Zori cz 1

„Cała ta zieleń na naszej planecie jest po prostu niesamowita (...) Robimy wszystko, by się jej pozbyć, a tymczasem w niektórych sytuacjach tylko ona może nas ocalić.”
Patrick Ness Siedem minut po północy  

Słońce niemiłosiernie paliło, niczym bezduszny władca nieba. W polu w pocie czoła pracowali mieszkańcy małego miasteczka, pilnowani przez rosłych mężczyzn, uzbrojonych w porażające baty.  Gdy tylko dostrzegli, że jedna z osób odpoczywa, natychmiast używali swej okrutnej siły, aby pokazać kto tu rządzi. Niewysoka dziewczyna, o długich czarnych włosach, splecionych w warkocz, ledwo dawała radę schylać się po plony. Przetarła spocone czoło, a spierzchnięte usta zdawały się błagać o łyk wody. Stojący nieopodal strażnik z szyderczym uśmiechem wychylił z manierki ożywczy płyn, a pozostałą ciecz wylał na wysuszoną ziemię.  
- Pracować! - ryknął w stronę wystraszonej niewiasty, jakby nie miał współczucia.
Oddalił się nieco, dzięki czemu uciemiężeni, mogli na chwilę odetchnąć.  
- Wody żałują, a sami opływają w luksusy. - splunął z pogardą chudy młodzian.
- Od kiedy wybudowali tamę oraz postawili grube mury, robią się coraz gorsi. - rzekła starsza kobieta, z mozołem dźwigając na plecach ciężki kosz.
- Czemu nikt im się nie sprzeciwi? Czyżby byli nie do pokonania? - odezwała się czarnowłosa, marszcząc brwi na widok ciemiężycieli.
- Ktokolwiek próbował, skończył marnie. Przybysze mają machiny, napędzane nieznaną siłą. Sami posiadają zdolności, które zostały wzbudzone wbrew panującemu prawu. - wtrącił się ponownie chudzielec.
- Ciągle im mało, niszczą lasy, zatruwają wody, kopią w głąb ziemi, zabijają zwierzęta, sprowadzą na nas gniew pradawnych sił. Wspomnicie moje słowa. Babka mi opowiadała, że dawniej wśród ludu znajdowali się obrońcy równowagi, nasyceni siłami pochodzącymi z kręgów. Niestety kazano je zniszczyć, niby dla naszego dobra, tak wcześniej twierdzono. Kłamcy, gdyby im nie zaufano …
- Co to za rozmowy!? Do roboty, bo posmakujecie razów! - wrzasnął pilnujący ludzi osiłek.
Umilkli, ale żadna siła nie mogła uciszyć ich myśli. Wystraszony lud poddawał się brutalom, gdyż siali postrach i zniszczenie. Jednak każdy wiedział swoje, władcom niczego nie brakowało, ani pożywienia, ani wody, a dodatkowo opływali w bogactwa odebrane siłom zwykłym obywatelom. Któż mógł się mierzyć z magią oraz diabelską maszynerią. Nastały ciężkie czasy dla Osetli, która niegdyś była najpiękniejszą krainą, tętniącą życiem, zielenią i bogactwem kryjącym się w ziemi. Zori przyszła na świat w trakcie przemian, więc nie pamiętała ojczyzny sprzed Wielkiego Zniszczenia. Nie wiedziała kim była jej rodzina, została znaleziona poraniona jako mała dziewczynka przy stercie powalonych drzew. Nie pamiętała swej przeszłości, jakby wspomnienia zostały wymazane. Kobieta, która ją odnalazła stała się dla niej przybraną matką, przyjęła ją pod swój dach otaczając opieką. Sama nie mogła założyć rodziny, więc matczyną miłość przelała na przybłędę. Czarnowłosa  niewiasta odwdzięczała się dobrodziejce, pomagając jej w obowiązkach i pracując za marne wynagrodzenie u ciemiężycieli.  
Gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, wracała obolała zakurzoną drogą. Niegdyś rosły tu drzewa, ale pozostały po nich jedynie pnie, gdyż ludzie władcy łupili z natury bez opamiętania. Choć czuła pragnienie, to na widok rdzawej wody przepływającej w strumieniu obok, odwróciła wzrok. Raz tylko spróbowała jej smaku, metalicznego posmaku nigdy nie zapomniała. Chorowała potem długo, zanim Vistina nie przywróciła jej do zdrowia, ziołowymi herbatkami kupionymi u przemytnika. Przybrana matka potem odejmowała sobie od ust jedzenia, nie mówiąc młodej sierocie, ile zapłaciła. Zdrowie dziewczynki było dla niej ważniejsze, jej uśmiech po przebudzeniu był najwspanialszą rekompensatą. Rozmyślając nad swym losem Zori zbliżała się ku domostwu, kiedy ujrzała w oddali łunę pożaru. Przyspieszyła kroku, widząc że unosi się ze znajomego miejsca. Słyszała krzyki, czując coraz większą obawę o los jej opiekunki. Ubitą drogą trafiła do małego miasteczka, które zostało pustoszone przez umundurowanych podwładnych ich wyzyskiwacza. Mieszkańców łapano losowo i zaciągano siłą na środek niewielkiego placu na rynku. Wokoło strzelały płomienie, z gorejących pożogą domów. Żar nie przeszkadzał żołnierzom, którzy przyjechali w swych straszliwych metalicznych machinach. Zori przebijała się przez tłum gapiów, którzy bezradnie patrzyli na brutalność mężczyzn z armii. Nikt nie śmiał pomóc przerażonym, błagającym o litość ludziom. Obojętność wypisana na twarzach obserwatorów była wręcz przerażająca. Gdy wśród pojmanych ujrzała Vistinę, poczuła ukłucie w sercu.  
- Co tu się dzieje? - spytała małego chłopca, który stał obok niej.
- Ponoć ktoś próbował uczyć się magii. - odparł rzeczowo.
- Jak to? Skąd takie niedorzeczne domysły? - oburzyła się, widząc zrezygnowaną minę chłopczyka.
- Życzliwy im doniósł. - mruknął.
Rosły dowódca w ciemnej zbroi wyszedł na środek, rozwijając zwój z widocznym herbem błyskawicy na granatowym tle. Kazano się uciszyć, gdy dowódca zaczął odczytywać pismo.
- Władca Osetli oburzony naruszeniem kodeksu, zakazującego używania magii, chce pokazać poddanym, co grozi za łamanie panującego prawa. Jest wśród was osoba, która zbezcześciła przeklęty krąg. Jeśli dobrowolnie przyzna się do winy, nikt więcej nie ucierpi. Jeśli tego nie zrobi, zostanie wymierzona kara! - odparł poważnym tonem, zwijając pismo w dłoni.
Rozglądał się po tłumie, po czym wydobył szklaną klepsydrę z przesypującym się piaskiem, kładąc ją na murku przed sobą.  
- Czekam do ostatniego ziarenka na winowajcę, jeśli się nie ujawni, oni stracą życie. - wskazał na uwięzionych na środku rynku ludzi.
Zori spojrzała na uzbrojonych po zęby przybyszów, których pancerze odbijały ognisty blask pożaru.  Pośród szlochu i odgłosów palących się domostw, rozbrzmiewały ciche rozmowy wśród tłumu. Młoda dziewczyna chciała coś zrobić, nie mogła przecież pozwolić, aby jej opiekunkę spotkał tak straszliwy los, miała tylko ją. Wyszła przed szereg, omijając zdziwionego chłopca.  
- Ludzie, czy nie widzicie, że oni nie żartują? Kto zbezcześcił krąg?
- Może ty! - wrzasnął ktoś z daleka.
- Pracowałam w polu cały dzień, mam świadków.
- Po co się wyłamujesz? Życie ci nie miłe? - dodała jakaś kobieta, ciągnąc Zori za suknię.
Klepsydra nieubłaganie odmierzała czas, a nikt nawet nie śmiał się więcej odezwać. Ciszę przerwał głos dowódcy, który był wyraźnie zniecierpliwiony oczekiwaniem, jakby nie mógł się doczekać ostatniego ziarenka piasku.  
- Nikt? W takim razie nie mam wyjścia, rozkaz to rozkaz.
Wstał i dał znak swym ludziom, aby wydobyli porażającą broń, którą wytwarzano tylko za murami strzeżonymi przez przybyszy. Zori widząc przerażenie w oczach Vestiny, wyskoczyła zza murku i chciała coś zrobić, cokolwiek, aby przerwać to, co chcieli zrobić okrutni podwładni władcy. Wtedy poczuła tępe uderzenie w bok i padła obolała na brukowaną drogę. Jak przez mgłę widziała, jak bezlitosny dowódca razi jakby błyskawicami, zaklętymi w zimnej broni, jej jedyną opiekunkę. Potem reszta poszła za jego przykładem, wykonując niesprawiedliwy rozkaz wobec zebranych na rynku nieszczęśników. Zaczęli odchodzić, zostawiając po sobie zgliszcza i strach, oraz ostrzeżenie przybite na częściowo osmalonym murze w centrum miasteczka. Zori z ledwością podniosła się, kuśtykając w stronę pozbawionej tchu Vestiny. Widząc jak inni pospiesznie zabierali ciała bliskich, nie mogła uwierzyć, że to się stało naprawdę. Nie wiedziała kto ją powstrzymał, kto zadał jej cios. Wiedziała tylko, że przez to nie zdołała się sprzeciwić, a teraz bezradnie patrzyła na zamglony wzrok przybranej matki. Gdy dotknęła jej zimnej jak lód dłoni, łzy same wzbierały się, niczym nadchodząca powódź. Nie potrafiła ich zatrzymać, gdyż ból zdawał się nie do zniesienia.  
- Dlaczego!? - krzyknęła przytulając się do Vestiny, jakby próbując ją wskrzesić do życia.
Ciężko jej było się podnieść, nie miała siły na nic. Wtem ktoś zbliżył się do niej, podając jej pomocną dłoń.  
- Pozwól, że ci pomogę, nie dasz rady sama jej stąd zabrać …
- Odejdź, czy nie widzisz, że nic nie ma sensu. Zostanę tu z nią, nie ruszę się.
- Wstań, to niebezpieczne pozostawać w tym miejscu, tamci powrócą, musisz …
- Zostaw powiedziałam! - krzyknęła ponownie, odpychając siłą nieznajomą, aż ta wywróciła się na osmaloną ziemię.
Ciemnowłosa odwróciła się i widząc podnoszącą się obcą kobietę, z kapturem na głowie, myślała, że zwyczajnie da za wygraną i wróci skąd przyszła. Ona jednak znowu zbliżyła się do niej.
- Trzeba ją godnie pożegnać, chyba z tym się zgodzisz. Pomogę ci przenieść ciało.
- Ona ma imię … miała. Vestina, rozumiesz?
- Spokojnie, pomogę ci przenieść Vestinę, tak lepiej?
- Dobrze i tak nie mam sił. - wycedziła łamiącym się głosem.
Nieznajoma znalazła jakiś porzucony wózek z warzywami, wyrzuciła zawartość na bruk i kazała zapakować na niego nieszczęsną opiekunkę dziewczyny. Zori prowadziła je w stronę ich domostwa, wciąż roniła łzy. Zanim dotarły do celu, zapadł zmrok. Na firmamencie pojawiły się gwiazdy, migocząc niczym niemi obserwatorzy niedawnego nieszczęścia. Za murowanym domem ciemnowłosa zaczęła mozolnie kopać dół. Pomagająca jej kobieta, ściągnęła kaptur z głowy. W blasku oliwnych lamp, jej włosy okazały się jasne. Z pewnością była młoda i smukła, ale z wyrazu jej twarzy ciężko było odczytać jakiekolwiek emocje. Widząc z jakim trudem sierota posługuje się łopatą, wyrwała jej z rąk narzędzie, wyręczając ją.  
- Odpocznij, zrobię to szybciej, ręce ci się trzęsą.
Gdy skończyła obie przeniosły nieżywą już opiekunkę do wykopanego dołu. Owinęły ją jeszcze, a potem nieznajoma kazała się odwrócić dziewczynie. Kiedy ukończyła pracę nad mogiłą, usiadła przy niej, wołając Zori.  
- To nie możliwe. Ten terror przekracza kolejne granice. Gdybym mogła, ocaliłabym ją …
- Wiem o tym. - przerwała jej jasnowłosa, przytulając do siebie.
- Czemu mi pomagasz? Kim ty w ogóle jesteś?
- To nie istotne. Chciałam cię tylko przestrzec, abyś oddaliła się jak najszybciej z tego miejsca. - powiedziała obojętnym tonem, podnosząc się.
- Dokąd niby mam się udać? To całe moje życie, ten dom, ona. - dodała, wskazując na grób.
- Ona podąży za tobą, gdziekolwiek się udasz, masz ją w sercu. Jednak ty, nie będziesz tu bezpieczna. Są sprawy, o których nie wiesz. To zbyt niebezpieczna wiedza.
- Nic nie rozumiem, pojawiasz się nie wiadomo skąd, pomagasz mi, tylko po co? Czego chcesz ode mnie?
Jasnowłosa ponownie założyła kaptur na głowę, wydawała się zbyt tajemnicza, aby cokolwiek o sobie zdradzić.
- Czekaj, dokąd idziesz?
- Jeśli chcesz poznać odpowiedzi, a wiem że tego pragniesz, przyjdź jutro wieczorem na wzgórze, gdzie znajduje się zburzona forteca. Nikomu o tym nie mów, dobrze ci radzę. Jeśli wyczuję, że chcesz mnie oszukać, nie znajdziesz mnie. Żegnaj więc … Zori.
Dziewczyna chciała coś jeszcze dodać, ale zanim zdążyła się odezwać, nieznajoma zniknęła jak poranna mgła. Jej pojawienie się zrodziło więcej pytań, niż odpowiedzi. Ciemnowłosa nie miała nawet siły zjeść czegokolwiek. Padła na łóżko, na którym znajdowała się narzuta wyszywana przez Vestinę. Znów potok łez pojawił się w oczach sieroty, która ściskając kurczowo materiał, nie mogła pogodzić się z odejściem kochanej osoby. Zmęczona i wyczerpana rozpaczą, zapadła w sen.

280 czyt.
100%21
1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 2157 słów i 12141 znaków.

1 komentarz

 
  • shakadap

    shakadap · 17 października

    Ciekawe. Czekam na następne części.
    Pozdrawiam i powodzenia