Masquerade, czyli bal (1/2)

Masquerade, czyli bal (1/2)Jako że zbliża się Sylwester, proponuję opowiadanie oparte właśnie na tym motywie. Zanim jednak zaproszę do lektury, mam kilka uwag:

1. historia jest na tyle długa, że musiała zostać podzielona na dwie części, które jednak różnią się zawartością erotyki,
2. sceny seksu znajdą się bowiem przede wszystkim w epizodzie drugim. Mam jednak nadzieję, że nie sprawi to, że nikt nie przeczyta pierwszego. Zwłaszcza że bez niego fabuła będzie właściwie bez sensu.
3. „Masquerade” to opowiadanie językowo bardzo mocno wystylizowane, miejscami ociekające barokową przesadą, więc nie każdemu może podejść jego forma. Wybaczcie.
4. w ogarnięciu francuszczyzny miał mi pomóc znajomy znający język, lecz niestety w ostatniej chwili dał le dupy. Dzięki uprzejmości @MrHyde udało się poprawić większość niedociągnięć, niemniej znawcy zapewne znajdą jeszcze jakieś babole, za które przepraszam. Celowo w tekście zostały użyte zwroty powszechnie znane, niewymagające tłumaczenia, a nawet jeśli nie, można je będzie łatwo zrozumieć na podstawie kontekstu. W końcu główna bohaterka, której oczami widzimy wydarzenia, też nie wszystko ogarnia.
Aha, błędny zapis fonetyczny w dialogach jest jak najbardziej celowy! Bo tak.


***

Tańcz, zaprosili cię na bal,
Bierz, co chcesz, póki zabawa jeszcze trwa
Mnóstwo par tańczących równo w takt
Choćby chcieli, przestać nie ma jak

Łzy – „Tańcz, zaprosili cię na bal”
  
***

     Kryształowe kandelabry mienią się miriadami rozbłyśnięć, rozświetlając roztańczone, osaczające mnie zewsząd targowisko próżności. Z całej mocy pragnę się z niego wyrwać i uciec hen, jak najdalej, zostawiając za sobą bezmyślnie pląsające w chocholim szaleństwie pary. Skryć gdzieś głęboko w najdzikszych, najbardziej niedostępnych zakamarkach nowego wspaniałego świata, gdzie nikt mnie nigdy nie odnajdzie. Ale nie mogę. Jestem częścią tej zdeprawowanej, przegniłej do samych korzeni rzeczywistości. Czy mi się to podoba, czy nie.
     Odkładam na stolik skrzącą się rubinami maskę, ukazując zwierciadłu me prawdziwe oblicze, przeorane na wskroś głębokimi zmarszczkami rezygnacji. Kieruję spojrzenie ku nadgarstkowi i przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę śledzę sunącą płynnie po tarczy z masy perłowej platynową wskazówkę, odmierzającą brylantowymi indeksami sekundy pełne pustoty, fałszu oraz ulotnego blichtru. Do północy jeszcze daleko, a ja nie mam już siły, ani tym bardziej ochoty, na dalsze udawanie. Nie chcę być dłużej niczyją marionetką, pacynką czy inną kukiełką w rękach niewidzialnego lalkarza. Nieważne, jak cenną.
     Niechlujnie przeciągam szminką po zmęczonych ustach, na powrót przysłaniam lico wyszywanym złotą nicią kawałkiem aksamitu i wolnym krokiem kieruję się na powrót ku sali. Nie mam najmniejszego zamiaru wszczynać poszukiwań mojego męża, najpewniej spędzającego właśnie miłe chwile w towarzystwie z górą połowę młodszych ode mnie dam. Modelek, trendsetterek, influencerek… płatnych kochanic, różniących się od pospolitych cichodajek jedynie wysokością stawki, jaką należy uiścić w zamian za ich usłużną atencję.
     Skąd o nich wiem? Stąd choćby, że nie dalej jak kwadrans temu przydybałam dwie takie mocno podejrzane wiewióreczki, przeczesujące swe farbowane loczki do wtóru równie fałszywego śmiechu. Dziwnym trafem, akurat gdy zwieszały się z ramion pewnego dawno przebrzmiałego lwa salonowego, o wyżartej przez mole grzywie i wiszącym smętnie… Rechoczącego z jednego z wielu wybitnie nieśmiesznych dowcipasów, rzucanych hojnie w kierunku każdego, kto tylko nieopatrznie odważył się podejść. Ze zrudziałymi, do szczętu zakłamanymi bździągwami na czele.
     Narasta we mnie ochota odpłacenia pięknym za nadobne i doprawienia rogów rogaczowi. Przyznaję, że nie pierwszych ani zapewne ostatnich, lecz tym razem być może nie będących jedynie pustym aktem zemsty. Pragnę jawnie i bezczelnie wyrwać jakiegoś dorodnego samca, następnie omotać go pochlebstwami, przekupić czy choćby zaszantażować, oraz oczywiście finalnie zaciągnąć do łóżka. Na komodę. Nawet gołe dechy podłogi, jeśli tylko zechcę! Byle główny zainteresowany dowiedział się o tym w możliwie niezręczny dla niego sposób!
     Tylko co dalej? Miałby odstawić publiczną scenę zazdrości? Niedoczekanie! Prędzej udałby głęboko zawiedzionego mym haniebnym zachowaniem, przybierając pozę godnej najszczerszego współczucia ofiary, a mnie przedstawiając jako najgorszą niewdzięcznicę. Poza tym… kogo ja chcę oszukać? Jedno, co mogę sobie wyrwać, to resztki i tak nierównych brwi.

*

     Tymczasem odziany w wystawną liberię lokaj niespostrzeżenie podsuwa mi srebrną tacę, rozwiewającą swą kuszącą zawartością wszelkie smutki i zmartwienia. Nerwowym ruchem porywam z niej już co najmniej trzeci kieliszek za dużo i jednym, przeczącym wszelkim konwenansom haustem wypełniam gardło orzeźwiającą perlistością.
     Odstawiam puste szkło w pierwsze lepsze miejsce i przysiadam pod ścianą na oczekującym jakby konkretnie mnie krzesełku. Ponownie omiatam wzrokiem otoczenie, gęste od oparów najwykwintniejszych alkoholi, ekskluzywnych perfum czy sprowadzanych specjalnie na tę okazję cygar. Oraz przebijającym się przez nie wszystkie, jedynym i niepowtarzalnym zapachem absolutnej władzy i takożsamego zdeprawowania, bijącym z kart kredytowych segmentu premium. Wystawianych przez najlepsze banki dla najlepszych klientów, pozbawionych jakichkolwiek limitów i mogących służyć równie dobrze do płacenia za jedne z wielu dodatkowych atrakcji wieczoru, co rozgarnianiu tychże w równiutkie, śnieżnobiałe ścieżki.

     Podnoszę się chwiejnie, chcąc ponownie przydybać kelnera, gdy nagle drogę zastępuje mi wysoka, ciemna postać.
– Proszi bardzo, Madame! – rozlega się dźwięczny, dziwnie modulowany głos.
     Zaskoczona podnoszę wzrok i momentalnie odskakuję z wcale nie teatralnym przestrachem. Naprzeciwko mnie stoi przyodziana w długą, lśniącą głęboką czernią pelerynę i szczerząca się w groteskowym uśmiechu spod szpiczastego kaptura, kostucha we własnej osobie. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to przecież tylko przebranie – niezwykle realistyczne, przyprawiające o zawał, wylew i palpitacje, a przede wszystkim niezbyt trafnie dobrane do okazji – ale jednak!
– Dziękuję, nie odmówię! – starając się opanować, przyjmuję podarek w postaci, a jakże!, kolejnej porcji bąbelków. – Czymże jednak zasłużyłam na taką hojność?
– A cziżmmż…że są me puste compliments przi stojącej przed mnie beautée réelee?
     Nie wiedzieć dlaczego, lecz te ledwie parę słów, dodatkowo zniekształconych przez przysłaniającą całą twarz rozmówcy maskę, wywołuje u mnie nagłą wesołość. Próbuję usilnie zachować powagę, w czym nie pomaga mi zdecydowana przesadność wypowiedzi ani tym bardziej niedający się pomylić z żadnym innym akcent. Mając przed oczami znanego skądinąd importowanego kucharza, a na dodatek wyobrażając go sobie w pasującym mu jak świni siodło przebraniu, wybucham niepowstrzymanym chichotem.
– Proszę wybaczyć nietakt, szanowny panie!
     Starając się opanować, przybieram przesadnie wyegzaltowaną pozę rozkapryszonej pannicy, niemogącej się zdecydować, czy wytłumaczyć się z faux pas, czy raczej brnąć do końca w zaparte. Ostatecznie wybieram trzecie wyjście w postaci sugestii udania się na parkiet. Niby o takie rzeczy powinien zadbać dżentelmen, najlepiej deklarując się zawczasu na bileciku, lecz nie będę udawała damy po próżnicy.

*

     Czekamy, aż uzupełniony fortepianem kwartet smyczkowy zaanonsuje nowy taniec, ustawiając się w odpowiednich do repertuaru pozach. Nogi razem, ręka na kibić, cycki do przodu! Zrazu powoli i ociężale, badając poziom wzajemnych umiejętności / trzeźwości (niepotrzebne skreślić), nadspodziewanie szybko się rozkręcamy. Po paru kolejnych utworach pojmuję, że rozumiemy się doskonale nie tylko pośród piruetów, wolt, chasse i wszelkich innych – ortodoksyjnych lub niekoniecznie – figur. Nieśmiałe z początku, ogólnikowe rozmówki, szybko przeradzają się w potok zwierzeń, będących ostatecznym i niepodważalnym świadectwem mego upojenia. Upodlenia. Upadku. Do wyboru.
     Niektórzy upijają się na wesoło, innym włącza się agresor, mnie zaś dopada wyjątkowo smętna melancholia, połączona z niedającym się powstrzymać gadulstwem. Plotę, co tylko ślina na język przyniesie, nie zważając zupełnie, że tematy zmierzają niebezpiecznie ku sferom osobistym. By nie rzec – intymnym. Wiem, że zdecydowanie nie powinnam, ale coraz mniej mnie to obchodzi. A może mój rozmówca to jakiś szpion, nasłany przez konkurencję? Albo żądny sensacji dziennikarzyna? Względnie łowca trofeów, chcący zaliczyć wyjątkowo bogatą zdobycz?
     Jeśli nawet mam rację, w obecnej chwili jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno.

     Zdyszana i spragniona, zamieniam pląsy na wizytę przy niedalekim kontuarze, gdzie ponownie sięgam po szampana, jednak mój niespodziewany partner powstrzymuje mnie gestem. Obiecując coś specjalnego, zaczyna wyszczególniać barmanowi zaskakująco proste składniki: gin, wódkę, lili…lilie… likier jakiś, a do tego skórkę z cytryny. Choć smak specyfiku bardzo przyjemnie zaskakuje, jego konkretna moc błyskawicznie daje o sobie znać równie konkretnym zmiękczeniem kolan. Nie wspominając o niegodnych kobiecej czci aluzjach, jakie zaczynam coraz bezczelniej wplatać w dyskusję.
     Daleko im do choćby pozorów wyrafinowania, lecz nieustannie muszę zważać na ewidentne braki językowe dyskutanta, który… cóż, nie dość, że się nie peszy, to jeszcze podejmuje rękawicę. Niezbyt może zręcznie, za to wyjątkowo odważnie. Przerzucamy się coraz bardziej sprośnymi sprośnościami, podśmiechując się rubasznie, by niespodziewanie szybko dojść do miejsca, w którym niedopowiedzenia muszą się wreszcie zakończyć. Bądź też przejść w jawne propozycje.
     Na powrót kieruję myśli na zdecydowanie grzeczniejsze tory, a nogi na parkiet, starając się roztańczyć niepożądany napad namiętności. Bezskutecznie. Cały czas roztrząsam niezręczną sytuację, którą z pełną premedytacją sprowokowałam, ze szczególnym uwzględnieniem mojej własnej moralności oraz reputacji. Owszem, może nie nienagannej, ale i tak jakże dalekiej od ciągnącej się nie bez powodu za mężem opinii hulaki, jebaki i cwaniury. Gotowego dla zysku przekroczyć wszelkie granice przyzwoitości, moralności czy nawet prawa, traktującego przy tym ludzi jak każdy inny towar, który można kupić, zużyć do cna, a na koniec jeszcze odsprzedać. Koniecznie z zyskiem. A jeśli już nawet do tego się nie nadają, bez mrugnięcia okiem wyrzucić na śmietnik.
     Podczas gdy ja… wcale nie jestem takim niewiniątkiem, jak mi się wydaje i jakim bardzo chciałabym być. A wspomniana wcześniej niewierność jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej mych grzechów i niegodziwości. Mimo lat pogardy i ignorancji we wszystkich możliwych dziedzinach życia, traktowania jako dekoracji przy oficjalnych zdjęciach czy sprowadzania do roli maszynki do automatycznego podpisywania kolejnych kontraktów, wciąż trwam przy mym poślubionym.
     Czemu niby? Dla poczucia nieograniczonej niczym władzy i bezkarności? Świadomości, że jestem panią wszystkiego i wszystkich dokoła, a każda ma zachcianka musi zostać bezwzględnie i natychmiastowo spełniona? Niewyobrażalnych większości społeczeństwu pieniędzy, za które mogę kupić, co tylko dusza zapragnie? Pytanie, czy w ogóle posiadam jeszcze jakąkolwiek duszę? A może już dawno przehandlowałam ją razem z sumieniem, godnością i resztkami człowieczeństwa?

*

     Daję się porwać muzyce, wirując wraz z jej narastającym rytmem niczym zaklęty w czarnoksięski, ludzki tourbillon… co ja bredzę? Rozumiem, że jestem nachlana, ale nie aż tak, bym rzucała jakimiś grafomańskimi cytatami ze zdecydowanie urągających przyzwoitości, internetowych erotyków! Wstyd i hańba mi!
     Za to zdecydowałam już, co zrobię, nim zupełnie stracę nie tylko oddech, lecz i resztki wolnej woli. Podziękuję grzecznie, aczkolwiek stanowczo, za wspólne chwile i czym prędzej się oddalę. Obrócę szybko kilka kolejnych kieliszków, wypalę ekstra mocnego bez filtra i siłą inercji dotrwam do północy. A potem niech mnie nawet, ku uciesze gawiedzi, z podłogi zbierają…

     Gdy nagle, kątem oka, zauważam przemykającego cichaczem pod ścianą nikogo innego jak męża, kierującego się jednoznacznie w stronę pokoi gościnnych. Ciągnącego za sobą podskakującą radośnie, złotowłosą lwiczkę o rumianych policzkach laleczki, błyskającą zza napompowanych warg wybielonymi ząbkami, a przede wszystkim szczującą wydekoltowanym po sam pępek cycem. Dużym. Ogromnym. Gargantuicznym wręcz bym rzekła.
     O, nie! Będzie tego! Przebrała się miareczka, mój szanowny panie! Darowałabym ci młodszą i ładniejszą, czarnulkę czy skośnooką, a nawet jakąś gumowo-skórzaną lafiryndę, która pomyliła maskaradę z masturbacją. Natomiast plus size… nie, żebym nie znała twych skłonności do dorodniejszych niż moje własne kształtów czy sama czasami nie zawieszała oczka na ponętnej pulchności, ale szerszej niż dłuższej grubaski nie zniosę! Choćbym miała niebo i ziemię poruszyć, względnie resztki duszy samemu Lucyperowi zaprzedać, posoką własną cyrograf podpisując!
     Z natapirowanym, wypacykowanym jak na wystawę, opiętym w przeraźliwie przyciasną kiecę, roztytym, spasionym, nalanym, z górą stukilowym… botoksowym blond baleronem, będziesz mi rogi przyprawiał? Niedoczekanie, lwia twoja wyliniała mać!
     Odrywam pałający żądzą mordu wzrok ku zamaskowanemu partnerowi, który teoretycznie powinien być całkowicie zdezorientowany sytuacją, ale… czyżby coś podejrzewał? To się zaraz okaże.

*

     Otwierające przed nami swe podwoje lokum nie jest może królewskim apartamentem, lecz oferuje sobą dość koniecznej wygody i intymności. Daleko mi do ekspertki, niemniej wijące się poręcze łóżka czy smukły szezlong na cienkich nóżkach, bez wątpienia zdradzają secesyjne zamiłowania dekoratora. Żeby nie wspomnieć o zdobiącym ścianę, stylizowanym wizerunku utytej foczycy, wylegującej się na plaży. Płetwami do góry. Z ciekawości sprawdzam nawet podpis, podejrzewając jakieś znane nazwisko, ale Art I. Mar kompletnie nic mi nie mówi.
     Ostatecznie przysiadam na owym szezlongu z niewymuszoną – a przynajmniej taką mam nadzieję – gracją i… czekam. Doskonale wiem, dokąd zmierzam wraz ze swym nieoczekiwanym kompanem i w jaki sposób zakończy się nasza wyprawa, jeśli utrzymamy ów niebezpieczny kierunek. Niby sama go wybrałam, więc nie powinnam narzekać, lecz z każdą sekundą szaleńcza jeszcze niedawno determinacja umyka, ustępując pospolitej tchórzliwości.
     Otrząsam się, tocząc nierówną walkę z samą sobą i spoglądam na towarzysza mego nadciągającego nieuchronnie upadku. A może i prowodyra? Ostatecznie to właśnie on, widząc me niedające się ukryć rozterki, pierwszy zaproponował udanie się w bardziej ustronne miejsce. Do którego szczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat miał klucze! Pszypadeg? Niesondze!

     Zbieram w sobie resztki odwagi, powstaję i zmniejszam dystans dzielący nasze zasłonięte twarze do jednego ledwie oddechu. Przymykam zalotnie oczy i zachęcam otwarcie, by tajemniczy nieznajomy zaczął odzierać mnie z kolejnych warstw odzienia. Bezlitośnie rozprawił się ze splątanymi sznurami gorsetu niespełnionych marzeń. Odważnie zsunął suknię braku wiary w siebie, sięgając ku kryjącej się pod nią halce dawno stłumionych pożądań. Bez cienia wstydu rozpiął biustonosz pozbawiających tchu kompleksów. Jednym ruchem ściągnął majtki wstydu i upokorzenia.
     Gdy w końcu pozostaję jedynie w masce i brylantowej kolii zdobiącej szyję, władcze do tej pory dłonie nagle się wycofują. Ich posiadacz cofa się o krok i pochyla głowę, przypatrując mi się dłuższą chwilę. Zaczyna krążyć dokoła, na powrót wodząc palcami wykwintnego konesera po nagim ciele.
     Kontroluje kontur pośladków. Sprawdza kształt piersi i twardość brodawek. Celowo podnosi mi ramiona tak, bym założyła je za głowę, przeciągając obiema dłońmi po mych bokach, od ud po zgięte łokcie. Ponownie sięga do twarzy, przechodząc przez linię brody i usta, ku zapięciu ostatniego fragmentu mego odzienia. Zdejmuje je powolutku, z przesadnym pietyzmem, po czym uwodzicielskim, anielsko wręcz miękkim głosem, dociera do samej głębi spragnionej słodyczy duszy:
– Jaki ty jest cudowna.
– Ja przecież wcale… – oblana rumieńcem, ledwo wyduszam nieskładne słowa.
– Nie mów nic, s'il vous plaît. I nie ruszaj szie.
     Posłusznie wykonuję polecenie, podczas gdy mój samozwańczy pan i władca obchodzi mnie ponownie, tym razem definitywnie zatrzymując się za plecami. Pragnę się odwrócić, lecz powstrzymują mnie obleczone w atłas palce, położone z delikatnym zdecydowaniem na policzku. Słyszę szelest materiału, wzbudzającego swymi ruchami delikatne podmuchy, czule łaskoczące spłoszone ciało. Mam coraz większą ochotę złamać wyraźny rozkaz, gdy nagle przed oczami przelatuje mi czarna połać płaszcza, uderzającego w podłogę tak głucho, jakby skrywał w swych czeluściach coś ciężkiego. Po chwili jego śladem podążają buty. Kamizela. Spodnie. Rękawiczki.
     Bezładny zwitek, w którym rozpoznaję bieliznę. Delikatną, zwiewną niemalże... czyżby koronkową?

     Nie wytrzymuję i obracam się na pięcie. Dostrzegam zaczesane do tyłu na brylantynę, półdługie włosy barwy bursztynu. Błyskający niewielkim klejnocikiem kolczyk w uchu. Złoty łańcuszek, zwieńczony misternie zaplecionym, czworobocznym węzłem. Lśniące perłową czernią paznokcie, niespiesznie ściągające maskę.
     Krzyk więźnie mi w gardle.


***

Tekst i zdjęcie (c) Agnessa Novvak
Okładka (c) Peopie – Flying Butterfly

Oryginalne opowiadanie wygrało pojedynek sylwestrowo-noworoczny 2019/2020 na portalu Najlepsza Erotyka 01.02.2020, natomiast powyższa, zremasterowana wersja, pochodzi z Pokątnych. Proszę o poszanowanie praw autorskich.

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobało Ci się opowiadanie? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na FB i Insta (niestety nie mogę wkleić linków, niemniej łatwo je znaleźć)! Z góry dziękuję!

Dodaj komentarz