Zaginiona I

Słyszę tylko stukot długich, bladych palców na czarnej klawiaturze.  
Przechodzi w monotonny, głuchy, nikomu nieznany rytm.  
Lampa na biurku razi mnie w oczy, łypiąc podejrzliwie z góry.
Chcę już wyjść, powiedzieć, że nic nie wiem, że rezygnuję z tej chwili i wszystkich kolejnych, które na mnie czekają, ale to niemożliwe.
Nie mogę uciec, choć o niczym innym w tej chwili nie marzę.
Zegar żałośnie zwalnia, coraz boleśniej uświadamiając, że to ostatnie sekundy przed śmiercią.
Przecież po to tu właśnie jestem.

*

Marzyłem, żeby mieć ją obok, zasypiać, budzić się przy tym małym ciałku.
Tak zwyczajnie, niczego nie komplikować, po prostu dać temu dojrzewać, rosnąć w swoim tempie.  
Cierpliwości.
Tak się stało, nie potrafiłem w to do końca uwierzyć.  
Uwielbiałem chwytać jej szyję, przyciągać do siebie, czuć tę znajomą pewność bijącą od drugiego ciała.
Nieme kocham ukryte pod postacią gestów.  
Wtedy lubiłem ten rodzaj zaufania.  
Bezpieczeństwo, podniecenie, wiara.
Była uosobieniem ideału, choć wierzyłem w nie wyłącznie po wypiciu kilku szklanek dobrej whiskey.  
Śmiała się, że zamiast krwi w moich żyłach płynie jakaś magiczna siła.  
Lubiła nazywać ją rozświetlającą aurą.
Lubiła również powtarzać, że mnie kocha, tęskni i...
Boże.
Do sedna, Juliet zaginęła.
Świat zatrzymał się dla jednego, smutnego człowieka na tej ziemi.  
Dobrze myślicie, wyłącznie dla mnie.  

*

Stukot nabiera na sile.  
Podnoszę oczy i widzę na jego twarzy dziwny grymas, jakby coś nie pasowało do układanki.  
- Czy panna Watson zachowywała się dziwnie od jakiegoś czasu? - pierwszy raz od początku naszego spotkania zwraca na mnie całą swoją uwagę.  
Panna Watson.
Dziwnie słyszeć o tej pięknej, mojej istotce w sposób obcy, jakby nigdy nic nas ze sobą nie łączyło, jakbym był tylko cholernym sąsiadem z naprzeciwka.  
Z wyprzedzeniem próbuje wyczytać z mojej twarzy jasną odpowiedź, która nadałaby temu przesłuchaniu odpowiedni kierunek.
Pod warunkiem, że taki właśnie istniał.
- Nie - odpowiadam lakonicznie.
Za mało, za szybko.
Jego brew podjeżdża nieco za wysoko, uwydatniając zmarszczki na dość młodej skórze.
- Na pewno? - stuka długopisem o blat biurka, co irytuje mnie bardziej niż jego chora podejrzliwość.  
Gdzieś między jedną myślą a drugą widzę jej uśmiechniętą twarz.
To, jak całowała mnie na pożegnanie przed wyjściem do pracy, za każdym razem odwracała się jeszcze przed przejściem, by pomachać w moją stronę.  
Wieczorem przychodziła zmęczona, ale zadowolona na mój widok.
Przytulała się, całowała a potem kochaliśmy się pół nocy przy ledwie widocznym świetle latarni, zaglądającym nieśmiało przez okno do naszej sypialni.
Czy tak zachowuje się kobieta, która nie zamierza wrócić?
- Panie Watson? - dociera do mnie jego niski, chłodny głos.  
- Kurwa, mówię, że nie - zaciskam zęby.
Policjant mruży oczy i poprawia na skórzanym fotelu, rozwalając się na nim, jakby był na świetnym filmie w przestronnej sali.
- Proszę się kontrolować - próbuje przywołać mnie do porządku, myśląc, że uruchomi we mnie jakieś śmieszne poczucie winy. - Może po prostu zapragnęła czegoś innego od życia? - jego sugestia jest bezczelna, ale nie brnę w jego chorą grę, wyraźnie mnie podpuszcza.
Doprawdy, bardzo profesjonalne działanie.
Jestem ciekaw, ile osób potraktował w podobny sposób, insynuując totalnie popierdolony scenariusz.
Dziwię się, że jeszcze tu siedzi.
Z całkiem prostym nosem.
Owszem, są relacje, związki i małżeństwa, którym do szczęścia nie po drodze, bo sami nie robią z tym nic, aby było dobrze, ale to nie powód, żeby wrzucać nas do jednego worka.  
- Powiadomcie mnie, kiedy się czegoś dowiecie.
Wstaję, uciekając od podejrzliwego światła lampy i jego dużych, niebieskich oczu, które widzą w zniknięciu Juliet moją winę.  
Wiem to.
- Nie omieszkamy tego zrobić, panie Watson - uśmiecha się, nie fatygując odprowadzić mnie do drzwi. - Nie omieszkamy - powtarza, a jego słowa jak echo wypełniają moją głowę.


Właściwie to nie potrafię dokładnie określić jak się czuję.
Chyba zmieszany z błotem, owinięty szalem wyrzutów, podejrzeń, obserwowany z ukrycia przez niewidzialną postać, która podpowiada, że wszystko obrócą na moją niekorzyść.
Juliet spędza mi sen z powiek.  
Pozwalam myślom co jakiś czas zmienić kierunek, podpowiadać, że tak naprawdę pewnie nic jej nie jest, że po prostu jest szczęśliwa gdzieś indziej.
Nie jest to przyjemna wizja dla mojego serca, ale dobra dla rozumu.  
Juliet musi żyć.
Mój mały, piękny motylek musi gdzieś być.
Kończę półlitrową butelkę whisky.
Sam.
Zamknięty w czterech ścianach, czujący jej delikatny zapach, złudną obecność.
To kolejna, bezsenna noc.


Miała smutny wyraz twarzy.  
Trochę jak bezradne dziecko, które straciło swojego ulubionego pluszaka zupełnie nie z jego winy i tęskniło za nim tak okropnie, że ten widok łamał ludziom serca.
Nawet tym, którzy zarzekali się, że jest z kamienia.
- Jest mi tak przykro - mówiła przez zaciśnięte zęby, hamując napływające łzy.
Nie mówiłem nic, po prostu mocno ją przytuliłem, czując jak w tym małym, ciasnym pokoju robi się jeszcze ciaśniej.  
Obojgu było nam smutno, oboje straciliśmy najwierniejszego przyjaciela, jakiego udało nam się zdobyć w przeciągu tych kilkunastu lat.  
Naszego kochanego czworonożnego kompana.
- Obiecaj mi tylko, że i ty nie zamierzasz nigdzie odchodzić - szepnęła, spoglądając na mnie ze strachem.
Dotknąłem ostrożnie jej twarzy, przetarłem zaszklone oczy i delikatnie musnąłem ciepłe usta.
- Nigdzie się nie wybieram, kochanie.

Za to Ty owszem, Juliet.
Tak bardzo tęsknię.

Przyłapuję się na tym, że niekiedy przez sen łapię komórkę w dłoń i dzwonię do niej.
Jej telefon odzywa się w drugim pokoju i nadzieja gaśnie.
Nie wzięła go ostatnim razem.
Musiała zapomnieć schować go do torebki.
Musiała.
A jeśli nie?
Gdzie jest moja mała, wspaniała zguba?
Jak na razie nie ma żadnych wiadomości od policji, w internecie też nikt się nie odzywa, choć masa osób udostępnia nadal zdjęcie Juliet na swoich profilach i pisze do mnie w wiadomościach prywatnych, abym się nie poddawał i nie tracił nadziei.
Kolejny wieczór kończę następną butelką whiskey i już nic nie jest takie samo.
Za to pościel wciąż pachnie nią.  
Cholera.
- Roberth? - słyszę za sobą znajomy głos.
Czas się zatrzymuje, zapominam złapać oddech a przed oczami wirują czarne plamki.

495 czyt.
100%55
Malolata1

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użyła 1174 słów i 6641 znaków, zaktualizowała 23 kwi o 20:52.

5 komentarzy

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 8 lipca ·

    I gdzie dalej?

  • Somebody

    Somebody · 24 kwietnia

    Omg, jesteś boska! To jest boskie! Kocham      

  • angie

    angie · 24 kwietnia

    Świetne, ale na tym powinien być koniec. Niedopowiedzenia są najpiekniejsze.

  • agnes1709

    agnes1709 · 24 kwietnia

    O taką Cię kocham  
    Bosko 😘😘😘

  • Speker

    Speker · 23 kwietnia

    Zapowiada się świetne opowiadanie.
    No nareszcie, długo kazałaś na siebie czekać. Teraz już nie każ tyle czekać na ciąg dalszy