Bogowie, którzy powrócili - część 1

– Gdzie jest jarl Ragnar, ty zakuty łbie?!

– Jak ty się do mnie zwróciłeś, nędzny karaluchu? Jeśli jeszcze... – nie dane mu było skończyć, ponieważ Illugi znów się odezwał.

– Jasne, nadęty grubasie. Nawet nie kończ tej żałosnej groźby. Gdzie jarl!? – mężczyzna, nie dość, że był o głowę niższy od Beinira to szczuplejszy i mniej obeznany z bronią. Choć mógł pochwalić się większą wiedzą, co jednak nie przynosiło mu chwały pośród żądnych krwi wikingów. Jarl jednak, na pewno nie pozwolił mu zarządzać swoimi skarbami za ładny uśmiech.

– A więc tak pogrywasz? Dostaję znaki od Odyna, że do Walhalli nie trafisz! – Beinir ryknął i zamachnął się toporem chcąc skrócić o głowę przeciwnika, ten jednak natychmiast padł na ziemię, unikając przy tym śmiercionośnego ciosu. – O, tak właśnie! Płaszcz się u mych stóp, nędzny karaluchu!

– Nie żartuj sobie z Odyna, ty... – zaczął pomrukiwać podnosząc się.

– Odyn na pewno dławi się teraz miodem ze śmiechu, patrząc na to jakiego błazna z siebie robisz! Dodatkowo, przynosisz hańbę swojemu bratu, bękarcie! Odyn mi wybaczy, choć nie wiem jak będzie z tobą! - ryknął.

– Wybaczy czy nie wybaczy – marudził Illugi – Ragnar na pewno karze uciąć ci jaja, jak dowie się, że przeszkadzasz mi w pracy! Zwróć swoje brzydkie gały na północ! Świat się wali, a ty Odyna przyzywasz!

– Jarl Ragnar, nędzny karaluchu, jarl– zaczął mamrotać, spoglądając jednak we wskazanym kierunku.

Illuginie kłamał. Daleko na widnokręgu zbierały się czarne, burzowe chmury. Co jakiś czas widać było pioruny przecinające niebo, a chwilę później dało się słyszeć donośny grzmot. Nagle morze zaczęło płonąć żywym ogniem, Beinir nigdy nie widział czegoś takiego. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie nadszedł Ragnarök,ale przecież nie poprzedziły go trzy zimy i trzy lata pozbawione słońca. Ich ziemie nie zamarzły, a ludzie nadal żyli. Jeszcze nie nadszedł zmierzch bogów. To było coś gorszego.

Ryknął donośnie i skierował się w stronę potoku, gdzie spodziewał się spotkać jarla. Skorzystał z chwili nieuwagi Illugiego i łapiąc go za kark, posłał w pobliskie krzaki, niczym truchło królika. Zarechotał ohydnie i biegł do jarla, aby przekazać mu nowiny. Zamierzał również dodać, że jego kochany braciszek wyleguje się w krzakach, zamiast samemu go poinformować. Na jego twarzy błądził uśmiech. Och, jak on uwielbiał poniżać Illugiego! Spotkał Ragnara w połowie drogi do potoku. Jarl został już wstępnie poinformowany o obrocie sytuacji, dlatego śpieszył na brzeg morza. Beinir wyczuł niepokój wodza, więc nie zadając zbędnych pytań ruszył za nim. Darował sobie nawet wzmiankę o Illugim.

Chwilę później jarl kazał zadąć w róg. Kiedy mieszkańcy wioski zebrali się w jednym miejscu, zaczęła się obrada, w której uczestniczyli jednak tylko mężczyźni. Nie był to wiec, jednak jakieś zasady musiały pozostać. Wojownicy wykrzykiwali swoje racje, jednak jarl nagle powstał ucinając przy tym wszystkie rozmowy. W głowie kłębiły mu się straszne myśli, chyba pierwszy raz nie wiedział co robić. Postanowił przywołać kapłana, aby ten pomówił z Bogami.

Yngvar, miejscowy kapłan, który mógł się nazwać zaufanym sprzymierzeńcem jarla Ragnara, był już na sali, kiedy go wezwano przed oblicze wodza. Jakby wyczuł, że będzie potrzebny. Jakby sami Bogowie mu to podpowiedzieli. Ragnar, nie kryjąc podziwu, pokiwał głową. Nie mógł przecież wiedzieć, że Yngvar po prostu przestraszył się zmian, które zaszły nad widnokręgiem i chciał ukryć się pomiędzy wojownikami. Kiedy kapłan to zrozumiał, wykwitł mu na twarzy chytry uśmiech.

– Jarlu Ragnarze! Przybyłem na twe wezwanie. Teraz wyznaj, cóż chcesz wiedzieć.

– Spytaj Bogów, co oznacza ta przeklęta burza! Co innego może mnie teraz interesować?! – ryknął Ragnar.

Yngvar kiwnął głową i cicho podszedł do ogniska płonącego na środku sali. Mamrotał coś niewyraźnie, coś, co on tylko i Bogowie rozumieli. Z nabożną czcią wyjął zza pasa mały sztylet i lekko naciął skórę. Kilka kropel rubinowej krwi zleciało z sykiem na rozżarzone węgle. Nie przestając mamrotać dorzucił niezidentyfikowany przedmiot do ognia, podsycając przy tym płomienie. Były teraz tak wysokie, że prawie zasłaniały kapłana, którego głos, choć cichy, docierał bezpośrednio do wszystkich uszu w tej sali. Ragnara przeszedł dreszcz w tym samym momencie, w którym Yngvar upadł na kolana z przeraźliwym krzykiem. Usłyszał go nawet Illugi, który do tej pory leża nieprzytomny w krzakach. Potrząsnął głową i chwiejnym krokiem ruszył w stronę wielkiej sali, nadal masując obolałą głowę.

– O Bogowie... – mamrotał cicho Yngvar. – Asgard jest pusty!

Przerażenie opanowało salę. Słowa kapłana dotarły już do każdego. Ludzie mówili, krzyczeli i wszczynali alarmy. Kobiety lamentowały, a psy, jakby rozumiały co się dzieje, zaczęły wyć. Ragnar nie potrafił się skupić, kiedy wokół panował taki harmider. Jego krzyk zagłuszył wszelkie inne dźwięki. Wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę.

– Yngvarze. Wytłumacz proszę, co widzisz – miał nadzieję, że jego głos jest spokojny, jednak w rzeczywistości z jego ust wydobyło się zwykłe warknięcie.

– Pustka! Cisza! To nasza zguba, nic nas nie uchroni przed upadkiem, Bogowie zaginęli!

Pytania ludzi zaczęły się szybciej, niż można było się spodziewać: "Kto ci to przekazał? Któryś z Bogów?", "A może to tylko twoje domysły?". Wojownicy krzyczeli chórkami, a kobiety im dopomagały. Ludzkie głosy zlały się w jeden ciąg, Ragnar nie rozróżniał już słów. Zamierzał po raz kolejny zakończyć krzyki, jednak ubiegł go kapłan.

– Uciszcie się, nędzne człeczyny! Widzę pustkę otaczającą Asgard, a upewnił mnie w tym fakcie Loki! – Ludzie znów zaczęli się buntować. Wszyscy byli przecież świadomi faktu, iż Loki to Bóg oszustwa. – Bóg ten, to ojciec kłamstwa, jednak jego przerażenie jest prawdziwe. Bogowie zniknęli. Jak stali, tak zniknęli, jeden po drugim. W wielkiej jadalni leżą poprzewracanie kielichy z miodem, musieli pić i znikając je upuścili. Coś ich zabrało, a teraz zamierza zniszczyć nasz świat jeszcze przed Ragnarökiem! Stąd ten ogień na horyzoncie, stąd burza!

Ostatnie zdanie nieświadomie wykrzyczał, przez co napięcie w wielkiej sali ciągle wzrastało. Ludzie byli przerażeni. Bogowie zniknęli, a ich świat pożrą bezlitosne płomienie. Odyn, Wszechojciec, ich nie uratuje.

1 komentarz

 
  • EloGieniu

    Opowiadanie ciekawa ale w nie których miejscach nie ma słów które powinny tam się znaleźć np "nie". :-D

  • Anaela

    @EloGieniu dzięki za zwrócenie uwagi - poprawię w wolnej chwili! :)