałem jej życie a ona została z nami. Nikt jej o to nie prosił a mimo to została. Tak samo cztery inne. Tak, mam serce. Rzadko go używam ale je mam.
Marka znaleźliśmy błyskawicznie. Stał kilka budynków dalej. Był ranny, obok niego była bardzo ładna blondynka. Jasna sukienka i szpilki. Piękna. Sukienkę miała we krwi.
Skądś ją znałem. Nie wiem tylko skąd. Ta twarz, te oczy. Muszę się tego dowiedzieć.
Podeszliśmy do nich.  
Chłopak bardzo kurczowo trzymał się dziewczyny, bo sam ledwo stał na nogach. Stali na uboczu, zdala od całego zamieszania. Ona nic nie mówiła, po jej policzkach płynęły łzy.
Bez słowa podeszliśmy do nich, wzięliśmy z Conradem przyjaciela. Amelie zajęła się dziewczyną. Obie ruszyły przodem, blondynka trochę się szarpała, ale Mark ją uspokoił. Zapewniał, że wszystko jest dobrze. Wszystko było dobrze, dopóki Blondynka nie osunęła się na ziemię. Amelie próbowała ją złapać ale bez skutecznie. Mark wyrwał się nam i uklękł obok niej. Rana musiała boleć go jak cholera. Płakał, on na prawdę płakał. Był twardy, nigdy nie okazywał uczuć. Tak jak ja. Nie na darmo był moją prawą ręką.
- Corin! Błagam Cię, nie rób mi tego! Nie chce kolejnej straty.
Corin. Corin. Corin. To imię kręciło się w mojej głowie.  
Zaczął ją szarpać próbując obudzić. Odciągnęliśmy go od dziewczyny. Ta zaczęła się budzić, nawet zaczęła odzyskiwać kolory.  
- Ona idzie z nami. Proszę.- Mark zwrócił się do mnie
- Nie ma mowy! - odparłem
Spojrzałem na nią. Kurwa będą z nią kłopoty. Czuje to.
- To ja też nie idę. Kurwa! Swoich się nie zostawia, nie to powtarzasz nam jak mantrę? A ona jest ze mną- pomógł dziewczynie wstać - Wszystko Ci później wyjaśnię. Jest inaczej niż to wygląda.
Jego rana krwawiła jeszcze bardziej. Wszystkie jego rzeczy były we krwi, jej zresztą też. Ludzie zaczynali się nam coraz bardziej przyglądać. Gapiów nie potrzebowaliśmy. Za szybko ktoś mógł zadzwonić po gliny.
- Tego nie było w planie, musimy się zwijać. Wszyscy. - powiedziałem niechętnie
Wszyscy poszliśmy do auta, reszta była zdziwiona nowa towarzyszką. Jednak nikt się nie odezwał. Mało kiedy pozwalam swoim ludziom na taką samowolkę, jednak Mark to Mark. Jemu nie mogę tego odmówić.
Jechaliśmy do domu. Nikt nic nie mówił. Panowała cisza absolutna, tak jak lubię.
Szybko byliśmy na miejscu.  
Chłopaki sprawnie zajęli się Markiem, dziewczyna ruszyła za nimi, zatrzymałem ją jednak. Próbowała się wyrwać, bezskutecznie. Szarpała się, biła i płakała, ale jestem silniejszy. Nie pozwoliłem się jej wyrwać. W jakimś dziwnym odruchu przytuliłem ją. Z początku się wyrywała ale poddała się. Była taka słaba, krucha.
Wszyscy się nam przyglądali. No tak takiego zachowania się nie spodziewali. Ja nieczuły i z sercem z kamienia przytulam jakąś obcą dziewczynę.
To mi zepsuje reputacje do cholery.  
Odsunąłem się od niej.
- Kim on dla Ciebie jest? Bez powodu tak byś się nie martwiła - zapytałem  
Ona dalej trwała w ciszy, jakby myślała nad odpowiedzią.
- Gadaj kurwa! Języka zapomniałaś - puściły mi nerwy a ta mała nie wiedziała chyba z kim ma doczynienia
Ma się bać, mnie oczywiście. Ja dyktuje zasady i ja je ustalam. Nie znoszę sprzeciwu. A już na pewno nie będę tolerował nieposłuszeństwa.
- Jestem jego... - zaczęła
Nie zdążyła dokończyć, gdy przed budynek wybiegł Joe. Coś krzyczał. Dziewczyna wybuchła jeszcze większym płaczem.
- Uspokój się i mów - warknąłem znowu tuląc dziewczynę
- Devil chodzi o Marka. Bo on, no bo chce z nią rozmawiać - pokazał na nią ręką
- Idziemy już - poleciłem  
Dziewczyna wyrwała się z moich ramion i pobiegła do środka. Ruszyliśmy za nią. Biegła na oślep szukając go. Wkoncu jej się udało.
Klęczała przy łóżku i płakała trzymając Marka za rękę. Ten coś do niej mówił, a ona jeszcze bardziej płakała.  
Wszyscy przyglądali się jej zachowaniu. Wręcz gapili się na nią.
Przytuliła go. Po chwili oboje płakali. Wszyscy się ulotnili, zostałem tylko ja.  
Musiałem zostać na wypadek gdyby chciała mu coś zrobić, chociaż na nic takiego się nie zanosiło.
- Obiecaj, że nigdy tego nie zrobisz - powiedział Mark
- Wiesz, że ci tego nie obiecam- odparła dziewczyna nadal płacząc - Wszystko, ale nie to.
- Musisz, dziecko potrzebuje ojca. Nie dasz rady sama. A ja na razie nie mogę Ci pomóc fizycznie. Jedynie pieniężnie.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. Nie chce ani pieniędzy, ani życia. Zrozum.
- Ale mnie posłuchasz, rozumiesz. Ten jeden głupi raz mnie posłuchaj, kurwa! -dodał chłopak prawie krzycząc
- Odpocznij proszę. Ja muszę wrócić do domu. Zadzwonię do ciebie za chwilę, porozmawiamy jak będę iść. - wstała i ruszyła do wyjścia
Nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem, jego nawet też.
Dyskretnie poleciłem chłopakom, aby jej pilnowali.  
Stąd się nie wychodzi od tak. Mamy swoje zabezpieczenia i reguły. Nie po to je ustalilismy żeby jakaś laska je zepsuła i złamała.
Ruszyłem za nią. Zatrzymał mnie głos Marka
- Zaopiekuj się nią. Ja nie mogę, ale proszę ty to zrób. Jej się może coś stać.
To dziewczyna Dużego. Zostawiła go. A on się mści, to on do mnie strzelił. Ona jest w ciąży - zagotowało się we mnie
Corin musi być dla niego ważna. Nawet bardzo ważna. Nigdy nie poprosił mnie o coś takiego. Nigdy tak się nie przejął jakąś laską. Chyba, że chodzi o kogoś bardzo bliskiego jego sercu.
A Duży to wariat, mógłby jej coś zrobić. Rywalizujemy ze sobą od zawsze. Nienawidzimy się. To nie żarty. Muszę ją ochronić, ze względu na Marka oczywiście.
Skinąłem głową na znak, że się zgadzam. I ruszyłem za nią.
Na zewnątrz sytuacja wyglądała dość komicznie. Prawie wszyscy moi ludzie leżeli na ziemi, jedynie Joe i Greg stali na nogach. Przepraszam ledwo stali.  
- Co tu się kurwa wyprawia!? - krzyknąłem
- Ona chce iść do domu - odkrzyknął któryś
Wszyscy spojrzeli w moją stronę.  
Dziewczyna wykorzystując moment uciekła.
- Macie 15 minut, żeby mi ją tu przyprowadzić! - warknąłem
Nie czekałem długo. Po kilku minutach Alan wrócił z dziewczyną przeżuconą przez ramię. Ta krzyczała i biła go w plecy. Postawił ją przede mną. Po czym odetchnął z ulgą.
- Zostajesz tu. Bez dyskusji.- powiedziałem łapiąc ją za ramię. - Jeżeli chodź raz się tu znalazłaś musisz wiedzieć, że stąd od tak się nie wychodzi. Taka zasada.
Nie spodobało jej się to co usłyszała.
- Zmień ludzi Ci tutaj nie umieją się bić - powiedziała poważnie
- Właśnie widzę i już wiem kto da im parę lekcji. Jeżeli i ty i dziecko będziecie się dobrze czuli. Troche tu pobędziesz będziesz miała czas.
Dziewczyna zrobiła głupią minę.
- Skąd wiesz? - zapytała
- Mark mi powiedział i prosił o coś
- O co prosił ? - strasznie dużo pytań zadaje
- O opiekę nad Tobą i spęłnię jego prośbę. A teraz powiedz mi kim dla niego jesteś.
Uśmiechnęła się.
- Nie wiesz? - zapytała
- Nie- odparłem krótko
- Siostrą Devil, siostrą. Dziwię się, że mnie nie poznałeś. Kiedyś byś mnie zostawił na lodzie a teraz jak jest. Jeszcze możesz zmienić zdanie. - odparła lodowato
Nie wierzę. To na prawdę ona? Moja mała? To na prawdę wszystko bardzo jest dziwne.
Kiedy ja ustawiam ludzi, kiedyś to ona ustawiała mnie.  
Teraz jest w ciąży, jest dziewczyną Dużego. Jest taka piękna. To wszystko komplikuje, ale jej pomogę.
Nie musi się niczego bać. Nie przy mnie. Wiem, że kiedyś ją skrzywdziłem ale to się nie powtórzy
- Już powiedziałem nigdzie stąd nie pójdziesz. Jesteśmy na siebie skazani, Mała.
Uśmiechnęła się na te słowa.
Wróciliśmy do pokoju.
Mark spał na kanapie pochrapując cichutko. Dziewczyna uwiadła obok niego na podłodze, złapała go za dłoń.
Poszedłem do kuchni, zrobiłem jej herbatę, sobie o dziwo też. Ja nigdy nie piję herbaty.
Dobra zrobię wyjątek, muszę z nią porozmawiać. Zaniosłem filiżanki do salonu.  
- Herbata, zaraz zrobię ci coś do jedzenia. Na co masz chęć ?- zapytałem
Dziewczyna nadal milczy.
- Naleśniki. - powiedziała
- Co?
- Mam chęć na naleśniki.
Kiedyś zawsze w weekendy robiliśmy naleśniki. Taka nasza tradycja.
- Może w takim razie przeniesiemy się do kuchni, muszę zrobić ich tonę. Czy ty wiesz ile osób tu mieszka?
- No ile?- pyta ciekawa
- Dwadzieścia trzy z tobą cztery. W tym tylko cztery kobiety. A bardzo ciężko wykarmić tylu facetów.
Zaśmiała się, po czym wstała i poszła do kuchni.
Czyli mi pomoże, zawsze tak reagowała. Śmiała się a potem i tak pomagała. Nawet w sytuacjach kryzysowych.
Weszłem do kuchni i zamarłem...



Pierwszy rozdział za nami.
Miłego dnia :)  
Pozdrawiam Margo

Margo

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1879 słów i 10008 znaków, zaktualizowała 15 maj 2017.

3 komentarze

 
  • fasion

    Bardzo mi się podoba

  • aniołek

    Brakuje mi tu kilku rzeczy ale ogólnie jest ok ☺
    Czekam na rozwinięcie i kolejne części

  • el

    fajne opowiadanie tylko może jakis opis wszystkich bochaterów ? :)

  • Margo

    @el będą. W kolejnych częściach