Wakacyjne wspomnienia II - Dunajec

Kolejne wspomnienia do czytania przy porannej kaFFce:

Dunajec  
a. Woda
Nigdy nie baliśmy się wody. Mama pływała wspaniale, jeszcze w 2002 roku potrafiła swoją powolną, lecz skuteczną żabką pokonywać w ciepłych morzach spore odległości. Tata nie imponował nam umiejętnością pływania – utrzymywał się na wodzie i swoim pieskiem przepływał parę metrów. Z "chopców” najlepiej pływał najstarszy Olek, chłopak wspaniale zbudowany, bardzo podobny do swego ojca. Pozostali hołdowali stylowi pływackiemu: "Ratuj się, kto w Boga wierzy!” Dziewczyny Kazka – próbowała pływać, a Basia - w omawianym okresie - była wspaniałą pięcio-sześciolatką o wielkich ciemnych, stale śmiejących się oczach, walczącą z Pawłem o miejsce na moich kolanach.  
Kąpaliśmy się zwykle "pod Kotońką” w pobliżu przewozu pana Jana M.. Dunajec tam skręcał lekko w lewo, atakując swym głównym nurtem skałę. Dla nabrania większego impetu, zasilony wodami Grajcarka, od spokojnego, szeroko rozlanego biegu przy brodzie "na Lądzie”, przechodził do szarży na Kotońkę, kłębiąc się z szumem na dość stromym spadzie. Po zderzeniu ze skałą, lekko oszołomiony uderzeniem płynął spokojnie przez chwilę, aby później znowu nieco pobaraszkować wśród wielkich głazów w swym biegu do "Zawiasów”...
Lubiąc się kąpać i nie odczuwając strachu przed wodą, mieliśmy od małego wpojony szacunek do żywiołu oraz sztywne zasady bezpiecznej kąpieli. Wśród zasad tych jedną z głównych był całkowity zakaz wzywania pomocy dla żartu...... Każdy okrzyk: "Pomocy!” lub "Ratunku!” mógł być jedynie wezwaniem, nigdy żartem! Mama ratowała kiedyś skutecznie Olka, ale znam to jedynie z opowiadań...  
Po obiedzie i dwugodzinnym przepisowym odpoczynku udawaliśmy się całą watahą nad Dunajec. Opiekę sprawowała Mama, która nie zawsze mogła taplać się z nami ze względu na dolegliwości reumatyczne. My starsi chłopcy (Jasiek, Władek, Piotr i ja), oraz sporadycznie Kazia przepływaliśmy na drugą stronę, Basia i Paweł pływali wspólnie (wszystko robili wspólnie) na materacu dmuchanym w bocznej części nurtu gdzie głębokość wody nie przekraczała 30 cm, a i nurt był powolny... Czy te zdarzenia miały miejsce tego samego dnia – nie pamiętam, były na pewno na tych samych wakacjach! Paweł z Basią kolejny raz usadowili się na materacu jak na koniu i rozpoczęli spływ... czy to z żartów, czy z ciekawości obrócili się jednocześnie przeważając na jedną stronę... i nagle w wodzie żabie po pępek dwa osobniki zaczęły się autentycznie topić!!! Zrozumiawszy, że te fontanny wody nie są zabawą, skoczyłem i oboje wyciągnąłem na brzeg, niosąc jak kury każde pod jedną pachą. Malcy stracili ochotę do zabaw w wodzie na całe piętnaście minut, po spałaszowaniu podwieczorku dalej bawili się w rzece.
Szerokość Dunajca w miejscu naszych zabaw wynosiła około 30 metrów, przy czym około 10 metrów od lewego brzegu stanowił wspomniany już wcześniej boczny, płytki nurt. Trudnością w dotarciu wpław na prawy brzeg nie była więc odległość lecz szybki nurt i mocne prądy wsteczne w "obyrtadle” - dużym wirze przy prawym brzegu - zasłoniętym od głównego nurtu skalną ostrogą (przedłużeniem podwodnym Kotońki). Dodatkową atrakcję - zagrożenie zarazem, stanowiły flisackie "czołna” spływające dalej, do Krościenka. Nasze zabawy polegające na przepływaniu pod łodziami skończyły się dla mnie dość bolesną nauczką, gdy to źle obliczywszy trasę łodzi zostałem "przerolowany” pomiędzy jej spodem a kamienistym dnem rzeki i tylko pracy pana przewoźnika zawdzięczałem całość mych żeber (usunął on wszystkie duże kamienie na płyciźnie).  
Owego dnia starsza z córek naszych gospodarzy przyszła też nad rzekę. Najprawdopodobniej była to więc niedziela. W tej góralskiej rodzinie nie było równouprawnienia: "chopcy” w lecie musieli wykonać wszystkie prace zlecone im przez ich ojca (pomagaliśmy im w tym raz dla przyjemności, po drugie, aby mieli wcześniej czas na zabawę), a Kazia wraz z swą matką musiały wykonać wszystkie prace domowe dla ośmioosobowej rodziny oraz inwentarza. Oczywiście Kazki nie omijały też kolejki do popołudniowego pasienia krów. Tak więc gdy cała męska część rodzeństwa (i najmłodsza Barbara z racji wieku też) szalała nad wodą, biedna Kazimiera skrobała ziemniaki, myła gary, prała lub robiła inne frapujące rzeczy, zbierając równocześnie docinki od rodzeństwa. Jeden Piotr (rówieśnik Kazki) parokrotnie mężnie stanął w jej obronie przeciw reszcie bandy. Wracajmy jednak nad rzekę. Przepłynęliśmy kolejno na prawy brzeg, popływaliśmy w obyrtadle i trzeba było wracać "do Krasu”. Były dwa sposoby startu z prawego brzegu: trudniejszy polegał na wejściu na brzeg Kotońki, mocnym odbiciu się od skały i bardzo mocnej pracy rąk, gdyż płynęło się lekko pod prąd – nogami nie należało zbyt mocno kopać ze względu na wspomnianą już ostrogę skalną, na którą znosił nurt, niejeden rozbił już na niej paluchy od nogi...
Drugi, łatwiejszy sposób polegał na wejściu właśnie na ostrogę, a wówczas już bez stresu można było płynąć na drugi brzeg. Kazka prosiła mnie o asekurowanie jej podczas drogi powrotnej z ostrogi... Płynące flisackie łodzie przesuwały termin startu, gdy przerwa wydawała się wystarczająca, Kazia rzuciła się i... nagle na powierzchni wody zobaczyłem pięknie, powoli rozpływające się jej włosy... Pamiętam ten obraz, to moje zaskoczenie... Oczywiście skoczyłem za nią, zobaczyłem pod wodą strach w jej oczach i... zgłupiałem: jak chwycić prawie nagą dziewczynę, jak wolno TO zrobić (miałem wówczas 13-14lat)? Równocześnie wiedziałem, że nie wolno dać się złapać ratowanemu, aby nie zablokował ruchów ratującego. Oczywiście opowiada się dłużej, niż trwało to w rzeczywistości! Chwyciłem pannicę za łokieć, wypchnąłem na powierzchnię, gdy chwyciła haust powietrza, zaczęła mi "pomagać” kopiąc nogami. Z siłą młota parowego i regularnością zegarka otrzymywałem kopnięcia w prawy obojczyk. Do przepłynięcia mieliśmy (na szczęście dla mnie) jedynie parę metrów, jednak to wystarczyło, aby na drugi dzień mój obojczyk "zakwitł” na granatowo, a następnie powoli przechodził w kolor żółty!  
Oboje z Kazią byliśmy dumni: mnie cieszyło, że potrafiłem uratować "topielca”, ją to, że tak dzielnie mi w tym pomagała!  


b. Wielka woda
Powodzie nawiedzały górskie okolice "od zawsze”. Kapryśne, nieuregulowane rzeki, często po godzinnej ulewie występowały z brzegów. Dunajec przybierał też szybko, a oczyszczał się znacznie wolniej. Oczywiście, dla tak dużej rzeki, nie wystarczył byle deszczyk lub burza, aby przybór wody był istotny. Powodzie w Szczawnicy dzielą się na te "prehistoryczne” przed 1934 i te po tej dacie.  
Idąc drogą ze Szczawnicy w kierunku przełomu Dunajca przechodzimy pod pięknym, stylowym budynkiem schroniska PTTK "Orlica”. Budynek ten z drogi jest słabo widoczny, lecz o jego obecności informują tablice. Dunajec w tym miejscu opływa z dwóch stron sporą, porośniętą wierzbami wyspę Cypel. Na tym to Cyplu, przed wojną stał pensjonat pani Wolskiej. Starzy Górale opowiadali chętnie o tych czasach, lecz nie wiem na ile można wierzyć opowieściom np. przewoźnika L. (jeden z "bobków”), opowiadającego piękną gwarą pienińską "o panockach w kapelusiach rzucajoncych śrybne dutki w wode, aby chodaki je wyciongali i w zębach wypływali z nimi”. To rozbawione towarzystwo przychodziło na łodzie właśnie z pensjonatu. Wielka powódź z 1934 musiała zalać pensjonat do pierwszego piętra. Jako że, budynek stał na początku wyspy, nie był chroniony wierzbami przed uderzeniami wody i niesionymi przez rzekę drzewami. Powódź porwała pensjonat, który nie rozpadł się całkowicie i zatrzymał się na moście "na Piaskach” poniżej Zawiasów. Drewniany, mocny na owe czasy most nie wytrzymał i w ciągu paru godzin okolica straciła i pensjonat i most. Po tej stracie na wprost miejsca gdzie stał pensjonat, ale na Krasie pani Wolska zbudowała maleńki, urokliwy domek (4 pokoje), który za czasów mej młodości stał otwarty (bez okien) i pusty, lecz w dobrym stanie. Wiele lat później zasiedliła go rodzina Góralska, ale i oni wyjechali wkrótce z Krasu.
Dla mnie wspomnienia o wielkich wodach stanowią barwny witraż zdarzeń z różnych wakacji. Nie da się ich oddzielić od siebie, określić dokładnie roku, chronologii....  
Powodzie w Szczawnicy były dla nas coroczną atrakcją wakacyjną. Na ogół były one wynikiem "deszczy świętojańskich” - czasem przesunięte na drugą połowę lipca.
Każda powódź była inna, każda emocjonująca i zapowiadająca wspaniałe przygody.
Pierwsze wspomnienia z wczesnego dzieciństwa to stale czerstwy chleb.... Po chleb chodzili dorośli "górami” do Krościenka. Trasa nie prowadziła szlakiem turystycznym, a jedynie ścieżką ponad skałkami "Zawiasów”, gdyż każda większa woda zalewała tam drogę do Krościenka. Wyprawa (ok 5 km w jedną stronę i "skok w bok” nad Zawiasy) pochłaniała w sumie przynajmniej trzy do czterech godzin. Kupowano zatem chleb na 3-4 dni. Rarytasem był chleb pieczony w domu przez wspaniałą gospodynię Julę, ale takie wspaniałości były tylko chyba w jedne wakacje.
Na Krasie bardzo późno założono elektryczność – była to forma nacisku na Górali, aby wynieśli się z Parku Narodowego.
Pamiętam pewien wieczór, gdy my już bardzo zmęczeni, najedzeni, domyci, klęczeliśmy przy łóżku mówiąc pacierz. Nagle zauważyłem zmianę na twarzy Mamy, tak jakby zakrztusiła się. Przyczyną tej reakcji była modyfikacja słów "Ojcze nasz”, której z pełną powagą dokonał Piotruś. Brzdąc dopasował słowa modlitwy do stanu faktycznego i deklamował z powagą:
"... chleba naszego powszedniego, suchego, racz nam dać Panie...”
     Następne wspomnienie wiąże się z rozgrywanym meczem piłkarskim (też podczas "wielkiej wody”). Opiekowała się nami wówczas Babcia. Podczas meczu graliśmy z Piotrem w przeciwnych drużynach. Bramki wyznaczały wbite ostrewki. (Wyjaśniam niezorientowanym, że ostrewka to pień choinki długości ok 2-3 metrów z pozostawionymi około półmetrowymi kawałkami gałęzi. Służy do układania/zawieszania na niej siana i tworzenia smukłych kopek często dodatkowo wzmocnionych powrósłem ukręconym z siana). W ostrym starciu podbramkowym zastosowałem Piotrowi hokejowy bodiczek, tak skutecznie, że nabiłem Piotrusia pośladek na róg ostrewki. Babcia zadecydowała, że ranę musi zobaczyć lekarz, a jako że nie było przejścia "pod skałkami” przy Zawiasach mój brat nie dość, że miał załatwiony dojazd do lekarza na furach z sianem (powrót pustymi, jadącymi po siano) to jeszcze jako zadośćuczynienie za szkody moralne (brane zastrzyki przeciwtężcowe) dostawał każdorazowo lody! Była to niesprawiedliwość wołająca o pomstę do nieba, gdyż Piotr tak uwielbiał zastrzyki, że będąc chory, gdy tylko mignął mu w drzwiach czarny welon zakonnicy, gracko ściągał spodnie od piżamy i mówił elegancko do przybyłej wypinając pupę: "Prose Siostry, prose się nie krępować..” I taki, za "straty moralne”... eh życie, życie!  
     Pod dachem w stodole gospodarzy wisiał zawsze "sak”, wielki podbierak służący do wyłapywania ryb uwięzionych przez opadającą wodę w tzw "kałach” - czyli w zamkniętych bajorkach pomiędzy wiklinami. Ryby chroniły się do spokojniejszych miejsc we wzburzonej górskiej rzece, a szybko opadająca woda zamykała im powrót do rzeki. Niektóre sztuki były naprawdę imponujących rozmiarów, gdyby nie zostały złapane i zabrane do domu, do zjedzenia, padłyby w ciągu paru godzin i zanieczyszczałyby smrodem wikliny.  
     W któreś z kolejnych wakacji naszym opiekunem był brat Mamy, Jędrek – osiem lat starszy ode mnie facet. Ten to miał szczęście! Podarował nam najwspanialszą chyba powódź! Wielka woda wygnała z Pienin masę raków. Z zapałem zbieraliśmy co większe raki, gotowali je we wrzątku (po uprzednim zabiciu nakłuciem w głowę). Do łapania raków chętni byli wszyscy: Jędrek, wszyscy chłopcy od gospodarzy i nasza trójka. Inna sprawa miała się z konsumpcją. Jedliśmy tylko my – letnicy, a z Górali jedynie Jasiek. Po powrocie do kuchni gospodarzy Jasiek dostał ścierką "po łepie” za jedzenie świństw, a talerz i widelec, którego używał, poleciał "w brzyzek” jako nieczysty i nienadający się do mycia.
     Byliśmy bardzo zżyci z gospodarzami. Jako nastolatki – dla naszej frajdy – a także z powodu niewielkich rozmiarów pokoiku na parterze wynajmowanego nam przez Górali, obaj z Piotrem spaliśmy w "królestwie Góralczyków” w graciarni. Był to niewykończony pokój na piętrze, którego sufit stanowił blaszany dach domu. Jak cudownie bębnił po nim deszcz, ulewa wywoływała taki szum, że porozumiewaliśmy się krzykiem, a o efektach akustycznych gradobicia nie sposób nawet pisać. Gospodarzami w graciarni byli starsi chłopcy (Olek, Staszek), ale cała szóstka egzystowała bez większych konfliktów.  
Podczas niepogody graliśmy w karty, opowiadaliśmy różne historie, robiliśmy też sobie wzajemnie najprzeróżniejsze psikusy. Chcąc wyrównać rachunki z Jaśkiem, podłożyłem mu na materac, pod koc i prześcieradło gałązki suchego jałowca. Biedak przez pół nocy iskał swe legowisko narażając się na burę od starszych braci, którzy chichotali radośnie po każdym jęku ukłutego w... plecy Jaśka. Poszkodowany – za wiedzą chłopaków – zrewanżował się mi tym samym w dniu następnym. Gospodarze wykręcili żarówkę "aby wreszcie się wyspać”. Zapowiadała się wspaniała zabawa! Dla nich, nie dla mnie oczywiście. Rozczarowali się setnie: zdjąłem derkę i prześcieradło z siennika, a tenże przewróciłem na drugą stronę i położyłem się spać. Nie było za wygodnie na szorstkim płótnie, ale uznanie w oczach i głosach "chopców” zrekompensowało wszelkie niewygody.
     
Pewnego dnia pogoda wczesnym popołudniem zagnała nas do graciarni. Lało tak mocno, że nie było widać na parę metrów, a odgłosy burzy słychać było ze wszystkich stron. Po trzech, czterech godzinach nawałnica przeszła, a wracający z pracy w kamieniołomie gospodarz powiedział nam, że na Słowacji było oberwanie chmury. Natychmiast zdecydowaliśmy, aby pójść na Huk, zobaczyć z góry jak wygląda Dunajec. "Hukowa Skałka” to ciekawe miejsce widokowe pod Sokolicą. Prowadził tam przez lata "biały szlak” czyli odnoga szlaku turystycznego prowadzącego Sokolą Percią. Dojście do Hukowej Skałki nie jest ani trudne, ani specjalnie niebezpieczne dla pojedynczych turystów. Samo miejsce widokowe jest maleńkie i nie zabezpieczone barierką. Od końca lat sześćdziesiątych dojście to nie jest oznakowane. Wracając do tamtego popołudnia – całą watahą udaliśmy się w góry. Polną drogą, częściowo podmurowaną kamieniami, gdy prowadziła w skos stoku, szliśmy mijając urokliwe skałki wapienne, potem łąką pomiędzy lasami i wąziutką ścieżką w lesie do naszego celu. Już zbliżając się do Huku zwrócił naszą uwagę głuchy pomruk, to radosny zwykle Dunajec pokazywał swą siłę tocząc wzburzone wody koloru kawy z mlekiem. Rozsiedliśmy się na skałce. Każdy zwyczajowo miał swe miejsce, a ze względów bezpieczeństwa nigdy nie było tam przepychanek. Widok był wspaniały lecz i groźny zarazem. Mętne – to mało powiedziane, wręcz beżowe wody Dunajca niosły kłody drzewa, jakieś części płotów drewnianych zabrane Słowakom, masę krzaków i drzewek – domyślaliśmy się, że to zdobycz Pienińskiego Potoku – rzeka nie miała nawet kawałka bez porwanych zdobyczy.
Zauważyliśmy też budy psie niesione prądem, na dachu jednej leżał przestraszony maleńki piesek uwiązany na łańcuchu. Do naszych nastoletnich mózgownic powolutku zaczęło docierać, że powódź to nie tylko frajda i przygoda....  
     
Kolejnym pamiętnym wyczynem była wyprawa przez mocno wezbrany Dunajec w bród po zakupy. Mieliśmy z Jaśkiem – jako 15-16-(chyba)latkowie – przynieść chleb, cukier i dżemy dla obydwu rodzin. Aprowizacyjna wyprawa do Krościenka, zajmująca około 4 godzin, była karygodnie bezsensowną stratą czasu. Woda na brodzie – przy normalnym jej poziomie – tylko miejscami przekraczała i to niewiele głębokość "do kolan”. Wody przybyło tylko 60 cm, więc nie będzie sięgać wiele ponad pas! Kiosk "na Lądzie” jest o 100-120 metrów! Kto młodym sprawnym chłopakom zabroni pójścia przez wodę? Poszliśmy! Ludzie obserwowali nas z mostu nad Grajcarkiem, byliśmy z siebie dumni! W drodze powrotnej Jasiek zwrócił mi uwagę, że rzeka niesie wiele krzewów i śmieci, czyli, że wciąż przybiera. I rzeczywiście! Woda w ciągu 30 minut przybrała przynajmniej 10 cm! Podrywała nam nogi! Plecaki musieliśmy nieść na głowach, gdyż prąd zmuszał nas do "kładzenia się pod prąd”: często fale zalewały nas po szyję. I do tego te krzaki! Jeden zahaczył mnie swym brzegiem i tak podbił mi nogi, że zorientowałem się o pewnej przegranej z żywiołem, gdy zostaniemy "dobrze” trafieni przez następny..... Nasza droga powrotna trwała jedynie 20 minut, lecz następną wyprawę po chleb – parę dni później, pomimo że Dunajec opadł już nieco, odbyliśmy przepisowo do Krościenka!

Ramol

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 3113 słów i 17972 znaków.

2 komentarze

 
  • NataliaO

    zgadzam się ładnie napisane, czyta się z przyjemnością :)

  • nienasycona

    Sprawiasz, że pozwalam sobie na rozmarzenie się, na wspominanie dzieciństwa, na tęsknotę za naturą i pragnienie ucieczki z miasta. Bardzo ładnie napisane, lekko i płynnie (kilku przecinków brak, ale to zapewne sam wiesz). Dziękuję za tę nostalgię...

  • Ramol

    @nienasycona niedosyt jest lepszy od przesytu! :P  A tak serio: wydaje mi się, że tekst jest zrozumiały, zatem wstydząc się niedbałej interpunkcji, jako gość z wykształceniem technicznym, uważam, że nie jest najgorzej.  Dzięki za dobre słowo.Słowo "uważam" między dwoma przecinkami nie wygląda za ładnie...  :paluchem:

  • nienasycona

    @Ramol, wygląda bardzo ładnie:) a tak poważnie, wiesz, że jestem upierdliwa, musiałam się do czegoś przyczepić:P A tekst uważam za bardzo dobry!( ha, wykrzyknik:P)

  • Ramol

    @nienasycona - ta Twa upierdliwość szczególnie nas (Twych poddanych) podnieca! Nie zmieniaj się o Pani. :bravo:

  • nienasycona

    @Ramol , to akurat mogę obiecać:P