Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

ucieczka

Schronienie w starej chacie
Marcin miał dopiero osiemnaście lat, kiedy uciekł z domu. Po kolejnej awanturze z ojcem spakował plecak i zniknął w deszczowej nocy. Godzinami błąkał się po lesie, aż w końcu znalazł starą chatę na polanie. Rozpalił w piecu, zdjął przemoczone ubrania, rozwiesił je do suszenia i owinął się w znaleziony koc. Zmęczenie wzięło górę – zasnął natychmiast.
Rano obudziły go kroki. Do chaty weszła dziewczyna w jego wieku – wysoka, ciemne włosy w kucyku, przeciwdeszczowa kurtka, kalosze. W ręku pusty koszyk.
Zatrzymała się i spojrzała na niego spokojnie.
– Co tu robisz? – zapytała.
Marcin zerwał się, ściskając koc.
– Uciekłem z domu… deszcz… przepraszam, myślałem, że nikt tu nie bywa.
– To chata mojej babci – powiedziała. – Przychodzę tu czasem. Nazywam się Ola.
Spojrzała na jego mokre ubrania wiszące przy piecu, potem podeszła i bez słowa zaczęła je ściągać ze sznurka – wszystko: koszulkę, spodnie, bokserki, skarpetki.
– Hej, co robisz?! – zaprotestował.
– Zabieram je – odparła spokojnie. – Wyschną u mnie w domu. Tu i tak ledwo przyschną.
Zwinęła je w rulon, wyszła na deszcz.
Marcin podbiegł do drzwi.
– Ola, proszę… oddaj mi rzeczy! Nie mogę tak zostać!
Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
– Zostaniesz. Deszcz leje, a ty i tak nigdzie nie pójdziesz. Siedź grzecznie owinięty w koc. Wrócę jutro.
– A jedzenie? – zapytał błagalnie. – Mam tylko resztkę kanapek z plecaka…
Ola wzruszyła ramionami.
– Nic ci nie dam dzisiaj. Mam bardzo niewiele. Do jutra rzuciła na pożegnanie.
Zamknęła drzwi chaty od zewnątrz i odeszła. Marcin został sam – z kocem, pustym żołądkiem i świadomością, że klucz ma ona.
Cały dzień przesiedział przy dogasającym piecu. Głód dokuczał coraz bardziej.  Wieczorem zasnął z pustym brzuchem, zmarznięty i upokorzony.
Następnego dnia, koło południa, drzwi otworzyły się znowu. Ola weszła z plecakiem. Tym razem pachniało świeżym chlebem, wędliną, pod pachą trzymała termos z herbatą. Postawiła wszystko na stole.
Marcin zerwał się z pryczy, ściskając koc. Oczy mu błyszczały z głodu.
– Ola… proszę…
Dziewczyna usiadła na krześle, założyła nogę na nogę i spojrzała na niego spokojnie.
– Chcesz jeść?
Kiwnął głową gorliwie.
– To pokaż się – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Całkowicie. Bez koca. Stań tu, przede mną. I nie zasłaniaj się rękami.
Marcin zawahał się tylko chwilę. Głód był silniejszy niż wstyd. Powoli rozchylił koc i pozwolił mu spaść na podłogę. Stał nagi, drżąc lekko – częściowo z zimna, częściowo z emocji, próbując zasłonić swoją nagość rękami.
- nie tak się omawialiśmy, opuść ręce!
Ola przyglądała mu się bez pośpiechu, od stóp do głowy. Jej wzrok zatrzymał się dłużej tam, gdzie jego ciało zdradzało, że sytuacja go podnieca mimo wstydu. Delikatne młodzieńcze owłosienie pokrywało delikatnie jego intymne części jego ciała.
– No proszę – powiedziała z lekkim uśmiechem. – Warto było czekać. Siadaj.
Wskazała miejsce naprzeciwko siebie. Marcin usiadł nagi na pryczy. Ola, rozłożyła jedzenie – chleb, ser, wędlinę, gorącą herbatę. Podawała mu kawałek po kawałku, jakby karmiła zwierzę.
– Jedz powoli – mówiła. – I nie zasłaniaj się. Chcę patrzeć.
Jadł, czując na sobie jej spojrzenie. Wstyd palił policzki, ale głód ustępował, a wraz z nim rosło coś innego – dziwna ulga, że wreszcie może jeść, nawet za taką cenę.
Kiedy talerz był pusty, Ola zebrała resztki.
– Jutro też przyniosę – powiedziała, wstając. – Ale warunek ten sam. I może coś więcej… jeśli będziesz grzeczny. przed wyjściem rzuciła mu jeszcze jego wyprany t shirt.
Zamknęła za sobą drzwi. Klucz został u niej.


Marcin przesiedział kolejną noc w ciasnej chacie, ubrany tylko w ten cienki, biały t shirt, który ledwo sięgał mu poniżej pępka. Nie zasłaniał prawie niczego – zwłaszcza, gdy siedział lub chodził. Czuł się w nim dziwnie wystawiony, ale jednocześnie… przyzwyczajony. Czekał na Olę jak na zbawienie – z głodem w brzuchu i z rosnącym napięciem.
Koło południa drzwi otworzyły się z hukiem. Ola weszła pierwsza, jak zawsze – w kurtce przeciwdeszczowej, z plecakiem pełnym jedzenia. Ale za nią wszedł ktoś jeszcze.
Starsza siostra Oli – Kasia. Miała około dwudziestu ośmiu lat, była pulchna, z okrągłą twarzą, rumianymi policzkami i dużymi piersiami napiętymi pod swetrem. Włosy blond, związane w luźny kok, uśmiech szeroki i śmiały. Od razu spojrzała na Marcina stojącego pośrodku chaty w samym t shircie i parsknęła cichym śmiechem.
– No proszę, siostrzyczko – powiedziała do Oli, nie odrywając od niego wzroku. – Mówiłaś, że masz tu swojego „pupilka”, ale nie spodziewałam się, że aż tak posłusznego.
Marcin zaczerwienił się momentalnie i próbował odruchowo pociągnąć t shirt niżej, ale to tylko podkreśliło, jak mało zasłania.
Ola uśmiechnęła się lekko i postawiła plecak na stole.
– To Marcin. Uciekł z domu, a ja… pomagam mu przetrwać. Na moich warunkach.
Kasia podeszła bliżej, okrążając go powoli. Była ubrana w obcisłe jeansy i ciepły sweter.
– Ładny – mruknęła, zatrzymując się za jego plecami. – I grzeczny, jak widzę. Tylko t shirt? Zero majtek? Zapytała klepiąc go jednocześnie w pośladek.
– Zero – potwierdziła Ola spokojnie, rozkładając jedzenie: gorącą zupę, świeży chleb, wędlinę, ciasto domowe. Zapach był obłędny.
Marcin stał jak wryty. Dwie pary oczu na nim – jedna znajoma, spokojna i władcza, druga nowa, głodna i rozbawiona.
– Chcesz jeść? – zapytała Ola, jak zawsze.
Kiwnął głową.
– To dziś warunki są trochę inne – powiedziała, spoglądając na siostrę. – Kasia chce więcej niż tylko patrzeć i dotykać. Chce się odprężyć.
Kasia podeszła do niego, położyła mu dłoń na klatce piersiowej pod t shirtem i przesunęła powoli w dół obejmując dłonią nabrzmiałego już członka  
– Dokładnie – potwierdziła niskim głosem. – Ola mi wszystko opowiedziała. I stwierdziłam, że chcę się przekonać osobiście. Jeśli chcesz zupy, chleba, ciasta… dasz mi to, czego chcę. Tutaj. Teraz. Na pryczy.
Marcin spojrzał błagalnie na Olę.
– Ola…
– To moja siostra – przerwała mu spokojnie. – I moja chata. Ja decyduję. A dziś pozwalam jej. Będziesz grzeczny…?
Kasia nie czekała dłużej. Pociągnęła go za tiszirt w stronę pryczy, usiadła na brzegu i rozpięła sobie jeansy.
– Zdejmij to – poleciła, wskazując na jego tiszirt. – Chcę cię całego.
Marcin zawahał się tylko sekundę. Głód, wstyd, podniecenie – wszystko się zmieszało. Zdjął t shirt przez głowę i stał przed nimi całkiem nagi.
Kasia przyciągnęła go do siebie, a Ola… usiadła na krześle obok, z kubkiem herbaty w ręku. Patrzyła.
To, co działo się potem, trwało długo. Kasia brała, co chciała – powoli, głośno, bez skrępowania. Marcin oddawał się całkowicie – najpierw na pryczy, potem na podłodze, na kolanach. Ola tylko obserwowała, czasem wydając ciche polecenia: „Wolniej”, „Głębiej”, „Patrz na mnie”.
Gdy Kasia w końcu skończyła, dysząc ciężko i zadowolona, pogłaskała go po głowie.
– Dobry chłopiec – powiedziała. – Warto było przyjechać.
Potem dopiero pozwolili mu jeść – nago, siedząc między nimi na pryczy. Karmiły go na zmianę: Ola zupą, Kasia ciastem. Dotykając go cały czas.
Gdy wychodziły, Kasia rzuciła jeszcze przez ramię:
– Wrócę niedługo. Sama albo z Olą. Bądź gotowy.
Drzwi zamknęły się. Klucz został u niej.
Marcin usiadł na pryczy, nagi, z resztką ciasta na talerzu.

Schronienie w starej chacie – kolejny dzień
Następnego ranka Marcin obudził się z uczuciem, że coś jest nie tak. Cisza w chacie była inna – cięższa. Usłyszał kroki wcześniej niż zwykle. Ciężkie, powolne, dwa komplety.
Drzwi otworzyły się szeroko.
Weszła najpierw Kasia – w obcisłych legginsach i luźnym swetrze, z tym samym pewnym siebie uśmiechem co wczoraj. Za nią wkroczyła jej matka – pani Grażyna. Kobieta koło pięćdziesiątki, znacznie większa od córki: wysoka, masywna, szerokie biodra, potężne uda, biust, który zdawał się wypełniać całą przestrzeń. Twarz surowa, ale oczy błyszczały tym samym głodem co u Kasi.
Marcin zerwał się z pryczy. Miał na sobie tylko ten krótki t shirt – reszta ciała całkowicie odsłonięta. Instynktownie złapał stary koc i próbował się nim osłonić, owijając wokół bioder jak tarczą.
– Nie, nie, nie… – wyszeptał, cofając się pod ścianę. – Proszę, gdzie moje ubrnie?
Kasia zaśmiała się krótko.
– O matko, patrz, jak się broni. Słodki.
Grażyna zamknęła drzwi na klucz.Powoli zdjęła płaszcz, odsłaniając czarną, dopasowaną sukienkę, która ledwo mieściła jej kształty.
– Mały, nie będziesz się chował ? – powiedziała niskim, głębokim głosem. – Wczoraj moja córka była zadowolona. Dziś ja chcę zobaczyć, z czego jesteś zrobiony.
Marcin próbował się cofnąć jeszcze bardziej, ale chata była mała. Kasia podeszła pierwsza, wyrwała mu koc jednym szarpnięciem i rzuciła w kąt.
– Już wystarczy tego dobrego – warknęła.
Grażyna złapała go za nadgarstki – jej dłonie były ogromne, palce grube. Bez wysiłku przyciągnęła go do siebie, a potem pchnęła na pryczę. Marcin upadł na plecy.
– Nie! Proszę… – zaczął, ale głos mu się załamał.
Kasia już ściągała legginsy i majtki. Grażyna podwinęła sukienkę do pasa, odsłaniając czarne, koronkowe stringi, które wyglądały przy jej masie ciała niemal komicznie delikatnie. Zdjęła je powoli, rzuciła na stół.
– Siadaj na na buźkę – poleciła córce. – Ja zajmę się czymś innym.
Kasia bez wahania wspięła się na pryczę, usiadła okrakiem na twarzy Marcina. Jej uda ścisnęły mu głowę jak imadło. Zapach, ciepło, wilgoć – wszystko naraz. Nie miała litości. Zaczęła się poruszać, ocierając się o jego usta i nos.
– Liż – warknęła. – Mocno. Jak wczoraj, tylko lepiej.
Marcin próbował oddychać, ale każdy wdech był walką. Jednocześnie Grażyna usiadła na nim  – ciężko, zdecydowanie. Jej masa przygniotła go do materaca. Poczuł, jak wchodzi w nią jednym ruchem – głęboko, bez przygotowania. Jęknęła głośno z zadowolenia.
Zaczęła jeździć. Powoli na początku, potem coraz szybciej. Każde uniesienie bioder odbierało mu kolejne centymetry oddechu. Kasia na jego twarzy nie zwalniała – wręcz przeciwnie, dociskała go mocniej.
Nie miał jak uciec. Nie miał jak nabrać powietrza. Świat zawęził się do ciemności ud Kasi, do ciężaru Grażyny, do palącego braku tlenu. Płuca paliły, głowa wirowała.
– Oddychaj nosem, jak potrafisz – rzuciła Grażyna przez zaciśnięte zęby, nie zwalniając tempa. – Przyzwyczajaj się, bo będziesz to robił często.
Kasia doszła pierwsza – zacisnęła uda jeszcze mocniej, prawie dusząc go na amen, drżąc cała. Kiedy w końcu odsunęła się trochę, Marcin złapał  desperacki wdech – całą twarz miał w sokach Kasi. Chwilę poźniej Grażyna przyspieszyła, dochodząc z niskim, gardłowym pomrukiem.
Gdy obie w końcu zeszły z niego, leżał jak szmata – czerwony, zlany potem, z piersią unoszącą się gwałtownie. Ledwo łapał powietrze.
Grażyna poprawiła sukienkę, spojrzała na córkę i uśmiechnęła się.
– No i jak? Warto było przyprowadzić mamę?
Kasia kiwnęła głową, wciąż dysząc.
– Bardzo.
Mama pochyliła się nad Marcinem, pogładziła go po mokrym policzku.
– Jutro znowu przyjdziemy. Może weźmiemy jeszcze ciocię… albo nie. Zobaczymy, ile wytrzymasz.
Wyszły obie, zostawiając go nagiego, wyczerpanego, z t shirtem zwiniętym w kącie.
Drzwi zamknęły się na klucz.
Marcin nie ruszył się przez długą chwilę.
Tylko oddychał. Powoli. Jakby to był największy luksus na świecie.
Po wyjściu Kasi i Grażyny Marcin leżał na pryczy wyczerpany, nagi, zlany potem. Całe ciało bolało, skóra paliła od tarcia i uścisków. Zapach seksu wciąż unosił się w powietrzu, ciężki i duszący. Oddychał płytko, z trudem. T Shirt leżał zwinięty w kącie – nawet nie miał siły po niego sięgnąć.
Drzwi chaty zostały zamknięte na klucz, który zabrała ze sobą Grażyna.
Nie wiedział, czy wrócą jutro same, czy wezmą kogoś jeszcze. Nie wiedział, ile jeszcze wytrzyma.
Wiedział tylko jedno:
że już nie jest tym samym chłopakiem, który uciekł z domu.

Schronienie w starej chacie – ostatni dzień w chacie
Marcin leżał na pryczy zwinięty w kłębek, cały lepki i śmierdzący. Skóra lśniła od potu, śliny, śluzu i zaschniętej spermy. T Shirt, który kiedyś był biały, teraz przylegał do ciała jak druga, mokra, brudna skóra – przesiąknięty wszędzie, z żółtawymi i białymi smugami na brzuchu, klatce i nawet na ramionach. Pachniał seksem tak intensywnie, że sam czuł mdłości za każdym oddechem.
Drzwi otworzyły się po południu. Weszły wszystkie trzy: Ola, Kasia i Grażyna.
Grażyna zmarszczyła nos już w progu.
– Jezu… to już nie do wytrzymania. Cały śmierdzisz jak najtańszy burdel po weekendzie.
Kasia podeszła bliżej, przyglądając się z mieszaniną obrzydzenia i rozbawienia.
– Patrzcie, nawet koszulka jest cała w śluzie… i w spermie. Cała przylepiona. Biedactwo.
Ola przykucnęła przy pryczy, spojrzała mu w oczy łagodniej niż zwykle.
– Marcin… słuchaj. Nie musisz tu już tak siedzieć. Zimno, brudno, śmierdzisz, boli cię wszystko. Chodź z nami do domu. Tam jest ciepła woda, duża wanna, prawdziwe mydło, szampon, ręczniki… umyjemy cię porządnie. Będzie ci dobrze. Obiecujemy.
Głos miała miękki, niemal troskliwy.
Marcin patrzył na nią długo. Był tak zmęczony, tak obolały, tak zbrukany, że ciepło i czystość brzmiały jak najpiękniejsza bajka na świecie. Kiwnął głową, prawie niedostrzegalnie.
– Dobrze… pójdę.
Kasia owinęła go starym kocem, żeby mógł przejść przez las. Grażyna podtrzymywała go pod ramię – jej uścisk był mocny, ale tym razem nie brutalny. Szli powoli wąską ścieżką do dużego, starego domu na skraju wsi.
Na dole, w piwnicy, czekała duża, stara, żeliwna wanna napełniona już gorącą wodą. Para unosiła się leniwie pod sufitem. Pachniało mydłem o zapachu lawendy.
Gdy tylko drzwi piwnicy zamknęły się za nimi z ciężkim trzaskiem, atmosfera się zmieniła.
Grażyna zdjęła koc jednym ruchem.
Ola pociągnęła za brzeg t shirta.
– Zdejmujemy to świństwo – powiedziała cicho.
Marcin nie protestował. Pozwolił im ściągnąć z siebie całą tę mokrą, lepką szmatę. Stał nagi, drżący, pokryty zaschniętymi smugami i smugami świeższego śluzu.
Wszystkie trzy weszły do wanny razem z nim – w bieliźnie, bo nie chciały się rozbierać całkowicie. Woda była gorąca, aż parzyła. Usiadły wokół niego, otaczając go ciasno.
Zaczęły myć.
Trzy pary rąk. Trzy gąbki. Trzy kostki pachnącego mydła.
Szczególną uwagę poświęciły miejscom, które najbardziej ucierpiały.
Grażyna wzięła jego penisa w dłoń – delikatnie, ale zdecydowanie – i zaczęła szorować mydłem, wcierać pianę w żołądź, w rowek pod żołędzią, w skórę worka. Powoli, metodycznie, jakby chciała zmyć z niego każdy ślad ostatniego dnia.
Kasia zajęła się sutkami – namydlała je palcami, kręciła lekko, szczypała, potem masowała kciukiem i palcem wskazującym, aż stwardniały i poczerwieniały.
Ola myła go od tyłu – wsunęła namydloną dłoń między pośladki, szorowała odbyt, wcierała pianę głęboko palcem, potem drugim, powoli, ale bezlitośnie dokładnie.
Marcin siedział między nimi z zamkniętymi oczami, oddychając płytko. Gorąca woda, zapach lawendy, dotyk rąk – wszystko mieszało się w jedno. Czuł ulgę.
Gdy skończyły, woda była już szara i mętna od brudu, który z niego zszedł.
Grażyna wyciągnęła korek. Woda spłynęła z bulgotem.
Wstały, owinęły go wielkim, miękkim ręcznikiem i wytarły – znowu bardzo dokładnie, wszędzie.
Ola pogładziła go po mokrych włosach.
– Teraz jesteś czysty – powiedziała cicho. – I pachniesz jak należy.
Ale gdy chciał iść w stronę schodów prowadzących na górę, Grażyna złapała go za nadgarstek.
– Nie tak szybko, kochanie – mruknęła. – Tu jeszcze zostaniesz. Na razie.
W kącie piwnicy stał stary, metalowy stół. Na stole leżała skórzana obroża z kółkiem i łańcuchem.
Marcin zrozumiał.


Piwnica w domu na skraju wsi
Pokój był zaskakująco przytulny.
Ciepło rozchodziło się od starego kaflowego pieca w rogu. Na podłodze leżał gruby, ciemnozielony dywan. Ściany pomalowane na jasny beż, kilka obrazków z pejzażami lasu. Duże, wygodne łóżko z grubym materacem i kilkoma poduszkami. Nad wezgłowiem, wysoko pod sufitem, małe, kwadratowe okienko z matową szybą – wpadało przez nie dużo światła, ale nie dało się przez nie niczego zobaczyć na zewnątrz.
Po lewej stronie stał solidny metalowy stół – nie zwykły mebel, tylko coś z przyspawanymi do blatu stalowymi uchwytami i pierścieniami. Obok krzesło z wysokim oparciem, też metalowe, z pasami na wysokości nadgarstków i kostek. Niewielkie biurko z lampką i jednym krzesłem – wyglądało prawie zwyczajnie, gdyby nie kajdanki przypięte do nogi stołu.
Marcin siedział na brzegu łóżka, owinięty tylko dużym, miękkim ręcznikiem, który dostał po kąpieli. Włosy wciąż wilgotne, skóra pachniała lawendą. Obroża na szyi była lekka, ale wyczuwalna – czarna skóra, metalowe kółko z przodu.
Drzwi otworzyły się cicho.
Weszła Ola.
W dłoniach niosła drewnianą tacę: talerz z gorącymi ziemniakami, kotlet schabowy, surówka z kapusty, kubek herbaty z miodem i plaster cytryny. Postawiła wszystko na biurku i usiadła na krześle naprzeciwko niego.
Przez chwilę patrzyła w milczeniu.
– Jedz – powiedziała w końcu. – Musisz mieć siły.
Marcin posłusznie wziął widelec. Jadł powoli, czując, jak ciepło jedzenia rozchodzi się po ciele. Ola czekała, aż skończy połowę porcji.
– Posłuchaj mnie uważnie – zaczęła spokojnie. – Nie jesteś tu więźniem w klasycznym sensie. Nikt cię nie zamknie w klatce i nie będzie głodził. Ale… nie możesz też po prostu wyjść. Przynajmniej nie teraz.
Zrobiła krótką pauzę.
– We wsi zostało bardzo mało mężczyzn w wieku produkcyjnym. Prawie wszyscy młodzi i w średnim wieku wyjechali za pracą – Niemcy, Holandia, Anglia, Irlandia. Zostali starzy, chorzy i garstka takich jak ty… którzy sami wpadli w nasze ręce.
Uśmiechnęła się lekko, bez złośliwości.
– Kobiety mają potrzeby. Fizyczne, emocjonalne, seksualne. Potrzeby, których nikt przez lata nie zaspokajał. A my nie jesteśmy święte. Nie chcemy czekać kolejnych dziesięciu lat, aż ktoś wróci. Albo aż umrzemy z tęsknoty.
Pochyliła się trochę bliżej.
– Zorganizowałyśmy to sobie same. Jest nas kilkanaście – w różnym wieku, o różnych gustach. Niektóre chcą delikatności, inne ostrości, jeszcze inne po prostu towarzystwa i ciepła w łóżku. Ty będziesz… powiedzmy, dostępny. Na zmianę. Zaczynamy od jutra.
Marcin przełknął ostatni kęs. Gardło mu się ścisnęło.
– A jeśli… nie będę chciał? – zapytał cicho.
Ola spojrzała mu prosto w oczy.
– Możesz mówić „nie”. Zawsze. Ale wtedy przestajemy cię karmić, grzać, myć, dawać dach nad głową. Wrócisz do starej chaty, nagi, w środku zimy, bez jedzenia i bez klucza. Albo możesz zostać tutaj. Czysty, najedzony, bezpieczny… i spełniać to, czego chcemy. W granicach rozsądku. Nie będziemy cię bić do krwi ani robić rzeczy, które naprawdę zagrażają życiu. Ale granice będą szerokie.
Dotknęła obroży na jego szyi – delikatnie, prawie pieszczotliwie.
– To nie kajdany. To znak, że należysz do nas. Do wsi. Do kobiet, które cię utrzymują.
Wstała, zabrała pusty talerz.
– Dzisiaj odpocznij. Śpij dobrze. Łóżko jest wygodne. Jutro rano przyjdę po ciebie pierwsza. I zaczniemy.
Zanim wyszła, odwróciła się jeszcze w progu.
– I jeszcze jedno, Marcin.
Nie musisz się wstydzić. Tutaj nikt nie będzie cię oceniał za to, że ci stanie. Wręcz przeciwnie. To będzie bardzo, bardzo mile widziane.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
Zostawił zapaloną lampkę.
Marcin położył się na łóżku. Ręcznik zsunął mu się z bioder.
Leżał nagi, patrząc w małe okienko pod sufitem.
Za nim było już ciemno.
Koniec tego roz

Piwnica w domu na skraju wsi – pierwszy dzień (wersja poprawiona)
Rano, tuż po siódmej, drzwi otworzyły się cicho.
Ola weszła z tacą śniadania: jajecznica z boczkiem, kromki chleba ze smalcem, pomidor, herbata z miodem i cytryną. Postawiła wszystko na biurku, spojrzała na Marcina leżącego jeszcze w łóżku, nagiego pod cienką kołdrą.
– Dzień dobry – powiedziała miękko. – Jedz, bo będziesz potrzebował sił.
Zjadł szybko, prawie w milczeniu. Ola patrzyła na niego cały czas, siedząc na krawędzi łóżka. Gdy talerz był pusty, odstawiła go na bok i bez słowa zdjęła bluzkę, potem stanik. Piersi miała małe, kształtne, sutki już twarde.
– Chodź tu – szepnęła.
Położyła się na plecach, rozchyliła nogi.
– Na jeźdźca – to moja ulubiona pozycja. Lubię mieć kontrolę.
Marcin wszedł w nią powoli. Ola złapała go za biodra, dyktowała tempo – raz wolno, głęboko, raz szybko i płytko. Dłonie przyciskała mu do swoich piersi, paznokcie wbijały się lekko w skórę. Doszła pierwsza, zaciskając się mocno, z cichym, przeciągłym westchnieniem. Potem pociągnęła go za kark, żeby doszedł w niej. Gdy skończył, przez chwilę jeszcze leżała tak, z nim w środku, głaszcząc go po plecach.
– Dobry początek – mruknęła. – Umyjesz się potem.
Wyszła, zostawiając go zluzowanego, ale wciąż ciepłego.
W południe przyszła Kasia.
Przyniosła tylko kubek wody i uśmiech.
Zamknęła drzwi, zdjęła legginsy i majtki, usiadła na brzegu łóżka.
– Ja lubię, jak facet mi liże – powiedziała prosto. – Długo. Dokładnie. Bez pośpiechu.
Położyła się, rozłożyła szeroko nogi i przyciągnęła jego głowę dłońmi.
Marcin pracował językiem – najpierw delikatnie, potem mocniej, jak kazała. Kasia kierowała nim, przyciskając mocniej, czasem unosząc biodra. Smakowała inaczej niż Ola – intensywniej, bardziej słonawo. Trwało to długo. Gdy w końcu doszła, zacisnęła uda wokół jego uszu, prawie dusząc go na chwilę, drżąc cała. Potem pogłaskała go po mokrych włosach.
– Bardzo dobry język – pochwaliła. – Będziesz miał dzisiaj niezły trening.
Wieczorem, około ósmej, drzwi otworzyły się po raz trzeci.
Grażyna weszła sama. W ręku miała butelkę wody i nic więcej. Zdjęła sukienkę w progu – stała naga, masywna, ciężka, skóra lśniąca w świetle lampki.
– Od tyłu – powiedziała krótko. – Na pieska. Lubię głęboko i mocno.
Marcin klęknął na łóżku. Był już bardzo zmęczony. Ciało bolało, mięśnie drżały z wyczerpania. Grażyna uklękła przed nim, wypięła się mocno. Chwyciła go za biodra i pociągnęła do siebie.
Ale penis nie chciał współpracować.
Był miękki, zmęczony, obolały po całym dniu. Grażyna próbowała ręką – bez skutku. W końcu sapnęła zirytowana.
– No nie… dzisiaj już padł?
Marcin spuścił głowę.
– Przepraszam… jestem wykończony…
Grażyna westchnęła, ale nie była zła – bardziej rozbawiona.
– No trudno. Pierwszy dzień, młody organizm, dajmy mu odpocząć.
Wyszła, zostawiając go samego.


Piwnica w domu na skraju wsi – wieczór po pierwszym dniu
Późnym wieczorem, około jedenastej, drzwi otworzyły się cicho.
Weszły wszystkie trzy: Ola, Kasia i Grażyna. Marcin nie spał – leżał na boku, wyczerpany, zwiotczały penis spoczywał bezwładnie na udzie. Światło lampki rzucało miękkie cienie na jego nagie ciało.
Stanęły przy łóżku, patrząc na niego w półmroku.
Ola szepnęła pierwsza, z lekkim uśmiechem:
– Patrzcie… nasz nabytek padł po jednym dniu.
Kasia zachichotała cicho, wskazując palcem.
– A widzicie? Nawet nie drgnie. Całkowicie zwiotczały.
Grażyna pochyliła się trochę, przyglądając się z bliska.
– Trzy razy w jeden dzień… nawet jak na osiemnastolatka to sporo. Biedactwo, ledwo zipie.
Przez chwilę milczały, wymieniając spojrzenia.
W końcu Grażyna westchnęła i powiedziała poważniej:
– Musimy porozmawiać z Barbarą. Ona ma sprawdzone metody. Pamiętacie, jak u niej w zeszłym roku ten młody z Niemiec wytrzymywał po pięć, sześć razy dziennie przez tydzień? Trzeba go trochę podkręcić, bo tak szybko się wypali i nic z tego nie będzie.
Ola kiwnęła głową.
– Masz rację. Barbara wie, co robi. Zioła, masaże, kilka sztuczek z oddechem… ona potrafi wyciągnąć z faceta ostatnie soki.
Kasia uśmiechnęła się szerzej.
– To jutro przeprowadzimy test. Zobaczymy, ile naprawdę w nim siedzi. Jak Barbara da zielone światło, to możemy go wprowadzić na wyższy poziom.
Grażyna spojrzała na pozostałe dwie.
– Zaproście jutro wieczorem 6 albo 7 pań na babski wieczór tutaj, do piwnicy. Niech przyjdą te, które najbardziej czekają. Zrobimy małą prezentację. Pokazujemy nowy nabytek w akcji, Barbara przeprowadzi swój „test wytrzymałościowy”, a potem… no cóż, panie będą mogły same ocenić, czy warto inwestować czas.
Ola pogładziła Marcina po włosach – delikatnie, prawie czule.
– Śpij dobrze dzisiaj, mały. Jutro będzie cię potrzebować cała wieś.
Kasia zachichotała cicho.
– I nie martw się. Barbara naprawdę wie, jak sprawić, żeby nawet taki zwiotczały kutas znowu stanął na baczność.
Grażyna kiwnęła głową na pożegnanie.
– Do jutra. Przygotuj się psychicznie.
Wyszły po cichu, zamykając drzwi na klucz.
Marcin został sam w ciepłym świetle lampki.
Słyszał jeszcze ich stłumione głosy i śmiechy na schodach – podekscytowane, pełne planów.
Wiedział, że jutro nie będzie już lżej.
Wręcz przeciwnie.

Koniec tego dnia.
Piwnica w domu na skraju wsi – test wytrzymałościowy
Po południu drzwi do piwnicy otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Do środka weszła Barbara – kobieta około czterdziestu pięciu lat, tylko nieznacznie mniej masywna od Grażyny. Szerokie ramiona, potężne biodra, ale wszystko utrzymane w granicach, które jeszcze pozwalały jej nosić biały, lekarski fartuch zapięty na ostatni guzik. W ręku trzymała starą, skórzaną torbę lekarską, taką, jakich już prawie nikt nie widuje.
Grażyna szła tuż za nią, z lekkim, triumfalnym uśmieszkiem.
Barbara zatrzymała się przy łóżku, zmierzyła Marcina wzrokiem od stóp do głów. Leżał nagi, wciąż trochę zesztywniały po wczorajszej nocy, z obrożą na szyi i lekkim rumieńcem wstydu.
– Kiedy ma być sprawny i na jak długo? – zapytała rzeczowo, jakby zamawiała części do samochodu.
Grażyna wzruszyła ramionami.
– Ile się da. Chcemy zrobić porządny test wytrzymałościowy. Wieczorem babski wieczór, sześć-siedem pań. Niech zobaczą, co mamy.
Barbara uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając równe, białe zęby.
– Okej. Od siedemnastej do dwudziestej trzeciej powinien być na chodzie. Jak dobrze pójdzie, to i dłużej pociągnie. Ale to już zależy od niego… i od tego, ile wytrzyma.
Otworzyła torbę. Wyciągnęła dużą, szklaną strzykawkę – taką o pojemności co najmniej 50 ml, z grubą igłą. W drugiej ręce trzymała małą fiolkę z przezroczystym, lekko żółtawym płynem.
Przeszły przez przeszklone drzwi do pokoju Marcina.
– Usiądź na stole – rozkazała Grażyna twardym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Marcin zawahał się, ale spojrzenie Grażyny wystarczyło. Posłusznie wstał, usiadł na zimnym metalowym blacie. Grażyna natychmiast chwyciła jego nadgarstki i sprawnie, jakby robiła to setki razy, przypięła je do stalowych uchwytów po bokach stołu. Metal szczęknął cicho. Potem to samo z kostkami – szeroko rozstawione, unieruchomione.
Barbara z pietyzmem, powoli, napełniła strzykawkę. Płyn wciągała centymetr po centymetrze, sprawdzając, czy nie ma pęcherzyków powietrza. Robiła to z taką precyzją, jakby to był najzwyklejszy zabieg medyczny.
Marcin poczuł, jak serce wali mu w piersi.
– Co… co to jest? – wyszeptał, próbując się szarpnąć i schować penisa między udami. Metalowe obręcze nawet nie drgnęły a lekarka miała nieograniczony dostęp do członka
– Spokojnie – mruknęła Barbara, nie podnosząc wzroku. – To mieszanka. Trochę sildenafilu w wyższej dawce, trochę alprostadilu, odrobina papaweryny i kilka moich autorskich dodatków. Nie zabije cię. Tylko… obudzi to, co śpi.
Marcin szarpnął się mocniej, łańcuchy zadzwoniły.
– Nie! Proszę… nie chcę!
Grażyna położyła mu ciężką dłoń na piersi, przygniatając do stołu.
– Leż spokojnie, chłopcze. To dla twojego dobra. I dla naszego wieczoru.
Barbara podeszła bliżej. Jedną ręką delikatnie, ale stanowczo chwyciła jego zwiotczałego penisa u nasady, drugą uniosła strzykawkę.
Igła błysnęła w świetle lampy.
Marcin zacisnął powieki, szarpnął się ostatni raz – bezskutecznie.
Barbara wbiła igłę powoli, centymetr po centymetrze, prosto w ciało jamiste, tuż przy nasadzie. Zimny metal, potem pieczenie, potem gorąco rozlewające się wzdłuż całego członka.
Wstrzyknęła cały płyn – powoli, równomiernie, obserwując reakcję.
Gdy skończyła, wyciągnęła igłę, przycisnęła miejsce gazikiem nasączonym alkoholem.
– Gotowe – powiedziała cicho. – Teraz czekamy dziesięć–piętnaście minut. Potem będzie twardy jak stal i zostanie taki… długo.
Grażyna odpięła kajdanki.
Marcin opadł na stół, dysząc ciężko. Już czuł pierwsze mrowienie, pierwsze gorąco, pierwsze niekontrolowane pulsowanie.
Barbara schowała strzykawkę do torby, poprawiła fartuch.
– Jak będzie gotowy, daj znać. Przyjdę sprawdzić, czy wszystko działa jak należy.
Wyszły obie, zostawiając go samego na stole – nagiego, przypiętego za kostki, z penisem, który powoli, ale nieubłaganie zaczynał się wypełniać krwią.
Za oknem wciąż było jasno.

Koniec tego fragmentu.
Piwnica w domu na skraju wsi – babski wieczór
Około szesnastej Marcin poczuł to nagle, jak fala gorąca rozlewająca się od podbrzusza w dół.
Członek zaczął nabrzmiewać – powoli na początku, potem coraz szybciej, coraz mocniej. Skóra napięła się do granic, żyły wystąpiły grubo, żołądź sama zsunęła napletek i wynurzyła się, purpurowa, lśniąca, jakby polakierowana. Był większy niż kiedykolwiek – długi, gruby, niemal gorący w dotyku, pulsujący w rytm serca. Nawet bez dotykania stał dumnie, lekko drżąc, gotowy na wszystko.
Marcin leżał na łóżku, oddychając ciężko, patrząc na własne ciało z mieszaniną przerażenia i dziwnego, niekontrolowanego podniecenia. Nie mógł tego opanować. Nie mógł nawet zwiotczeć.
O siedemnastej drzwi otworzyły się szeroko.
Weszło osiem nieznajomych mu kobiet w różnym wieku – od późnych dwudziestek do blisko sześćdziesiątki. Za nimi Ola, Kasia, Grażyna i Barbara. Razem dwanaście. Wszystkie ubrane swobodnie, niektóre w luźnych swetrach i legginsach, inne w sukienkach, kilka z kieliszkami wina w dłoniach. W powietrzu unosił się zapach alkoholu, perfum i podniecenia.
Rozmawiały głośno, gestykulując, śmiejąc się, wskazując palcami na Marcina.
– Patrzcie, jaki wielki!
– Mówiłam wam, że Barbara potrafi!
– Wygląda na gotowego, patrzcie, jaki czerwony!
– No chodźcie, nie będziemy czekać!
Były już lekko wstawione – policzki rumiane, oczy błyszczące, mowa trochę zbyt donośna.
Zaczęło się natychmiast.
Najpierw dwie młodsze, koło trzydziestki, wskoczyły na łóżko. Jedna usiadła mu na twarzy, druga na członku – na jeźdźca, szybko i mocno. Trzecia złapała jego dłoń i przycisnęła do swojej cipki, każąc mu masować. Czwarta klęknęła z boku i masowała wewnętrzną stronę jego ud.  
Przekazywały go sobie jak zabawkę.
Jedna chciała od tyłu, na pieska – wypięła się na krawędzi łóżka, a dwie inne przytrzymywały Marcina za biodra, wpychając go głęboko. Inna położyła się na plecach, rozłożyła szeroko i kazała lizać, jednocześnie sama masując sobie piersi. Kolejna usiadła mu na klatce piersiowej, ocierając się o jego sutki, podczas gdy następna jeździła na nim od przodu.
Nie było kolejki. Było chaos.
Kobiety zmieniały się co kilka minut, czasem dwie-trzy naraz. Jedna brała go w usta, druga siadała na twarzy, trzecia używała jego dłoni śmiejąc się, gdy jęknął z bólu i podniecenia jednocześnie.
Jego członek był cały czas twardy – nienaturalnie twardy, boleśnie napięty, czerwony od ciągłego tarcia. Żołądź pulsowała, śliska od soków różnych kobiet. Obolały, piekący, ale nie opadał ani na milimetr. Barbara co jakiś czas podchodziła, sprawdzała pulsowanie, dotykała nasady, kiwała głową z zadowoleniem.
– Działa idealnie – mruknęła raz do Grażyny. – Jeszcze ze dwie godziny pociągnie spokojnie.
Trwało to ponad cztery godziny.
Marcin stracił rachubę . Doszedł kilka razy, ale za każdym razem był natychmiast znowu używany. Kobiety nie zwracały uwagi na jego jęki bólu, na to, że drży, że skóra na penisie jest już podrażniona do czerwoności. Przekazywały go dalej – z rąk do rąk, z ust do cipki, z cipki do ust, z dłoni do języka.
W końcu, około dwudziestej pierwszej trzydzieści, zaczęły powoli słabnąć.
Ostatnie dwie – starsza, koło pięćdziesiątki i młoda, dwudziestoparoletnia – skończyły razem: jedna na jego twarzy, druga na członku, obie dochodząc prawie jednocześnie, głośno, bez wstydu.
Potem cisza.
Kobiety, zdyszane, rozczochrane, z rumieńcami na twarzach, zaczęły się ubierać, śmiać, komentować.
– Warto było czekać pół roku…
– Barbara, jesteś geniuszką.
– Jutro znowu?
– Dajcie mu odpocząć chociaż dzień, bo go spalicie!
Barbara podeszła ostatnia.
Delikatnie dotknęła obolałego, wciąż twardego członka Marcina, pokręciła głową z uznaniem.
– Dobrze się spisałeś – powiedziała cicho. – Jutro obniżymy dawkę. Ale dzisiaj… byłaś gwiazdą wieczoru.
Wyszły wszystkie, gasząc główne światło. Zostawiły tylko małą lampkę nocną.
Marcin leżał na mokrym prześcieradle, dysząc.
Członek wciąż stał – wielki, czerwony, pulsujący, obolały do granic wytrzymałości.
Nie mógł nawet dotknąć się ręką.
Ręce mu drżały.
Za oknem pod sufitem zrobiło się już zupełnie ciemno.
Koniec tej nocy.
Piwnica w domu na skraju wsi – dzień po babskim wieczorze (kontynuacja)
Rano Marcin ledwo mógł się ruszyć.
Całe ciało bolało – mięśnie nóg, plecy, ramiona, a zwłaszcza okolice krocza. Penis wciąż był lekko obrzęknięty, skóra czerwona i wrażliwa jak oparzona. Leżał na plecach, z kołdrą zsuniętą do pasa, próbując złapać oddech bez bólu.
Drzwi otworzyły się około dziesiątej.
– Masz gościa – powiedziała Ola spokojnie, wchodząc pierwsza.
Za nią weszła ona.
Monika.
Bardzo atrakcyjna trzydziestolatka – wysoka, smukła, ale z wyraźnymi krągłościami w odpowiednich miejscach. Długie, kasztanowe włosy spięte w luźny kok, delikatny makijaż, czarne, przylegające legginsy i biała, oversize’owa koszula z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami. Marcin natychmiast ją rozpoznał.
Była ostatnią, która wyszła wczoraj wieczorem – ta, która skończyła na nim razem z inną, siedząc na jego twarzy i jeżdżąc na członku jednocześnie, dochodząc głośno i długo, z paznokciami wbitymi w jego uda.
Uśmiechnęła się szeroko, widząc, że ją pamięta.
– Cześć, gwiazdko wieczoru – powiedziała niskim, lekko zachrypniętym głosem. – Bardzo mi się wczoraj podobało. Bardzo.
Podeszła bliżej łóżka. W ręku trzymała małą, czarną, elegancką torebkę.
Ola stanęła z boku, oparta o ścianę, obserwując z lekkim uśmiechem.
Monika usiadła na brzegu łóżka, położyła torebkę obok siebie.
– Mam dla ciebie prezent – powiedziała, patrząc Marcinowi prosto w oczy. – Coś, co będzie ci przypominać wczorajszą noc… i wszystkie kolejne.
Otworzyła torebkę i wyjęła kolejno:
Najpierw dwa małe, okrągłe kolczyki ze stali chirurgicznej – po jednym na każdy sutek. Delikatne, błyszczące, z maleńkimi kółeczkami, przez które przechodziłby łańcuszek, gdyby ktoś chciał.
Potem trzeci – większy, masywniejszy, też okrągły, ale z wyraźnym, mocnym zaciskiem. Ten był przeznaczony na penisa – konkretnie na żołądź, tuż pod rowkiem.
Na koniec wyjęła coś, co wyglądało jak dzieło sztuki sadomaso: eleganckie, czarne, skórzane majtki. Wysokiej jakości skóra, idealnie wykończone szwy, z przodu metalowy zamek błyskawiczny biegnący od pępka aż do samego dołu, przez krocze, aż do rowu pośladkowego. Zamek był gruby, srebrny, z solidnym suwakiem w kształcie małej kłódki.
– To wszystko dla ciebie – powiedziała Monika, kładąc rzeczy na kołdrze. – Kolczyki założymy zaraz. Majtki… no cóż, będziesz je nosił zawsze, kiedy nie będziesz akurat używany. Łatwo się rozpinają, łatwo zakładają z powrotem. I bardzo ładnie wyglądają na tobie.
Marcin przełknął ślinę. Głos mu drżał.
– Ja… nie wiem, czy…
Monika pochyliła się bliżej, dotknęła delikatnie jego policzka.
– Wiesz. Wczoraj wieczorem nie miałeś problemu z byciem posłusznym. A ja bardzo lubię posłusznych chłopców.
Ola podeszła z drugiej strony łóżka, wzięła jeden z kolczyków sutkowych.
– Leż spokojnie – powiedziała do Marcina. – To potrwa chwilę.
Monika chwyciła jego lewy sutek, lekko go uszczypnęła, aż stwardniał. Ola sprawnie przebiła skórę sterylną igłą, która była w zestawie. Marcin syknął z bólu, ale nie szarpnął się. Drugi sutek – to samo.
Potem przyszła kolej na ten najważniejszy.
Monika delikatnie, ale zdecydowanie chwyciła jego wciąż wrażliwego penisa. Żołądź była nabrzmiała, skóra napięta. Przytrzymała ją mocno, Ola podała igłę.
Przebicie było szybkie, ale piekło jak cholera. Marcin zacisnął zęby, oczy mu się zaszkliły.
Monika wpięła kolczyk, zacisnęła kółeczko. Teraz żołądź była ozdobiona – błyszcząca stal kontrastowała z czerwoną skórą.
Na koniec majtki.
Ola i Monika razem pomogły mu wstać. Skóra była miękka, ciepła, idealnie dopasowana. Zamek błyskawiczny zasunęły powoli – od pępka w dół, przez penisa (który mimo bólu drgnął lekko), aż do tyłu. Suwak zatrzymał się na małej, srebrnej kłódce.
Monika włożyła mały kluczyk do kieszeni swoich legginsów.
– Ja będę miała jeden – powiedziała z uśmiechem. – Ola drugi. Reszta pań z wioski będzie mogła pożyczać.
Pogładziła go po policzku.
– Bardzo ładnie wyglądasz. Dziękuję za wczoraj. Wrócę niedługo… sama.
Wstała, poprawiła koszulę, skinęła Oli i wyszła.
Ola została jeszcze chwilę.
– Odpocznij dzisiaj – powiedziała cicho. – Jutro lekka dawka. Ale kolczyki i majtki zostają. To teraz twój uniform.
Zamknęła drzwi na klucz.
Marcin usiadł powoli na łóżku.
Dotknął sutków – zimna stal, lekki ból.
Potem majtek – zamek błyszczał, skóra przylegała idealnie.
Wiedział, że odtąd każdy dzień będzie wyglądał inaczej.
I że Monika będzie jedną z tych, które wrócą najszybciej.



CDN.

Jeżeli wam się podoba - piszcie jeżeli nie nie będę publikował.

giea

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 6989 słów i 40239 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.