1969

Kolorowy tłum falował w rytm uderzeń  podwójnej stopy perkusji. Zewsząd dochodziło echo dudniących basów, solówek na gitarach elektrycznych i przekonujących jęków zaaferowanych wokalistów. Trudno było przecisnąć się wśród wielobarwnie ubranych ludzi - wesołych, upitych i chwiejących się z wyrazem szczerej radości na opalonych twarzach. Niektórzy się przytulali, inni dyskutowali w bardziej odludnych miejscach, siedząc po turecku. Inni ściskali pośladki swoich dziewcząt, na co te odważniejsze odpowiadały tym samym. Niebo tonęło w pomarańczowej poświacie zwiastującej zmierzch. Aura pokoju i miłości unosiła się ponad każdym z uczestników tego festiwalu.
Nad tym wszystkim kontemplował oparty o partnerkę motocyklista, przesiadujący na rozłożonym kocu na dwóch - niezwykle cennych - metrach kwadratowych wolnego miejsca. Gnieździli się niedaleko parkingu i pola namiotowego, skąd można było mniej więcej widzieć, co dzieje się na najbliższej scenie, a jednocześnie nie być stratowanym przez motłoch. Kilka podobnych par i grupek przyjaciół wpadło na podobny pomysł, wylegiwanie się w ostatnich promieniach słońca było dla nich jak ładowanie akumulatorów na noc pełną wrażeń.
- Zapalisz? - zapytała, by przerwać niezręczną ciszę blondynka, odziana w obcisły biały T-shirt i sztruksowe spodnie. Siedziała w ciemnych okularach, czujnym wzrokiem śledząc sobie tylko znany punkt na horyzoncie. Sięgnęła do tylnej kieszeni.
- Chętnie - odparł.  Po chwili oboje zaciągali się dymem cameli i trwali w dziwnym transie. Motocyklista osunął się głową na uda dziewczyny, a ona zmierzwiła jego brązowe, przydługie włosy.
- Kurwa, Daisy, ten towar wszedł cholernie mocno... Nadal mam halucynacje - wyznał, mrugając czarnymi oczyma.
- Wiem. Jeff tym razem nie zrobił nas w chuja. A my, głupi, spodziewaliśmy się po nim następnych rozcieńczanych szajsów. Było wcześniej nie wciągać tyle koki... - zdegustowanym głosem wygłosiła blondynka, poprawiając ramiączko od stanika.
- Co było, to było - odwrócił się na drugi bok Chris. Jego myśli kłębiły się wokół ostatniej nocy z Daisy. Był jednocześnie wkurwiony i podniecony, myśląc o tym, że zgodził się brać ją na dwa baty z jakimś przybłędą - niespełnionym romantykiem, który potrafił się tylko rżnąć. Nawet gadać z sensem nie potrafił. Ale co było, to było, do cholery!
W odpowiedzi uniosła kilka centymetrów okulary i wymierzyła w niego kpiące spojrzenie, ujawniając przy okazji przekrwione białka i swoje zmęczone oczy. Tyle razy powtarzał ten tekst, jakby był jakoś szczególnie mądry. Przez te dwa lata, które spędzili razem, tyle razy chciała przywalić mu w mordę po słyszeniu tych czterech słów. Jak tłumaczył zdradę z jej przyjaciółką? Co było, to było. Jak odpowiadał na grad pytań po swojej kilkudniowej nieobecności? Co było, to było, kurwa jebana mać. I teraz znowu się zaczynało. Jedyne, co ich oboje powstrzymywało od następnej kłótni, to owa aura, która otaczała wszystkich tutaj zgromadzonych. Siej pokój, nie wojnę. Pokój i miłość. W takich okolicznościach niekulturalnie byłoby darcie na siebie strun głosowych. Po prostu niesmaczne.
- Daisy? - wybiło ją z myśli jego zawołanie. Na twarzy wypisany miała znak zapytania.
- Tak?
- Kocham Cię - uniósł jej dłoń do ust i musnął wargami delikatną skórę.
- Wiem. Ja Ciebie też, chociaż czasem nie chcę - westchnęła. Zawsze łapała się na takie momenty. Momenty, kiedy ją czarował, a potem to wszystko burzył i stawał się chodzącym rozczarowaniem.
- Kocham Cię, ale musisz mi pomóc załatwić tę herę...

Znajomy ryk silnika - warkot uśpionej dotąd maszyny, okazał się być czynnikiem dużo bardziej trzeźwiącym niż wyznania miłości. Chris obrócił głowę i zmrużył oczy. Tak, to ten skurwiel. Odpalił motocykl i zaczął gapić się w ich stronę. Daisy uniosła głowę spoczywającą dotąd na jej udach i wstała, by lekko zataczającym się truchtem podreptać do motocyklisty. Ten zaś chamsko pomachał do leżącego bezwładnie truchła w ramonesce. Czyli chłopaka dziewczyny, którą właśnie przyciągnął do siebie i wtargnął jej swoim obślizgłym językiem w usta. Następna porcja zazdrości wpompowała się w krew naćpanego Chrisa, lecz postanowił zrobić wbrew sobie i zignorować fakt. W końcu ich związek był cholernie otwarty, jak pizda jego partnerki. Zachciało mu się zadawania z hipiską i zarazem pojebaną dziwką... Tak podsumował swoje rozważania i legł z powrotem na kocu. Tymczasem ożywiona dziewczyna wspięła się na motocykl i przywarła ciałem do jasnowąsego oraz jasnowłosego dryblasa. Objęła go.
- Tęskniłam - szepnęła mu do ucha głosem z dość dźwięczną nutką napalenia. Docisnęła się do niego mocniej, kiedy ruszyli. Wiedziała, gdzie ją wiezie - obóz motocyklistów znajdował się kawałek stąd. Potrzebowali wydzielonej przez miasto przestrzeni, by móc tam swobodnie oddawać się alkoholizmowi, hazardowi i licznych sodomiach, w zamian za co mieli trzymać się na dystans od mieszkanców pobliskiego miasteczka i w miarę możliwości od samych festiwalowiczów. Wiedziała, co czeka ją w tym przedsionku piekła, ponieważ wieziono ją tam po raz drugi. Za pierwszym zaczęło się niewinnie - całowała się z jednym z fajniejszych gości - tym, który ją teraz wiózł - nie będąc w pełni świadoma, że skonczy się to gangbangiem. Nie wszystko pamiętała, bo w pewnym momencie straciła przytomność. Od zawsze ciągnęło ją do ryzykownych rozrywek, więc postanowiła to powtórzyć. Tymczasem jej chłopak zapadł w kamienny sen, nie zdając sobie do końca sprawy, jak wiele kutasów pozna tego wieczoru jego dziewczyna...

Zeskoczyła z motocykla wprost w ramiona Jeffa. Uniósł ją na silnych barkach, niosąc niby zdobycz i uśmiechając się niepokojąco do rozłożonej na trawie bandy brodatych, śmierdzących gości. Oto ich leże, pomyślała Daisy, leże dzikich, zmotoryzowanych zwierząt. Niósł ją w stronę swoistego wodopoju. Czerwony, nawet dość błyszczący Cadillac nie pasował do tej brudnej i dzikiej scenerii. W jego bagażniku i na tylnych siedzeniach roiło się od skrzynek piwa, czystych - jak na te warunki - strzykawek i najwyraźniej świeżo ukradzionego zapasu papierosów. Ten swoisty magazyn był wspólny, wiedziała o tym. Ci brutale, mimo swoich przestępczych zachowań i zdemoralizowanych skłonności, mieli swoją własną filozofię, w której skład wchodzilo m. in. dbanie o dobro ogółu i równe dzielenie łupów. Pierdoleni socjaliści.
Podał jej kilka puszek piwa, mrugnął do jakiegoś znajomego, który w skupieniu palił papierosa i dotychczas nie przejawiał zainteresowania niczym innym, na co tamten się ożywił i ruszył w ich stronę. Jeff dawał mu jakieś porozumiewawcze znaki, tamten zatarł z krzywym uśmiechem ręce. Zsunęła okulary, by lepiej go widzieć.
- Jack - przedstawił się, wyciągając rękę po dłoń Daisy.
- Daisy - odparła trochę przestraszona, po ujrzeniu go z bliska. Jego jasne oczy błysnęły niepokojąco, kiedy złożył długi pocałunek na wierzchu delikatnej, kobiecej dłoni.
Ten szarmancki dżentelmen był przystojny, to musiała przyznać, ale przez brzydko zagojoną bliznę nad lewą brwią i te jasne, przenikliwe oczy wpartujące się prosto w jej duszę, zadrżała. Jeff w końcu postawił ją na ziemi, a ona, przyciągnąwszy do piersi puszki piwa, spojrzała po raz drugi, teraz bardziej nieśmiało, na nowo poznanego motocyklistę.
- Widzę, że coś między wami zaiskrzyło - zaśmiał się Jeff. - To dobrze, bo muszę was na chwilę zostawić...
- Chyba się czymś zajmiemy, prawda, droga Daisy? - po raz drugi usłyszała głos Jacka. Uśmiechnęła się, ukrywając niepokój.
- Z pewnością - ujęła go pod ramię, spostrzegając kunsztowne, jak na biednego zmotoryzowanego rzezimieszka, tatuaże na szyi.
- To nie tutejsze - odpowiedział na zaciekawiony wzrok. W tej samej chwili Jeff powtórzył, że musi lecieć i rzeczywiście to uczynił. - Odpowiem Ci na wszystkie pytania, ale póki co, musimy znaleźć jakiś dogodniejszy kąt.
- Racja - przytaknęła. Podążyli slalomem - między mężczyznami obdarzonymi niezwykle zakazanymi twarzami - w stronę obrzeży ich terenu.
- Dlaczego tu jestem? - zapytała, nie wytrzymując.
- Wiem, że potrzebujesz kasy. Tym razem nie chodzi o zwykłe rozrywki, jakie można doświadczyć między chłopakami z naszej sfory - oznajmił, kiedy dochodzili już do ocienionego kawałka wolnego miejsca, po boku którego spoczywał nietypowy motocykl. Usta i mimika Daisy znów najwyraźniej wyrażały jedynie znak zapytania, ponieważ ciągnął dalej: - Na razie nie mogę powiedzieć Ci wszystkiego. Zapłatą dla Ciebie będzie towar od Jeffa, to już z nim ustaliłem.
- Ile? - spytała głucho, otwierając puszkę z piwem. Odzyskiwała pewność siebie.
- Równowartość pięciuset zielonych - rozsiadł się wygodnie. - I nie chodzi o seks.
- A o co? - upiła pierwszy łyk.
- Twoje zadanie będzie miało związek z dziennikarstwem. Ale już nic więcej Ci nie powiem - zaznaczył, choć nie zabrzmiało to tak stanowczo, jak tego chciał.
- Ja...? - nie dowierzała.
- Tak, Ty - zmarszczył brwi. - Sama zobaczysz, że moja prośba Cię nie przerośnie.
- Jeśli tak... - położył dłoń na jej kolanie. Odłożyła piwo. - Mówiłeś, że nie chodzi o seks.
- Nie chodzi, ale nie mów, że nie po to tu przyjechałaś - uśmiechnął się, a ona się przysunęła. Teraz oboje tkwili oparci o drzewo, patrząc sobie głęboko w oczy. Smakowali tę chwilę. Złączywszy usta, Daisy momentalnie przemieściła się na jego kolana i wtopiła palce w jego szorstkie, pachnące testosteronem włosy.
- Szybka jesteś - oderwał się na chwilę, kładąc ręce na wysokości jej talii, sunąc po aksamitnej skórze pod bawełnianą bluzką. Dotarł do stanika, rozpiął go w mgnieniu oka. Daisy odruchowo zsunęła przez rękawy ramiączka, męskie dłonie pognały do przodu, by wyszarpnąć spod najbliższego im materiału jędrne piersi i odrzucić go na bok.
- Ale ja jestem szybszy - szepnął jej do ucha, kiedy znów schwycił ją za talię i tym razem precyzyjnie obrócił ich role tak, iż leżała dociśnięta przez niego do trawy, nie kryjąc zdumienia dynamiką rozwijającej się sytuacji. Dłonie spoczęły na falujących w rytm oddechu piersiach, napotykając sterczące sutki. Docisnął ją także lędźwiami, a łokcie, niczym dyby, ograniczały jej jakikolwiek ruch rąk.
- Podoba Ci się? - spytał, zmierzając twarzą w stronę jej szyi.
- Tak - odparła stanowczo, jak na osobę znajdującą się w woli drugiej osoby. Jack uniósł z powrotem twarz i lewą brew.
- Odważna jesteś. Tym lepiej - warknął. - Jeff wiedział, kogo wybrać.
- Gdzie on właściwie jest? - zapytała Daisy, wytrzymując kontakt wzrokowy z krępującym ją, smagłym lub po prostu brudnym, motocyklistą.
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem. Pas od jego ramony zaczął ją uwierać w udo, także przez niego spacyfikowane. - Poszedł wkurwiać Twojego chłopaka.

4 komentarze

 
  • Swastyka_na_piczy

    Swastyka_na_piczy · 12 maj 2018 · 194008856

    "Podwójna stopa i 1969 rok?" Już się miałem swoim zwyczajem przyjebać że to za wcześnie na takie rozwiązanie sprzętowe, ale po krótkim researchu okazało się że właśnie w tym roku zaczęto jej używać. Cóż za genialna dbałość o akcenty

  • Gaba

    Gaba · 11 maj 2018

    Taaa, 69, Woodstock i reżyserska wersja... To ten klimat, chociaż bardziej pasował do tego Altamont i Aniołowie Piekła... Dobrze napisane. Łapa i wszystko wiadomo! Dzięki za przypomnienie staarych, dobrych czasów! Czas na starych, dobrych Stonesów! Pozdrawiam!

  • Mikee

    Mikee · 9 maj 2018 · 201432656

    Genialne. Śmierdzi genialnym klimatem na kilometr, a czytam to, oglądając Pulp Fiction, więc to nie lada komplement

  • Somebody

    Somebody · 9 maj 2018

    Świetnie ci to wyszło.