Łukasz (V) - Maska

Łukasz (V) - MaskaRozdział V – Maska

Powoli zaczynałem przywykać do jego gabinetu. Śmiało założyłbym się z nim, że wiedziałem lepiej od niego, co gdzie się znajduje. Zawsze intrygowały mnie te wszystkie książki, które zajmowały regał na jednej ze ścian. Były ich tam setki. Miałem wrażenie, że metalowy regał miał bogatsze wyposażenie w książki niż biblioteka w placówce. Cóż takiego mógł kryć tam pan Banaś? Co czytał i czy w ogóle przeczytał te wszystkie książki? Czego w nich szukał? Czy był w stanie przeczytać tyle książek w przeciągu swojego życia? Nie wiedziałem, ile ma lat. Typowałem jakieś czterdzieści pięć. Nie mógł mieć mniej niż czterdzieści i więcej niż pięćdziesiąt. Ufałem mu, choć tak naprawdę go nie znałem. Był człowiekiem, którego nie trzeba było dobrze znać, by móc mu ufać. Był najprościej w świecie dobrym człowiekiem. Czułem to.  

Dzieliłem ludzi na dwie kategorie – dobrych i złych. Dobrych trzymałem się za wszystkie skarby, złych się bałem i uciekałem przed nimi. Starałem się przed nimi bronić, jednak nie zawsze mi się to udawało. Gdy w końcu się odważyłem, trafiłem do zakładu poprawczego. Nadal nie byłem pewien, czy tamtejsze zło minęło. Mogło powrócić w każdej chwili. A co gorsze, mogło zacząć się nowe zło. Zło było wszędzie. Zło spotykamy każdego dnia. Przedstawicieli zła mijamy na ulicach, w sklepach, klatkach schodowych, a nawet pod tym samym dachem. Zastanawiałem się tylko, czy ze złem się rodzi? Chyba nie. Każdy z nas rodzi się czystym i bezwinnym. Dopiero potem musi stać się coś, co uwalnia zło w człowieku. Traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, presja, a może demony? Kto to mógł wiedzieć. Źli ludzie byli przy mnie od początku. Jak bardzo mnie zniszczyli? Czas pokaże.  

     – Zaczynam czuć się pana ulubionym wychowankiem – stwierdziłem, przeglądając środkową półkę w obfitym w książki regale.  
     – Och – skromnie się zaśmiał. – Nie wypada mi mieć ulubieńców. Lecz jesteś moim najciekawszym wychowankiem.  
     – Najciekawszym? – spytałem zdziwiony.  
     – Tajemniczym. Nieprzewidywalnym. Zazwyczaj spoglądam na dzieciaka, czytam raport z sądu i od razu wiem, gdzie jest pies pogrzebany. Tutaj coś cholera nie mogę.  
     – To może czas na emeryturę – zaśmiałem się.  

Sięgnąłem po książkę, której okładka od razu przykuła mój wzrok. Ciemnobordowy kolor wypełniał okładkę, lecz to nie to zwróciło moją uwagę na średniej grubości książkę. Na okładce prezentowała się kobieta, a dokładniej fragmenty jej twarzy oraz dłonie. Na ilustracji miała piękne, ciemne niebieskie oczy. Przykuwały uwagę. Mimo że był to tylko rysunek, niebieskie oczy wydawały się wypełnione sekretami. Kobieta trzymała coś w swoich dłoniach. Coś było białą maskę, którą zamierzała przykryć swoją prawdziwą twarz. Książka zawierała metody twórczej resocjalizacji i nosiła ten sam tytuł. Zignorowałem właściciela gabinetu i zacząłem zastanawiać się nad swoją własną maską. Każdy z nas ma jakąś. Niektórzy mają ich kilka. Nie było potrzeby czytać takie książki, by to wiedzieć. Moja maska była ciężka i z czasem pękała. Ciążyło mi noszenie jej, a moja prawdziwa twarz chciała jej się pozbyć. Wyobraziłem sobie białą, popękaną maskę. Taką właśnie nosiłem. Maska nabyła swoich pęknięć tamtego dnia. Dnia, który zaważył o mojej obecności w zakładzie.  

     – Jak było na pierwszej terapii grupowej?
     – Świetnie. Zapomniałem tylko zabrać ze sobą pamiątkowe zdjęcie – zironizowałem.  

Terapia grupowa. Nie podobało mi się to określenie. Kojarzyło mi się ze spotkaniami anonimowych alkoholików, czy też innych anonimowych anonimów. Różnica była, chyba tylko jedna. Nikt nie był anonimowy. Znaliśmy się. Z klasy, z pokojów, z podwórka, a na pewno z widzenia. Pani Sikora zastrzegła, że wszystko, co zostało powiedziane podczas terapii, nie może przekroczyć drzwi od klasy. Kto wie, kto tego przestrzegał? Zaskakujące było to, jak szybko roznieść mogła się plotka. Poczułem to kiedyś na własnej skórze.  

Pierwsza klasa liceum. Liceum wydawało mi się zawsze lepszym miejscem. Gimnazjum było dziecinne. Miałem tam przyjaciół, ale nie czułem z nimi żadnej bliskości, ani potrzeby zwierzania się im. Zresztą, nie mogłem się zwierzyć z problemów, które tak naprawdę mnie gnębiły. Miałem zakaz. Wiedziałem, jakby się to skończyło. Nie mogłem więc wymagać, by moi przyjaciele mnie rozumieli. Tak naprawdę sam nie chciałem, by mnie zrozumieli. Chyba inaczej postrzegałem termin przyjaźń od moich rówieśników. Zawsze się odróżniałem. Byłem już dorosły, a oni byli jeszcze dziećmi. Zostałem wciągnięty w świat dorosłych o wiele za szybko. Gdy dziś o tym myślę, nie potrafię przypomnieć sobie, kiedy ostatnio byłem dzieckiem. Zachowywałem się jak ono, czułem, bawiłem i postrzegałem świat. Moi przyjaciele to mieli, a ja nie. Żadne pieniądze ani słowa nie potrafiły przywrócić dzieciństwa. Dla mnie było skończone. Rzadko czegoś komuś naprawdę zazdrościłem. Dzieciństwo było właśnie tym, czego zazdrościłem innym najbardziej. Chciałem tego, jak niczego innego. W drodze do szkoły mijałem małe dzieci i kątem oka spoglądałem na nie. Były takie zadowolone i niewinne. Były czyste, bezgrzeszne i cnotliwe. Miały przed sobą całe życie, wszystkie decyzje. Świeży start – tego właśnie pragnąłem, gdy na nie spoglądałem. Może gdybym cofnął się do wieku pięciu lat, zdołałbym wszystko naprawić? Postąpić inaczej, jakoś się obronić? Kim byłbym dziś? Dobrym człowiekiem?  

Poznałem w liceum pewnego chłopaka. Gdy po raz pierwszy go ujrzałem w klasie, nie byłem w stanie przewidzieć, że tak bardzo namiesza w moim życiu. Było w nim coś, co tylko ja dostrzegałem. Był piękny. Ani trochę przerobiony, nadmuchany, lub też podpicowany. Był najprościej w świecie piękny. Bezgrzeszny. Miał w sobie coś z tych dzieci, które codziennie mijałem. Zacząłem go postrzegać, jako swój świeży start. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Zaprzyjaźniliśmy się. Nie podobało się to wujkowi, ale był kompletnie bezradny. Arek był synem dobrego kolegi mojego ojca. Zbliżyliśmy się do siebie. Niebezpiecznie blisko. Zaczynałem czuć się przy nim bezpiecznie. Nie mało brakowało, by został pierwszym człowiekiem, który wiedziałby o mnie całą prawdę. I właśnie wtedy w szkolny krąg poszła plotka, że jesteśmy razem. Z początku było to coś niewinnego, jednak później stało się czymś sporym. Prywatna szkoła nie tolerowała rasizmu, lecz o homofobii nie było żadnej wzmianki. Zostawała zamiatana pod dywan, bo gdzie w tak poważnej szkole mogły być poruszane TE tematy? Arek się przestraszył i dopilnował, by podejrzenia o nim zniknęły w nicość. Razem z podejrzeniami, w nicość przemieniła się nasza przyjaźń. Nagadał na mnie pełno bzdur. Pokazał tym, że nic nie mogłoby nas łączyć.  

Terapia z początku była krępująca. Grupa składająca się z ośmiu osób siedziała cicho, modląc się do wszystkich nadnaturalnych moc, by psycholog nie wskazała ich imienia. Zaczęła ze wstępem do grupowej terapii. Jak twierdziła, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami jest łatwiejsze, jeśli ma się wokół siebie innych ludzi. Celem terapii było nabranie doświadczenia we wspólnym rozwiązywaniu problemów, słuchaniu innych oraz próbach pomocy w rozwiązywaniu tychże problemów. Jednym słowem, mieliśmy wykonywać jej robotę. Terapia grupowa dawała możliwość odreagowania frustracji w grupie w atmosferze zrozumienia i zaufania, poczucie wsparcia od reszty grupy i takie tam. Nie do końca się wsłuchiwałem. A potem zaczęło się najgorsze. Publiczny konfesjonał.  

     – Podobało ci się, nie podobało? – spytał pan Banaś.  
     – Podobało i nie podobało – odpowiedziałem, a pan Banaś prychnął niezadowolony. – Pięćdziesiąt procent za, pięćdziesiąt przeciw.  
     – Dlaczego?  
     – Za, bo można się wygadać, coś pomóc innym i sobie. Przeciw, bo nagle można poczuć się lepszym od kogoś. Pomyśleć, że ten i ten jest gorszy ode mnie, a ja jestem lepszy, bo mam mniejsze czy mniej skomplikowane problemy.  
     – Tu się z tobą zgadzam.  

Po wprowadzeniu do terapii nastąpiło to, czego najbardziej się obawiałem. Pierwszy do "odstrzału" był chłopak z dużymi oczami. Taki przydomek mu nadałem. Miał duże, piękne szare oczy. Tylko to było w nim piękne. Nie pamiętałem już jego imienia, ale dobrze zapamiętałem jego historię. Trafił do ośrodka za różne rozboje i pobicia. Cały czas się jąkał, jednak nie miał problemu z opowiadaniem o sobie. Miał ciężką sytuację w domu, jak większość w zakładzie. Lubił cudzy strach. Lubił zaglądać w oczy ludzi, którzy się go bali. Podobało mu się to, sam przyznał, że się tym syci. Jego historia mnie przeraziła i starałem trzymać się od niego z daleka.  

Kolejną historią była historia Adama. Krótkowłosy brunet z trzęsącymi się dłońmi. Albo miał Parkinsona, albo jakiś stan silnego emocjonalnego napięcia. Podejrzewałem to drugie, bo gdzieś czytałem, że właśnie przez strach bądź nerwowość mogą trząść się ręce. Adam miał z początku problemy z opowiadaniem o sobie. Był przestraszony naszą obecnością. Łatwiej było słuchać, niż o sobie opowiadać. Jego ojciec zostawił jego i jego matkę, gdy Adam miał trzy latka. Nie pamięta ojca, nie zna go, nigdy więcej go nie zobaczył. Jego matka załamała się i zamiast zajmować się synem, zajęła się sobą. Odpychała go. Stawiała nowo poznanych mężczyzn ponad niego. Nikt się nim nie interesował. Zagubił się i wpadł, w jak to nazwał, złe towarzystwo. Później zaczął głośno myśleć. Może wcale nie było takie złe, skoro dawało mu to, czego potrzebował? Opiekę, czas i zainteresowanie. Wciągnęli go jednak w niebezpieczny świat alkoholu, narkotyków i przestępstw. Trafił tu dobrowolnie. Sam zgłosił się na policję po jednym z rozbojów. Nie wydał swojej paczki, wziął to na siebie. Przyznał, że chciałby być tu jak najdłużej. Ma opiekę, zainteresowanie i możliwość edukowania się. Marzy, by skończyć szkołę, nabyć kilka papierków i wyjść stąd gotowym do normalnego życia. Marzy o nim.  

Nastał czas na mnie. Kompletnie nie wiedziałem, od czego mam zacząć. Chwilę milczałem, zastanawiając się, co tu powiedzieć i jak to powiedzieć. To było naprawdę krępujące. Co ich to tak naprawdę interesowało? Przecież każdy z nas ma swoje problemy i zmartwienia. Opowiedziałem o sobie krótko i na temat.  

     – Jestem Łukasz, mam siedemnaście lat i jestem złym człowiekiem – wydusiłem z siebie.  
     Pierwszy raz podczas terapii, pani psycholog przerwała mówiącemu. Tylko mi było dane to doświadczyć.  
     – Nazwałeś siebie złym człowiekiem. Dlaczego?  
     – Odpowiedź jest łatwa i krótka; jestem złym człowiekiem – odpowiedziałem.  
     – Co takiego zrobiłeś, że się za niego uważasz?  
     – Prawie zabiłem człowieka. Pobiłem go tak mocno, że leżał w szpitalu przez niecałe dwa miesiące. Był w połowie zabandażowany, gdy zobaczyłem go pierwszy raz po tym zdarzeniu.  
     – Żałujesz tego?  
     Zagięła mnie swoim pytaniem. Nigdy nie zastanawiałem się, czy tego żałowałem. Nastąpiła długa cisza przed odpowiedzią.  
     – Nie. Zasłużył sobie na to. Ale gdybym mógł cofnąć czas, to na pewno postąpiłbym inaczej. Znalazł jakieś inne wyjście. Tak sądzę.  
     – Jeśli sobie zasłużył, to nie żałuj – usłyszałem od chłopaka, który siedział obok mnie.  

Podczas pierwszej terapii, zdążyliśmy zapoznać się z historią każdego. Na szczęście, na więcej nie mieliśmy już czasu, a pewnie też i ochoty. Miałem nadzieję, że następne godziny będą już łatwiejsze. Opowiedzieć o sobie i dlaczego trafiło się tam, gdzie się trafiło, nie było wcale takie proste. Za dużo słuchamy słów o sobie od innych, a za mało próbujemy opisywać samych siebie. Potem narasta taki problem.  

     – Czuję się odrobinę obciążony ich problemami. Nie wiem czy to prawidłowe, czy na pewno powinienem się tak czuć. Czy w ogóle chcę. Mam dość swoich zmartwień.  
     – To znaczy, że masz w sobie sporo empatii. To uczucie jest jak najbardziej prawidłowe.  
     – Czy ja wiem… To Sikora ma robić za psychologa, nie ja – skrzywiłem się.  
     – Pani Sikora – upomniał mnie. – Możesz czuć się tym obolały i wręcz nasycony, ale tu właśnie chodzi o empatię. Musisz umieć postawić się w sytuacji drugiego człowieka i wyobrazić sobie, co może czuć. To przede wszystkim o to nam tutaj chodzi. Niektórzy słyszą o empatii po raz pierwszy.  
     – Na przykład ten z dużymi oczami – zauważyłem. – Lubi ludzki strach? Lubi go wzbudzać? Przeraził mnie, szczerze mówiąc.  
     – To ostatni dzwonek, by się za niego wziąć. Takie uczucia nie zwiastują nic dobrego.  
Usiadłem z bordową książką na kanapie i zacząłem studiować każdy fragment okładki. Widziałem ją wcześniej, ale wydawała się naprawdę ciekawa. Te niebieskie oczy z ilustracji… Prześladowały mnie jeszcze wiele dni.  
     – Są takie tajemnicze. Skrywają sekret, na pewno jakiś duży. A może tuzin małych? Naprawdę ktoś dobry musiał to narysować… Nie znam się na sztuce, ale te oczy są pierdzielonym dziełem sztuki.  
     – Masz rację z tą tajemniczością. Też to wcześniej zauważyłem – zamilkł na chwilę, po czym dodał: – Prawdę mówiąc, są dokładnie takie same jak twoje. Tyle tylko, że twoje są zielone.  
     – Dobra, dobra. Wiem, gdzie pana żona pracuje, więc bez takich – wytknąłem język, by odbiec od napoczętego tematu.  
     – Ee tam – na chwilę jakby posmutniał, po czym spytał: – A jak tam relacje z Kacprem i Wojtkiem?  
Ugryzłem się w wargę, by nie rozszerzyć swoich ust w szeroki uśmiech, po czym odpowiedziałem:  
     – Wyśmienite.  

Relacje z Kacprem i Wojtkiem były faktycznie wyśmienite. Szczególnie z tym pierwszym. Pocałunek w stołówce był startem pięknych, ale też i trudnych chwil w naszych relacjach. Był tak bardzo niespodziewany i zaskakujący. Był tak piękny. Soczysty i wyrazisty. Wręcz krzykliwy. Nigdy nie czułem czegoś takiego, nigdy nikt mnie tak nie całował. Nawet Piotr, mój pseudo kuzyn, uprawiający zawód dziennikarza. Ten pocałunek zdziwił zarówno mnie, jak i jego. Nie mogliśmy przestać. Wcale nie chcieliśmy. Kontynuowaliśmy. Kompletnie wyłączyłem funkcję myślenia, straciłem swój rozsądek i poczucie czasu. Nie chciałem, by jego usta choć na chwilę zboczyły z trasy. Ten pocałunek oficjalnie zdefiniowałem amerykańskim snem.  

Niestety pocałunek się zakończył. Przerwało nam jakieś stuknięcie, z początku je zignorowaliśmy. Nie patrząc na siebie, cali zaczerwienieni, powróciliśmy do kolacji. Zjedliśmy do końca i gdyby nigdy nic, zaczęliśmy sprzątać po kolacji. Nawet ze sobą rozmawialiśmy, jak zawsze. To było jeszcze bardziej zaskakujące. Na początku pomyślałem, że uznał ten pocałunek za nieważny i chciał wymazać to z pamięci. Bardziej niż tego obawiałem się, że pocałunek ten, był ostatnim. Tak bardzo się myliłem, bo kolejny zdarzył się tego samego dnia.  

Przebraliśmy się już w nocne ciuchy i szykowaliśmy do zgaszenia światła. Potem i tak zacięcie szeptaliśmy na różne tematy do późnej pory, aczkolwiek nie chcieliśmy zwracać na siebie uwagi zapalonym światłem. Wojtek wymsknął się do toalety. Zostaliśmy sami w pokoju. Irytująca cisza dudniła w uszach. Podszedł do mnie i spojrzał w moje oczy. Był niepewny. Niemal pytał mnie swoim wzrokiem o pozwolenie na to, co uczynił chwilę później. Delikatnie objął moją twarz w swoich gładkich dłoniach. Były piękne, czyste i niezniszczone.  

     – Łukasz – mimowolnie wyszeptał moje imię. – Mam nadzieję, że nie będziesz na mnie zły…  

I właśnie wtedy lekko przyłożył swoje usta do moich. Byliśmy tak blisko siebie, że niemal słyszałem bicie jego serca. Nie umykał mi żaden szczegół. Pocałował mnie, przez co ponownie obdarzył mnie niebywałym uczuciem. Nie trwało to długo. Nie rzuciliśmy się na siebie, rozkoszowaliśmy się tamtą chwilą. Objął mnie w swoje duże ramiona. Poczułem przyjemne ciepło. Niemal zapomniałem, jak to ciepło smakowało. Nie chciałem opuszczać jego ramion, jednak wiedziałem, że Wojtek zaraz do nas wróci.  

Leżeliśmy w swoich łóżkach i patrzyliśmy sobie w oczy. Wojtek rozmawiał o piłce nożnej, jednak oboje go nie słuchaliśmy. Prowadziliśmy swoją własną dyskusję. Ciekawe, ile potrafił wyczytać z moich oczu? Lepszym pytaniem byłoby, co on w ogóle widział w tych oczach. Nie było we mnie nic specjalnego. Byłem jak każdy inny. Przynajmniej starałem się.  

     – No i właśnie dlatego Niemcy powinni wygrać, a nie Hiszpanie…. Czy wy w ogóle mnie słuchacie?! – oburzył się Wojtek.  
     – Słuchamy, knypku – odpowiedziałem rozbawiony.  
     – Sam jesteś knypek!
     – Oboje jesteście knypkami – podsumował Kacper.  
     – Ale on większym – roześmiałem się.  
     – Uważaj sobie, bo wstanę i spuszczę ci lanie!  
     – Oho, już się boję!  
     – Ej… Jak myślicie, kogo puszczą na te ferie?  
     – Tych z najlepszymi ocenami – odpowiedział Kacper na pytanie Wojtka.  
     – To sobie pojechałem…  

Wychowawcy ogłosili, że w tym roku na ferie zimowe planowana jest niespodzianka. Niestety, obowiązywała ona tylko grzecznych wychowanków z dobrymi wynikami w szkole. Niespodzianką był tydzień z hakiem w ośrodku wypoczynkowym w Zakopanym. Dyrektor znał właściciela, który właśnie co wyremontował ośrodek. Umowa była łatwa. Ci, którzy załapali się na tą niespodziankę, byli zobowiązani do pomocy, w zamian za nocleg i miejscowe atrakcje. Nie pamiętam, ile było wolnych miejsc. Dwóch wychowawców i kilkunastu wychowanków. Mieliśmy się podzielić na dwie grupy. Jednego dnia jedna z grup sprzątała, a druga szła w góry. I tak na zmianę. Ta oferta najbardziej spodobała się Wojtkowi.  

     – A co cię tak w te góry ciągnie? – spytałem.  
     – Kiedyś ojciec zabrał mnie w Beskidy. Podobało mi się… Łażenie przed siebie. Uczucie wolności. Fajna sprawa, po prostu.  
     – Ja tam wspinałem się tylko na dachy – zaśmiał się Kacper. – Ale chętnie bym pojechał.  
     – Mi to tam obojętnie. I tak mnie nie puszczą – odpowiedziałem.  
     – Wielki warszawiak, góry mu nie pasują – zaśmiał się Wojtek.  
     – Ej! Też jestem warszawiakiem! – zwrócił uwagę Kacper.
     – A co to takiego w tej Warszawie jest… Poznań o niebo lepszy. W piłce nożnej też.  
     – Niech cię już fantazja tak daleko nie ponosi!  

Kolejnego dnia, ku zdziwieniu nas wszystkich, Wojtek ostro wziął się za naukę. Na lekcjach uważał jak nigdy wcześniej, był aktywy i sporo się udzielał. Nauczycielka przecierała oczy z wrażenia. Domyślała się, że informacja o feriach tak na niego wpłynęła. Był to niezły sposób na podniesienie średniej. Gdyby wszyscy byli takimi miłośnikami gór, nasz zakład przebiłby ogólną średnią szkół dla Einsteinów.  

Po lekcjach próbowaliśmy odciągnąć Wojtka od lekcji. Uparł się, że najpierw skupi się na nich. Udaliśmy się do pokoju rozrywki z nadzieją, że stół od piłkarzyków nie będzie zajęty. Wojtek obiecał, że później się do nas przyłączy. Zaczęliśmy grać i świetnie się bawiliśmy. Uwielbiałem z nim spędzać czas. Nic się nie liczyło, niczym nie musiałem się przejmować. Pragnąłem, byśmy mogli zostać sami. Pragnąłem, by znów objął moją twarz w swoje dłonie. Ponownie chciałem poczuć płynące ciepło z jego ramion.  

     – Patrz! – przerwał naszą rozmowę i wskazał palcem na okno.  
     – Śnieg… – mruknąłem niezadowolony.  
     – Śnieg! – odkrzyknął uradowany.  

Reszta osób w pokoju wyjrzała przez okno i wpadła w nieopisywalną i nierozumianą przeze mnie radość. Biały, zimny pył z nieba, który utrudniał chodzenie i psuł widoki. Padał już od pewnego czasu, jednak nikt inny go nie zauważył. Z nieba spadały przeogromne płaty. Cóż, zima znów zamierzała zaskoczyć polskich kierowców. Nie lubiłem śniegu do czasu, aż nie złapał mnie za rękę i w tłumie ludzi nie pociągnął za sobą w stronę drzwi wyjściowych z budynku.  

     – Wojna na śnieżki! – krzyczeli rozweseleni chłopacy.  

Wybiegliśmy przed budynek. Kacper rozejrzał się i pociągnął mnie za sobą, w jedynie jemu znanym kierunku. Biały puch zdążył pokryć już cały trawnik na boisku. Podobnie było z betonem przed budynkiem.  

     – Ale nasypało tego gówna – skomentowałem.  
     – Cicho – uciszył mnie Kacper.  

Powalił mnie na trawnik, po czym położył się kawałek ode mnie. Anioły w śniegu, naprawdę? Wyśmiałem go, ale zgodnie z jego wolą, razem z nim wykonałem anioła. Jak nic musiało skończyć się to choróbskiem, w końcu byliśmy w samych bluzach. Mógł mnie ostrzec, że planuje takie szaleństwo!  

     – Pierwszy raz całowałem chłopaka. Do tego takiego chłopaka… – wyznał po chwili.  
     – Czyli jakiego? – zaciekawiłem się.  
     – Tak przystojnego i czarującego, a zarazem tak fascynującego… Tak uczuciowego, szczerego, troskliwego, zabawnego, inteligentnego, ambitnego, uprzejmego… Brakuje mi słów, by cię opisać.  
     – Przesadzasz… Dobrze wiesz, że mam sporo wad…  
     – Jedną z nich jest to, że ciągle wmawiasz sobie zło. Nie jesteś złym człowiekiem, jesteś wspaniałym człowiekiem. Wbij to sobie do głowy!  
     – Gdybym miał opisać ciebie, użyłbym podobnych słów. Jesteś wspaniały… Tak bardzo, że zaczyna mnie to przerażać. To silne uczucie do ciebie…  
     – Gdy tylko cię zobaczyłem, wtedy, gdy wynosiłem śmieci, wiedziałem, że jesteś kimś wyjątkowym. Nigdy nie poznałem kogoś takiego. Czuję, że jesteś moją bratnią duszą.  
     – Nie boisz się?  
     – Czego? – spytał cicho.  
     – Takiej relacji w tym miejscu…  
     – Nie wiem. Nie boję się. Jedyne czego się boję, to cię stracić. Chcę być jak najbliżej ciebie, tyle wiem na pewno.  
     – A mnie się nie boisz?  
     – Aż taki straszny, to ty nie jesteś – zaśmiał się. – Gdybym się bał, nie leżałbym tutaj z tobą…  
     – Zimno mi, chodźmy już.  

Do środka wróciliśmy dwukrotnie szybciej, niż się z niego wydostaliśmy. Przyjemnie było znaleźć się ponownie w cieple. Śnieżne aniołki zakończyły się nie tylko lekkim katarem, ale też i ciepłem na sercu. Odwzajemniał moje uczucie.  

     – Jak relacje z Tomkiem? Jego wychowawca mówił mi, że jesteś dla niego niczym starszy brat – pan Banaś przywrócił mnie na ziemię.  
     – Eh, na pewno nie chciałbym być w jego skórze.  
     – Kogo?  
     – Jego prawdziwego, starszego brata… Wie pan.  

Razem z Kacprem mieliśmy wolne od dyżuru. Tego przywileju nie miał Wojtek, który musiał jeździć na szczotce. Był niepocieszony, ale robił wszystko, by nijak nie podpaść wychowawcom. Mieliśmy z Kacprem pokój dla siebie. Siedział na łóżku, a ja leżałem na jego kolanach. Beztrosko słuchaliśmy muzyki z jego odtwarzacza MP3 i ze sobą rozmawialiśmy. Lekko przejeżdżał swoimi palcami po mojej głowie. Podobało mi się to.  

     – Więc nie byłeś z żadnym chłopakiem wcześniej? – upewniałem się.  
     – Tak blisko nigdy. Jesteś moim pierwszym – zażartował.  
     – A dziewczyny?  
     – Kilka ich było, nic specjalnego. A ty?  
     – Dziewczyn parę, chłopaków parę. Jakoś mi to nie wychodziło.  

Nie wychodziło mi, bo albo ta osoba okazywała się beznadziejną, albo wujek mi na to nie pozwalał. Głośno i otwarcie zabronił mi tylko Piotra, bo w końcu przyłapał nas na pocałunku, ale i tak wiedziałem, że wcześniej czy później dowiedziałby się o mojej miłości i zamienił ją w nicość. Jego zdaniem należałem tylko do niego i to on o mnie decydował.  

     – Oprawiłem brylant. Beze mnie byłbyś nikim, dobrze o tym wiesz – powiedział pewnego razu.  

Oczywiście chwilę potem stwierdził, że żaden ze mnie brylant. Co najwyżej podróbka brylantu, ale to on uczynił mnie prawdziwym i świecącym. To tak naprawdę on dał mi życie, pokazał mi jak mam je używać. I według niego, to on w każdej chwili mógł mi je odebrać. Czuł się panem mojego losu. Tak naprawdę miał zbyt wysokie mniemanie o sobie. Niczego mnie nie nauczył. Pokazał mi jedynie zło i nienawiść. Bez niego byłbym normalnym siedemnastolatkiem.  

     – Kiedy masz urodziny? – spytał Kacper.  
     – Siedemnastego stycznia.  
     – Osiemnastka… Nieźle!  
     – Ty będziesz miał dziewiętnaście… Tylko kiedy?  
     – Na początku lutego. Czwartego.  
     – W sumie to nie widać po tobie, że masz osiemnaście z hakiem. Śmiało powiedziałbym, że jesteś w moim wieku.  
     – To chyba dobrze, nie? Nie będziesz się wstydził takiego starca!  
     – Jakiego tam starca, to raptem rok – zaśmiałem się.  
     – Aż! Więc z szacunkiem do starszych.  
     – Wojtek kiedy ma?  
     – Maj, ale nie pamiętam którego. Jak spytasz, to od razu ci powie, tyle że od razu wspomni co by chciał – wyznał, po czym dodał zainteresowany: – A ty co byś chciał?  
     – Spędzić trochę czasu z tobą – zawstydziłem się. – Byłby to wymarzony prezent.  


Po sekundzie klamka od drzwi naszego pokoju poruszyła się. Następnie pojawiło się skrzypnięcie drzwi. Podskoczyłem z pozycji leżącej na siedzącą i wyjąłem słuchawkę z ucha. Odetchnąłem, gdy zobaczyłem, że to Tomek.  

     – Puka się – upomniał go Kacper.  
     – Wiem.  
     – Czego dusza pragnie? – spytałem.  
     – Nudziło mi się. Sorki, gołąbeczki – zironizował.  
     – Gołąbeczki? – skrzywiłem się.

Wolałem upewnić się, o co mu chodziło. Ubrałem na siebie kurtkę i z niechęcią zostawiłem Kacpra, by wyciągnąć Cień na dwór. Zaczął pod nosem opowiadać coś o zadaniu z historii, ale nie to mnie interesowało. Chciałem wyciągnąć od niego, o co takiego chodziło mu z gołąbeczkami. Usiedliśmy na nie do końca suchej ławce, a ja zadałem mu pierwsze pytanie.  

     – O co chodziło z tymi gołąbeczkami?  
     – No wiesz…  
     – No nie wiem – spojrzałem na niego zainteresowany.  
     – Nikomu nie powiem, bez obaw.  
     – Ale o czym? – byłem coraz bardziej nerwowy.  
     – No o tym, że wy ten, no…  
     – Skąd ci to przyszło do głowy? – próbowałem udawać, że nie mam pojęcia, o czym mówi.  
     – Nie rób ze mnie głupka. Widziałem, jak się do siebie mizdrzycie. No i jak się czuliliście ze sobą na stołówce…  
     – Czyli to ty – odetchnąłem.  
     – No ja, ja.  

Zrobiło się krępująco. Nie chciałem, by ktokolwiek wiedział o moich relacjach z Kacprem. To było między nami i było to jedynie naszą sprawą. Nikomu nic do tego. Jednak w jakimś stopniu ufałem mu i wierzyłem, że się nie wygada. Nie zrobiłby mi tego.  

     – Nikomu nie powiem. Gębą na kłódkę! Wiesz, ja nie mam nic przeciwko takiemu czemuś…  
     – Takiemu czemuś?  
     – Gejom no, jeśli mamy być tacy szczegółowi.  
     – Od razu gejom… Po prostu coś nas do siebie ciągnie.  
     – Nie chcę wiedzieć co.  
     – I się nie dowiesz – szturchnąłem go w ramię.  

Uśmiechnął się, jednak po chwili posmutniał. Chciał mi coś powiedzieć, ale nie wiedział jak. Tak łatwo udawało mi się go odczytywać. Albo miałem do tego talent, albo on otworzył się przede mną. Byłem w końcu dla niego jak starzy brat. Na początku się tego przestraszyłem, ale w końcu zrozumiałem, jak bardzo mnie potrzebuje. Ja też kiedyś potrzebowałem starszego brata, czy kogokolwiek, kto mógłby mi pomóc. Niestety, nikogo takiego nie było. Po tym, co powiedział mi później, miano starszego brata nabrało dla mnie innego znaczenia.  

     – Mój brat też był gejem. Znaczy jest, chyba.  
     – Chyba? – spytałem zdezorientowany.  
     – Jakiś czas go już nie widziałem. Może mu się coś pozmieniało.  
     – Ile ma lat?  
     – Dwadzieścia. Nie odzywa się do mnie, ani do nikogo od trzech lat.  
     – Dlaczego? – spytałem, jednak nie odpowiedział. – Jak nie chcesz, to nie mów. Zrozumiem.  
Chwilę się wahał. Zastanawiał się pewnie, czy aż na tyle może mi zaufać. A może zastanawiał się, co takiego powiem, co sobie o nim pomyślę. Bał się, że będę go oceniał? Po chwili zabrał głos.  
     – Nie mów nikomu – powiedział na wstępie.
  
     Chciałem odpowiedzieć, że przecież dobrze wie, że nikomu nie powiem, lecz mówił dalej.  

     – Mój brat nie krył się ze swoją orientacją. Krył się, ale potem dał sobie spokój. Nie był żadnym wymalowanym dziwolągiem, po prostu nie wstydził się tego. Nasz ojciec uważał inaczej. Nie podobało mu się to. Bił go i maltretował. Matka nic z tym nie robiła.  
     – Szkoda… Najgorsze właśnie, że nie zareagowała.  
     – Mateusz się jednak nie poddawał. Dalej twierdził swoje i robił na przekór ojcu. Ojcu się to nie podobało i chciał mu wybić, jak to nazwał, gejozę, z głowy. Zaciągnął jego i mnie do stodoły. Był strasznie nachlany, bardziej niż zawsze. Pieprzył coś o krowach. Skończyło się na tym, że zgwałcił mojego brata. Powiedział mu, że skoro lubi w dupę, to w nią dostanie…  
     – Skurwysyn… – szepnąłem pod nosem.  
     – Brat przeraźliwie płakał. Nie potrafiłem na to patrzyć, mimo że ojciec kazał. Zamykałem oczy, ale sam dźwięk bolał jak cholera. Nigdy nie widziałem brata płaczącego. Może raz. Zawsze był twardy, nie dawał się. Opiekował się mną, bo ojciec zajmował się tylko sobą i farmą, a matka… Szkoda gadać.  
     – Uciekł, tak?  
     – Następnego dnia. Zostawił mi list pod poduszką, że nie ma innego wyjścia. Przepraszał i napisał różne bzdety, że trudno mu mnie tak z nimi zostawić. Nie zmieniało to faktu, że jednak zostawił. Szukała go policja, była sprawa sądowa. Powiedziałem o wszystkim, ale uznali, że kłamię. Matka go broniła. Kłamała dla niego jak z nut, a przecież nienawidziła go tak samo, jak mój brat. Po roku zaczął mnie bić. Nic mu się we mnie nie podobało i uważał, że zaczynam być jak brat. Wiadomo, co przez to rozumiał.  
     – Tobie zrobił to samo?  
     – Chciał, nie raz. Ale byłem sprytniejszy i nie dałem się. Dosypałem mu kiedyś troszkę trutki na szczury do żarcia. Chciałem go postraszyć, bo nie miałem już jak ukrywać lim pod okiem. Trafił do szpitala, oskarżyli matkę. Przyznałem się, że to ja. Przeżył, ale w szpitalu go chyba wzięło na wyrzuty sumienia i po wyjściu ze szpitala, powiesił się w tej samej stodole. Matce zabrali prawa rodzicielskie, rozrzucali mnie po ośrodkach, aż w końcu umieścili mnie tutaj, bo w domu dziecka nie bardzo chcieli rodzynka, który dosypuje trutkę na szczury do żarcia.  

Długo siedzieliśmy na ławce w milczeniu. Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, więc najprościej w świecie go do siebie przytuliłem. Cóż innego mogłem. Cisza tym razem nie była krępująca. Była oczyszczająca. Myślałem o tym, co musiał przeżyć on, co musiał przeżyć jego brat. Nie cierpiałem takich skurwysynów, jakim był jego ojciec. Zacząłem zastanawiać się, czy takim samym był wujek Mirek. Czy wyrządził mi równą krzywdę, co Mateuszowi i Cieniowi? Gdzie teraz był Mateusz? Te pytania dręczyły mnie dość długo.  

     – Smutna historia – powiedział pan Banaś. – Najgorsze jest to, że takich przypadków jest dużo. Za dużo. Sąsiedzi i inni nic sobie z tego nie robią. Słyszą i widzą, ale nie reagują. Przyczyniają się tym do cierpienia drugiego człowieka.  
     – Matka nie była lepsza. Zamiast coś zrobić, naskarżyć w tym sądzie, to gówno zrobiła… Co z niej za matka, jeśli zgadzała się na krzywdę swojego dziecka.  
     – Nie wiem Łukasz, nie wiem. Gdybyśmy znali odpowiedź na te pytania, to takich zakładów byłoby o wiele mniej.  
     – Co z nim będzie, gdy stąd wyjdzie?  
     – Trafi do domu dziecka.

Odłożyłem książkę z kobietą z powrotem na regał. Poprawiłem swój plecak, który brzydko leżał na ziemi i usiadłem na swoim miejscu. Wiedziałem, że konieczne się zbliża.  

     – Zaraz już jedziecie, ale mam dla ciebie prezent.  
     – Jednak cofacie mi przepustkę i nie muszę jechać na święta do domu? – zażartowałem.  
     – Dasz radę, to tylko tydzień. Jeszcze nie będziesz chciał tutaj wracać – zaśmiał się.  
     – Boję się tej wolności. Wolałbym zostać tutaj, dobrze pan o tym wie.  
     – Kiedyś będziesz musiał wrócić na wolność. Przepustki nie są tylko po to, by odpocząć od tutejszego otoczenia. Są po to, byś po wyjściu, radził sobie na zewnątrz.  
     – Dobra, dobra. To gdzie ten prezent? Głupio mi, bo nie mam nic dla pana.  
     – Twój odtwarzacz MP3 – powiedział, wyjmując go ze swojej szuflady, po czym rzucił nim lekko w moją stronę. – Jak wrócisz, będziesz mógł już z niego korzystać.  
     – Już wiem, co daje pan ludziom na święta. Zabiera im coś, a potem daje w prezencie. No, no, oszczędnie, nie powiem, że nie.  

W końcu mi ją oddał. Chociaż, dzielenie MP3 z Kacprem nie było takie złe. On miał jedną słuchawkę w uchu, ja drugą i razem wsłuchiwaliśmy się w melodię wypływające z małych głośniczków w słuchawkach. Mogliśmy w międzyczasie rozmawiać i wymieniać opinie. Jednak cieszyłem się, bo Kacper pewnie też chciałby mieć swój odtwarzać na wyłączność. Kacper jechał razem ze mną, jako że też jechał do Warszawy. Miał jechać z nami jeszcze jakiś warszawiak. Razem z Kacprem umówiliśmy się, że spotkamy się na swojej przepustce. Nie mogłem się doczekać.  

     – Zachowuj się grzecznie. Udowodnij swojej rodzinie, że czegoś się tutaj nauczyłeś. Powodzenia.  
     – Dzięki. Wesołych świąt…  

------------------------------------------------------

Mam nadzieję, że aż tak nie wynudziłem :>  
Tym razem natchnęło mnie na dłuższy tekst :)

Jabber

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał, użył 5976 słów i 34086 znaków.

21 komentarze

 
  • Niek

    Przeczytałem wszystkie Twoje opowiadania i muszę powiedzieć - zazdroszczę umiejętności.  
    W tym opowiadaniy fabuła świetnie się rozkręca, wszystko jest takie...realistyczne. Pisz jak najwięcej!!

    Co do czyjegoś pytania na dole odnośnie form "chłopacy", "chłopaki" oraz "chłopcy" - wszystkie formy są poprawne. Jakiś czas temu mówiła o tym Paulina z "Mówiąc inaczej" :)

  • omg

    W Zakopanem!!!!!! nie w Zakopanym ;p
    Czepiam się, bo ten błąd się pojawia w wielu opowiadaniach :D
    a co do tego, opowiadania, to rozkręcasz się ;) podoba mi się to stopniowe dozowanie wspomnień i odkrywanie historii Kamińskiego stopniowo.
    zabieram się za kolejne części. dzisiaj skończę i... będę czekać cierpliwie na ciąg dalszy :D

  • RedRose

    Jesteś jedną z tych osób, które zmotywowały mnie do pisania... Czegokolwiek O.o W każdym razie jeszcze pamiętam poziomkową przygodę~ Ciesze się, że teraz jest jeszcze lepiej niż było wtedy :) Naprawdę miło się czyta takie opowiadania

  • xnobodyperfectx

    Strasznie się wciągnęłam. Gdy zacznę czytać nie mogę się oderwać. Wspaniale piszesz! :)

  • Ciafu

    Łoł  :smile: Zmieniłeś kategorię czy mi się wydaję : o ? Opowiadanie super, mega długie.. i to w Tobie kocham! Długaśne części ^^

  • Jabber

    Też prawda. Zmienia się to na okręte, ale najważniejsze, że rozumiemy o co chodzi. W książkach potykałem się też tylko z "chłopacy"... Kto tam wie :rolleyes: Czy to aż tak ważne :faja:

  • Misia

    Wiesz, to było z ponad 10 lat temu więc mogło się zmienić jak i wiele innych rzeczy ;)

  • Jabber

    Albo nauczyciel nie uważał na wykładach polonistyki :rolleyes: U mnie od zawsze i mówiło i pisało się chłopacy. :x

  • Misia

    To najwidoczniej przez te lata od skończenia szkoły coś się zmieniło :ninja:

  • Jabber

    Każda z tych form jest poprawna. Liczba mnoga od rzeczownika chłopiec to chłopcy. Zaś liczba mnoga od chłopak brzmi chłopaki albo chłopacy. Jednak należy pamiętać, że chłopaki używa się w rodzaju niemęskoosobowym (te chłopaki), a chłopacy w męskoosobowym (ci chłopacy).

  • Misia

    @LittleScarlet A mnie uczyli w szkole, że nie jest poprawną formą. :)

  • Kubolo

    Obie formy są poprawne. O dziwo. :smile:

  • MrKlaus

    Ugh! Trochę mi zajęło to by tu wrócić ^^" Ale wszystko nadrobię, obiecuje! *Przykłada rękę do serca*

  • LittleScarlet

    @Meska, z tego co wiem, to "chłopacy" jest poprawną formą i nawet słownik w telefonie tego nie poprawia, a to już coś znaczy! ;)

  • Meska

    Przeczytałam właśnie wszystkie części i spodobało mi się to, jest takie inne i a jednocześnie takie prawdziwe.
    Ps. pisze się chłopaki lub chłopcy, nie "chłopacy"

  • Endajs

    Dużo się mówi i czyta o takich zakładach - mam na myśli te negatywne strony - a u Ciebie taki miód malina. Może warto by było dorzucić tej trójce jakiś czarny charakter?  :F

  • Kubolo

    Mi tam tabulatory zwisają. I nie biadol tu o jakimś zanudzaniu, przeczytałem niemal bez mrugania i nabawiłem się przekrwienia oczu. Długie i ciekawe. Mnie osobiście bardzo podobają się takie retrospekcje i gwałtowne przejścia w czasie i przestrzeni. Aż poczułem smutek, gdy zobaczyłem, że lektura mi się skończyła. Mam nadzieję, że nie będziesz nas długo trzymać w niepewności, choć wiem, że napisanie tak długiej części to też nie lada wyzwanie. I te wszystkie opisy. Miodzio! Weny życzę. :jupi:

  • PseudoPisarz

    Zgadzam się w 100% z LittleScarlet  :smile:

  • LittleScarlet

    Uwielbiam! Trochę smutne, trochę romantyczne i z wysmakowanym poczuciem humoru. Jak tu nie kochać tego opowiadania?

  • Yuuchirokun

    Wynudziłeś? O.o człowieku ja tu chce skakać i piszczeć xd to jest wspaniałe *w* jak to czytam to mam w głowie obraz jak to sie dzieje, jakbym sam to przeżywał... Niestety może jednego obrazu z tej części niechcial bym mieć w głowie :( ale nie do tego ze wybitnie opisujesz to jeszcze fabuła jest zaje ^^ ale to czekanie mnie dobija xd ale i tak szybko i dobrze piszesz :) ale przy twoich opowiadaniach wpada sie w trans i chce czytać non stop, aż trudno sie oderwać. Uzależniające xd życzę weny ;)

  • Samotnik

    No nieźle ;)) Czekam na kolejną, liczę na to, że dasz radę w ciągu dwóch tygodni ;D Czytając twoje opowiadania odrywam się od rzeczywistości i to jest fajne ;> Pozdrawiam ;)