Wybawiciel (opowieść w czas zarazy)

Znalazł ją wracając z dzbanem zaczerpniętej w strumieniu wody. Leżała nieruchomo wśród gęsto porastających sosnowy las zarośli. Młoda, w bogatym, chociaż poszarpanym odzieniu. Szlachcianka albo córka zamożnego kupca. Podszedł ostrożnie, zauważając teraz urodę dziewczyny, kruczoczarne włosy, szczupłą linię ramion. To przekonało go do bardziej odważnego działania. Służącym zwykle do wspierania niezbyt już pewnego kroku kosturem odwrócił nieprzytomną. Oblicze o regularnych rysach nie zawiodło nadziei, ważniejsze okazało się jednak to, że nie dostrzegł znaków moru: czarnych plam, które pojawiały się zazwyczaj na całym ciele, nie oszczędzając przy tym twarzy i szyi. Tak przynajmniej opisywali mu straszliwe znamiona mieszkańcy okolicznych wiosek i miasteczek, gdy jeszcze przychodzili do jego pustelni, by błagać o modlitwę i wstawiennictwo u Pana w ten straszliwy czas. Modlił się nawet żarliwie, wzywając pomocy Najwyższego, nigdy jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Gdy wieści o czarnej zarazie nasiliły się, a on nadal nie doczekał się najmniejszego nawet znaku od Wszechwładnego, po prostu uciekł. Porzucił pustelnię, do której drogę znało aż nazbyt wielu i przeniósł się w tę dzicz. Utracił wprawdzie skromne wygody, do których zdążył przywyknąć, a także dary w postaci chleba, sera czy owoców, przynoszone zwykle przez bogobojnych wieśniaków, ale w zbudowanym naprędce szałasie też da się przeżyć, a korzonki, jagody oraz czysta woda również na pewien czas wystarczą. Zyskał za to bezpieczeństwo przed morem. Aż do tej chwili. Nieznajoma nie nosiła jednak znamion śmiertelnej choroby, za co zmówił w duchu krótką modlitwę. Skąd się tutaj wzięła? To oczywiste, uciekała przed czarną zarazą, a może i przed obawiającymi się obcych wieśniakami.
     Bezceremonialnie potraktowana kosturem dziewczyna zaczęła dawać oznaki życia, unosząc niepewnie głowę. Chlusnął jej w twarz wodą z dzbana, parsknęła i odgarnęła długie, zmoczone włosy. Skupiła spojrzenie na sylwetce pustelnika.
     - Ojciec... ojciec Michał? - spytała niepewnie.
     - Tak mnie nazywają – burknął.
     Skąd znała jego imię? No tak, cieszył się pewną sławą wśród okolicznych kmiotków, a siwej brody, szpetnej twarzy i starczej sylwetki nie sposób było pomylić.
     - Dzięki niech będą Matce! Szukałam cię, świątobliwy panie.
     - A po cóż to? - Wezwanie imienia Bogini Matki nie nastroiło go przyjaźnie, służył przecież Najwyższemu Panu.
     - Tylko ty możesz mi pomóc, łaskawy panie! Błagam, zlituj się nad sierotą!
     - Co się stało?
     Zmiękł odrobinę, uroda i żarliwe słowa nieznajomej zrobiły swoje, chociaż lata odrzucania pokus cielesnych powinny uodpornić go na powaby marnego świata. Takie dziewczęta nie trafiały jednak często w te zapadłe, puszczańskie okolice.
     - Mam na imię Sylwana, jestem... Byłam córką Bartłomieja Pazzi, szanowanego kupca korzennego i rajcy. Mieszkaliśmy w stolicy, zanim... Zanim Pan zesłał na nas ten dopust. Gdy zaraza pojawiła się w ubogich dzielnicach, ojciec zebrał złoto i najcenniejsze towary, opłacił najbardziej godnych zaufania strażników, wzięliśmy ze sobą dwoje służby i uciekliśmy z miasta. Niestety, mór poszedł za nami. Nasz służący, młody chłopak, zachorował. Wynajęci zbrojni zrabowali co się dało i porzucili nas w głuszy. Nie zabili chyba tylko dlatego, że bali się zarazy. Biedny Filip zmarł po dwóch dniach. Czarna śmierć zabrała też Biankę, moją pokojówkę. We dwójkę dowlekliśmy się do jakiejś wioski, ojciec zachował trochę ukrytego srebra i wynajął izbę w domu sołtysa. Chcieliśmy przeczekać... Niestety, trzy dni później i na jego ciele pojawiły się znaki moru. Nie zdołaliśmy tego ukryć, zauważyła córka gospodarza. Głupia dziewucha narobiła rabanu i chłopi spalili całą chałupę. Ojciec zginął w płomieniach, mnie cudem udało się uciec. Błąkałam się po lesie, głodna i opuszczona. A oto Matka zesłała mi ciebie, świątobliwy! Modliłam się o to, odkąd usłyszałam o cudach, które czynisz!
     - Nie czynię żadnych cudów, Pan nie uznał mnie za wystarczająco godnego. Jeśli zapadłaś na czarną zarazę, nie zdołam ci pomóc.
     Odsunął się przezornie, opowieść dziewczyny i ponowne wezwanie Matki skłaniały do jak najszybszego pozostawienia nieznajomej jej własnemu losowi.
     - Błagam cię, panie! Jesteś moją jedyną nadzieją. - Poderwała się na nogi, ale zaraz upadła na kolana.
     - Odejdź, nieczysta! - Zastawił się kosturem.
     - Zapłacę! Mam złoto! - Rozerwała kosztowną niegdyś szatę i wyszarpnęła zaszyte w jej fałdach monety.
     - Idź precz, kusicielko! -  Nie narazi się na śmierć dla kilku marnych sztuk złota, choćby nawet posiadała ich więcej.
     - Panie, błagam! - Powstała z kolan i gorączkowo zdzierała z siebie odzienie, nie szukała jednak kolejnych monet. - Spójrz, jestem czysta! Mór mnie oszczędził! Obejrzyj dokładnie!
     Kierowany jakimś przemożnym odruchem istotnie skupił wzrok na nagim, nieskazitelnym ciele dziewczyny, zaróżowionej skórze, kształtnych, sterczących piersiach, płaskim brzuchu, smukłych udach i lekko owłosionym zakątku pomiędzy tymi ostatnimi. Nigdy nie widział tak pięknej, nagiej kobiety. Nigdy nie widział i na pewno już ponownie nie zobaczy. Sylwana pospiesznie odwróciła się, by mógł przyjrzeć się również gładkim plecom i jędrnym pośladkom. Nigdzie nie dostrzegł znamion czarnej śmierci.
     - Panie, jeśli nie chcesz złota... Zapłacę inaczej... Tylko nie odtrącaj mnie, nie zostawiaj na pastwę dzikich zwierząt i jeszcze dzikszych wieśniaków.
     - Jestem sługą Najwyższego i dawno już odrzuciłem pokusy świata...
     Nawet w jego własnych uszach zabrzmiało to niepewnie. Takiej pokusy nigdy nie miał okazji odrzucić, bo żadna z nich nie okazała się choćby w połowie aż tak godna pożądania. Wyczuwając tę chwilę wahania, Sylwana postąpiła krok w stronę pustelnika. Kostur zadrżał w jego ręku. Przysunęła się jeszcze bliżej, odtrącając mało zdecydowanie dzierżony oręż. Objęła starca i wycisnęła pocałunek na wargach.
     - Panie, błagam, pomóż sierocie... - Ponownie wpiła się w usta mężczyzny, jej dłonie z wprawą sięgnęły pod zgrzebne odzienie...
     - Dość! - Zebrał wszystkie siły i uwolnił się z objęć kusicielki. - Pomogę ci, ale nie będziesz płaciła w taki sposób. Idź za mną. Musimy najpierw nabrać na nowo wody.
     - Dzięki ci, świątobliwy panie.
     - Ubierz się!
     Droga nad strumień, a potem do ukrytego wśród drzew szałasu upłynęła w milczeniu. W milczeniu rozdmuchał ogień i przygotował skromną wieczerzę. Nie spodziewał się, by taka dama potrafiła pomóc przy podobnych czynnościach. Zaskoczyła go jednak, oferując się, że resztką wody i starym popiołem umyje gliniane naczynia, na których jedli. Gdy z pewnym trudem wykonywała to zadanie, wymościł dla Sylwany legowisko z mchu i trawy. Okryje się swoją strojną szatą, latem nawet na pogórzu noce nie kąsały chłodem.
     - Możesz spać tutaj, przy ogniu. Ja idę do szałasu.
     Nie czekając na odpowiedź, pospiesznie schronił się w swojej samotni. Musiał jednak długo modlić się do Pana o odpuszczenie popełnionych tego dnia grzechów, nim zdołał zasnąć.
     Obudził go szelest oraz dotyk gorącego, nagiego, zarazem miękkiego i sprężystego ciała. Dziewczyna wczołgała się do szałasu i przywarła do starca. Uznając, że śpi, sięgnęła dłonią ku przyrodzeniu pustelnika i ujęła je w szczupłe palce. Niech mu Wszechmocny wybaczy, ale pozwolił tej ciepłej dłoni zajmować się przez chwilę swymi pomarszczonymi już klejnotami, zanim spróbował odepchnąć kusicielkę.
     - Co czynisz, przeklęta?
     - Ciii... - Wionęła mu w usta gorącym oddechem. - Chcę ci podziękować.
     Palce nie zaprzestały swojej pracy, szybko odnajdując właściwy rytm. Ze wstydem stwierdził, że przyrodzenie nie pozostało obojętne. Pomimo wieku i lat spędzonych na umartwieniach, był jednak przecież mężczyzną...
     - Nie trzeba, nie w taki sposób...
     - Ciii... Pozwól, że zajmę się wszystkim.
     Zamknęła mu usta pocałunkiem, język wdarł się pomiędzy zaciśnięte wargi, młode, rozpalone ciało przywarło do zwiędłej już skóry, niezwykle gorące piersi rozpłaszczyły się na wychudłym torsie. Omal nie skapitulował, przecież taka okazja nie trafiła mu się dotąd w całym życiu i na pewno nie trafi się ponownie na tym świecie. Zresztą w zaświatach też raczej nie... Ale to nie wspomnienie kapłańskiego powołania czy wezwanie imienia Pana pozwoliły mu przejrzeć na oczy. Uczyniła to niezwykła gorączka, trawiąca członki Sylwany. Gorączka... Czy na pewno spowodowana tylko namiętnością? Otrzeźwiony, wyrwał się z ramion szatańskiej kusicielki. Gnany strachem, rozrzucił pracowicie powiązane zadaszenie z gałęzi i trawy. W niepewnym, ale wystarczająco jasnym blasku księżyca ujrzał czarne znamiona moru. Pokrywały nieskazitelne jeszcze za dnia ciało dziewczyny...
     - Idź precz, przeklęta! Nasłał cię diabeł, by ukarać za moje grzechy!
     - To nie tak, panie! - Rozpłakała się. - Wybacz mi. Ja... tak się boję! Widziałam, jak kończą ci, których tak naznaczono.
     - I dlatego obdarzyłaś również mnie oddechem śmierci? Za to, że chciałem ci pomóc?
     - Boję się, panie! Nie chcę umierać!  Dopiero niedawno stałam się kobietą i jeszcze nigdy... Pomyślałam, że skoro Matka powołała mnie do siebie, to przynajmniej... Tak będzie mi łatwiej...
     - A ja zapłacę życiem za twój strach i twoją żądzę!
     - Błagam, panie! Nie odtrącaj mnie teraz! Ty przynajmniej żyłeś długo, jesteś starcem. Matka i tak upomniałaby się o ciebie w niedługim czasie... Przeklnij mnie, wychłostaj, zabij, jeśli zechcesz... Ale później, teraz nie odtrącaj. Nie chcę umierać jako dziewica, chcę pójść w objęcia Matki jako kobieta. Tak się boję...
     Popłynęły kolejne łzy, ponownie przywarła do ojca Michała całym ciałem, rozpalonym gorączką oraz pożądaniem.
     „Wybacz mi, Wszechmocny Panie, ale nie potrafię...” - Pomyślał. - „I tak jestem już skazany, czarna śmierć zabija każdego. Nigdy nie sprawiłeś cudu, gdy modliłem się o życie i zdrowie dla tych wieśniaków, nie uczynisz cudu i teraz. Umrzemy tu oboje, Sylwana i ja. Niech więc ona umrze jako kobieta, skoro tego pragnie. A ja... a ja nigdy nie miałem takiej kobiety, nawet wtedy, gdy byłem jeszcze młody.”
     Niewprawnie przytulił dziewczynę, pogładził po włosach.
     - Nie odtrącę cię. Nie odtrącę i wybaczam. Masz rację, żyłem długo, a moje życie nie przyniosło nikomu niczego dobrego. Mogłem się o tym przekonać, zanim uciekłem do tego szałasu. Niech więc stanie się jak chcesz, niech na koniec sprawię jakieś dobro. Przynajmniej pomogę ci odejść. Może Wszechmocny wybaczy nam obojgu.
     Tym razem nieśmiało, ale z szybko rosnącą pewnością ujęła przyrodzenie starca. Parzący niemal dotyk palców dziewczyny wzmógł doznania pustelnika. Poczuł jak fallus pręży się, niczym za dawnych lat, zanim ujarzmił go wolą umysłu i umartwieniami. Sylwana nie zadowoliła się tym sukcesem, ponownie rozpłaszczyła piersi na torsie mężczyzny, wolną ręką objęła plecy. Usta zwarły się w pocałunku, języki podjęły własny taniec. Odnalazł kwiat rozkoszy młodej kochanki, o dziwo, palce w jakiś dziwny sposób odzyskały dawną wiedzę i wprawę. Opadli na posłanie, księżyc w pełni obserwował ich pokładziny poprzez gałęzie drzew i rozrzucony dach szałasu. Dłoń mężczyzny potrafiła wzbudzić jęki rozkoszy, on sam również nie ukrywał własnej. Bo poczuł to, czego pozbawiony był przez wieczność. Niezrównany, nieporównywalny z niczym napór gorąca. Budzącego się do życia gdzieś w głębinach i wznoszącego się z niepowstrzymaną siłą, by szukać ujścia w chętnej i wilgotnej studni kobiety. Żar rozpalonej lawy dorównywał gorączce trawiącej ciało dziewczyny. Co tam dorównywał, przewyższał. Siła życia przeciwko sile śmierci. Ale śmiercią zdążyli się już podzielić, pozostawało jeszcze uczynić to samo z mocą życia i odrodzenia. I to właśnie uczynili. Gdy poczuł własną gotowość, a zarazem wypływającą z wnętrza Sylwany wilgoć, wszedł zdecydowanym pchnięciem. Istotnie, była dziewicą. Nawet po tylu latach potrafił to rozpoznać, rozpychając i przebijając jej błonę. Krzyczeli oboje, z bólu, rozkoszy, pożądania, strachu, radości i pragnienia życia. Eksplozja trawiącej go, rozpalonej lawy objęła przyrodzenie, podbrzusze, członki, całe ciało. Po chwili sięgnęła głowy i świat rozpadł się na tysiące rozżarzonych kawałków...
     Ocknął się, czując, że ktoś wylał mu na głowę zimną wodę. W nadal jasnej poświacie księżyca dostrzegł stojącą u wejścia do szałasu Sylwanę z dzbanem w dłoni. Ta dzierżąca gliniane naczynie dłoń wydała mu się jedyną realną i materialną częścią nadal nagiego ciała dziewczyny. Dziewczyny? Odniósł wrażenie, że w jakiś sposób się zmieniła: pełniejsze, bardziej dojrzałe piersi, nieco bardziej krągły brzuch, szersze biodra, zdecydowanie gęściej porośnięte miejsce pomiędzy nie tak już smukłymi, chociaż nadal kształtnymi udami. Chciała umrzeć jako kobieta, ale czy jedne pokładziny z mężczyzną mogły spowodować aż takie zmiany? Spróbował unieść się z posłania, powstrzymała niedawnego kochanka ruchem ręki.
     - Leż spokojnie, Wybawicielu. Nic ci już nie grozi.
     Przypomniał sobie wszystko i pospiesznie obejrzał własne, również nagie członki. Jego ciało nie zmieniło się, nadal stare, wychudłe i pokraczne w porównaniu z jej triumfującą kobiecością. Po chwili dostrzegł jednak w słabym świetle pewne nowości. Na przegubach dłoni oraz kostkach nóg pojawiły się czarne znaki moru. Aha, jeszcze jeden, największy, na mosznie. Zaraza dopadła go bez litości, zostało mu niewiele życia.
     - Nie obawiaj się, nie umrzesz. Przynajmniej nie od czarnej śmierci. Spójrz na mnie.
     Podobnie jak przy pierwszym spotkaniu obróciła się powoli, pozwalając podziwiać zmienione, ale nadal godne pożądania ciało. Czy to wiatr przegnał zabłąkaną chmurę, czy to z jakiegoś innego powodu blask księżyca przybrał na sile i mógł dostrzec... Tak, skóra Sylwany, nie tak już różowa świeżością młodej dziewicy, pozostawała jednak wolna od znamion moru!
     - Kłamałaś? A mnie zawiodły wtedy oczy? Ale mam czarne znaki...
     - To znaki Wybawiciela. - Po raz drugi nazwała go tym mianem.
     - Wybawiciela?
     - Tak, jesteś zdrowy, bezpieczny od zarazy. Czarna śmierć nie ma do ciebie przystępu. I możesz przekazać tę odporność innym, możesz ich uratować.
     - W jaki sposób?
     - W taki sam, w jaki ja dałam odporność tobie.
     - Chcesz powiedzieć, że mam pokładać się z każdą kobietą?
     - Może nie z każdą, ale z tyloma, z iloma zdołasz. Przekażesz im swój dar, a one z kolei mężczyznom, z którymi później zlegną. Jak znam was, ludzi, pójdzie to szybko. A ty zaczniesz wreszcie czynić te cuda, których brak tak ci doskwierał. Jest jednak pewne ograniczenie. Dar życia zdołają przejąć tylko ci, którzy będą nadal zdrowi. Dla już zarażonych nie ma ratunku, przykro mi...
     - Ale te znaki... - Wskazał czarne plamy na kostkach i przegubach.
     - To znaki zdrowia i życia. Już niedługo ludzie uznają je za błogosławieństwo.
     - Ale teraz nie pomogą mi, gdy udam się do jakiejkolwiek wioski czy miasteczka.
     - Nie powiedziałam, że to będzie łatwe. Ale poradzisz sobie, musisz. Jesteś jedyną nadzieją ich wszystkich.
     - Jakim cudem znajdę choćby jedną kobietę gotową zlec z noszącym znak moru?
     - Tak, jak ja znalazłam ciebie.
     - Ale ty byłaś, jesteś, piękna. Gdyby nie te czarne plamy, mogłabyś mieć wtedy każdego na jedno skinienie. Teraz też możesz. A ja? Która zechce starego pokrakę, byłego mnicha, w dodatku nosiciela znaku przez wszystkich uważanego dzisiaj za znamię śmierci?
     - Nie twierdzę, że to będzie łatwe – powtórzyła.
     - Kim jesteś?
     - Kimś, kogo dawno temu wygnaliście z tej ziemi i z własnych serc. Ale to ja odpowiedziałam na wasze modlitwy w czas trwogi. Bo matka nigdy nie opuszcza swoich dzieci.
     Mimo woli opadł nas kolana i oddał jej cześć, przykładając do czoła zwiniętą pięść. Nawet nie pamiętał, że zna ten starożytny gest. Skądś przyszła jednak wiedza, że tak należy. Wiedział też, że ta dziwna kobieta nie kłamie.
     - Dlaczego ja, Boska Pani? Nigdy nie wzywałem Twego imienia.
     - Wiem, służyłeś swemu Panu, który jednak nie wysłuchał twoich modlitw. On nie wysłuchuje niczyich modlitw, zbyt odległy i dumny. Uczyniłam to za niego, bo matka zawsze kocha swoje dzieci.
     - Ale dlaczego ja?
     - Bo nie przyjąłeś ani złota, ani mego ciała Dziewicy. Przyjąłeś dopiero moją prośbę, strach i rozpacz. To właśnie mogą zaofiarować dzisiaj twoi pobratymcy.
     - Pani, to nie było zupełnie bezinteresowne. Wiedziałem, że i tak nie mam nic do stracenia.
     - Wielu uznałoby jednak na twoim miejscu, że mogą się jeszcze uratować. Inni wyładowaliby swój strach i nienawiść na bezbronnej dziewczynie. Ale dość już tej rozmowy. Nadchodzi świt, nie trać czasu, Wybawicielu.
     Skinęła dłonią i zniknęła, niemal w tej samej chwili, gdy ostatni skrawek księżyca skrył się za wzgórzem. W brzasku wstającego dnia przeszukał skromne obozowisko, zbierając rzeczy, które mogły się przydać podczas wypełniania otrzymanej misji. Wzrok ojca Michała padł na porzuconą szatę Sylwany, udającej przez pewien czas córkę bogatego kupca. Wymacał zaszyte w kilku miejscach twarde krążki. Złote monety! Przynajmniej tyle, to powinno choćby trochę ułatwić sprawę. Ale która, najnędzniejsza nawet dziwka, chciałaby zlec z chorym na czarną śmierć? Choćby i płacił szczerym złotem? Nieważne, poradzi sobie. Musi sobie poradzić. Najtrudniejszy będzie pierwszy krok, potem pójdzie już łatwiej.
     Wędrówkę zaczął od strumienia. Czysta, świeża woda, w sam raz do obmycia twarzy i popicia skromnego śniadania. Gdy pochylał się nad nurtem, coś zwróciło jego uwagę. Odnalazł spokojne zakole rzeczułki i spojrzał dokładniej. Na środku czoła, tuż ponad nasadą nosa, czernił się kolejny znak moru.
     Wstając z kolan pogroził pięścią przebywającej wszędzie i nigdzie Sylwanie. Nie wątpił, że obserwuje poczynania swego wybrańca.
     - Ty ladacznico, dobrze się bawisz? Pojąłem wreszcie prawdziwy powód, dla którego to mnie wybrałaś! Jesteś kobietą, nazywasz siebie Matką, może i bywasz Dziewicą, ale masz też wiele z Dziwki!
     Na koniec przyłożył jednak zaciśniętą dłoń do czoła. Nie obiecywała, że pójdzie łatwo. Nabrał wody do dzbana i ruszył ratować świat.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 3353 słów i 19051 znaków.

4 komentarze

 
  • AnonimS

    Ciekawy pomysł. Pozdro

  • nefer

    @AnonimS Dzięki za wizytę. Zdrowia życzę, może nabycia odporności w sposób przyjemniejszy, niż ukłucie strzykawką.  ;)

  • Revenge

    Neferze, nie próbowałeś wydać gdzieś swoich opowiadań? Twoje dzieła są pięknem kunsztu pisarstwa. Jako twój wierny fan od Pani dwóch krajów kupiłbym książkę z tworem twojej wyobraźni naznaczoną autografem wspaniałego pióra. Serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia, kroczenia po równinie wyobraźni obarczonej wyżynami wszelakich historii bohaterów.

  • nefer

    @Revenge Bawię się niekiedy myślą wydania na własny koszt części moich opowiastek, niektóre z nich musiałbym jednak najpierw dokończyć, a i ogólnie trzeba poczekać na lepsze czasy. Jeżeli do czegoś takiego kiedykolwiek dojdzie, dam znać zainteresowanym Czytelnikom na Lol. Dzięki za miły komentarz, nie pozbawiony elementów prawdziwie poetyckiej wyobraźni.
    Pozdrawiam

  • Krytyk

    Drogi Neferze, najsłabiej zapowiadająca się seria. Osobiście jestem  ciekaw jak tam losy Pani Obydu Krajów

  • nefer

    @Krytyk Jako usprawiedliwienie podam, że tekst ten stanowi zamkniętą całość i nie  jest wstępem do większej opowieści. Co do "Pani Dwóch Krajów" to powieść ta została już definitywnie zakończona. Bohaterowie muszą radzić sobie sami, ewentualnie posiłkując się wyobraźnią Czytelników.  ;) Dzięki za wpis i pozdrawiam.

  • AlexAthame

    Ciekawie napisane. :)

  • nefer

    @AlexAthame Dzięki za wizytę. I zdrowia życzę.