IZABELL

Thomas Braun był znanym na całe miasteczko medium. Umiejętność nawiązywania kontaktu ze zmarłymi nabył prawdopodobnie od swojego dziadka, Jamesa Brauna. Od czasu tragicznego wypadku, w którym zginęła jego żona i córka, stał się odludkiem. Wychodził z domu tylko pod osłoną nocy, starając się przy tym przemierzać ulice pozbawione latarni. Nosił czarny, długi do kolan płaszcz, a głowę zawsze nakrywał obszernym kapturem. Thomas miał niewiele ponad czterdzieści lat, ale jego twarz pokrywały zmarszczki, bruzdy i sporych rozmiarów blizna – pozostałość po wypadku. Mężczyzna wmówił sobie, że w tej „pamiątce” skrywają się dusze najbliższych jego sercu kobiet. Każdej nocy słyszał ich głosy, słyszał również kroki na schodach, dźwięk rozstawianej zastawy stołowej i czuł zapach perfum Izabelli, swojej ukochanej żony.
     Thomas poprawił się w welurowym fotelu, spojrzał na fotografię stojącą na dębowej komodzie. Zdjęcie przedstawiało całą szczęśliwą trójkę spędzającą czas na letnim biwaku.  Roześmiane twarze Izabelli i Kathy za każdym razem nasilały ból w sercu. Rozrywającą tęsknotę i żal..., a także wyrzuty sumienia, które targały Thomasem niezmiennie od dwóch lat, trzech miesięcy i siedmiu dni. Właśnie wtedy wracali z wakacji, właśnie wtedy wjechali pod rozpędzoną ciężarówkę. Kobiety zginęły na miejscu, mężczyzna wyszedł niemal bez obrażeń. Wyrzucał sobie, że mógł jechać wolniej, że mógł coś zrobić, że mógł...  
     Zegar wybił godzinę trzecią w nocy, Thomas zapalił świecę i postawił przed fotografią. Płomień zaczął tańczyć w szaleńczym tempie, w końcu zgasł.  
– Izabelo, nie denerwuj się – powiedział – proszę, nie denerwuj się.  
     Pokój ogarnął mrok, żarówki popękały jedna po drugiej. Książki stojące w biblioteczce zaczęły spadać na podłogę. Duch Izabelli, który nawiedzał Thomasa co drugą noc, był wyraźnie rozjuszony. Niewidzialna siła przycisnęła mężczyznę do ściany, uniemożliwiając mu jakiekolwiek ruchy. Jego ciało było jakby sparaliżowane.  
– Proszę, spokojnie... Proszę...  
Uścisk zanikł, krzesło, na którym Thomas chciał usiąść, odsunęło się i z hukiem uderzyło w szafę.  
– Chodź do mnie... chodź... – usłyszał głos żony – Czekamy na ciebie...
W pokoju wyczuwalny był specyficzny odór zgnilizny, było także słychać najróżniejsze jęczenie, lamentowanie, śmiech. Duchy, które odwiedzały Thomasa, pochodziły z różnych części kraju, przychodziły także demony, które próbowały zatruć jego duszę. Mężczyzna mimo mroku, który pokrywał pokój, widział niewyraźne sylwetki, unoszące się nad podłogą.  
– Iz, proszę, zostaw mnie. Zostaw...
     Nagle, Thomas miał przed sobą Izabell i Kathy, żywe, w chwilę później widział już ich zmasakrowane ciała leżące na dywanie, dywanie, w którym utworzyła się dziura przypominająca wykopany grób, czekający na ciało. Jego ciało.  
– Chodź do nas... – głos żony był nieustępliwy – Wejdź tutaj, a będziesz z nami...  
Mężczyzna wbrew sobie, walcząc ze swoim ciałem, wszedł, a raczej został zepchnięty w dół. Nastała ciemność.  
– Już nigdy cię nie opuścimy, nigdy... ha, ha, ha, ha... – usłyszał głos, ale nie był to głos, który znał. Poczuł przenikliwy ból...  


Silne światło oślepiło kierowcę. Pasażerka zdążyła zaledwie krzyknąć
– Thomas! Uważaj...

3 079 czyt.
100%1
TeodorMaj

opublikował opowiadanie w kategorii horror, użył 591 słów i 3497 znaków.

Dodaj komentarz