Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Corpodick (I)

Corpodick (I)Dobiegający czterdziestki Hubert, wsiadł do swojego samochodu zaparkowanego w podziemnym garażu, nad którym rosły piętra zajęte przez korporację, dla której pracował. Nie opuszczał go dobry humor, choć wizja poborów pomniejszonych o sporą premię przez okres sześciu miesięcy innego doprowadziłaby do wybuchu płaczu i niekontrolowanych spazmów.
On jednak cieszył się, radował, bo powodem finansowej straty był wybryk Wojtka, byłego kolegi, który dzięki jego poparciu objął stanowisko kierownika wydziału prezydialnego, a teraz koncertowo wtopił na całej linii, co skutkowało zwolnieniem Wojtusia w trybie dyscyplinarnym, po jego powrocie z podróży służbowej do Japonii.
Hubert zajmował w hierarchii korporacyjnej drugie miejsce po CEO, od którego dosłownie kilkanaście minut wcześniej otrzymał reprymendę. Pełnił funkcję dyrektora operacyjnego (COO), będąc prawą ręką Dyrektora Generalnego (CEO). Odpowiadał za wdrażanie strategii korporacyjnej w codzienne operacje, a jego głównym zadaniem było zapewnienie sprawnego działania wszystkich wewnętrznych procesów firmy oraz koordynowanie pracy pozostałych działów, aby korporacja mogła osiągnąć założone cele.
Wrzucił ulubioną płytę do odtwarzacza Lancii Lybry, z kultowym silnikiem 1,9 JTD, i podśpiewując, ruszył spokojnie w kierunku segmentu na obrzeżach miasta, który kupił dwa lata temu.  
— I jeszcze ta jego pizdunia Roksana, poleci razem z nim, bo i ona nabroiła — szepnął do siebie, zadowolony, jakby nie przejmował się stratą finansową na kolejne pół roku.
Ktoś, obserwując jego zachowanie z boku, mógłby pomyśleć, że Hubert zwariował lub jest pod wpływem alkoholu czy substancji psychoaktywnych. Nie, nic z tego. Mężczyzna był czysty jak łza, a tester narkotykowy nie wykryłby nic, podobnie jak alkomat.
Chciał zadzwonić do domu, do ukochanej Joasi, by podzielić się nowiną, ale postanowił przekazać to osobiście. Chciał zobaczyć jej reakcję, przecież ona nie tak dawno …
Od pół roku byli małżeństwem, ona trzy lata młodsza od niego, brunetka po germanistyce, była rozwódką i zaraz, gdy sąd wydał wyrok w tej sprawie, dosłownie po trzech tygodniach zawarli związek małżeński w USC, bo rozwodu kościelnego nie chciało się jej załatwiać, ze względu na zawiłość procedury, a i Hubertowi nie za bardzo na tym zależało, bo z katolickim kościołem był nieco na bakier, widząc, co się w nim wyrabia.
Mieszkali razem już przed ślubem, od półtora roku, gdy Joanna wyprowadziła się od męża. Wtedy ożył, stał się innym, pogodnym, radosnym człowiekiem i chciało się mu krzyczeć na cały świat, jakim jest szczęśliwcem.
Przebijał się przez piątkowe korki, normalność w większych metropoliach. Jeździłby  komunikacją miejską, ale na te peryferia dochodziła tylko jedna linia autobusowa, a z najbliższego przystanku miałby ze dwa kilometry pieszej wędrówki. Kombinacja przesiadek i czekania na kolejne autobusy wywoływała u niego odruch wymiotny. Było go stać, nawet gdy teraz na pół roku tracił premię.
Przepadły pieniądze, ale nie stracił w swoich oczach honoru, bo z danej obietnicy się wywiązał. Dla niego, człowieka wychowanego na starannych wzorcach, słowo honoru, obietnica, przysięga były ważniejsze niż papierki z wydrukowanymi nominałami. Mógł, goląc się rano, spojrzeć w odbicie w lustrze i stwierdzić, że jest porządnym facetem. Choć wtedy, gdy zrobił tę straszną rzecz, czuł się tak podle, że gotów był ponieść odpowiedzialność karną i maksymalny wyrok przyjąłby bez mrugnięcia okiem.
Dotarł wreszcie pod jeden z szeregowców w miłej okolicy. Niedaleko był brzozowy lasek i przepływał urokliwy niezanieczyszczony jeszcze potok, gdzie z Joasią wybierali się na spacery.
Wjechał na podwórko i, gdy upewnił się, że brama się zamknęła, wysiadł z Lancii chwyciwszy leżącą na siedzisku pasażera aktówkę, skierował swe kroki do domu.
— Znowu nie zamknęła drzwi na klucz, a tak prosiłem — mruknął cicho do siebie, będąc przewrażliwionym na jej punkcie. Nie dopuszczał do siebie wizji, że ktoś mógłby ukochanej zrobić krzywdę. Zawsze powtarzał, że gdy jest sama w domu, ma zamykać drzwi.
— Kochanie, już jestem! — krzyknął, wchodząc na korytarz.
Odpowiedziała cisza, co zaniepokoiło mężczyznę. Nie zdejmując butów, ruszył w kierunku sypialni i odetchnął z ulgą, widząc Asię wychodzącą z łazienki. Ocierała usta, zwilżone wcześniej wodą.
Teraz dostrzegł, że jest elegancko ubrana. Kostium w kolorze głębokiego brązu, cieliste rajstopy, gustowne szpilki na nogach, makijaż pasujący do jej urody. Perfekcyjny, i ten zapach delikatnych perfum, które kupił jej ostatnio. Nigdy nie chodziła tak po domu, stawiała na luźny, sportowy styl. Dres, bluza z kapturem, czasami fantazyjne leginsy, a w ostateczności, gdy było lato, sukienki w kwiatowe wzory lub krótkie spodenki, choć w tych ostatnich dawno jej nie widział i chyba powoli rugowała je zj garderoby, stwierdzając, że owe nie pasują do jej wieku.
Odstawił na stolik aktówkę i dostrzegł, że Asia jest jakaś inna. Radosna, zadowolona, wręcz kipiała szczęściem. Jej wzrok pożerał go, jakby chciała przekazać, że stało się coś dobrego. Piersi, te ukochane cycuszki, które mógłby pieścić bez opamiętania, falowały przy każdym oddechu. Wybranka serca promieniała, a on był ciekawy, co jest tego przyczyną.
— Kochanie, cudnie wyglądasz. Czy coś się stało? — zapytał.
Skinęła głową parę razy i bez słowa zniknęła w sypialni. Miał zamiar cofnąć się do wiatrołapu i ściągnąć obuwie, ale ciekawość nie pozwoliła.
— Słuchaj, mam dla ciebie fantastyczną wiadomość — krzyknął, gdy nie pojawiła się przez dłuższą chwilę.
W końcu wyszła, dzierżąc w prawej dłoni niewielkie pudełeczko przewiązane niebieską wstążeczką. Powoli zbliżyła się do niego, a jej dłoń drżała, mimika twarzy stała się jakaś inna.
— No, mów, co to za wiadomość? — szepnęła.
— Nie, ty pierwsza — zdał sobie sprawę, że informacja o dyscyplinarnym zwolnieniu Wojtka i jego kochanki ma niższy priorytet. Czuł to podskórnie, dostrzegając zachowanie żony.
Stali przez chwilę w bezruchu, żadne z nich nie mogło wydobyć z siebie słowa.
— Byłam dzisiaj… — zaczęła Joanna, ale przerwała, bo łzy napłynęły jej do oczu i po sekundzie zaczęły spływać po policzkach. — Zobacz — dodała, podając mu pakunek.
Chciał otworzyć delikatnie, bez rozrywania, ale tak niezdarnie to robił, że w końcu uszkodził opakowanie. W środku tkwiła maluteńka para niemowlęcych białych bucików. Zawirowało mu w głowie i, nie działając racjonalnie, objął ramionami kibić Joanny i uniósł ją w powietrze. Ta zdołała tylko zgiąć nogi w kolanach i objąć go za szyję, gdy szczęśliwy facet wykonał obrót razem z nią, wrzeszcząc na całe gardło: — Będę tatą!!!
Trzymając ją mocno, najmocniej, jak tylko potrafił, kręcił się nadal, teraz z mniejszą prędkością, a wbiwszy swe usta w jej, całował namiętnie. Płakali, on i ona,  i to były łzy szczęścia.
Gdy wreszcie oderwał wargi od jej ust i postawił na parkiecie, zdał sobie sprawę, że po raz drugi stał się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.
— Kocham cię Asiu, jesteś… jesteście moim największym skarbem — wyrzucił z siebie, chwyciwszy ją pod kolana, uniósł z powrotem i ruszył w kierunku sypialni. — Czy możemy? — zapytał, kładąc kobietę na pościel.
— Tak, nie ma przeciwwskazań, to trzeci miesiąc, nie chciałam wcześniej mówić, żeby nie zapeszyć, przecież wiesz, jak było wcześniej — wreszcie się odezwała, a widać było, że reakcja męża była dla niej dowodem na to, że kocha ją szalenie.  
Dostrzegła radość w oczach ukochanego. Wybuch euforii, gdy dowiedział się, że zostanie ojcem, nie miał w sobie nic z pozerstwa. On nie umiał być sztuczny, mówić co innego, a robić coś zupełnie odmiennego, jak jej poprzedni partner, z którym straciła kilkanaście lat życia. Choć znała go krótko, to wydawało się Joannie, że wie o nim więcej niż o poprzednim mężu.
Rozbierali się nawzajem w trybie ekspresowym, niczym nastolatki, które idą po raz pierwszy do łóżka. Hubert prawie zdzierał z niej odzienie, nie bacząc, że pozaciągał rajstopy, a jeden z guzików bluzki spadł na podłogę. Całował ukochaną po karku, barkach, a ona muskała jego nagi tors.
— Naprawdę, to nie zaszkodzi naszemu dziecku? — zapytał, gdy tkwili obok siebie kompletnie nadzy.
— Ty głuptasie mój kochany, nie, pytałam się ginekologa, teraz jeszcze nie — szepnęła i wgramoliła się na niego, po czym, podniósłszy się nieco, uchwyciła sterczący na baczność organ i sprawnie wprowadziła do wilgotnej cipki.
Była szczęśliwa, tak długo oczekiwała na tę chwilę, a gdyby lekarz powiedział, że od dzisiaj ma leżeć w łóżku i nic nie robić, to tkwiłaby w nim jak kłoda, wiedząc, że ukochany uchyli jej nieba.
Tak restrykcyjnych zaleceń jednak nie dostała. Ciąża rozwijała się prawidłowo, wręcz książkowo. Jakże była tam wtedy na siebie zła, że nie wzięła go ze sobą, że Hubercik nie widział na ekranie USG ich dziecka, nie słyszał bicia serduszka małej istotki.
Bała się mu powiedzieć wcześniej, przecież gdy po raz pierwszy zaszła w ciążę… o tym wolała sobie nie przypominać, przeganiając wspomnienia w najgłębsze zakamarki świadomości.
Pomimo jej zapewnień Hubert nie był aż tak szalony w miłosnych uniesieniach. Dostrzegła, że pchnięcia partnera, nie były tak mocne i nie miały takiej częstotliwości jak wcześniej. Jakby włączył sobie tempomat, ograniczył się, bojąc podświadomie, że przez swoje działanie zrobi krzywdę tkwiącej w jej łonie istocie.
Teraz była pewna, że to idealny partner, zbyt dobrze pamiętała, jak zachowywał się poprzedni, któremu we łbie tkwiło tylko to, by jemu było dobrze. Pochyliła się mocniej i namiętnie całowała go w usta, delikatnie poruszając biodrami. Wiedziała, że uwielbia patrzyć na nią, na wpół przymkniętymi oczami jak wygina się w czasie orgazmu, jak zagryza wargi, jak krzyczy, gdy przeszywa ją ekstaza. Pokazywała mu się cała, odkrywała odczucia i mowę ciała, gdy przeżywała orgazm i to dawało kobiecie dodatkowego kopa. Nie wstydziła się, przecież eksponowała to przed ukochanym. Dosiadała go jak pełnokrwistego rumaka, to ona była amazonką, która kontrolowała tempo stosunku i wszystko, co się działo.
Uwielbiała jak dłońmi uciskał piersi, nie, nie miała się czego wstydzić. Naturalnie jędrne, odpowiedniej wielkości. Gdy muskał sterczące brodawki, czuła dodatkowy zastrzyk podniecenia, gdy uciskał je od spodu i pieścił, odpływała.
Teraz była dyrygentką tej miłosnej orkiestry, bo nie zawsze dzieliła batutę. Często to on, w pozycji misjonarskiej lub od tyłu, grał pierwsze skrzypce. Pomimo wieku, oboje lubili urozmaicenia i czerpali z nich radość. Wszak cielesne przyjemności serwowali sobie od półtora roku niczym przerośnięci nastolatkowie. On, poszatkowany przez życie, ona – mężatka przez długi czas, tylko jakie to było małżeństwo...
Opadła nie niego, spełniona i szczęśliwa, i znów całowali się namiętnie, a drobne dłonie kobiety głaskały twarz Huberta. Wiedziała, że ucieszy się z tej wiadomości, ale nie spodziewała się, że zareaguje tak impulsywnie.
„Mój ukochany”
Ułożyła się obok niego, i przez chwilę tkwili w ciszy. Delikatnie gładził jej ciało, a jej palce baraszkowały na owłosionej klatce piersiowej, czule ją dotykając.
— Co chciałeś mi powiedzieć? — zapytała, całując jego sutek.
Podniósł się i zaplótł dłonie za głową. Joasia przeciągnęła się i ułożyła głowę na męskiej klatce piersiowej, a jej długie włosy rozsypały się na boki. Wiedziała, że on uwielbia, gdy ocierają się o jego ciało. Dostrzegała, że ma gęsią skórkę.
— Wojtka wywalili dyscyplinarnie, razem z tą jego…  
— Przestań, Hubert, nie chcę o nim nic wiedzieć — przerwała, podnosząc się na rękach.  
— Wraca z Japonii i won na bruk razem z tą Roksaną. Ty wiesz, jaki numer odwalili? — Hubert nie przestawał, choć zdawał sobie sprawę, że opowieści o Wojtku były dla Joanny niczym cierń w sercu.
Ciekawość kobieca wygrała, i pomimo początkowych oporów, słuchała, co ma do powiedzenia. W myślach cieszyła się z wtopy Wojtusia i jego kochanicy, która teraz z pewnością kopnie go w dupę. Zdała sobie sprawę, że karma wraca.
— Ale przez to straciłem na pół roku premię, a za to spłacaliśmy ratę segmentu — dodał na koniec, robiąc smutną minę. — Ale nie żałuję — kończąc, uśmiechnął się.
— Mamy siebie, mamy nasze dziecko, sprzedasz moją Yariskę i damy radę. A ja coś poszukam w necie, nawet gówniane tłumaczenia niemieckich umów firmowych i kupna-sprzedaży samochodów…
— Nie, masz odpoczywać — wtrącił się.
— Kochaj się ze mną teraz, chcę tego — rzuciła, patrząc na niego w taki sposób, że nie mógł odmówić.
Musnęła penisa w spoczynku językiem, wcześnie, zsuwając napletek. Delikatnie dłonią posmyrała mosznę, zaczynając rytuał gry wstępnej. To musiało zadziałać, to zawsze rajcowało Huberta, chyba że był już tak wypompowany…
— Mogę ja, od tyłu? — zapytał.
— Nie, dzisiaj ja dostarczyłam lepszą nowinę, jesteś mój — odparła i dosiadła jak poprzednio.
Padł po stosunku, niczym koń po westernie. Zdołał tylko objąć jej boskie ciało i zasnął, jak nakarmiony niemowlak. Nawet nie poczuł, gdy głaskała go po twarzy, a z jej oczu popłynęły łzy.

Nastoletnie lata Huberta, miejscowość X.

Martyna, miłość z podstawówki. Ten jej koński ogon, cudne spojrzenie. On, ósmoklasista, ona rok młodsza. Zaprosił dziewczynę na komers, ostatnią imprezę w szkole. Widział, jak chłopaki mu zazdroszczą, reszta bawiła się z koleżankami z klasy, a nieliczni przyprowadzili kuzynki, siostry. Tylko on i Edek mogli się pochwalić sympatiami.
Do dzisiaj pamiętał tę łososiową sukienkę do kolan i jak delikatnie, nie chcąc przekroczyć dopuszczalnej odległości, przytulał ją do siebie. Dziewczyna wcale nie oponowała, mocno trzymając dłonie na jego wątłych, nastoletnich barkach.
Potem pierwsze pocałunki, niesforne, ale słodkie. Na boisku sportowym, gdy wyszli, aby się przewietrzyć. Jakże, on się bał! Ale ten smak, zapach i boskie uczucie. Penis sterczał jak drut, ale nie zdobył się na propozycję, choćby na petting. Zawsze szanował kobiety. Nigdy nie przekroczyłby granicy, którą ona ustanowiła.
Na chwilę drogi się rozeszły – on w technikum, ona w podstawówce. Ale gdy zaprosiła go na swój komers, oszalał z radości. Ubrana w małą czarną, znów siedzieli w szkolnej ławce, w „budzie”, do której razem uczęszczali. Pierwszy raz dotknął gołej cipki, pierwszy raz zezwolił, by ona masturbowała członka i trysnął się po kilkunastu ruchach. Ona też dziwnie oddychała, gdy delikatnie wsadził paluszki pomiędzy dziewicze płatki, naprowadzała jego palce na coś, co dawało jej przyjemność. Potem dowiedział się, że to łechtaczka. Powoli poznawali swoje ciała.  
On w technikum elektryczno-mechanicznym, typowo męskiej szkole, ona w liceum ogólnokształcącym o profilu biologiczno-chemicznym, gdzie w większości były dziewczyny.
Do szkoły Huberta zapraszano na zabawy dziewczęta z medyka, taka była tradycja i vice versa. Obcym wstęp był wzbroniony, żadnych innych. Fakt, były urodziwe, te przyszłe „piguły”, a Hubert nie był ani ułomny, ani chromy, lecz cały czas miał przed oczami Martynę. Pierwszą miłość.
Spotkania z nią stawały się coraz rzadsze, uczucie powoli gasło, ale od czasu do czasu się spotykali. Studniówka, najpierw jej, potem jego. Wtedy Martyna zdecydowała się stracić z nim dziewictwo, a on po tym akcie, nie był „prawiczkiem”.
Zestrachany, by jej nie bolało, ona zestresowana pierwszym razem, podkładając sobie w wynajętym pokoju hotelowym poduszkę pod biodra, bo niby mniej boli, przeżyli inicjację seksualną.
Potem nastały studia, na które zdawali w tym samym czasie. Hubert dostał się na Akademię, Martyna podobnie, tylko w innym mieście i na diametralnie inny wydział.
Drogi się rozeszły, ale spotykali się w tej samej miejscowości, gdy były wakacje. Wtedy uczucie powracało, i kochali się jak szaleni.  
Piąty rok studiów był przełomowy, Hubert był gotowy oświadczyć się Martynie i z pierścionkiem zaręczynowym pojechał w miejsce, gdzie odbywała praktyki. Chciał zaskoczyć ukochaną, a zastał ją pod prysznicami z dwoma starymi wykładowcami. Taka to była praktyka – ocena celująca za dupę.
Pił ostro przez dwa tygodnie, nie patrząc na nic i na nikogo. „Kwiaty akademika” tańczyły mu na kutasie, ale miał przyjaciela – Janusza, który w pewnym momencie uzmysłowił mu, że dalej tak nie można.
To było brutalne działanie. Wsadził go pod prysznic i puścił lodowatą wodę, tkwiąc razem z nim w tym miejscu. Nie wyszedł, dopóki Hubert nie obiecał, że weźmie się za siebie.
Od tamtego czasu nauka pochłonęła młodzieńca. Na bok poszły panny, całkowicie odciął się od Martyny, która próbowała się z nim kontaktować i wytłumaczyć się. Zraniła go, nie mógł wymazać z pamięci tego obrazu, splecionych pod prysznicem ciał, jej i starych pięćdziesięcioletnich lubieżników, który z pewnością obracali studentkę jak tylko chcieli. Nie potrafiłby się z nią kochać, wybaczyć, biorąc pod uwagę, że nieraz twierdziła, że jest tym jedynym i nikogo poza nim nie widzi.
Ukończył studia z wyróżnieniem, złapał w miarę przyzwoite stanowisko w rozwijającej się firmie i powoli piął się po szczeblach kariery, zdobywając doświadczenie i umiejętności.
Gdy objął pierwsze kierownicze stanowisko, po ukończonej podyplomówce, dał się poznać jako wymagający przełożony. Wymagający, ale potrafiący docenić włożony trud przez podległych mu ludzi.
Nie cierpiał „korpomowy”, ASAP-ów, targetów, angielskich nazw, starając się operować polskim językiem. Drażniło to mężczyznę, który twierdził, że język polski ma wystarczającą ilość słów, by nie czerpać nazw i stwierdzeń z angielszczyzny. Niestety, musiał się do tego przyzwyczaić – nowe pokolenie korpoludków nie wyobrażało sobie innych nazw i nieraz patrzyli na niego z rozdziawionymi gębami, gdy po polsku tłumaczył im cele i strategie, jakie ma firma.
Nie zamknął się w jednej firmie, korporacja, dla której pracował teraz, była czwartą w jego karierze i „orał” tutaj już ósmy rok. Doceniono go, dostrzegając rzutkiego i konkretnego menadżera, który wiedział, jak poprowadzić przydzielony mu zespół. Miał wyniki, naprawdę dobre wyniki, i od trzech lat był prawą ręką dyrektora generalnego.
Praca pochłaniała go całkowicie, a potrzeby cielesne? Nie zaangażował się w żaden związek, bojąc się powtórki sytuacji z Martyną. Miał swoisty zmysł, który od razu wyczuwał osoby, które wchodziły „mu w dupę”, chcąc coś ugrać dla siebie. Odrzucał zaloty ponętnych koleżanek z pracy, wyznając zasadę, że praca to nie miejsce na miłostki i romanse.  
Agencje towarzyskie, miał jedną sprawdzoną, do której zaglądał od czasu do czasu, gdy nie mógł już wytrzymać. Prosta, mechaniczna kopulacja, według klasycznego scenariusza. Najpierw oral w jego stronę, podgrzanie handjobem i waginalna penetracja, bez analnych klimatów, odgrywania ról, przebieranek, femdomów i innych udziwnień. Czasami zaglądał do salonu masażu erotycznego, gdzie masowanie kończyło się „robótką ręczną”. Nawet wolał tamte klimaty, bo ciało dostawało swoją porcję rozkoszy w postaci masażu i wytrysku.
Miał ukochaną pasję, chodzenie po górach, i gdy wszyscy pokazywali fotki i filmy z pobytów w Egipcie, Maroku, Turcji, czy innych wtedy topowych miejscówkach, on uśmiechał się tylko, bo co taki urlop i ci ludzie zamknięci w trójkącie pokój-restauracja-plaża, czasami wzbogacając to wycieczką pod piramidy przeżywali? Poili się darmowymi drinkami, wylegiwali na plaży, podczas gdy on przemierzał górskie szlaki Austrii, Słowenii i Szwajcarii, podziwiając piękno przyrody i dzikość szczytów, które zdobywał.
Na Słowacji po raz pierwszy spróbował via ferraty i od razu się w tym zakochał. Zakupił specjalistyczny sprzęt i mapy, zdobywając kolejne szczyty, czerpiąc z tego niesamowitą radość. Triglav, Mangart, Grossglockner – zdobył wszystkie i pragnął więcej. Wysokogórskie krajobrazy oraz bliskość natury ładowały wewnętrzne akumulatory. Czuł się tam wspaniale, a dreszcz emocji towarzyszący planowaniu kolejnych wypraw był nie do opisania.

Joannę zobaczył po raz pierwszy na firmowej imprezie integracyjnej. W czarnej koronkowej sukience i rajstopach w tym samym kolorze, od razu przyciągnęła jego uwagę. Kreacja nie była krzykliwa, jak niektórych pracownic firmy, które ledwo zakrywały uda pstrokatymi kieckami. Dobrana starannie, stonowana, jakże do niej pasująca. Kruczoczarne, długie włosy, zalotne, kręcone kosmyki przy twarzy oraz delikatny makijaż podkreślały urodę. Dzielił z nią stolik, a także z jej mężem – Wojtkiem, menedżerem działu doradczego.
Nie przepadał za takimi spotkaniami, czuł się na nich nieswojo, ale dyrektor nalegał, by jego prawa ręka była obecna. Przymusił się, mając zamiar czmychnąć jako jeden z pierwszych.  
Atmosfera takich zabaw zupełnie mu nie odpowiadała. Niektórzy zachowywali się po wypitym alkoholu jak psy spuszczone z „korpo-łańcucha”. Moralne hamulce puszczały, a prawdziwe oblicze niektórych, w pracy spokojnych i poddanych, ujawniało się w pełni – stawali się kozakami pierwszej wody, którzy, gdyby nie… to zawojowaliby świat. Przekleństwa, wyuzdane pozy, tańce, w których kobiety pozwalały partnerom na zbyt wiele – to wszystko, co w pracy uchodziłoby za molestowanie, wtedy stawało się normą  
Wracali w poniedziałek do rzeczywistości, a niejedna osoba żałowała zachowania i tego, co powiedziała pod wpływem alkoholu. Przymilali się, płaszczyli, robili słodkie miny, starając się naprawić to, co nabroili na imprezie.
Wojtek przedstawił mu żonę, a Hubert, jak przystało na dżentelmena, ucałował jej dłoń. Potem przyszedł czas na ich pierwszy wspólny taniec – wolny, podczas którego zaczęli rozmowę. To nie była słodka idiotka, która plotła bzdury o modzie, zachowaniu innych czy polityce. Szybko znaleźli wspólny temat – góry. Joanna urodziła się w Beskidach i należała do licealnego, a potem studenckiego koła PTTK, schodziła wiele szlaków, może nie tak ambitnych jak jego, ale równie urokliwych.
Pozostał do końca imprezy, zafascynowany nią, pragnąc, by to spotkanie trwało wiecznie. Tańczyli jeszcze kilka razy, a Hubert napawał się zapachem jej subtelnych perfum, wonią włosów, lekko obejmując kobietę w pasie.
„Co ona widziała w tym dupku?” — pomyślał po raz pierwszy, spoglądając na Wojtka.
Menadżer nie grzeszył urodą. Miał nieco powyżej stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu i gdy Joasia założyła szpilki, to ledwo dorównywał jej wzrostem. Spory brzuch, delikatnie łysiejący, z wyraźnymi zakolami i okularami, które nijak nie pasowały do owalu twarzy, był przeciwieństwem zastępcy dyrektora – dojrzałego mężczyzny, o sportowej sylwetce, mierzącego ponad sto osiemdziesiąt centymetrów, z bujną, zadbaną czarną czupryną na której, nie było jeszcze widać siwych włosów.
Gdyby tylko wygląd Wojtka był jedynym mankamentem, mógłby zrozumieć jej wybór. Czasami kobiety wybierają partnerów z fizycznymi niedoskonałościami, kierując się ich wartościami psychicznymi. Hubert miał wielu kolegów, którzy nie grzeszyli urodą, a mimo to weszli w związki małżeńskie z kobietami, za którymi oglądała się spora grupa mężczyzn. Dlaczego? Byli ciepłymi, delikatnymi osobami, które potrafiły uwieść swoim zachowaniem, prezentowali wartości moralne. Ich partnerki miały z nimi o czym rozmawiać, dzielić wspólne hobby, a co najważniejsze – dawali poczucie bezpieczeństwa i prawdziwej miłości, a nie tylko fascynacji cielesną powłoką. Przy takich partnerach kobiety czuły się kochane, i były w stanie odwzajemnić uczucie.
Wojtek w tej kwestii bardzo odbiegał od kolegów Huberta. Był typem, który za wszelką cenę dążył do wyznaczonego celu. Jego przenikliwy wzrok i zachowanie sprawiały, że w korporacji nadano mu ksywkę „Szczurek”, co idealnie pasowało. Nie był głupi, ale niejednokrotnie jego pomysły były tak absurdalne, że Hubert zastanawiał się, czy naprawdę pasuje na to stanowisko.
Wojtuś miał wysokie mniemanie o sobie, a braki w wiedzy nadrabiał przymilaniem się do przełożonego. Dziwne było, jak objął stanowisko, na którym teraz tkwił. Jego przełożony, po pijaku spowodował kolizję drogową, a plotki głosiły, że Wojtek pił wtedy razem z nim. Nie kleiło to się jednak Hubertowi, znał Zbyszka, bo tak na imię miał boss Wojciecha, a ten nigdy nie kozaczył w ten sposób, ale przecież po wódce, człowiek różne głupie rzeczy czyni.
Mąż Joanny zawsze miał coś do powiedzenia, i to na każdy temat. Był niczym klon europosła Ryszarda Czarneckiego, który miał sporo do przekazania nawet w kwestii bolesnych miesiączek, mimo że nigdy ich nie doświadczył.
— Bardzo miło mi się z panem rozmawiało — usłyszał przy ostatnim tańcu.
— Mnie również, byłem zaszczycony — odpowiedział, całując delikatną dłoń Joanny.
— Na jak tam Asiu, poznałaś dobrze drugiego po CEO? — wtrącił się Wojtek, gdy zakończył taniec z Roksaną, specjalistką z działu prezydialnego.
— Tak, super się bawiliśmy, a i tematy do rozmów mamy wspólne — odparła.
— O, to fajnie, może Huberciku zorganizujemy jakąś imprezę na czerwcowy weekend, grill, piwko…
— Wojtuś — przerwała mu małżonka.
— Co Wojtuś, co Wojtuś, trzeba podtrzymywać koleżeńskie kontakty, ty wiesz kobieto, kim jest Hubert? — fuknął na nią, a Hubertowi to się nie spodobało.
— Mam zarezerwowaną chatkę w Terchowej w tym czasie, wiesz, wypad na Małą Fatrę, ale jeśli chcecie, miejsca jest dla czworga, a jadę sam — mężczyzna sam nie wiedział, dlaczego wyszedł z propozycją, przecież uwielbiał samotność w górach.
— Fantastycznie, czujemy się zaproszeni, szczegóły dogadamy w korpo — od razu przystał na propozycję Wojtek.
— Ale my się dołożymy jakoś… — wtrąciła Joanna.
— Nie, czujcie się moimi gośćmi — odparł, a po chwili się pożegnali.
Nie mógł długo zasnąć w wynajmowanym mieszkaniu, mając wciąż przed oczami postać Joanny. Przypominał sobie jej słowa, gesty, dotyk dłoni, gdy tańczyli. Te cudowne kręcone loczki na bokach twarzy, zapach perfum. Coś w nim się obudziło, coś uśpionego, zakopanego głęboko.
Nie mógł się opanować. Zsunął bokserki do kolan i ujął sterczącego penisa. Przymknął oczy, mając jej obraz w myślach, i zaczął się masturbować. Trysnął na brzuch po kilku minutach i poczuł ulgę. Czy tak chciał się rozładować? Czy nie wolałby, by to jej dłonie pieściły go, a usta zatapiały się w jego ustach? Odpowiedź wydawała się jasna, ale zdawał sobie sprawę, że jest mężatką, kocha swojego wybrańca i tylko takie marzenia muszą mu wystarczyć.


Przez niecały miesiąc, bo taki okres czasu dzielił ich od wyjazdu coraz częściej łapał się na tym, że jego myśli krążyły wokół żony Wojtka. Zakolegował się z nim, co przyszło z wielkim bólem, ale wiedział, że tylko w ten sposób, ma możliwość spotkać się z nią. Ten wykorzystywał to, kiedy tylko mógł, widząc w tej relacji szansę dla siebie.  
Onanistyczne seanse z obrazem Joanny przed oczami powtarzały się kilkukrotnie, gdy nalewając sobie koniaku, zasiadał w fotelu lub kładł się do łóżka, a potem masturbował do ostatniej kropli nasienia.  
Dograli sprawę wyjazdu, a on dowiedział się paru rzeczy o niej, zmuszony będąc do skrócenia dystansu pomiędzy nim a Wojciechem, co nie za bardzo mu odpowiadało. Lubił trzymać dystans i nie spoufalać się z podległym personelem, bo takie zażyłości trudno było później wyplenić, a nie pomagały one w pracy. Łamał zasady, które miał wpojone, ale coś go do tego pchało.
Gdy trzydziestego kwietnia, popołudniem, spotkali się przed jego mieszkaniem, nie mógł oderwać wzroku od Joanny. W dżinsowej spódniczce sięgającej do kolan, cielistych rajstopach, sportowej bluzie i adidasach wyglądała cudownie. Poranki były jeszcze chłodne, a i czerwiec, nie był tak ciepły jak w poprzednich latach, więc nie zdziwiły go cieniutkie niczym mgiełka rajtki. Sportowy szyk połączony z elegancją. Każdy szczegół jej ubioru wydawał mu się dopracowany, a zapach perfum był delikatny i subtelny, jakby napakowany feromonami.
Jechali jego samochodem, ponieważ ich Punto podobno trafiło do mechanika. Nie bardzo w to wierzył, znając Wojtka, który był sknerą i ściubał każdy grosz, walcząc o maksymalny wymiar premii, co większość współpracowników przyprawiało o odruch wymiotny.
Zapakował bagaże i po kilku godzinach dotarli do stojącej na uboczu wsi chatki. Przed nimi rozciągały się przepiękne krajobrazy Małej Fatry z górującymi szczytami Krivania, Stoha i Rozszutca.
— Boże jak tu cudnie — stwierdziła Joanna, podziwiając widoki. — Wojtek, może wybierzemy się tutaj za rok albo na jesień? — zadała mężowi pytanie.
— Szkoda kasy, lepiej dołożyć i polecieć do Hurgady, a jeszcze lepiej nad jezioro do mojej ciotki — odparł, a kobieta na chwilę posmutniała.
— Ma rację — wtrącił się Hubert, choć wcale tak nie myślał. — Jesteś tu, Joanno, zwiedzisz, a ja nigdy nie wybieram się tam, gdzie już byłem — dodał, lustrując jej sylwetkę wzrokiem.
— Dobra, Hubert, pojedźmy do sklepu, kupić jakiś alkohol i zagrychę, bo szkoda czasu —  Wojciech wypalił, nieco rozkazującym tonem.
— Wojtek! — próbowała go skarcić żona, lecz on tylko fuknął do niej i kobieta zamilkła.
Rozpakowali się, i pozostawiwszy Asię samą, udali się do „Potravin”, jak w miejscowym języku nazywano sklepy spożywcze.
Nie zdziwiło Huberta, że to on zapłacił za zakupy. Znał tego typa od podszewki.
Gdy wrócili, Joanna zajęła się przygotowaniem kanapek i przekąsek, a mężczyźni, wsadziwszy browary i wino do lodówki, stali przed domkiem, rozmawiając. Wojtek plótł banały na temat Słowacji, nie mając o tym kraju zielonego pojęcia. Zachwalał polską stronę Tatr, co było w kontrze do zdania Huberta, który schodził te góry zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Jego rozmówca mylił szczyty i doliny, chcąc błysnąć, ale pogrążał się coraz bardziej.
Na grillowanie było już za późno. Asia przebrała się w kremowy dres i podała wykwintnie przygotowane jadło. Widać było, że w kanapki włożyła dużo serca, aż kipiały warzywami, polane jakimś pysznym sosem.
— Pyszota — zachwalał Hubert, pałaszując je, tak że aż uszy się mu trzęsły, a ona oblała się rumieńcem, bąkając coś, że to nic takiego, zwykłe kanapki.  
Wojtek oczywiście musiał coś skrytykować, a potem udał się do lodówki i przyniósł alkohol.
— Ty wino, jak zawsze? — zapytał żony, wiedząc, że ta nie gustuje w złocistym trunku.  
— Tak, tylko niedużo, odrobinkę. Wiesz przecież, że mam słabą głowę — odparła, odbierając kieliszek napełniony trunkiem.
— Ale potem, jak wypijesz, to… — wypalił lubieżnie, robiąc oko do niej, a potem do Huberta, dając jasno do zrozumienia, o czym mówi.
— Wojtek — szepnęła i zalała się rumieńcem, kierując wzrok w podłogę.
— No co, no co? Sami swoi — odpowiedział, jakby mówinie o temperamencie żony po alkoholu przy obcym facecie było normalnością.
Chciał zgrywać luzaka, playboya, nowoczesnego mężczyznę, a w oczach Huberta tracił twarz z każdym takim zachowaniem.
Współczuł jej, bo jeśli on tak się zachowywał przy innych, to jej uczucie musiało być cholernie silne, że jeszcze go nie kopnęła w tyłek.
Przedstawił im plan na jutro, proponując dość ambitną i długą trasę, obejmującą najpiękniejsze szczyty i zakątki parku narodowego. Wojtek oczywiście stwierdził, że to dla niego bułka z masłem, i że pokonywał trudniejsze trasy z kultową Orlą Percią, ale na pytanie, od której strony wchodził, jakoś dziwnie kluczył, zasłaniając się niepamięcią, bo to było za dawnych, szczenięcych lat.  
Joanna podchodziła do propozycji bardziej sceptycznie, ale gdy wyjaśnił, że są dwa, a nawet trzy miejsca, gdzie można skrócić ambitną trasę, uspokojona przystała.
Rzeczywiście, musiała słabo tolerować alkohol, bo po kilku kieliszkach przeprosiła ich i, pożegnawszy się poszła do łazienki, by zażyć kąpieli przed snem, wcześniej udając się po koszulę nocną do pokoju na piętrze.
Gdy wyszła ubrana tylko w nią, z rozpuszczonymi włosami, Hubert nie mógł oderwać od niej wzroku. Biała, sięgająca za kolano nocna kreacja z koronkowymi wstawkami w okolicach wycięcia na biust bardzo jej pasowała. Nim zniknęła, dostrzegł, jak pod materiałem odznaczają się sutki. Pogadali jeszcze chwilę, dopili piwo i rozeszli się do swoich pokoi.
Małżeństwo zajmowało niewielki pokoik na poddaszu domku, gdzie znajdowało się spore małżeńskie łóżko, Hubert zaś musiał zadowolić się niezbyt wygodną wersalką na parterze. Obaj mężczyźni kręcili się jeszcze chwilę, a to za potrzebą, a to myjąc się przed snem. Jutro mieli ruszyć w porannych godzinach, by dostać się do gondolowej kolejki zaraz po jej otwarciu.
Zgasił światło i nakrył się kołdrą. Znów miał ochotę ująć fujarę i masturbować się, ale zdał sobie sprawę, że oni są u góry, któreś mogło zechcieć zejść do łazienki za potrzebą lub do kuchni, napić się czegoś. Opanował podniecenie, choć przyszło mu to z trudnością, i za wszelką cenę starał się usnąć. Zapadł w płytki sen, lecz nie na długo.
Obudziło go miarowe skrzypienie dochodzące z piętra. Spłycił oddech, wsłuchując się dokładnie, i zdał sobie sprawę, że oprócz tego słyszy ciche pojękiwania. To nie mogło być nic innego jak odgłosy kopulacji pary. Nie zastanawiając się długo, zsunął z siebie slipki i uchwycił sterczącego fallusa. Odgłosy miłosnych harców stawały się coraz bardziej słyszalne, pojękiwania głośniejsze, a skrzypienie przybierało na sile i częstotliwości.
To, co robił, było zboczone i nienormalne; onanizował się, wsłuchując w miłosne odgłosy, jakie wydawała z siebie Joanna, pragnąc być tam zamiast Wojtka. Penetrować ją gorącym, twardym jak stal członkiem, pieścić piersi i zatopić usta w jej wargach.
Oddech stał się płytszy, ruchy na fallusie mocniejsze i szybsze, prawie dostosowane do częstotliwości skrzypnięć małżeńskiego łoża na poddaszu.
Strzelił pierwszy, wydając z siebie cichy jęk spełnienia, a po chwili do jego uszu dotarło głośno wypowiedziane „Już”, „Dość” damskim głosem i „Taaak”, barytonem Wojtka. Miarowe skrzypienie mebla ustało i w domku nastała grobowa cisza.
Nie zdołał wychwycić nasienia w dłoń; trysnęło na poszwę, a teraz czuł jej lepkość. Leżał przez chwilę, dochodząc do siebie. Wychwycił, że na górze kochankowie rozmawiają ściszonym tonem.
— Ty zwariowałeś, co on sobie o nas pomyśli?
— Nic, że mam zajebistą żonę, no nie bądź już taka, chyba dobrze ci było?
— Przestań, idziemy spać.


Obudziły go kroki i gdy otworzył oczy, dostrzegł Joannę krzątającą się po kuchni i przygotowującą posiłek. Na koszulę nocną miała narzucony szlafrok.
— Obudziłam cię. Przepraszam. Jeszcze czas, ale chciałam nam zrobić kanapki na drogę i kawę do termosu, no i śniadanie — szepnęła, uśmiechając się delikatnie, lecz po chwili, jakby zawstydzona, uciekła wzrokiem.
— Nic nie szkodzi, i tak miałem już wstawać — odparł, lustrując ją wzrokiem.
Miał zamiar podnieść się z wyra i udać do łazienki, lecz zdał sobie sprawę, że ma poranną erekcję. Nie miał zamiaru paradować przed nią w takim stanie, obawiając się, co sobie o nim pomyśli. W myślach błagał, by penis powrócił do normalnego stanu, lecz jej widok to uniemożliwiał.
Na szczęście w zasięgu dłoni dostrzegł dresowe spodnie. Usiadł na łóżku, tyłem do kobiety i naciągnął portki.
Po trzech kwadransach, posileni i przygotowani do drogi, ruszyli w kierunku przystanku autobusowego. Miejska komunikacja dowoziła pasażerów pod samą gondolową kolejkę „Vratna”, więc nie było sensu zabierać auta. Dodatkowo nie planowali pętli, ich eskapada miała zakończyć się w innym miejscu.
Asia, ubrana w dopasowane trekkingowe spodnie, bluzę zarzuconą na termoaktywny top i turystyczne buty za kostkę znanej niemieckiej marki, z plecakiem o pojemności około 25 litrów, wyglądała uroczo. Bez makijażu, naturalna.
Wojtek był chodzącym słupem reklamowym różnych marek. Huberta zdziwiły jego buty, typowe do wysokogórskich wspinaczek, bardziej nadające się w wysokie partie Alp, niż na niezbyt wymagającą trekkingową wyprawę, gdzie najwyższy punkt, jaki mieli zdobyć, znajdował się na wysokości niewiele ponad 1700 mnpm. Miał na sobie softshell, termoaktywną bieliznę, trekkingowe spodnie, nieco za grube jak na tę porę roku, oraz plecak o pojemności przekraczającej 50 litrów, idealny na dwu lub trzydniowe wycieczki, podczas których nocuje się pod namiotem i nosi sporo ekwipunku.
Hubert miał ulubione marki, do których był przywiązany i nie lubił w tej kwestii eksperymentować. Sprawdzone w każdych warunkach, w najgorszą pogodę, nigdy go nie zawiodły.
Autobus dowiózł trójkę wędrowców pod sam wyciąg, a następnie kolejka wywiozła ich na górę. Wojtek trajkotał jak najęty, opowiadając, gdzie zdobywał szczyty i w jakich to warunkach się wspinał, ale Hubert nie bardzo w to wierzył. Na górnej stacji zrobili zdjęcie i ruszyli w kierunku Wielkiego Krywania, oddalonego o nieco ponad kilometr.
Tam czekała ich kolejna sesja fotograficzna, a potem powrót do górnej stacji, skąd mogli ruszyć w kierunku pasma Rozszutsa, mijając kolejno szczyty Chleb i Stoh.
Hubert zauważył, że Wojtek zaczyna spowalniać tempo marszu. Raz mówił, że but mu się rozsznurował, innym razem prosił o przerwę, choć nim ruszyli udał się do toalety. W końcu, przy Południowym Gruniu, gdy pokonali jedną trzecią zaplanowanego dystansu, stwierdził, że ocierają go buty i nie da rady, zastrzegając, że kondycyjnie podołałby.
Może w tym stwierdzeniu było trochę prawdy, bo obuwie wyglądało na nowe, nigdy wcześniej nieużywane, ale… Sapał i pocił się niemiłosiernie, często ocierając krople z czoła, przystawał, przysiadał, szedł nierównym tempem, co dawało do myślenia.
— Zawracamy? — Hubert zadał proste pytanie, ale wewnętrznie był wściekły. — Czy mam ci pomóc i kończymy dzisiejszą wędrówkę? — dodał, zdając sobie sprawę, że weźmie mięczaka pod włos, a ten ujmie się honorem.
— Nie, sam dam radę. Nie w takich warunkach sam schodziłem — odparł, połykając haczyk.
— Wojtek, może ja zejdę z tobą? — zapytała Asia.
— Nie, zostań z Hubertem, nie będę wam psuł wycieczki. Dam radę.
Przewodnik grupy ucieszył się, lecz nie dał tego po sobie poznać. Zadał tylko pytanie, czy schodzi do dolnej stacji żółtym szlakiem, czy też wraca do górnej i zjedzie gondolą w dół. Gdy Wojtek podjął decyzję, wręczył mu klucz do domku, i pożegnawszy się, ruszył z Joanną.
Jakże to Hubertowi było na rękę! Jakże cieszyło się jego serce! Szedł obok pięknej kobiety w cudownych okolicznościach przyrody. Czego więcej mógłby pragnąć w tej chwili?
— Przepraszam cię za niego — rzuciła po chwili i gdy chciał jej odpowiedzieć dodała — I za to w nocy, bo pewnie słyszałeś, Prosiłam go, ale… — zarumieniła się, i wbiła wzrok w ziemię zawstydzona.
— Nie, no nic się nie stało — odparł.
— Nie powinniśmy, to było…
— Jesteście małżeństwem, to normalne.
Nic nie odparła, idąc dalej oblana rumieńcem. Rozmowę zaczęła po kilku minutach, opowiadając o sobie, od czasu do czasu wtrącając, że jeszcze raz przeprasza za nocny wybryk, i że to się nie powtórzy.
Słuchał jej i opowiadał o sobie, nawet nie spostrzegli się jak minęli Stoha, na którym strzelili parę fotek i dotarli do przełęczy Miedzicholie, gdzie zaplanowany był postój.
Przed nimi rozciągał się przepiękny widok na Wielki Rozszutec.
— Teraz najgorsze przed nami: sztuczne ułatwienia, może łańcuchy, może stupanki, klamry, duża ekspozycja. Nie byłem tutaj, jeżeli się obawiasz, skrócimy trasę i odbijemy w zielony szlak, potem alternatywy już nie ma — uprzedził, gdy zjedli przygotowane kanapki i po półgodzinnym odpoczynku mieli zamiar ruszyć.  
Popatrzyła na niego ciepłym wzrokiem i delikatnie się uśmiechnęła.
— Wiesz, z tobą się nie boję — odparła, a Hubert o mało nie podskoczył z radości.
Przeszli, i był szczęśliwy, gdy asekurował ją, podając dłoń i mówiąc, gdzie ma stawiać stopy i za co się trzymać. Gdy pociągnął ją, a ona wpadła mu w ramiona, zatrzymując twarz kilka centymetrów przed jego ustami, miał nieodpartą chęć pocałować Asię i wtulić w siebie z całych sił.
Stali na szczycie, podziwiając piękny widok, mając za sobą najgorszy odcinek szlaku. Zrobili zdjęcie, a wtedy pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, dawno tak dobrze się nie czułam — dodała, cała w pąsach, jakby wstydziła się tego muśnięcia.
Mężczyzna szalał ze szczęścia; gdyby nie była żoną Wojtka, obdarzyłby ją namiętnym pocałunkiem.
— Cała przyjemność po mojej stronie — odparł dyplomatycznie i dostrzegł łezkę w jej oku, którą szybko otarła.
— Daj rękę i chodźmy — poprosiła ujmując jego dłoń.
Boże, jaki czuł się szczęśliwy, a zarazem zdając sobie sprawę, że jest mężatką wewnętrznie smutny. Nie był typem, który potrafiłby rozbić małżeństwo tylko dlatego, że kobieta mu się podoba. Nie chciałby, by coś takiego przytrafiło się jemu, poczuć to, co dawno temu przeżył. Mógł ją kochać jedynie platonicznie, i teraz mu to musiało wystarczyć.
Opowiedziała mu o swoim dramacie, o utraconej ciąży zaraz po ślubie, dosłownie dwa miesiące po ceremonii. Mówiąc to, płakała, a on ocierał jej łzy spływające po policzkach i również się otworzył.
Z trudem mówił o Martynie, o historii ich miłości, o tym, jak go zdradziła, późniejsze pikantne epizody, gdy posuwał łatwe panny w akademiku, pozostawiając dla siebie. Ona, słuchając, zaciskała dłoń na jego palcach, a droga ubywała im w szybkim tempie.
— To był cudowny dzień, nie pamiętam, kiedy tak dobrze się czułam — oznajmiła, gdy wsiadali do autobusu.
Cudowne, prawie jedenaście godzin, z tego większość spędzona z nią. W Hubercie coś się wykluwało, coś dobrego, nie do opisania. Czuł się z nią, jakby był innym sobą.

Trzy dni weekendu minęły szybko. Wojtek, oczywiście, po ich przybyciu raczył się piwem, a Hubert zdał sobie sprawę, że pod ich nieobecność, bez zapytania, wziął samochód i pojechał do sklepu, bo auto stało w zupełnie innym miejscu parkingowym. W innej sytuacji wylałby na niego stek przekleństw, bo mimo że prezentował wysoki poziom kultury, sprawnie posługiwał się językiem kawaleryjskiej stajni.
Mąż Asi nie ruszył się drugiego dnia, twierdząc, że ma na nogach bąble, i znów Hubert mógł się rozkoszować wycieczką z Joanną. Gdy wrócili, przez ułamek sekundy dostrzegł jej nagą postać, gdy ukochany mężulek, nie zwracając uwagi na to, że jest w łazience i skończyła kąpiel, wparował do środka, całkowicie zaskakując Joannę. Szybko chwyciła powieszony ręcznik, zasłaniając ciało przed Hubertem, który siedział w takim miejscu, że musiał ją zobaczyć. Pili wtedy piwo, a biednemu Wojtkowi zachciało się siku.

Gdy wrócił do pustego mieszkania, wysadziwszy ich wcześniej, czuł pustkę. Zdał sobie sprawę, że brakuje mu rozmów z nią, uśmiechów, miłych gestów, a nawet kanapek, które robiła.
Zasiadł w wygodnym fotelu i wziął do ręki aparat fotograficzny. Długo się nie namyślając, zaczął przeglądać wykonane zdjęcia i zatrzymał się na tych, gdzie był z nią. Rozpiął spodnie i zsunął je do kostek razem z majtkami. Penis tkwił we wzwodzie, domagając się wiadomych bodźców. Ujął go sprawnie i, patrząc na fotografię, począł się masturbować, nie zamykając oczu. Patrzył na jej twarz na zdjęciu, na to, jak się trzymali, na jej uśmiech i czuł narastającą falę podniecenia.  
Od czasu pamiętnego spotkania na imprezie nie korzystał z usług prostytutek, nie odwiedzał salonów masażu. Zaspokajał się sam, mając jej wizerunek w myślach lub, jak teraz, na ekranie urządzenia. Ejakulował po kilku minutach, mocnym strumieniem nasienia, które wylądowało na koszuli i w dłoni.
Odłożył aparat i rozebrawszy się wpakował do kabiny prysznicowej. Ciepłe strugi wody spadały na nagie ciało, dając ulgę. Wytarł się i goły walnął do łóżka. Zasnął momentalnie.

Kolejne dni i tygodnie upływały Hubertowi na przemyśleniach dotyczących tego, co usłyszał od Joanny. W  umyśle ścierały się dwie opcje. Pierwsza, bardziej impulsywna — podjąć ryzyko i rozbić małżeństwo tego bucefała. Druga — stonowana, polegająca na tym, by nic nie robić, bo czas uleczy rany, tak jak w przypadku Martyny. Tylko jakie rany? Joanna nie zrobiła mu nic złego; to on miał zamiar walczyć o nią.
Wojtek coraz bardziej skracał dystans, czasami zapominając, z kim rozmawia i że jest w pracy. Zwracał się do niego na „Ty”, ale pewnego dnia, gdy przekroczył już i tak zredukowaną do granic możliwości linię, Hubert zareagował, pokazując mu, gdzie jego miejsce.  
Chwilowo pomogło, ale mężczyźnie brakowało spotkań z Joanną. Wypadali do filharmonii, teatru, kina. Uwielbiał z nią rozmawiać, dyskutować po skończonych seansach i sztukach. Powitania i pożegnania zawsze kończyły się cmoknięciem w policzek. Potrzebował jej widoku, zapachu, głosu. Pragnął tego jak ryba wody.
Wojtek z radością przyjmował go w swoim domu, a w pracy, podczas przerw czy lunchów, stawał się coraz bardziej otwarty, opowiadając mu czasem pikantne szczegóły z życia intymnego.
— Ty, ale dzisiaj jej dałem, słuchaj stary… — zaczynał opowieści relacjonując, jak jęczała, gdy się kochali, jak obracał żonę w różnych pozycjach. W opowieściach jawił się demonem rozkoszy, generatorem kobiecych orgazmów, a Kamasutra była jego chlebem powszednim.
Przegiął, gdy z benedyktyńską dokładnością opisał, jak kochał się z nią, gdy miała okres. Jak to na „indiańca”, bo tak nazwał ten wybryk, zanurzał fiuta w krwawiące wnętrze. To było niesmaczne; ogólnie wszystkie te opowieści były lubieżne i poniżej dobrego smaku, ale w tej sytuacji przecholował.
— Wojtek, ale po co ty mi to mówisz? — zapytał go bezpośrednio.
— No przecież przyjaciele sobie opowiadają. Myślisz, że baby nie gadają, jak im który dogodził? — wywalił taką popelinę, że Hubertowi zrobiło się słabo.
„Kurwa, jaki to prostak i cham” — jasno określił rozmówcę. Może takie zachowanie zrozumiałby, gdyby Wojtek miał szesnaście lat i dorwał nienasyconą pannę, ale on był rok młodszy od niego. Facet dojrzały, żonaty.  
— A ty jak tam, ruchasz coś, masz jakąś dzidzię? — zadał mu bardzo intymne pytanie.
Postanowił nie być gorszym i na poczekaniu wymyślił historię o długonogiej blondynce, co takie fiki-miki potrafi, że pała opada.
— No nieźle, musi być gorąca, nie to co moja… — miał zamiar walnąć rozmówcy w twarz za takie stwierdzenie o żonie. Z trudnością tłumił w sobie złość i wkurwienie.
Pogadali jeszcze chwilę, a po skończonym lunchu rozeszli się do swoich pomieszczeń.

Nie była tajemnicą poliszynela, że na emeryturę w niedługim czasie odchodził Ludwik. Stary funkcjonariusz SB, który w ministerstwie, w latach komuny, zajmował się organizacją i obsługą delegacji z zagranicy. Nie przeszedł weryfikacji, więc resort pożegnał się z nim, dając sowitą odprawę i emeryturę w niepełnym wymiarze. Ciągnęło Ludwika do pracy i gdy firma potrzebowała kierownika wydziału prezydialnego, to daleko w tyle zostawił młodszych pretendentów po super uczelniach. Bił ich na głowę wiedzą i doświadczeniem, perfekcyjnie znał protokół dyplomatyczny i umiał się zachować, mając odpowiednie przygotowanie. Perfekcyjnie dobierał souveniry wręczane delegacjom. Miał klasę, zawsze ogolony, pachnący, spodnie w kant, a sam wysyłany na zagraniczne delegacje znał perfekcyjnie zasady i przepisy zachowania się w odwiedzanych krajach. W pracy był perfekcjonistą, niewymagającym kontroli.  
Za trzy miesiące, bo tyle wynosił okres wypowiedzenia, miał odejść z korporacji, doliczyć sobie procenty z cywila do mundurowej emerytury i wieść życie prawdziwego emeryta — grzyby, ryby i działka.
CEO rozmawiał z nim, sugerując, by pozostał, oferując sporą podwyżkę, ale „Lutek”, bo taka przylgnęła do niego ksywka, stanowczo odmówił. Miał sześćdziesiąt pięć lat, nadciśnienie i jak sam stwierdził — „Czas na młodych”.
Generalny zrozumiał, obiecując, że zostanie zaproszony do ścisłego grona tych, którzy zadecydują o wyborze jego następcy, a owo, nie było zbyt liczne. Kadrowy (CHRO), który wypowiadał się w kwestii spełnienia wymogów formalnych, i gdy odrzucił kandydata, ten nie przechodził do dalszej tury. Po tym sicie decyzję ostateczną podejmowali CEO, Hubert jako COO i zaproszony Ludwik.  
Funkcja kierownika działu prezydialnego była najlepiej płatnym stanowiskiem menedżerskim. Dochodziły do tego diety za wyjazdy, bo zawsze ktoś z tej nielicznej komórki musiał być obecny przy służbowych zagranicznych i krajowych podróżach. Słowem, można było zwiedzić świat na koszt pracodawcy, przy minimalnym wkładzie własnym.
Odpowiedzialność nie była jakaś kosmiczna i ograniczała się do początku i końca spotkań, bo sprawy fachowe obgadywali dyrektorzy wyższego szczebla i ich menedżerowie. Idealne spokojne miejsce jawiące się większości jako ciepła fucha. Każdy, kto nie miał ambicji pchać się wyżej w tym korpo-piekiełku, gdzie panowały niekoniecznie zasady fair-play, lub miał lata i zdawał sobie sprawę, że wyżej nie podskoczy, marzył o tej posadzie.
Dlatego Huberta nie zdziwiło, że Wojtek zgłosił swoją kandydaturę na to stanowisko, dostając błogosławieństwo swojego bezpośredniego przełożonego, który od dawna marzył, by się go pozbyć. Drugim z kandydatów był Piotr, gość z działu prawnego, facet po prawie międzynarodowym, znający języki, ogólnie lubiany i szanowany w firmie.
Pod względem formalnym obaj kandydaci spełniali wymogi, lecz gołym okiem można było dostrzec, że Piotr ma większe szanse. Poziom znajomości języków obcych, prawnicze wykształcenie i doświadczenie w wyjazdach zagranicznych plasowały go wyżej. Wojtek znał rosyjski, którego Piotr nie rozumiał, ale w angielskim, Piotrek kładł Wojtusia na łopatki, a niemiecki drugiego z kandydatów wydawał się bardziej przydatny, bo firma nie otwierała się jeszcze na rosyjskojęzyczny rynek. Mąż Joanny był raz na zagranicznej delegacji, bardziej jako dodatek niż menedżer; zabrano go, by się przyglądał. Ogólnie rzecz ujmując, niekoniecznie nadawał się na to stanowisko, ale „Szczurek”, pchał się, czując profity i szansę na poznanie świata.
Nie minął tydzień, a Wojtek zaprosił Huberta do siebie. Samotny mężczyzna zgrywał twardziela, ociągał się z decyzją, nie dając jasnej odpowiedzi, bo zdawał sobie sprawę, że ten wyszedł z inicjatywą, chcąc coś ugrać. Wojtek naciskał, prosił, błagał go prawie, ale dopiero telefon od Joanny zdecydował, że Hubert przystał na spotkanie.
Nie widział jej blisko dwa tygodnie i pragnął z nią porozmawiać, zobaczyć, poczuć. Przystał, zdając sobie sprawę, że mąż Asi zacznie go przekonywać, zachwalać siebie, przedstawiać w najlepszym świetle i kadzić mu, tak że aż niewymowna część ciała zacznie go boleć.
Było winko, przewidywalne Wojtka miłe gadki, i podlizywanie się w stylu, że widzi Huberta jako następcę CEO. Lukier, to mało powiedziane; końska dawka insuliny by nie pomogła, tak cukrzył, przymilał, łasił. Typowy korpo-szczur, gotowy zrobić wszystko, by osiągnąć cel.
Joanna, piękna jak zwykle, z rozpuszczonymi włosami, w białej bluzeczce w karo, nie za obcisłej, ale eksponującej dorodne piersi, okryte białym biustonoszem, spódnicy do kolan i cielistych cienkich rajstopach. Jak to w domu, nie nosiła butów, a wygodne kapcie, które jednak nie psuły wyglądu aż tak bardzo.
Przyrządzona kaczka smakowała wyśmienicie z surówkami własnej roboty.
„Boże, ile bym dał, by ona była ze mną?” — marzył, patrząc na krzątającą się kobietę, zabierającą talerze po posiłku.
Mimowolnie porównywał gospodynię do pierwszej miłości i w każdym aspekcie Joanna biła Martynę na głowę. Tylko czy można porównywać nastolatkę, studentkę do mężatki z niemałym stażem? Nie. Nie wiedział, jaka Joanna była w młodości.
Wypili lampkę wina, a Wojtek znów zaczął się podlizywać.
— Słuchajcie, podjąłem decyzję, że koniec z wynajmowaniem, uciułałem trochę grosza, dobiorę kredyt i chcę kupić jakiś segment. Koniec płacenia za mieszkanie, które nigdy nie będzie moje — przerwał Wojtka peany.
— Dobra decyzja — odparł tamten, polewając w kieliszki kolejną dawkę trunku. — No to za nowe lokum! — wypalił.
Joanna popatrzyła na Huberta, i położywszy na stole paterę z ciastem, odezwała się.
— Dwie ulice dalej od nas deweloper ma do sprzedania ostatnie segmenty, spuścił z ceny, bo moja koleżanka była zainteresowana. To naprawdę okazja.
— Hubercik, nie ma się co zastanawiać. Dwie przecznice od nas, good price — musiał wtrącić angielskie stwierdzenie. — Pchniesz mnie na prezydialnego, kupię dobrą furkę i będziemy razem dojeżdżać — kontynuował. — Przecież się nadaję, sam o tym dobrze wiesz — tym stwierdzeniem wciskał mu dziecko do brzucha.
Słuchał Wojtka niczym zgaszonego radia, patrząc na Joannę, a ta uciekła wzrokiem. Obiema dłońmi, jak to kobieta, ugładziła spódnicę od tyłu i usiadła na krześle.
Zjadł szarlotkę, potem skosztował murzynka i spojrzawszy na zegarek, stwierdził, że już późna pora.
— Dziękuję, miło było, ale czas się zbierać — stwierdził, nie chcąc przedłużać spotkania.
Zadzwonił po taksówkę. Stwierdzenia Wojtka jasno wskazywały, w jakim celu został zaproszony, a Hubert nie miał zamiaru dawać płonnych nadziei. Nie widział go na tym stanowisku; już to, że dochrapał się menedżera w innej komórce, wyglądało na cud.
— Hubert, dasz swój głos? — nie przestawał go bombardować pytaniami.
— Nie wiem, przeanalizuję, nic nie obiecuję, ale ty z językami…
— Zapisałem się na weekendowy angielski, lektor mówi, że łykam to wszystko…
„Kurwa, pewnie jak pelikan” — Hubertowi przeszło przez myśl, bo sam pamiętał, ile wyrzeczeń go kosztowało opanowanie specjalistycznej angielszczyzny.
— Jest jeszcze stary Ludwik, nawet gdybym… — ugryzł się w język, bo mimowolnie rozbudzał w rozmówcy nadzieję.
— Lutka załatwię, moja w tym głowa — rzucił, jakby był tego pewien. Hubert, mając dobre stosunki z emerytem, wiedział, że ten nie widzi Wojtka na swoim miejscu.
— Ale mnie nie przekreślasz?
— Pogadamy w robocie — zbył go.  
Gdy wreszcie dał mu założyć buty, zadzwonił kierowca taksówki, i oznajmił że stoi przed domem. Joanna podeszła z pakunkiem w ręku.
— To dla ciebie, słodkości — powiedziała subtelnie, wręczając mu zawiniątko. — Odprowadzę cię — dodała, wsuwając buty.
— Powiedz mi, czy on ma szansę? — zapytała, patrząc Hubertowi głęboko w oczy. Nie wiedział, co odpowiedzieć, dostrzegając jej wzrok. — O niczym innym od tygodnia nie mówi, tylko o tym — dodała. — Możesz mu jakoś pomóc? — zapytała na koniec, z proszącym wyrazem twarzy.
— Nic nie obiecuję Asiu, zastanowię się, jestem jednym z trzech — odparł i poczuł, jak na pożegnanie ucałowała go w policzek.
— Pa — usłyszał, nim zatrzasnął tylne drzwi pojazdu.

Cena segmentu rzeczywiście nie była wygórowana; może ta lokalizacja, na samym końcu polnej drogi, to wymogła, a może deweloper chciał zamknąć inwestycję i rozpocząć kolejne. Był jeden segment, ostatni, i gdy przeszedł się z przedstawicielem po okolicy, stwierdził, że to dobre miejsce. Tylko jeden sąsiad, bo dalej znajdował się jedynie sosnowy lasek i szemrzący potok. Czysty, wartki. Sprawdził firmę w BIK-u, poczytał komentarze w Internecie, skontaktował się z doradcą.
— Teraz albo nigdy — szepnął do siebie i udał się do banku, w którym miał konto.
Oszczędności pokrywały blisko sześćdziesiąt procent ceny, ale postanowił iść na całość i mieć cały budynek dla siebie. Nie miał zamiaru dzielić go z nikim, a dwa osobne wejścia go nie przerażały.
„Wynajmę w razie czego, to lokata kapitału” — nie tylko on tak myślał; doradca inwestycyjny miał podobne zdanie. Wyliczył ratę i stwierdził, że ma finansową zdolność, pozostawiając końcową decyzję klientowi.
Wstępną decyzję kredytową dostał od razu. Przy jego zarobkach to było naturalne. Po dwóch dniach zaproszono go do placówki w celu podpisania umowy. Zabrał doradcę, a ten, nie doszukawszy się niczego niepokojącego w umowie, zasugerował podjęcie decyzji.
Zrezygnował z wyjazdu do Słowenii i, sugerując się podpowiedziami kolegów oraz fachowców z rodzinnych stron, wybierał ekipy, które miały wykończyć przynajmniej jedną część segmentu.
Nie trafił w łatwy czas; to był okres, kiedy budowlańcy masowo uciekali do Zjednoczonego Królestwa za lepszymi zarobkami. Pomogli mu znajomi i rodzina, wskazując ekipy, które były warte uwagi i wcześniej nie zawiodły.
Praca — dom — praca. Tak wyglądało jego życie, ale lubił wyzwania. Poganiał majstrów, wskazywał niedoróbki i patrzył, jak z konta uciekają złotówki. Zdał sobie sprawę, że zakup nieruchomości to początek wydatków, a „wykończeniówka” potrafi bardzo uszczuplić portfel.
Wtedy, przez chwilę, zapomniał o Joannie, choć w pracy Wojtek nadal uraczał go opowiastkami o ich cudownym seksie, pytając, czy poprze jego kandydaturę.
Zbywał go ogólnikami, twierdząc, że ma szanse, ale nic nie obiecywał. Zdawał sobie jednak sprawę, że musi mu kiedyś jasno dać do zrozumienia, że nie widzi go na tym stanowisku i swój głos odda na Piotra. Głosowanie było poufne; kandydaci dowiadywali się tylko, ile głosów dostali na „tak”.  
Powoli prace wykończeniowe zmierzały ku szczęśliwemu końcowi.

Wojtek miał od miesiąca skrystalizowany plan, jak przekonać do siebie Ludwika i Huberta. Nic innego ostatnimi tygodniami nie zaprzątało mu głowy, no może nie tak do końca, bo nawiązał dość bliskie stosunki z Roksaną, specjalistką w dziale prezydialnym.
Dział ten nie był liczny — kierownik, starszy specjalista, specjalista i dwóch referentów, przy czym ci ostatni najczęściej byli praktykantami lub stażystami z urzędu pracy. Tak właśnie trafiła tu Roksana, realizując studenckie praktyki. Sprawdziła się, znała dwa języki w stopniu komunikatywnym i zaproponowano jej po zakończeniu uczelni pracę na tym stanowisku.
Należało przyznać, że była zgrabna i urodziwa. Nogi „aż do samej ziemi”, szczupła sylwetka, brązowe długie włosy, milutka twarzyczka, nieduże, ale pasujące do sylwetki piersi, krągła pupa. Zawsze ubrana zgodnie z obowiązującym dress codem w dopasowane komplety lub sukienki. No, może czasami były zbyt krótkie, sięgające grubo powyżej kolana, ale przynajmniej „Lutek” miał na stare lata, na czym oko zawiesić. Całość stroju uzupełniały czarne lub cieliste nylony i szpilki na niezbyt wysokim obcasie. Z makijażem nie przesadzała; nigdy nie był wyzywający, dopasowany do jej urody.
Starszym specjalistą był Karol, prawa ręka Ludwika, zbyt młody, by objąć po nim schedę. Rzutki, energiczny chłopak, wpatrzony w przełożonego i czerpiący od niego wiedzę. Nawet nie próbował aplikować, zdając sobie sprawę, że nie ma szans. Jak plotki niosły, w przypadku gdyby to Wojtek objął stanowisko, Karol miał być przeniesiony na jego miejsce; podobna opcja była rozpatrywana w przypadku zwycięstwa Piotra. Słowem, kto by nie wygrał, Karol migrował do innej komórki korporacji.
Praktykanci i stażyści, jak to w każdej firmie, zajmowali się papierkową robotą, parzeniem kawy, obsługą korespondencji i innymi prostymi czynnościami. Rotacja była spora i starano się wyłapać wartościowy narybek, proponując po zakończeniu stażu lub praktyk umowę o pracę na czas określony.
Właśnie opcją przeniesienia Karola, Wojtek zagrał w stosunku do Roksany. Omamił dziewczynę wizją objęcia stanowiska starszego specjalisty, gwarantując to, w przypadku, gdy obejmie stanowisko kierownika. Snuł dziewczynie wizję wspólnych wyjazdów, delegacji, a ta, łasa na to i komplementy, jakie sypał, po kilku rozmowach wylądowała z nim w łóżku, w podmiejskim hoteliku.
Jakże on ją wtedy wyobracał, ile to pozycji przećwiczyli, bo Wojtek nie potrafił w czasie stosunku robić tego w jednej. Zgodziła się na analne figle, co „szczurka” bardzo ucieszyło, bo żona kategorycznie odmawiała penetracji odbytu, a on, o tym marzył. Pojękiwania i krzyki Roksany, gdy dochodziła, otwartość w seksie i zgoda, by spuścił się na twarz. No, nie mógł heros alkowy lepiej sobie wymarzyć. Czuł się samcem, który zaspokaja, a młoda dziewczyna jęczy z rozkoszy, gdy ją penetruje. Demon seksu, jednym słowem. Łechtało to ego. Wreszcie miał odskocznię od zacofanej i nieco pruderyjnej żony. Nudziła mu się, spowszedniała. Była dobra do utrzymania domu, taka służąca. Potrzebował ognistej kobiety, wyzwolonej, gotowej na realizację jego szalonych pomysłów,i zapatrzonej w niego, kadzącej, jaki to z niego wspaniały facet, a to dawała mu Roksana.
Po którejś miłosnej schadzce, gdy spełnieni i mocno zmęczeni leżeli na hotelowym łóżku obok siebie, zapytał, czy nie zauważyła w zachowaniu Ludwika czegoś dziwnego, czy nie wie o jego słabościach lub sekretach, bo nie mógł wykluczyć, że z tym staruchem też się parzyła. Gdyby tak było, miałby na emeryta jakiś punkt zaczepienia. Dałby mu do zrozumienia, że zgłosi do przełożonych molestowanie seksualne podwładnej, chyba że…
— Weź przestań. Z nim? Widziałam, jak wyciąga protezę i ja czyści w łazience. W życiu bym się z nim nawet nie pocałowała — usłyszał od kochanki i nie był z tego faktu zadowolony.
— Ale nic nie dostrzegłaś dziwnego? Naprawdę? — drążył temat, chcąc znaleźć jakąś słabość „Lutka”.
Roksana myślała chwilę, analizując ostatnie dni, tygodnie. Nic z „grubych spraw”, takich podchodzących pod molestowanie, „wałki” w rozliczaniu delegacji, pijaństwa, kradzieży czy czegoś podobnego nie zaznała ani nie zauważyła. Owszem, lustrował ją wzrokiem od stóp do głów, gdy pochylała się, jak to każdy facet, starał się zerknąć w biust. Nagle przypomniał się jej jeden drobny szczegół.
— Słuchaj, on chyba jest fetyszystą damskiej bielizny, a rajstop to na pewno — rzuciła, przypominając sobie tamto wydarzenie.
— No mów, mów — Wojtek momentalnie się skupił, poganiając, a ona zaczęła referować tamten dzień, gdy coś w zachowaniu szefa ją zaskoczyło.
Gdzieś koło południa „Lutek” dostrzegł, że poszło jej oczko w czarnych rajstopach i ciągnęło się od majteczkowej części aż do łydki. Była wtedy z nim sama, przedstawiając jakieś pismo do zatwierdzenia. Bez ogródek zwrócił uwagę, że ma zaciągnięte rajstopy i zapytał, czy ma drugie na zmianę, bo niezbyt elegancko to wygląda.
— No i tyle, Roksana? To naturalne — przerwał, bo takie zachowanie wydawało się normalne.
— Daj mi skończyć, Wojtek — odparła i poczęła opowiadać dalej.
Udała się do swojego pokoju i z szafki wyjęła nową parę. Miał taką alarmową, właśnie na takie wypadki, tyle że cielistą, ale i ten kolor pasował do czarnej ołówkowej sukienki. Naciągnęła rajstopy na siebie, a stare wyrzuciła do kosza na śmieci.
Wojtek się gorączkował, przerywając jej co chwila. Chciał dostać gorącego kartofla, a ta plotła, jak zmieniała nylony.  
— Miałam wtedy multum roboty, kurier przywiózł gifty dla delegacji z Korei, musiałam je odebrać, potem jeszcze coś i jak wróciłam, po godzinie, to jego nie było — kontynuowała.
— Roksi, do brzegu. Błagam!
— Zadzwonił do mnie. Był na odprawie u CEO i zapomniał okularów. Gdy przeszukiwałam szuflady w jego biurku, by je znaleźć, w najniższej znalazłam ospermione czarne rajstopy. To na pewno było nasienie, bo powąchałam. Wróciłam do siebie i sprawdziłam kosz na śmieci, ale nie znalazłam swoich. On musiał się w te moje spuścić u siebie w kancelarii — wreszcie zakończyła.
Wojciech ucałował ją w usta. Miał punkt zaczepienia, słaby, ale był, a to już było coś, by przeciągnąć na swoją stronę starego fetyszystę. Sam fakt, że zwalił sobie konia do jej rajstop, był słaby. Wojtek zamierzał jednak popracować tak, aby z tego wyszło coś grubszego.
— Kocham cię Roksuniu. Dawaj! — rzucił i zaczęli się kochać.  

Kilka dni później zaprosił Ludwika do siebie, prosząc Joannę, by pojechała do matki, gdyż zamierzał balować z przyjacielem i potrzebował wolnej chaty. Dobrze wiedział, że się zgodzi, bo nie lubiła, gdy mocno pił. W takich momentach przychodziły Wojtkowi do głowy szalone seksualne pomysły, na które nie przystawała, twierdząc, że jest zboczony.
„Głupia dewota, seksualne nic” — wkurzał się wtedy.
Marzył o dzikim, szalonym seksie. Na parkingu, w plenerze, w publicznej toalecie… a to najbardziej skrywane marzenie… Gdy kiedyś, po pijaku, wspomniał o tym, nie odzywała się do niego przez blisko tydzień.
Nużyła go, miał jej dość. Przejadła mu się. Nic w seksie nie dawała, poza erotyczną pańszczyzną. Fakt, że jęczała, czasami nawet głośno, gdy dochodziła, po tylu latach małżeństwa przestał go rajcować. Miał Joanny serdecznie dość.
Przypomniał sobie, jak ją poznał. Spiknęła ich jego daleka kuzynka. Razem studiowały, a tak się złożyło, że Aśkę rzucił chłopak, a on rozstał się z dziewczyną. Tylko czy to on się rozstał, czy tamta go kopnęła w niewymowną część ciała, stwierdzając, że z narcyzem w związku tkwić nie będzie? Tu zdania były podzielone. W każdym razie w Wojtka mniemaniu, zostawił poprzednią sympatię, a ta głupia nie wiedziała, co traci.
Zabawa w klubie studenckim, morze wypitego alkoholu. Joanna była na wpół przytomna, prawie całkowicie zalana, ale gdy ją całował w tańcu, nie opierała się. Wtedy jeszcze nie wiedział, że ma słabą głowę. W akademiku, gdy ją rozbierał w swoim pokoju, niby usłyszał „nie”, ale…  
„Jak baba mówi nie, to chce” — kotłował się w głowie, wbity od wieków slogan, niemający nic wspólnego z prawdą.
Przecież kuzynka mówiła mu, że Joanna nie jest dziewicą, bo z tamtym chłopakiem wiązała poważne plany. Robiła to z innym, to dlaczego nie z nim?  
Przecież cipa to nie mydło, nie wymydli się — kolejny stereotyp, który mu się w głowie ulągł.
Coś wtedy mówiła, niby prosiła, ale nie słuchał. Bardziej bredziła po alkoholu. Całował ją tak, że nie mogła nic więcej powiedzieć.
Obracał dziewczynę niczym kukłę. Najpierw po misjonarsku, potem przewalił ją na brzuch, a zakończył w „rozkwitającym lotosie”, układając jej nogi na swoich barkach. Wtedy jęczała najbardziej, bo penetracja była głęboka i intensywna.  
Nad ranem, gdy się obudził, a kutas stał w porannym wzwodzie, znów zabrał się za robotę. Jeszcze zamroczona alkoholem wzbraniała się, ale zdawała sobie sprawę, że wcześniej między nimi coś zaszło i zgodziła się na kolejny stosunek.
Wtedy pokazał, jaki z niego mistrz „ars amandi”. Znów mix pozycji, teraz takich, jakich z pijaną w sztok partnerką zrealizować byłoby trudno. Od tyłu, na jeźdźca, huzarska, na łyżeczkę. Przewalał ją, nie do końca świadomą tego, co się wyrabia, a ona… poddawała się tym ekwilibrystycznym działaniom.
Spotykali się i po pewnym czasie stali parą. Mógł pochwalić się ziomkom ładną, zgrabną partnerką, z dużymi jędrnymi piersiami, bo Joanna miała, czym „oddychać”. Ona miała nadzieję, że nie sparzy się, tak jak w poprzednim związku, gdzie chłopak porzucił ją dla ponętnej maturzystki.
Gdyby nie ciąża, która wynikła z tamtego spotkania, być może Joasia dostrzegłaby po czasie, z jakim gościem się związała, i rzuciłaby „goodbye, było fajnie, ale…”.  
Pochodził z rodziny „robotniczo-chłopskiej”, jeden z dwóch synów, którzy byli na studiach, ona ze wsi, może nie takiej zabitej dechami, ale gdzie o pannach z dzieckiem mówiło się niepochlebnie. Należało sformalizować związek, bo jak to dziadkowie obu stron mówili: „dziecko musi mieć matkę i ojca”.
W USC udało się załatwić wolny termin bez żadnego problemu, gorzej było z księdzem, ale ten, przytulił odpowiednią kwotę, w definicji „co łaska”, a w praktyce „tylko nie mniej niż”, i problem znikł. Rodzice dziewczyny, mający spore gospodarstwo rolne i zakontraktowane dostawy, posmarowali plebankowi odpowiednią kwotę, a ten w grafiku poczynił magiczne zmiany, tak że Joanna nie musiała się obawiać, że z brzuchem do ołtarza pójdzie.
Wojtek, po pierwszej wizycie u teściów, dostrzegł, że są bogaci. Hektary ziemi, dobrej klasy, kawał lasu. Momentalnie wszedł w rolę czułego narzeczonego, troskliwego faceta, szepcząc Joannie miłe słówka, trzymając za rękę, przytulając i składając pocałunki na dłoniach jej i teściowej.
Nie zapomniał, by przyszłemu teściowi wejść w niewymowną część ciała. Zapewniał, że Joasia przy nim zazna szczęśliwego życia. Przedstawiał swoją wizję, misję, strategię ich życia. Oboje byli po dyplomie, a on znalazł pracę w miarę przyzwoitej firmie.
W głowie już widział podział majątku po śmierci rodziców Joanny. Połowa dla nich, bo miała tylko starszego brata, a ten jako jedyny wyznał się na nim i dość chłodno ocenił wybranka serca siostry.  
Joaśka była w siódmym niebie, widząc, jak ją „kocha”. Stał się czułym partnerem, szeptał miłe słówka, rzucał banały, dosłownie i w przenośni, nosił na rękach.
Zapomniała, w jakiej sytuacji go poznała, że to nie do końca było z jej przyzwolenia, że niewiele pamiętała z tamtego spotkania. To był jej Wojtuś, kochany, czuły, opiekuńczy. Czego więcej mogła chcieć?
Biała suknia, welon, bo tak trzeba, wesele. Niecałe dwa miesiące sielanki, a potem…
Krwotok przyszedł nagle, może się za dużo nadźwigała, bo Wojtka w segmencie, który zasponsorowali jej rodzice nie było, a ona przenosiła dość ciężkie pakunki, a może z innej przyczyny?
Błagała Boga, by nie zabrał dziecka, ale gdy po zabiegu, który uratował jej życie, spostrzegła minę lekarza, zdała sobie sprawę, że w macicy ukochanej istotki już nie ma.
— Proszę się nie martwić, tak czasem bywa. Musieliśmy, wykrwawiłaby się pani. Brat przywiózł panią dosłownie w ostatniej chwili. Oddał krew w opcji na ratunek, zamiast 450, dał 600 mililitrów. Wszystko według mnie jest dobrze, da pani radę zajść w ciążę — usłyszała.
Wojtek odebrał ją po tygodniu. Fizycznie dochodziła do siebie, ale psychicznie cierpiała, przeżywając katusze.
Płakała, była emocjonalnie rozbita, analizowała co zrobiła nie tak, winiąc siebie. Płód „zneutralizowano”, tak jej powiedziano. Nie wiedziała, czy to był chłopiec, czy dziewczynka, ale, czy można mieć pretensję i żale do lekarzy, którzy walczyli o jej życie?
— I dobrze się stało, teraz mam szansę pójść wyżej, a bachor… — jakże on mógł nazwać bachorem ich dziecko! Joasi nie mieściło się to w głowie.
— Na dzieciory przyjdzie czas. Musimy się ustawić w życiu. To najważniejsze — kolejne zdanie raniło niczym oset.
Następnego dnia, spakowała się i pojechała do rodziców. Utulili córkę, rozumieli stratę i ich zachowanie, gesty pomagały przezwyciężyć traumę, jaką przeżyła.
Wtedy, po raz pierwszy się zastanowiła, czy wybrała właściwego partnera.
Pojawił się po tygodniu z bukietem róż. Przepraszał, twierdził, że nie to miał na myśli. Uwierzyła i zaufała mu.
Nie zdawała sobie sprawy, że kiedy płakała w poduszkę po stracie dziecka, ukochany posuwał pannę z agencji towarzyskiej, zdradzając ją po raz pierwszy.
Zmienił się, ale jeszcze zachowywał pozory. Potem tylko wymagał realizacji coraz bardziej karkołomnych pozycji, rodem z Kamasutry, a ona, głupia się zgadzała.
Pragnęła mieć dziecko, nie, nie od razu po poronieniu, ale po dwóch, trzech, latach wydawało się to naturalne. Jednak do tanga trzeba dwojga, a Wojtek nie chciał. Zmieniał firmy, pchając się w drabince korporacyjnej do góry. Mówił, że jeszcze czas i kopulował w kondomie.
Z czasem przywykła, do tego. Do gadek, z jakimi to debilami na wyższych szczeblach pracuje, jak nikt nie docenia jego arcy genialnych planów i wizji, jacy to wszyscy są debile, a on wizjoner widzi to w innych barwach.
Skończyła się miłość, zaczęło przyzwyczajenie. Chciał podkręcić atmosferę w alkowie, ale pomysły, były rodem z filmów porno, i to tych marnej klasy.
Wyraźnie oznajmiła, że na seks analny w jej stronę nie ma co liczyć, nie przyjęła propozycji spustu na twarz, bo ta wydawała się wybitnie poniżająca. Zgodziła się na titsjob, piersi miała spore, i foojtob, bo wydało się ciekawą odskocznią.
Kochała go na swój sposób i nigdy jej w głowie nie zagościła myśl, by Wojtka zdradzić.

Siedzieli w pokoju gościnnym, rozpijając półlitrówkę Soplicy. Ludwik, nieco zdziwiony był zaproszeniem, bo wyszło nagle i bez przyczyny. Wojtek zaś, stał się tak przymilny, że aż zęby bolały.
— Szczerze „Lutek”, jak mnie widzisz za siebie? — wywalił w końcu, gdy wypili sporo.
Była sobota, emeryt mógł sobie pozwolić na konkretną konsumpcję, a że po alkoholu, zawsze walił konkretnie, to każdy, kto z nim pił wiedział.
— Chujowo cię widzę — jak to stary ubek wywalił prosto z mostu.
— Ale Ludwik, czemu?
— Bo się kurwa, nie nadajesz — odparł rozmówca.  
Dopili wódkę, którą przyniósł gość i gospodarz poszedł do kuchni, i zaczął grzebać w lodówce. Wrócił z nietęgą miną.
— No patrz, ta moja, jak wie, że zabaluje z kolegami to chowa gorzałę i jeszcze pierdoli, żebym się za bardzo nie nachlał — zaczął się usprawiedliwiać. — Ale wiesz, co Ludwiczku, ostatnio ją przejrzałem, jak Hubert u mnie był — tu ewidentnie kłamał. — Skitrała bitch jedna w swoim koszu na brudną bieliznę, dostrzegłem, bo krzywo nakrywka stała. Sprawdzę. Pozwolisz?
Podchmielony „Lutek” dał przyzwolenie, a Wojtek poszedł do ubikacji. Wyrzucał z sporego wiklinowego koszyka jej bluzki, sukienki, rajstopy i bieliznę. Potem wrzucił grubsze ubrania, a te najświeższe majtki, rajtki biustonosze pozostawił na wierzchu.
— Zobacz jebana, musiała znaleźć inne miejsce. Idę do sklepu, pół godzinki i jestem — oznajmił, wciągając buty. — Walnijmy — dodał, gdy był gotowy do drogi.
Wypili kielona, a Ludwik nie był z tych, co za kołnierz wylewają. Pierdyknął, i zasiadł w wygodnym fotelu.

Gdy trzasnęły drzwi, emeryt odczekał kilka minut, a potem zbliżył się do okna, patrząc na oddalającą się sylwetkę kompana.
Przypomniał sobie zmarłą żonę. Ile to już lat minęło? Sam się zastanawiał. Gdy jeszcze był młody uwielbiał, gdy owa była w nylonkach. Wtedy nie było takich jak teraz, błyszczących z lycrą, zwykły poliamid kręcił go nieprzeciętnie. Małżonka rozumiała jego fetysz, bo nie tylko rajtki go kręciły. Uwielbiał wąchać majteczki, w szczególności znoszone, gdzie mógł poczuć kobiecy zapach.
— Ty mój wąchaczku kochany — mówiła czule i zaczynali miłosne harce. — Kocham cię — dodawała często po stosunku, gdy leżeli obok siebie.
Podniósł się z wygodnego fotela i skierował kroki do łazienki. Gdy oddawał mocz, poczuł, że kutas mu staje na widok położonych na pokrywce wiklinowego kosza damskich fatałaszków.
Czarne i cieliste rajty, majteczki, biustonosze. Sikając, nie mógł odwrócić od nich wzroku. To było silniejsze. Penis pobudzał się do życia.
Wyszedł i usiadł, a potem podniósł się i spojrzał w okno. Wojtka nie było widać. Zdawała sobie sprawę, że kompanowi  droga „z buta” zajmie kwadrans do najbliższego sklepu, czynnego o tej porze. Wrócił do łazienki.
Nałożył czarne figi na twarz, zapach z kroku, docierał do zmysłów. Cielistymi rajstopami owinął członka i stojąc, zaczął się masturbować.
Miły dotyk nylonu pieścił sterczącego kutasa i smyrał mosznę, a boski zapach z majteczek…
Jakże Ludwik tego dawno nie czuł!, jakże mu tego brakowało! Przymknął oczy, a ruchy dłoni stały się szybsze. Wypił nieco i jasnym było, że onanistyczny spektakl nieco potrwa. Mocno zacisnął dłoń na kutasie.
Oddech stawał się płytki, szybszy, ruchy prawicą coraz bardziej mocniejsze i energiczne. Krew buzowała w żyłach, uczucie przyjemności narastało. Penis, nie pierwszej młodości, nie był tak sztywny jak kiedyś, ale nie było aż tak tragicznie. Gdy ostatni raz był w przybytku rozkoszy, prostytutka nie narzekała. Tylko czy one narzekają? Podobno potrafią symulować orgazm, takie to bestie, szczególnie te z dłuższym doświadczeniem w branży. Zadowolenie klienta, ma być na pierwszym miejscu, to gwarantuje, że ten wróci, a może nawet pochwali się koledze i ów skorzysta. Cholerne prawo rynku.
Wreszcie nadeszło spełnienie. Odpłynął, zalewając rajstopy ładunkami ciepłego nasienia. Trzepał jeszcze przez chwilę, po pierwszej salwie. Zawsze tak robił, nie próbując wyłapać ejakulatu, zsuwając przed wystrzałem napletek.
Pulsowało w skroniach, ciśnienie podskoczyło, a fale przyjemności przeszyły ciało.
Przysiadł na klozetowej desce i dochodził do siebie. Rajtuzami otarł fujarę, a drugą dłonią ściągnął figi. Rozwinął rolkę papieru toaletowego, odrywając spory jego kawał i owinął nim zapaćkane rajstopy, chowając do lewej kieszeni spodni, w prawą spakował figi. Omył ręce, a potem spoconą twarz i wyszedł z łazienki.

Wojtek powrócił po pół godzinie, dzierżąc w dłoniach dwie półlitrówki wódki.  
— Kurwa, Lutek, kolejka była… — kłamał jak z nut.
Wypili dwie lufy, i kompan stwierdził ze musi się zabierać. „Szczurek” domyślał się co było tego przyczyną.
— Zapraszam cię za tydzień, będzie Asia, zrobi swoją kultową kaczkę, popijemy, pogadamy, może zmienisz zdanie — rzucił. — Naprawdę Lutek, myślisz że się nie nadaję? — nie odpuszczał do końca.  
— Dzięki za zaproszenie, i za dzisiaj. Nic nie obiecuję, ale nie rób sobie…
— Ludwik, dogramy szczegóły w robocie. Dzięki że przyszedłeś — przerwał i pożegnał się w drzwiach.
Gdy tylko zamknął wejściowe drzwi, udał się do łazienki. Od razu dostrzegł brak jednej pary fig i  rajstop. Dobrze pamiętał że tych pierwszych były cztery pary, a drugich trzy.
„Bingo”.
Zza z pietyzmem ułożonych dezodorantów i lakierów do włosów na półce, wydobył stareńka Motorolę, stary firmowy telefon komórkowy i nacisnął odpowiedni przycisk, mając nadzieję że pamięć aparatu wystarczyła do nagrania półgodzinnego filmiku.
Wrócił do pokoju i zasiadł wygodnie w fotelu. Odpalił zapis i uśmiechnął się do siebie, oglądając na ekranie poczynania emeryta.
„Bingo” — przeszło mu przez myśl po raz drugi.  

Dodaj komentarz