Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

PUSZCZA– „Ona i oni”

PUSZCZA– „Ona i oni”1. Ona  

Nazywa się Zosia. Ma dwadzieścia cztery lata, tatuaż feniksa na żebrach i bliznę po wyrostku. Przyjechała w puszczę, bo skończyła się jej umowa na wynajem, bo chłopak powiedział, że potrzebuje przestrzeni, bo matka dzwoniła zbyt często. A może po prostu miała dość miasta i ludzi, którzy zawsze chcieli czegoś więcej.

Znalazła ogłoszenie: „Leśniczówka do wynajęcia, cisza, brak sąsiadów, przestrzeń dla dwojga”. Nie przeczytała dokładnie. Przyjechała sama.

W drzwiach stanęli dwaj mężczyźni.

– Dzień dobry – powiedział wyższy, z brodą i oczami koloru mokrego piasku. – Jest pani Zofia?
– Tak. A panowie?
– My tu mieszkamy. Ja jestem Igor, to mój brat – Marek. Leśniczówka jest nasza. Ale nie wiedzieliśmy, że ogłoszenie dotyczy jednej osoby.

Zosia popatrzyła to na jednego, to na drugiego. Marek był niższy, ciemniejsze włosy, uśmiech, który nie znikał. Igor trzymał ręce w kieszeniach i patrzył gdzieś ponad jej ramieniem.

– Mogę spać w stodole – powiedziała.
– Nie ma stodoły – odparł Igor. – Ale jest drugi pokój.

Wprowadziła się tego samego dnia.

2. Oni

Igor i Marek nie byli zwykłymi leśnikami. Przyjechali tu rok temu, po tym jak rodzina rozpadła się, długi urosły, a plany na miasto okazały się zbyt drogie. Mieli tylko siebie i tę ziemię. I ciszę, która nauczyła ich milczenia.

Igor naprawiał wszystko, co się dało. Marek gotował, sprzątał, rozmawiał z mamą przez telefon, gdy Igor stał w kącie i patrzył w okno. Nie mieli kobiet od dawna. Nie mówili o tym. Ale gdy Zosia weszła do kuchni w samej koszulce, bo było gorąco, a w lesie nie ma się przed kim wstydzić, obaj zamilkli.

3. Tydzień

Pierwsze dni to były ukłony, wymijanie się w korytarzu, wspólne śniadania w milczeniu. Potem – rozmowy. Potem – śmiech. Potem – kąpiel w jeziorze, gdy było gorąco, a oni poszli osobno, ale potem jakoś się zeszli, i nikt nie wyszedł z wody, choć wstyd było patrzeć.

Czwartego dnia Zosia zgubiła ręcznik. Marek znalazł go na krzaku. Przyniósł, a ona stała za drzwiami i tylko dłoń wystawiła. Ale widział jej ramię. i pomyślał, że jest białe.

Igor widział, jak Marek wrócił i wziął zimny prysznic. Nic nie powiedział. Ale wieczorem, gdy Zosia czytała książkę na werandzie, usiadł obok. Nie spojrzał na jej nogi, choć nie mogła tego sprawdzić. Zapytał tylko:
– Długo tu zostaniesz?
– Nie wiem – odparła. – A ty chcesz, żebym została?
– Nie wiem – odparł. I to była prawda.

4. Wino

W sobotę kupili wino w plastikowej butelce w jedynym sklepie za trzydzieści kilometrów. Marek postawił na stole, Igor przyniósł kieliszki – dwa, bo trzeci się stłukł. Pili na zmianę. Zosia piła z brudnego szkła i myślała, że to całkiem romantyczne.

Mówili o sobie, o lesie, o swoim życiu. Ona o chłopaku, który został w mieście, o matce, która nie rozumiała, dlaczego córka ucieka. Potem o deszczu, który nie padał, choć grzmiało.

I wtedy, gdy Marek wstał, by nalać kolejną kolejkę, dotknął jej ramienia. Cofnął rękę, ale Zosia położyła swoją na jego dłoni.
– Nie uciekaj – powiedziała. – Nie ma przed kim.

Igor popatrzył na nich. Potem wziął butelkę i wypił prosto z gwinta.
– Nie chce mi się już wracać do miasta – powiedział. – Ani do dawnego życia.

Zosia popatrzyła na niego.
– A co ty byś chciał?

Igor nie odpowiedział. Ale spojrzał na jej usta.

Marek nalał wina. Zosia wypiła. Potem oni też. Potem zdjęła sweter, bo było gorąco. Potem wstała i podeszła do okna. Deszcz zaczął padać. W oddali coś błysnęło. Ona westchnęła. Oni wstali i podeszli do niej.

I wtedy stało się coś, czego nikt nie planował. I wszyscy chcieli.

Zosia poczuła najpierw dłoń na prawym ramieniu – mocną, szeroką. Po chwili druga spoczęła na lewym. Odwróciła głowę w lewo, a tam już czekały usta Marka – wilgotne, nieśmiałe, ale coraz pewniejsze. W tym samym momencie dwie dłonie Igora zjechały po jej plecach aż na pośladki – delikatnie, ale stanowczo. Nie odrywając warg od Marka, uniosła lekko koszulkę – znak, żeby zdjął ją do końca. Nie musiała długo czekać. Podniosła ręce, na moment odsunęła twarz od Marka, a wtedy stała już tylko w stringach.

Całując się dalej z Markiem, lewą ręką sięgnęła do krocza Igora. Mimo spodni poczuła, że jest potężny. Po chwili dłonie chłopców zamknęły się na jej piersiach – byli wygłodniali, a przyrodzenie Igora napinało materiał, jakby chciało go rozerwać. Dała mu znak, by się rozebrał. Po chwili jej dłoń trafiła już na nagą skórę – i na sprzęt, który mógłby zawstydzić niejednego mężczyznę.

Odwróciła głowę, zaczęła całować Igora, a ręką powtórzyła gest wobec Marka. Gdy trzymała już jego sprzęt w dłoni – jeszcze większy, niż się spodziewała – cofnęła się o pół kroku, ujęła oba i spytała przeciągle:
– Który z was oswobodzi mnie z tych stringów?
Zanim skończyła, stała już naga. Piękna. Muszelka odsłonięta, całe ciało gotowe.

Igor nie wytrzymał – jego dłoń wsunęła się między jej uda. Zosia uśmiechnęła się, ale położyła mu dłoń na nadgarstku.
– Nie ma pośpiechu. Możemy spełniać swoje fantazje, ile tylko zechcecie. Ale na początek – szybko i mocno. Jesteśmy niezwykle podnieceni.

– Rozumiem – powiedziała Zosia.

Podeszła do okna, oparła się o niski parapet, rozsunęła nogi.
– No to jedziecie – rzuciła przez ramię. – Aż się zmęczycie.

Igor nie czekał. Wszedł w nią gwałtownie, głęboko – ale ku jego własnemu zdumieniu doszedł w kilka chwil. Cofnął się, spłoszony. Wtedy ruszył Marek. Był tak duży, że Zosia krzyknęła – z bólu, ale i z rozkoszy. Walczył, by wejść w nią w całości, a Igor musiał podtrzymywać ją pod ramiona. Gdy Marek w końcu dobił do końca, Zosia złapała oddech. Potem przyszła kolej na Igora – już gotowego. A później znów Marek.

Przez blisko dwie godziny rozciągali ją, na zmianę, coraz śmielej, coraz głębiej. W końcu Zosia uniosła dłoń.
– Dosyć. Muszę odpocząć. Prysznic, papieros... potem możecie kontynuować. Jak powiedziałam – aż się zmęczycie.

– Zosiu... przepraszamy – wyjąkał Marek. – Jesteśmy jak te ludy z lasu. Żadnej delikatności, żadnych pieszczot. Tyle czasu bez kobiety...

– Spokojnie. – Położyła mu palec na ustach. – Domyślałam się, że tak to będzie. Na początku.

Zosia po trzecim papierosie wstała z ławki przed domem. Jeszcze zaciągnęła się głęboko, po czym zgasiła pet w popielniczce z puszki. Jej wzrok padł na sprzęty chłopaków – stały na baczność, gotowe, napięte.

– Widzę, że musimy pojechać dalej – powiedziała roześmiana, gładząc dłonią swoją muszelkę przez materiał spodenek. – Teraz moje fantazje.

– To znaczy co? – zapytał Marek, przełykając ślinę.

– Troszkę pieszczot. Zanim znów będziecie rozpychać mi muszelkę.

– Oczywiście – odparł Igor. – Co tylko zechcesz.

Zosia uśmiechnęła się i podeszła do Marka. Uklękła przed nim na wilgotnej trawie, położyła dłoń na jego sprzęcie – zaczęła masować go wolno, najpierw przez materiał, potem bezpośrednio. Po chwili pochyliła się i zaczęła gładzić go policzkiem, ledwie muskając ustami. Marek aż zadrżał – nigdy czegoś takiego nie przeżył. A gdy Zosia w końcu pochłonęła jego sprzęt ustami, wydał z siebie okrzyk, bezwiedny, gardłowy.

Ona nie przerywała. Jednocześnie pomachała do Igora, by podszedł bliżej. Chwyciła jego sprzęt i zaczęła masować go ręką – w tym samym rytmie, w jakim ustami pieściła Marka. Przez kilka minut przeplatała uwagę, raz po raz przenosząc pieszczoty to na jednego, to na drugiego. I robiła to z wyjątkową czułością – taką, jakiej nie dostali poprzednim razem.

W końcu wstała, nie puszczając z rąk atrybutów ich męskości. Stanęła przed nimi, uśmiechnięta, rozchylona.

– I co wy na to, panowie? – zapytała.

Dziki uśmiech na twarzach chłopców zdradzał wszystko.

– No to teraz czas się zrewanżować – powiedziała Zosia, puszczając ich sprzęty. Położyła się na plecach na materacu przed domem, rozłożyła bardzo szeroko nogi – by nie było wątpliwości, na co czeka.

Igor pierwszy położył się między jej udami. Zaczął całować jej muszelkę – niezdarnie, ale ochoczo. Potem językiem wciskał się coraz głębiej, pomagając sobie ręką; palce zanurzyły się w Zosi.

Tymczasem Marek wziął w posiadanie jej piersi – całował je, ssał, ugniatał. Potem ruszył ku jej ustom, całując głęboko, wsuwając język – choć język Igora i tak był chyba głębiej.

Zosia doznała serii orgazmów. Była w siódmym niebie. Trwało to ponad pół godziny.

W końcu, klepiąc ich po głowach, dała znać, że już starczy.

Wszyscy zmęczeni zalegli obok siebie.

– Cudownie, panowie. Będziemy częściej tak się bawić – powiedziała Zosia. – Ale mam warunki.

– Jakie? – zapytali równocześnie Igor i Marek.

– Po pierwsze: to zostaje między nami. Po drugie: ja decyduję, który z was ma właśnie rozciągać moją muszelkę. Po trzecie: chcecie przy mnie chodzić nago – chcę móc bawić się waszymi sprzętami, kiedy zechcę. Po czwarte: wykonujecie polecenia bez pytań.

Przerwała, by nabrać powietrza.

– Po piąte: zawsze mnie ciekawiła zabawa z pupą. Chcę, żebyście ją rozdziewiczyli – ale niezmiernie delikatnie. Tu chcę Igora. Bo jak Marek zacznie ze swoją armatą, to się nie pozbieram.

– Wszystko, co zechcesz – odpowiedział Igor szybko.

Marek po chwili dodał:
– Ale ja potem też będę mógł spróbować?

– Zobaczymy – odparła Zosia.

Nie czekając, uniosła pupę, klękając na czworaka.
– Igor – zawołała. – Tylko bardzo powoli. Zaczynaj penetrować pupę.

Igor podszedł. Jego sprzęt stał jak bagnet. Zaczynał powolutku napierać. Zosia krzywiła się, nawet pojękiwała z bólu, ale co chwila powtarzała:
– Nie przejmuj się. Napieraj. Dziś chcę go całego w środku.

Pół godziny później Igor rytmicznie dobijał do końca, a Zosia jęczała z rozkoszy. Marek siedział obok i przyglądał się.

Zosia dała znak, że chce przerwać.

Po chwili podeszła do Marka. Nachyliła się i zaczęła ssać jego sprzęt – stanął jak zaczarowany. Wtedy pchnęła go na plecy. Byli na ławce. Okrakiem siadając, nabiła swoją muszelkę na jego męskość. Dwa ruchy – i pomachała z tyłu do Igora.

Podszedł. Gestem pokazała mu spory otworek w pupie, który jeszcze się nie zacisnął. Igor zrozumiał. Niewiele myśląc, wszedł w pupę Zosi.

Wtedy Zosia, ruszając się rytmicznie, powiedziała:
– No, chłopcy – to moja fantazja. Dwóch jakby jedno. To będziemy kultywować. Chyba że któryś ma zastrzeżenia?

Przerwała na moment, by zaczerpnąć powietrza.

– Aha – dodała – i jeszcze jedno. Będziecie zmieniać się miejscami. Dla mojej przyjemności.

Trwało to jakieś dziesięć minut, gdy poczuła jednoczesne eksplozje w sobie. Aż zawyła z rozkoszy, po czym oswobodziła się i osiadła na ziemi.

Chłopcy usiedli naprzeciw niej. Wszyscy byli zmęczeni, ale zachwyceni.

Zosia zaczęła mówić, patrząc gdzieś w przestrzeń:

– Wiecie... dopóki do was nie dotarłam, byłam bardzo wstydliwa. Bałam się nawet krótszej spódniczki czy większego dekoltu. Kiedyś, gdy miałam piętnaście lat, wybrałam się z kumplami na domówkę do jednego kolegi. Trochę za dużo wypiłam i przysnęłam na kanapie. Gdy się ocknęłam, okazało się, że leżę naga, a w sobie czuję sprzęt tego kolegi. Obok stało jeszcze czterech, masujących swoje sprzęty. Wtedy dowiedziałam się, że już tak godzinę bzykają mnie na zmianę – nie patrząc, że krwawię, bo to był mój pierwszy raz.

Jej głos zadrżał, ale po chwili wzięła oddech.

– Udało mi się wyrwać. Złapałam jakąś koszulkę i uciekłam przez taras. Od tej pory nie byłam z żadnym facetem. Dopiero z wami. Ale jakoś wszystko przychodzi mi z łatwością – tylko dziurki trochę bolą. No ale ja nieużywane przez tyle czasu…

Spojrzała na ich sprzęty i uśmiechnęła się.

– Poza tym – takie piękne i dorodne…

Mówiąc to, chwyciła sprzęt Marka i polizała go namiętnie. Potem nachyliła się i pocałowała sprzęt Igora.

Następnie wszyscy weszli pod prowizoryczny prysznic – wąż ogrodowy, beczka, deszczówka. Myli się nawzajem, chłodząc rozgrzane ciała. Wtedy Zosi coś zaświtało.

– Marek – powiedziała. – A weź umyj sprzęt Igora. Chcę zobaczyć, czy się podnieci.

Marek, jak przedtem obiecał – nic nie kwestionować – chwycił sprzęt Igora i zaczął go myć, masować. Sprzęt natychmiast stanął na baczność.

Zosia cmoknęła z uznaniem.

– Oo, świetnie. Uwielbiam patrzeć, jak ktoś się zabawia. Teraz ty, Igor – popieść Marka tak samo, jak ja tobie robiłam.

Nachylając się dosłownie na piętnaście centymetrów, by lepiej widzieć, przyglądała się im z bliska.

Igor posłusznie zaczął całować, a potem ssać sprzęt Marka. Zosia była zachwycona.

– Pociągnij do końca – szepnęła. – Zobaczysz, co ja odczuwam.

Marek nie mógł się powstrzymać. Wystrzelił prosto w gardło Igora. Ten trochę się zadławił, ale przełknął.

– Suuuper! – zawołała Zosia, klaszcząc w dłonie. – Teraz będziemy ssać na zmianę. Jasne?

– Tak jest – odpowiedzieli chórem Igor i Marek.

I wtedy zaczęła się ta nowa, jeszcze bardziej szalona zabawa. Pełna śmiechu, spojrzeń, wilgotnych dźwięków i wzajemnego pożądania, w którym granice między nimi coraz bardziej się zacierały.

Tym razem nikt nie liczył czasu. Deszcz dawno przestał padać. Nad puszczą pojawiły się pierwsze gwiazdy.

Noc powoli traciła swoją czarność. Nad puszczą niebo zrobiło się granatowe, potem szare, w końcu różowe. Igor przyniósł koc, bo zrobiło się chłodno. Marek rozpalił ognisko – nie dlatego, że było potrzeba, ale dlatego, że lubił patrzeć w ogień, gdy nie wiedział, co powiedzieć.

Zosia otuliła się kocem i patrzyła w gwiazdy, które już gasły. Chłopcy usiedli po obu jej stronach. Nikt nie mówił przez długą chwilę. To był ten rodzaj ciszy, który nie jest głuchy – który ma swój ciężar i swój smak.

– Nie wyjadę – powiedziała w końcu Zosia. – Chyba że każecie.

– Nie każemy – odparł Igor.
– Nawet jeśli – dodał Marek – to nie posłuchasz.

Zosia uśmiechnęła się, przytuliła do jednego, potem do drugiego. Ogień trzeszczał, a w oddali zaszczekał pies. Gdzieś bardzo daleko.

– I co teraz? – zapytał Marek.
– Teraz? – Zosia przeciągnęła się leniwie. – Teraz chcę się wyspać. Potem zrobię śniadanie. Potem znowu będziecie mnie rozciągać, ssać, pieścić i wiercić we mnie dziurki – ale tak, bym jeszcze chciała. Bo to jest wasze zadanie, panowie. Nie tylko dojść. Sprawić, żebym ja też chciała. Znowu. I jeszcze raz.

Igor i Marek skinęli głowami. Nie było w nich oporu. Ani cienia wątpliwości. Wstali, podali jej ręce i razem weszli do domu.

Deszczowa woda w wiadrze pluskała cicho. Drzwi skrzypnęły. Potem zapadła cisza – taka, jaka jest tylko w puszczy. I w ludziach, którzy przestali udawać, że chcą czegoś innego.

Pół roku później Zosia chodziła nago po obejściu, nawet gdy przyjeżdżał listonosz. Marek przestał wstydzić się swoich piersi, Igor – swojego milczenia. Sprzęty stały na baczność, gdy na nie spojrzała. Ale też same lądowały w jej dłoniach, ustach, między udami. Na zmianę, razem, czasem w śnie – bo i to się zdarzało.

A dzieci? Nie było. Na razie. Zosia mówiła, że nie teraz. Jeszcze chce się bawić. Jeszcze chce mieć ich tylko dla siebie. Igor i Marek nie naciskali.

Bo nauczyli się, że w tym układzie – ona rządzi. I że to jest dobre.

~ KONIEC ~

Solaris

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 2846 słów i 16084 znaków, zaktualizował 11 cze o 17:02. Tagi: #erotyka #las

Dodaj komentarz