LOTR: Czas orków, cz. 1

LOTR: Czas orków, cz. 1Część Pierwsza: Powstanie i Upadek.


Rozdział Pierwszy: Powstanie


Życie nigdy nie faworyzowało Azoga. Urodził się jako syn pomniejszego wodza, którego szalone okrucieństwo było spowodowane brakiem podbojów i ambicji. Urzog Przekłuwacz - Gdyby nie wiele wielkich czynów w życiu jego syna, pamięć o jego imieniu zostałaby stracona. Pomimo swego przerażającego tytułu, był jedynie narzędziem w ręku potężniejszego władcy orków - Gorkila, który władał ze swej twierdzy we Wrzosowiskach Etten. Zawsze służąc innym królom, Urzog, nie mający siedziby dla swojej władzy, ani widocznej szansy na zdobycie takowej, poprowadził swoją grupę na mroźne pustkowia Gór Mglistych. Jeśli była jakaś rzecz, jaką na prawdę pragnął, było to spłodzenie syna, choć nie miał żadnego tytułu, jaki mógłby mu przekazać. Jego żona, Algol z Angmaru, przez lata dawała mu jedynie córki, które wydał za przywódców z daleka, by móc się od nich uwolnić. W końcu, pewnej szczególnie mroźnej nocy, urodził mu się męski potomek.

Urzog spojrzał na swego syna z obrzydzeniem. On był nienormalny, zdeformowany. Brzydki i całkowicie biały, ten szczeniak z pewnością nie osiągnie imponujących rozmiarów. Pewien, tego, że to z pewnością nie jego potomek, zabił swoją żonę w ślepej wściekłości. Zapewne porzuciłby dziecko, lecz położna, Relka, wybłagała u niego życie dla noworodka. Stwierdzając, że zabicie pierwszego syna mogłoby przynieść mu nieszczęście, postanowił nawet, że sam wychowa dziecko. Jednak to nie litość powstrzymała rękę Urzoga, a chęć wywarcia zemsty na zniekształconym potworze gdy ten dorośnie. W swym szaleństwie, nie dopuszczał do siebie myśli, że ten szczeniak to na prawdę jego potomek. W swym okrucieństwie i zaborczości, Urzog trzymał swą żonę zamkniętą w odosobnionym pomieszczeniu, do którego klucz miał tylko on, nawet gdyby chciała, nie mogła być z innym. Wszystkie złudzenia i nadzieje, jak wyglądałby jego syn, jaki by był, uniemożliwiały mu czułe wychowanie syna. Nawet nie patrzał na niego jak na orka.

Tak więc, szczeniak otrzymał imię Azog i dorastał bez miłości, oraz musiał mierzyć się z ciągłymi obelgami ze strony ojca. Elfi pomiot, tak go wszyscy nazywali. Genetyka też postawiła go w w niekorzystnej sytuacji pod względem wyglądu. Nie przypominał nikogo ze swoich towarzyszy. Był biały jak śnieg, z oczyma bladymi jak zimowy śnieg pod którym się urodził. Miał nawet blond włosy, proste i jedwabiste, nie grube i ciemne jak wszyscy. Urzog nigdy nie uznał go za swoje dziecko, zawsze nazywając go bezwartościowym bękartem. Nadal trzymał go dla swojej własnej, sadystycznej rozrywki, aż wreszcie będzie miał innego syna, mogącego go zastąpić. Wziął inną żonę, ale zabił ją wraz z noworodkiem, kiedy ta wydała na świat córkę. W kółko, kobiety z wielu klanów zmarły z jego ręki. Jeden z nich urodziła chłopca, który zmarł wkrótce po narodzinach, a ich druga próba dała kolejną dziewczynkę. Zmiennik Azoga nigdy się nie pojawił i szybko stało się jasne, wódz nigdy nie pozbędzie się tego kundla. Sama obecność jego rzekomo nieślubnego syna wielce go zawstydzała.

A Blady Ork urósł, czując miłość jedynie od starej orczycy, która z litości zajęła się nim. Jednak, jako jedyna uzdrowicielka w klanie, często była zbyt zajęta, by należycie zająć się młodym orkiem. Wychudzony przez niedożywienie, szybko nauczył się, że bez umiejętności polowania i walki nie przeżyje. Stał się okrutny, egoistyczny, musiał walczyć i bronić każdy skrawek mięsa jaki mógł znaleźć. Nauczył się wykorzystać słabości ludzi. Dowiedział się, jak uzyskać to, co chciał przez brutalną siłę, jak i zarówno dzięki przebiegłości. Potrafił przechytrzyć każdego z klanu. Nieustanne walki i nienawiść zahartowały jego ciało, a także serce. Chodziło o przetrwanie, nie mógł sobie pozwolić na bycie słabym. Azog wyrósł wysoki i silny, i nikt już nie pogardzał nim. Podczas gdy inni zaczęli się go bać, jego ojciec nadal obrażał go, a gdy Azog padł przez jego uderzenie, pozostał na ziemi. Swoją wściekłością i frustracją napędzał furię w walce. Szybko stał się najbardziej przerażającym wojownikiem klanu, prowadząc śmiałe rajdy głęboko na terytorium krasnoludów i włączając mniejsze klany do swojego.

Pewnego dnia, gdy jego ojciec wyruszył splądrować niewielką wioskę z małą ilością żołnierzy, Azog pozwolił reszcie na odpoczynek. Przez lata osłabił osady rodu Durina w górach. Tej nocy, będą maszerować na Gundabad. Przez wieki starożytna forteca miejscem starć dwóch nienawidzących się nawzajem ras. Orkowie zajęli ją, lecz krasnoludy odbiły twierdze po długiej wojnie. Azog nie mógł dłużej tego tolerować. To była jego prawowita siedziba, jego dziedzictwo. Jego wielki przodek, Mukrag, jeden z pierwszych Boldogów, został pochowany w prawej iglicy góry Gundabad. Jakby nie patrzeć, orkowie zamieszkiwali to miejsce o wiele dłużej niż krasnoludy. Bitwa była zacięta, ale szybka, gdyż mieszkańcy twierdzy nie spodziewali się tak śmiałego ataku. Mimo dużej przewagi liczebnej, wojska Azoga zwyciężyły dzięki jego zdolnościom taktycznym. Nareszcie orkowie odzyskali starożytną fortecę, a wszystko w imię jego ojca.

Nie gratulowano Azogowi, lecz gdy zapadła noc, wielka uczta odbyła się w ogromnych salach Gundabadu. Blady Ork podszedł i położył wiele krasnoludzkich głów u stóp ojca, kłaniając się pokornie przed nim. On tylko chciał być pochwalony, liczył na trochę czułości i miłości. Mimo to, Urzog spojrzał na niego z pogardą. Nigdy nie był wystarczająco dobry dla niego. Był bezwartościowy. Wzniósł się, podszedł do swego syna i skrytykował go za podjęcie tak niebezpiecznej inicjatywy. Okazał nieposłuszny, zignorował rozkazy. To zwycięstwo nie należy do niego. Urzog splunął mu w twarz i uderzył go tak, ze ten aż padł na ziemię.

Upokorzony i pobity, Azog zawsze pozostał pokorny, aż jego ojciec uspokoił nerwy. Ale nie dzisiaj. Nie więcej. Blady Ork wstał z powrotem na drżących nogach, aż król warknął za zniewage. Jak śmie przeciwstawić się mu? Jednak, zanim zdążył uderzyć ponownie, Azog chwycił jego wykrzywioną twarz i zatopił pazury w jego żółte oczy, rozkoszując się jego wrzaskami bólu. Trzymając go mocno, chwycił mu szczękę i oderwał ją z dala od jego głowy. Nikt nie interweniował by uratować Urzoga. Wszyscy patrzyli szeroko otwartymi oczami, otwartymi ustami, jak ich nowy przywódca, zanim zajął miejsce na tronie splunął na zwłokach ojca. Był królem. Mimo, że był zbyt młody i był morderczym uzurpatorem, nikt nie odważył zaprotestować jego praw. Nikt nigdy znów go nie upokorzy.

Wieki po zajęciu pozycji swego ojca, ranga Azoga była niekwestionowalna. Zdobył wielką władzę i szacunek, wiele klanów sprzymierzyło się z nim. Z Gundabadem jako siedzibą, jego ludowi powodziło się coraz lepiej. Jego panowanie ciągnęło się do samych granic Angmaru. Choć upadłe królestwo należało do pana Nazguli, Blady Ork niechętnie złożył hołd ich mistrzowi.

Pewnego dnia, nowy klan osiedlił w dolinie Gorothlad. Azog pojechał, by ich powitać i upewnić się, że rozumieją, kto włada tymi ziemiami. Ci orkowie byli jednak dziwni. Wysocy i przygarbieni, posiadający ciemną skórę pokrytą miękkim futrem. Wyglądali bardziej jak zwierzęta niż orków, ale byli sprytni i zacięci w walce. Przybyli z Forochel, daleko na północy, z ziemii wiecznego śniegu i lodu. Lossothowie wygnali ich z ich ziem. Spory terytorialne zdziesiątkowały ich. Kilka rozrzuconych klanów zjednoczyło się by, szukać schronienia w Angmarze, licząc na większe szanse na przetrwanie. Azog został przedstawiony wodzowi ich plemienia, Garna. Ona była brutalna, nieustraszona, dzika. Znacznie wyższa od niego i dużo starsza. Jej długie, czarne włosy spływały jak zasłona ciemności. Został dotknięty przez jej dzikie piękno i oczywistą siłę.  

Chociaż jej grupa była mała, Garna nie dała się zastraszyć Azogowi. Pozostanie niezależna, nie płacąc mu daniny. Jej arogancja i zacięty temperament najpierw go rozgniewał, ale chwilę później zapalił w nim płomień pożądania. Pragnął jej. Tak więc często odwiedzał ją i zalecał się najlepiej, jak potrafił. Był to obowiązek ojca, aby nauczyć go, jak uwieść kobietę, ale ten nigdy tego nie zrobił. Garna akceptowała jego obecność, ale mimo prób, nie udało się mu jej zaimponować. Jego zwycięstwo w Gundabadzie zdawało się ją nudzić, jego zwycięskie najazdy pozostawiała przewracając oczami. Wkrótce dowiedział się, że jest ona nazywana Dziewicą z Forochel, gdyż całe życie spędziła bez mężczyzny. Nie chciała mieć męża, gdyż bez niego mogłaby rządzić plemieniem przez całe życie.

Dziewictwo dla orków nie znaczyło tego samego co u innych ras. Nie traci się dziewictwa, gdy uprawia się seks, lecz gdy wiążesz się ze swoją ukochaną osobą. Tylko wtedy bedziesz uważany za naprawdę doświadczonego. Można uprawiać seks tyle razy, ile dusza zapragnie, lecz nadal będziesz uważany za nietkniętego. To był wielki wstyd długo pozostawać dziewicą. Orkowie z Gór Mglistych mnożą się tylko i wyłącznie ze swoimi towarzyszami życia. Jeśli jesteś samotny, nie robisz dzieci, więc jesteś bezużyteczny dla klanu. Ze swoim okropnym wyglądem Azog był pewien, że nikt go nigdy nie zechce. A jednak serce zmusiło go, by spróbował i ubiegał się o względy przerażającej orczycy. Był cierpliwy i nigdy nie porzucił nadziei.

Przez lata próbował podbić jej serce. Regularnie przywoził jej kosztowne dary, lecz ta zawsze patrzała na nie z pogardą mówiąc: "Myślisz, że zniżę się do tego stopnia, by być z elfim pomiotem?" Spluwała i warczała na niego spod wystających kłów między jej ustami, jej szkarłatne oczy świecą w ciemności. Była zupełnie bestialska i doskonała. Jej pogardliwe obelgi sprawiały jedynie, że Azog coraz bardziej jej pożądał.  

Raz spróbował nawet pokonać ją w walce w wielkiej arenie Maethad. Liczył na to, że pokaże jej jak dobrym mężem byłby dla niej, ale ona wyszła zwycięsko, pozostawiając go w świecie bólu, z wieloma ranami i złamaniami. Uczucie, że jest jeszcze bardziej potężna, niż będzie mógł kiedykolwiek marzyć, sprawiło, że był jeszcze bardziej zdeterminowany, aby ją mieć. Ich dzieci będą najsilniejsze, najpotężniejsze. Razem we dwoje, byliby nie do powstrzymania.

I tak jego miłość do niej pozostawała nieodwzajemniona. Zbliżyli się do siebie, powstała nawet pewna forma przyjaźni między nimi. Ona nadal go odrzucała, ale wydawała się bardziej zbliżona niż dawniej. Pewnego wieczora jednak nie mógł już tego wytrzymać. Zniszczył ich wrogów z Angmaru, wiele razy ryzykując życie. Dosyć tego. Nigdy nie powiedziała "Tak", ale będzie musiała go zabić, jeśli będzie tak uparta, by odmówić. Dziś w nocy, uzyska odpowiedź lub umrze. Znalazł ją w jej ogromnej hali. Wszyscy orkowie byli tak zaskoczeni, że natychmiast opuścili pomieszczenie, pozostawiając ich twarzą w twarz. "Garno, zrobiłem dla ciebie wszystko. Przez prawie sto lat odrzucasz mnie. Jak wiele więcej krwi powinienem jeszcze rozlać dla ciebie?" Azog warknął, zdesperowany. Nie miał zamiaru przyjąć porażki, nie miał zamiaru przyjąć jej odmowy.

Garna parsknęła. To wszystko nic dla niej nie znaczyło, jednak, postanowiła wreszcie obdarzyć Azoga swoją szansę. Jego cierpliwość i wytrwałość bardzo jej imponowała. "Rozbierz się." Rozkazała i wstała przed nim, wysoka i groźna. Jej futro lśniło w blasku pochodni. Azog zrobił, co poleciła, jednocześnie czując wstyd swój wygląd. Orkom nie przeszkadza nagość, ale on wyglądał tak brzydko, a ona była tak piękna. Podniosła głos, wyszczerzył kły groźnie: "Rozlewałeś krew obcych, ale nigdy nie rozlałeś swej własnej." Wzięła szablę z pasa i rzucił ją mu pod nogi. "Krwaw dla mnie"

Azog wziął głęboki oddech chwytając ostrze z zimnej ziemi. Patrząc na jej płonący wzrok, nakierował ostrze na krawędź piersi i wbił głęboko pod skórę. Czarna krew zaczęła lecieć spod ran, lecz on nawet nie drgnął. Nic nie zdradziło jego emocji, nawet grymas bólu. "Więcej" Garna uśmiechnęła się, jej wargi przypominały wygłodniałego warga. Blady ork ciął ponownie, tym razem na drugiej piersi, w podobny sposób, równie głęboko. "Dalej"  

Popchnęła go, jeszcze bardziej okaleczając jego ciało, chciała by cierpiał. Wkrótce jego klatka piersiowa, ramiona, brzuch, uda, a nawet plecy, krwawiły swobodnie. Azog stanął chwiejnie na nogach, w czarnej kałuży krwi. Mimo to, nie zdradzał ogromnego cierpienia. Odetchnął głęboko, spokojny i zdecydowany. Umieranie dla niej to byłby zaszczyt, nawet jeśli nie zdarzyłoby się to w walce. Być może o wiele lepsza była dla niego taka śmierć. Życie pokaże mu, że nie będzie miał na to wiele okazji.  

Widząc go w takim stanie Garna ponuro się roześmiała: "Jak ktoś taki jak ty mógł kiedykolwiek twierdzić, że zdobędzie mnie? Albo jesteś niesamowicie pewny siebie, albo jesteś szalony, by mieć takie urojenia, elfi pomiocie" Szydziła z niego, a by lepiej rozkoszować się jego cierpieniem, stanęła przed nim. Azog z trudem przełknął ślinę, lecz podniósł raz jeszcze szable: "Jeśli moja twarz jest dla ciebie tak okropna, to będę musiał ją też wyciąć". I wyciał na swej znienawidzonej twarzy ogromne ślady, z zapałem rujnował to elfie oblicze. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył był drapieżny uśmiech Garny.  

Azog obudził się przykuty do łóżka, cały w bandażach, leżał w Gundabadzie. Został odesłany do domu na plecach warga. Stracił wiele krwi i słyszał głos Relki "Co cię skłoniło, by zrobić coś takiego?" Na szczęście, orkowie byli slini i szybko wracali do zdrowia, choć on był wyjątkiem, nikt, kto stracił tyle krwi nie zdołałby przeżyć. Po prostu nie mógł zaakceptować faktu, że Garna ani go nie zabiła, ani nie przyjęła. Nie miał pojęcia, czemu odesłała go do domu. Jej brak decyzji irytował go. Czuł się upokorzony, a poprzysiągł sobie, że nigdy już tego nie doświadczy. Po raz kolejny życie szydziło z niego.  
.
Minęły trzy dni, wypełnione cierpieniem i rozpaczą. Teraz przynajmniej był w stanie przejść kilka kroków i samodzielnie jeść jeść, aby odzyskać siły. Relka weszła do pokoju "Azog, masz gościa" Była ona jedyną osobą, która nigdy nie nazwała go mistrzem. On zawsze dziękował jej wychowanie. Chwile później pojawiła się Garna i uzdrowicielka wyszła.  

Bez słowa podeszła do jego boku. Jej wyraźny zapach został błyskawicznie złapany przez jego nos. Absolutnie nie do odparcia, sprawił, że całe ciało miał jakby w płomieniach. Nie marnowała czasu, dosiadła go. Pomimo jego agonii, jej ciało rozpaliło w nim żądze. Oszalały z pożądania, zignorował swoje rany. Dojrzała do tego, by uświadomić sobie, że będzie nosić jego dziecko. Chciała tego i dlatego przyszła, oferała mu swoje łono, a on jej potomka. Zwyciężył, była teraz jego. Złapał jej czarne loki, przyciągnął do siebie i wymusił pocałunek, ignorując krew lecącą z lewego boku. Dotyk jej ciała był tak przyjemny dla jego dłoni, jego długie kły zatopiły się głęboko w jej w szyję na znak zdobycia jej. Delektując się jej krwią, jego nasienie znalazło się w niej w tym samym momencie, gdy ona osiągnęła szczyt.

Unosząc się w górę, Garna przemieszczała się swoim językiem po jego niedawno wyleczonych ranach, degustując się jego bólem. Jej usta przemieszczały się coraz niżej i niżej. Składając pocałunki na jego biodrach, znalazła miejsce, w które ugryzła go głeboko, pozostawiając na nim swój ślad, blisko jego męskości, więc każda inna wiedziałaby, że on należy już do niej. Przez wiele lat szukała dla siebie partnera. Takiego, który okaże się nieustraszony, który będzie gotowy cierpieć z miłości. I w końcu go znalazła.  

Garna wkrótce potem odeszła, lecz tydzień później zjawiła się ponownie, z całą swoją grupą, by żyć w Gundabadzie. Azog przedstawił ją jako królową przed swym ludem i wojskiem. Objął ją, a jej zapach zdradzał mu, że jest brzemienna. Położył swoje ręce na jej brzuchu, ma żone, a wkrótce także dziedzica, który przejmie po nim tą ogromną twierdzę. Nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy.  

Jego szczęście nie trwało jednak wiecznie. Trzymał swojego martwego syna w ręku i kruszył mury, niezdolny do zrobienia czegokolwiek. Relka wtedy podeszła do niego i powiedziała "Nie płacz dla niego, Azogu. Idź do żony, ona cierpi równie mocno". Stara orczyca wzięła na siebie obowiązek pochowania dziecka.

Jednak okazało się, że zdarzył się cud. Nie minęło pół godziny, gdy Relka przybiegła z płaczącym i gestykulującym dzieckiem. "To cud! Jego serce nagle zaczęło znowu bić!". Starucha miała łzy radości w oczach, gdy oddawała swemu przybranemu synowi jego dziedzica. Azog wiedział, że to znak. Śmierć oddała mu syna. Chłopiec został nazwany Bolg by był silniejszy od wszystkich.

Zaprawdę, los wreszcie uśmiechnął się do niego. Po latach cierpienia wszystko było cudowne. W ciągu najbliższych kilku lat mieli jeszcze dwie córki. Pierwszą, Nagire, a później Tharmę. Obie silne i zdrowe miały zapewnić wspaniałych wojowników plemieniu. Azog twierdził, że nie mogło być lepiej. Niestety, dni pokoju były już wtedy policzone.


Rozdział Drugi: Upadek


Gdy smok zajął Erebor, krasnoludy przeprowadzały stałe ataki na Gundabad. Orkowie byli zabijani w dziczy. Ich liczba malała nieustannie. Do tego konkurencja o pożywienie spowodowała straszny głód. W ciągu około roku, zaledwie kilkaset orków pozostało, pędzone ku zagładzie przez nieustające wysiłki krasnoludów chcących odzyskać świętą ziemię, ich starego domu. To było nie do przyjęcia dla Azoga. Ród Durina porzucił to miejsce wieki temu. Był królem Gundabadu, musiał go bronić. Pokolenia orków urodziły się w trakcie jego panowania. Nie mogli ich wyprzeć, wiele razy bezskutecznie zwracał się o pomoc u orków z Wrzosowisk Etten, by walczyć z krasnoludami, ale nikt nie nadszedł. Ojciec Azoga był lojalny wobec Gorkila i teraz wszystkie klany sprzymierzone z nim, nie widziały w Azogu nic więcej jak zdrajce.

Tak więc jako lider Azog stanął przed straszliwie trudną decyzją. Musieli odejść, znaleźć nowe miejsce w Górach Mglistych które mogli nazwać domem. Nie tylko chciał chronić swoich ludzi, ale też swoją rodzinę. Jego syn Bolg, miał zaledwie dwanaście lat, lecz pewnego dnia dorośnie i stanie się wielkim wojownikiem, zastępując go jako przywódcę klanu. Jego najdroższe córki córki, ośmioletnia Nagira i zaledwie roczna Tharma. Do tego Garna nosiła kolejne dziecko, a Azog nie mógł znieść myśli, że może być w tak niebezpiecznym miejscu. Ich jedyną nadzieją było rozpoczęcie nowego życia w innym miejscu.

Pewnej nocy Azog wyprowadził swój klan z ojczyzny. Orkowie wzieli to, co byli w stanie unieść i odeszli w całkowitej tajemnicy. Podróżując wzdłuż skalistych szczytów Gór Mglistych, podróż trwała przez kilka tygodni, ale była raczej spokojna. Klan starał się nie poddawać się rozpaczy, gdyż każdym razem, gdy znaleźli odpowiednie jaskinie i ruiny, zawsze były zajęte przez innych. A więc musieli iść naprzód. Jesień powoli kończyła, a cienka warstwa śniegu objęło pustynny krajobraz. Jednak pewnego wieczoru, jak rozbili obóz na brzegu rzeki Gladden, zdarzyła się katastrofa.

Poinformowany, że orkowie z Gundabad wyruszyli, Thrór, Król pod Górą, prowadził swoje wojska, aby ich zniszczyć. Zdeterminowany, zetrzeć ich z powierzchni ziemi raz na zawsze, skorzystał z okazji.

To była rzeź. Krasnoludy ruszyły na bezbronny klan, zasypując go gradem strzał. Azog walczył, aby chronić swój lud, ale przeciwników było po prostu zbyt wielu. Blady Ork spojrzał na krasnoludzkiego króla z pogardą. Siedział na bojowym baranie, wysoko na wzgórzu, z dala od pola bitwy, wpatrywał się w bój z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

Garna nie mogąc wykorzystać całego swego potencjału z powodu ciąży została pchnięta nożem i padła przed przerażonymi dziećmi. Azog natychmiast ją chwycił i ścisnął, lecz nie było dla niej nadziei. Azog rozkazał Bolgowi zabrać przerażone siostry z dala od walki i uciekać.

Blady Ork złożył ostatni pocałunek na ustach swojej żony i z zimną krwią wdarł się w szeregi krasnoludów. Przedzierając się z szaleńczą wściekłością przedarł się głęboko w szeregi krasnoludów i nawet zyskał na chwilę przewagę, lecz niedługo potem padł, naszpikowany strzałami.  

Azog obudził się z rykiem bólu, wyciągając z siebie groty. Zauważył, że kilku mniej rannych orków pomaga tym w gorszym stanie. Resztką sił doczołgał się do ciała żony, przytulił je i płakał. Jego serce bolało go bardziej niż jakakolwiek rana w całym życiu. Ich nienarodzone dziecko, które zginęło od miecza, teraz leżało między jej nogami. Chłopak. Jego cenne życie zostało przerwane zdecydowanie zbyt szybko. Czuł się podle, nie był w stanie nawet urządzić im pogrzebu.  

Wstał z trudem, rozejrzał się i zawołał swoje dzieci "Bolg, Nagir, Tharm. Where could they be?". Poczuł, że jego serce zatrzymało się, gdy zobaczył małe ciała leżące na skraju bagna. Pobiegł w ich stronę, znalazł Nagire na korze z grubymi linami szczelnie owiniętymi wokół jej małej szyi. Czarna krew sączyła się z jej oczu, nosa i ust. Obok niej był worek z juty i dostrzegł maleńkie stopy wystające z jego otwarcia: ". Tharm" Szlochał, dotykając miniaturowe, sztywne palce.

Azog podniósł się na nogi, rozglądając się w poszukiwaniu syna. Dopiero chwilę później, zauważył go leżącego wśród drzew. Włócznia przebiła mu żołądek i przyparła do ziemi. Klęcząc nad jego nieruchomym ciałem, Blady Ork delikatnie musnął palcami powieki by zamknąć je w ostatnim spoczynku. Jednak, gdy przyłożył dłoń do jego ciała i poczuł, że skóra nadal była ciepła, opuścił ucho do maleńkiej klatki piersiowej Bolga. Jego serce wciąż biło. Chłopiec żył.

Gorączkowo wykrzykując rozkazy do swoich żołnierzy, rozkazał znaleźć jakiekolwiek bandaże i medykamenty. Opatrzność sprawiła, że to cud, że przeżył. Azog trzymał go w ramionach, mocno przyciskając do piersi. Był ostatnim pozostając członkiem jego rodziny. Jego ukochany syn.  

Orkowie nie urządzili pogrzebu dla zmarłych, ponieważ nadal istniała groźba, że krasnoludy mogłą wrócić. Brzegi rzeki Gladden już zawsze były nawiedzane przez ich duchy. Nic nie mogło kiedykolwiek uspokoić takiego cierpienia. Azog zabił własnego ojca, ale nigdy nie dał mu zaszczytu spłonięciu stosie. Jego ciało zostało zamknięte się w najciemniejszych, najgłębszych lochach Gundabadu, drzwi zablokowane inskrypcją glifów, aby zapobiec ucieczce swego ducha. Nie zazna on spokoju przez całą wieczność. To była kara dla okrutnego tyrana.

Orkowie maszerowali pod osłoną nocy, bez odpoczynku. Bolg nadal był nieprzytomny, lecz żył i przestał krwawić. Jeden po drugim żołnierze padali z wycieńczenia lub od ran, aż na końcu pozostał tylko Azog i jego syn. Lecz Blady Ork nie miał zamiaru odpuścić, póki jego syn nie będzie bezpieczny. Nie miało znaczenia, co mu się stanie, jego jedyne dziecko ma przeżyć.

Ostatecznie, mały obudził się, płacząc w cierpieniu, jakiego jego ojciec nie potrafił załagodzić. "Gdzie jest matka? Gdzie jest Nagira? Gdzie jest Tharm?" Ciągle pytał "Ojcze, zabrali mi je. Zabrali mi je" Azog nie wiedział co odpowiedzieć, ból był zbyt wielki i zbyt świeży. Był głupcem, nie powinien zrzucać tak wielkiego ciężaru na jego małe ramiona. Powinien sam je zabrać i uciec. Zawiódł ich.

Kilka godzin później, całkowicie zmęczony i przygnieciony w rozpaczy, Blady Ork upadł w warste śniegu. Bolg potrząsał nim dziko, wzywając go, aby się obudził "Ojcze, ojcze! Musisz wstawać! Nie możesz się poddać!" Wszystkie jego wysiłki były daremne. Wkrótce zrezynowany i wyczerpany wtulił się w jego ramiona, i zdał sobie sprawę, jego ojciec nie ruszy się ponownie.

Bolg już prawie zasnął, gdy poczuł na swojej twarzy ciepły język. Otworzył oczy i zobaczył dużego, czarnego warga, zwabionego przez jego nieustanne skomlenie. Bestia z ciekawością go obwąchiwała, a Bolg by ją uspokoić głaskał jej futro. Wkrótce zbliżyła się mała grupka orków, Bolg na początku pomyślał, że to gobliny, widząc ich niski wzrost i krótkie, krzywe nogi, lecz poczuł zapach jakby jego krewnego. Te dziwne stworzenia umieściły zarówno Bolga jak i Azoga na wargu, po czym udały się szybko przez las.

Kilka godzin później, młody ork zobaczył potężną bramę wydrążoną w górze. Przynieśli ich do Morii. Ich rany zostały opatrzone, Azog wyzdrowieje. Po wydarzeniach, Blady Ork żył w całkowitej samotności, podczas gdy depresja pochłonęła jego duszę. Bolg dorastał pozbawiony obecności ojca.  

W końcu krasnoludy przybyły pod Morie. Znowu kolejna rzeź. Niewielu z tych, którzy przetrwali ukryło się na niższych poziomach kopalni, w ciemnych tunelach. Dzięki Balrogowi krasnoludy obawiały się wejść do kopalni i pozostawiły ich w spokoju. W ten sposób przetrwali. Azog stracił rękę podczas wielkiej bitwy, jeszcze jeden cios jaki otrzymał od losu. To tylko pogorszyło jego ponury nastrój.

Niedługo po tych wydarzeniach, Bolg odszedł. Nienawidził kopalni, nienawidził obszarów wokół nich. Chciał żyć tam gdzie się urodził i rządzić na północy. To było w jego krwi. Wyrósł na silnego wojownika, jego ojciec zawsze chciał, żeby nim był. Zachowywał się pochopnie w buncie, w desperackiej próbie, aby być zauważonym przez kogoś, kto powinien był nie do opieki nad nim. Jego zuchwałość kilka razy kosztowałaby go życie, jednak wkrótce założył własny klan i udało się odzyskać Gundabad jeszcze raz i stać się jego władcą. Jednak jego ojciec pozostał niewzruszony na wieść o jego sukcesach.

Miną jeszcze lata, zanim Azog znów dojdzie do głosu.

*************************************************************************************

UWAGA!
To nie jest moje opowiadanie, a osoby pod pseudonimem Marukanitel, ja jedynie przetłumaczyłem te historie.

ReyRey

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 4743 słów i 27147 znaków, zaktualizował 30 cze 2015.

2 komentarze

 
  • Adim99

    Szkoda że to nie twój ani jego pomysł. Lord of the ring. Ja bym się czepiał bo LOTR napisał tolkien. No ale cóż. Samemu fajniej jest coś napisać. Ale dobre tłumaczenie. (y)

  • nemfer

    Błąd na dzień dobry -> Urzog ponoć zabij żonę... Czyli nawet jakby chciała być z nim to i tak była martwa... (zamknięta w osobnym pomieszczeniu)

  • ReyRey

    @nemfer Myślę, że chodzi ci o to, że nie zrozumiałeś, iż Azog musiał być jego synem, gdyż WCZEŚNIEJ Urzog cały czas trzymał żonę w zamknięciu, czyli nie mogła być z innym. A później, gdy ją zabił nie trzymał już jej w zamknięciu, ponieważ nie było po co ;)

  • nemfer

    @ReyRey hmm... A to ta kolejność mnie zmyliła... A poza tym kto tam te orki ogarnie... Może martwa też by się puściła...