Zjednoczenie. I

Rok osiemset czterdziesty dziewiąty, ostatnia forteca Nentus.

Żołnierze ogarnięci bitewnym szałem wpadli do obszernej komnaty z ogromnym łóżkiem po środku. Bogactwo tego pomieszczenia wręcz biło po oczach, choć nie to teraz zajmowało żołdaków. Przy monstrualnych rozmiarów łóżku klęczała drobna kobieta, która przytulała niemowlaka do piersi. Ci, którzy nie byli zajęci rabowaniem klejnotów, wyrwali dziecko od piersi matki, księżniczki Eilve.  
Mimo wrzasków i szlochów kobiety, najemnicy rozbili delikatną główkę chłopczyka o ziemie. Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. Jej ramiona trzęsły się spazmatycznie, choć ona nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. Zaraz po tym jej głowa potoczyła się po wypolerowanych kafelkach komnaty. Był to ostateczny koniec dynastii Wakelinów i upadek Nentus..

-Czy to było konieczne? - zwykli mawiać ludzie po zakończeniu wojny.

Rok osiemset pięćdziesiąty, kilka miesięcy po upadku.

-Toast za podbicie Nentus! - zakrzyknęła Wielka Księżna Parmys Messori.

Jej ludzie zakrzyknęli gromko, waląc drewnianymi kubkami o ogromny stół w Wielkiej Hali. Głosy tysiąca ludzi odbijały się echem w ogromnej sali z dębowych bal. Uczta trwała w najlepsze, choć ciała ostatnich królów i książąt nie zdążyły ostygnąć, bowiem w noc szturmu na ostatnią fortecę, zginęło jeszcze wiele możnych panów.  
Bunty po brutalnym morderstwie rocznego dziecka Eilve gasły tak szybko, jak się rozpoczęły. Wszyscy poznali się na Parmys, za plecami zwanej Niedźwiedziem.  
Skądże, nie chodziło tutaj ani o je tuszę, ani o wzrost. Jej charakter był nieobliczalny i wybuchowy. Pierwszy raz w historii Dendros kobieta zdobyła taką pozycję i władzę.  
Różne plotki krążyły o tej kobiecie. Podobno jej prapradziad był jednym z cesarzy, którzy panowali w krainie kilkaset lat temu. Niestety, żaden monarcha nie utrzymał się na tronie więcej niż dziesięć lat.  
Było to spowodowane dzikim plemionami zza gór i ze stepów, które nie dawały spokoju ludności mieszkającej w Dendros. Mapy tego kontynentu nie były orientowane już przez co najmniej kilkanaście lat. Kartografowie uznali, że nie ma sensu na mapach umieszczać coraz to szybciej pojawiających się i znikających państewek. Samozwańczych książąt-tyranów było tutaj pełno.  

-Wasza Miłość, narastają niepokoje. Ludzie nie są zadowoleni z tego zabójstwa, zwłaszcza na starych terenach Nentus. Mieszkańcy się buntują - powiedział sir Densyot Neckel, nachylając się w stronę księżnej.

-Neckelu, gdybym przejmowała się buntami tych pieprzonych tyranów - Paryms pociagnęła łyk chłodnego piwa z kufla - to w życiu nie podbiłabym całego Nentus i Anhaouri.

-To nie tyrani się buntują, pani! Zwykli mieszczanie wyrwali szlachciankę z karety, zakatowali woźnicę na śmierć, a teraz ta biedna dziewczyna nosi dziecko jakiegoś chłopa! - zakrzyknął Godart Beck, który siedział po prawicy Parmys. Był to jej najbardziej zaufany doradca, a chodziły plotki, że także kochanek.

-Czy to moja wina, Godarcie? Czy ja kazałam tej głupiej dziewuszce wyruszać karotą bez żadnej obstawy? - Księżna zatopiła łyżkę w gulaszu.

-Nie, nie, tego nie powiedziałem, pani. Mniejsza z tym, bunty nie są na tyle silne, by wywołać wojnę domową. Większym zagrożeniem są przyjaciele i sojusznicy księżniczki Elive i całego królestwa Nentus. Nie puszczą nam tego płazem, Wasza Miłość. - Beck ciągnał swój wywód - sądzę, że trzeba załagodzić jakoś sytuację i przeciągnąć ludzi na naszą stronę.

-Zgadzam się, pani! Mimo, że rzadko mamy to samo zdanie z sir Godartem Beckiem, to tym razem popieram go w stu procentach! - rzekł Neckel.

-Obskoczyliście mnie jak psy. Czy widzicie w moich rękach kości, panowie? - powiedziała Parmys, a dwóch możnych popatrzyła po sobie.

-Nie zamierasz zawierać sojuszy ani uspokajać niepokojów społecznych, pani? To nierozsądne! - powiedział Godart.

-Pytałam Cię o radę, sir Becku? - Księżna uniosła wzrok znad gulaszu, mierząc nim lorda po swojej prawej.

-Nie, pani, ale bądź co bądź... - zaczął możny pan.

-Milcz. Mam dość wysłuchiwania o buntach i nieszczęsnym dzieciaku Elive. - przerwała mu Parmys. - było minęło, ludzie się uspokoją.

Tym razem nikt się więcej nie odezwał, a uczta trwała w najlepsze. W pewnym momencie księżna powstała, przeprosiła zebranych lordów i skierowała się w stronę wyjścia przy eskorcie dwóch halabardników.  
Przed Parmys rozciągała się ośnieżona kamienna ulica, dobrze oświetlona jasnym światłem księżyca. Po jej prawej zaś stał długi rząd kamiennych i drewnianych domków, po jej lewej zaś był ogromny plac z drewnianym podwyższeniem na samym środku.
Dookoła było pełno pustych straganów, dalej za placem rozciągał się mały las młodych drzewek, który został zasadzony jeszcze przez byłego władce tego miasta, a dokładniej kanclerza Orinthall.
Rozkład całego miasta był zbudowany charakterystycznie dla mieszkańców Anhaouri, pierwszego dużego państwa, które padło pod stopami księżnej Parmys. Było to bardzo zabawne, gdyż żaden sąsiad ani sojusznik nie wtrącił się do wojny domowej, jaką rozpętała księżna, a wtedy jeszcze zwykła lady Messori.
Wojska Parmys, pod pretekstem zaprowadzenia pokoju w państwie, zajęły prawie połowę kraju okupując najbardziej żyzne gleby, a także ważniejsze szlaki handlowe. Władca Anhaouri nie był w stanie zapłacić żołdu swoim żołnierzom, którzy masowo zaczęli przechodzić na stronę Messori, co ostatecznie doprowadziło do upadku dynastii panującej w nieistniejącej już krainie.  
Po całym Dendros krążą plotki, jakoby żona monarchy Anhaouri po dziś dzień pracowała w jednym z domu uciech na terenie państwa, które swą nazwę zawdzięczało od nazwiska rodowego Parmys, a mianowicie Messori.
Księżna wciągnęła w płuca nocne, rześkie i zimne powietrze i ruszyła przed siebie, a za nią jej nieodłączna eskorta. Po dość długim marszu, cały orszak dotarł do stajni przy głównej bramie. Parmys wkroczyła do środka, gdzie czekał na nią jej osiodłany, przez chłopca stajennego, gniadosz.  
Panna Messori wsunęła stopy w strzemiona i przerzuciła nogę przez koński grzbiet, siadając w siodle "po męsku". Po kilku minutach i jej eskorta siedziała w koniach. Nie było to dla nich nic nowego, ich władczyni uwielbiała nocne wycieczki, tylko kilku co inteligentniejszych żołdaków podejrzewało, że kryje się w tym większy sens.
Cała eskorta w końcu nieśpiesznym kłusem wyjechała za mury miasta powoli zagłębiając się w gęste lasy tamtych krain. Przez całą podróż można było usłyszeć tylko oddechy zbrojnych i miękki odgłos końskich kopyt zagłębiających się w śnieg.  
W końcu Parmys skręciła w las, a za nią jak jeden mąż jej ludzie. Jechali przez kilka minut omijając drzewa. Księżna zaś wypatrywała czegoś na jej korze.

-Stać. Poczekajcie tutaj na mnie. - powiedziała spokojnie Messori, a zbrojni wykonali jej polecenie.

Zostawiając za plecami swoich ludzi, władczyni jechała dalej jeszcze przez co najmniej pięć minut, aż w końcu dotarła na niewielką polanę z drewniana chatką po środku. Podjechała do zabudowania i zeskoczyła zgrabnie z konia. Przywiązała uzdę do przeznaczonej do tego belki i wkroczyła na ganek.
Stanęła przed drzwiami i zapukała. Dwa razy u góry po prawej, raz u dołu po lewej i trzy razy po środku. Po tym dość dziwnym zabiegu wrota otworzyły się, a w nich stanął niski przedstawiciel rasy goblinów. Odwrócił się i bez słowa wszedł w głąb zaciemnionego i zakurzonego pomieszczenia.
Parmys weszła do środka pewnie, jakby robiła to już wiele razy. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Stało tam mnóstwo półek z książkami, a także stół i dwa krzesła, jedno duże, a drugie mniejsze. Usiadła na przeznaczonym dla człowieka, krześle i oczekiwała. Pięć minut. Dziesięć minut. W końcu goblin wyszedł z pokoju obok i postawił na stole coś, co kształtem i wyglądem przypominało diament, lecz mieniło się w różnych kolorach, a środek klejnotu sprawiał wrażenie, jakby migotał.
Ksieżna położyła obie dłonie po obu stronach dziwnego diamentu i zamknęła oczy. Moc jaką ją przeszyła była nie do opisania. Czuła się jakby mogła wszystko, a za razem nic. Skupiła się i wywołała obraz. Obraz z przyszłości. Widziała siebie. Walczącą. Z tyłu, po jej lewej i prawej było mnóstwo jej żołnierzy, którzy zalewali, niczym fale, przeciwnika. Widziała siebie w tryumfie. Kolejne tereny przyłączyła do Wielkiego Księstwa Messori. Widziała swoją koronację. Widziała jak każdy władca w Dendros oddaje jej pokłon i uznaje ją jaką prawowitą władczynie.
Nagle wszystko zostało wyparte za jej pole widzenia, a pojawił się jeden obraz, który utkwił jej w pamięci na zawsze. Tym razem widziała siebie. Leżącą na ziemi. Nad nią widziała człowieka ze znakiem na piersi. Była to skacząca ryba na niebieskim tle. Rozpoznała swój herb. Coś w umyśle podpowiadało jej, że to lord. Mężczyzna coś powiedział, lecz ona nie usłyszała słów, a potem bez ostrzeżenia dobił ją jednym sztychem miecza. Czy tak będzie wyglądała jej śmierć? Zdradzą ją?
Odpowiedzi na te pytania nie poznała. Coś gwałtownie nią szarpnęło, trans się kończył, lecz wszystko wyglądało inaczej niż zwykle. Otworzyła oczy, a w rękach trzymała dwie połówki kryształu. Goblin siedział z szeroko otwartymi oczami na przeciwko.

-Ty...widziałem coś, co mnie przeraziło... to wyglądało jak jakiś demon... ten kryształ... - Goblin najwidoczniej był zszokowany całą tą sytuacją. - co widziałaś?

-To co zawsze, ale teraz... teraz dostrzegłam też swoją śmierć - nim księżna zdążyła skończyć zdanie goblin już machał rękoma.

-Jak to się stało?! To nie możliwe! Nikt nie może zobaczyć swojej śmierci w kuli! Jesteś przeklęta! Przeklęta! - wrzeszczał w szale.

Parmys otworzyła usta, by coś rzec, ale goblin zerwał się z miejsca, przewalając krzesło. Dopadł do drzwi, wbiegł za nie i zatrzasnął je gwałtownie. Słyszała jeszcze przez chwile biegnącego goblina, który stukał butami o drewnianą podłogę. Nie pozostawało jej nic innego jak wyjść i wrócić do swoich ludzi, a potem zamku.  
Pomimo tego co widziała, pragnęła w końcu znaleźć się w ciepłym łóżku w swojej komnacie. Postanowiła zabrać rozbitą kulę, a potem wyszła z chaty. Odwiązała konia i ruszyła w drogę powrotną po drodze zahaczając o swoich ludzi, którzy w międzyczasie zdążyli rozbić obóz. Kiedy przekroczyła bramę miasta zaczęło już świtać. Po raz kolejny zaskoczyło ją to ile czasu spędziła patrząc w kulę.
Zaprowadziła konia do stajni pozostawiając go pod opieką chłopca stajennego, a sama wraz z eskortą udała się do budynku, który ściśle przylegał do Wielkiej Hali. Po drodze widziała jak możni panowie zataczają się po pijacku. Na uczcie głównie przebywali ludzie z Zimnych Krain, czyli Anhaouri. Po upadku tego kraju większość lordów złożyło jej przysięgę wierności, choć znaleźli się malkontenci, którzy nie uznali jej rządów.
Minęła sir Eldreda Goethe, odważnego i szanowanego lorda, który teraz leżał na schodach jak zwykły pijaczyna. Skierowała się do drzwi pilnowanych przez dwóch halabardników. Została wpuszczona bez problemu. Zdjęła z nóg przemoknięte buty do jazdy konnej i ruszyła miękkim dywanem przez hol.

-Pani! - Służący wypadł z pokoju po lewej - Sir Goldart Beck, oczekuje!

Księżna skrzywiła się. Odprawiła parobka machnięciem ręki i wkroczyła do bogato wykonanego pomieszczenia. Ściany zostały zrobione z mocnego, dębowego drewna. Na przeciwległej ścianie zbudowano kominek, który dostarczał przyjemne ciepło w chłodne dni, czyli prawie zawsze.
Parmys mimo bliskich relacji z Beck'iem, niezbyt za nim przepadała. Po tym wszystkim co z nim przeżyła stał się zbyt arogancki i pewny siebie wobec niej, gdy byli na osobności.

-Wasza Miłość, jest bardzo źle. - zaczął Goldart z miejsca - szpiedzy donieśli mi, że kilkanaście państewek na południu zawarło Przymierze Nentusu przeciwko nam. Ich armie maszerują w naszą stronę.

-Akurat teraz, jak zamierzałam się wyspać? - odpowiedziała Parmys - ilu ich będzie? Mamy szanse ich rozbić w puch?

-Zwiadowcy mówią, że udało im się zebrać koło pięćdziesięciu tysięcy wojowników. W tym koło dwudziestu pięciu lordów. - zameldował możny. - Ostatni raz sprawdzałem stan naszych wojsk dwa dni temu. Było ich koło trzydziestu siedmiu tysięcy.. teraz może mniej, większość wojsk rozeszła się do domów. W końcu wojna się skończyła.

-Przeklęty bachor Elive. To wszystko przez niego. Zarządź stan wojny i pobór do wojska. Tym czasem ja pójdę się wyspać. Nie mogę myśleć w takim stanie - powiedziała księżna.

-Poczekamy z tym. Teraz chce znów Ciebie zakosztować, Parmys. - rzekł bezczelnie Goldart i zbliżył się do księżnej, łapiąc ją za ramie.

-Mam kazać Cię wyprowa... - zaczęła Messori.

-Sza! Nie mam zamiaru słuchać marudzeń kobiet, nawet tak potężnej jak Ty. Poślub mnie, a zdobędziesz niepowtarzalne prawo do tych ziem. Wiesz, że jestem dalekim kuzynem króla Anhaouri. - Beck położył mi palec na ustach, a potem zaprowadził do komnat sypialnianych.

-Wiesz, że to nie jest miłość, Goldart. - Parmys wyrwałą się z uścisku i odwróciła w jego stronę.

-Ile w tych czasach jest małżeństw z miłości? Potrzebujesz mnie, by zjednoczyć Dendros pod jednym sztandarem. - Beck złapał mnie za policzek.

-Pozwól, że to ja będę wybierać kogo poślubię, Ty jesteś ostatni na liście kandydatów, Goldart. - syknęła Parmys ze złością.

Lord Beck cofnął się ode Parmys, jakby uderzyła go w twarz. Uniósł nieco dłoń, jakby pragnąc ją uderzyć, ale powstrzymał się, odwrócił na piecie i sztywnym krokiem wyszedł z komnat.
Sama księżna ze zmęczeniem weszła do swojej sypialni, pozwoliła służkom się rozebrać, potem położyła się na łóżku i niemal od razu zasnęła. Śnił się jej goblin, następnie znów pojawiło się spotkanie z nieznajomym mężczyzną, którego widziała jako morderce w swojej kuli, na końcu pojawił się Goldart, który coś do niej mówił, ale ona nie potrafiła usłyszeć słów.
Po kilku godzinach w końcu udało się jej zasnąć w spokoju.

ziomek

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 2647 słów i 14665 znaków.

2 komentarze

 
  • fantazjaliter

    Całkiem fajne

  • ziomek

    Zapraszam do komentowania i oceniania. Sądzę, że to opowiadania wyszło mi o wiele lepiej, niż poprzednie. A Wy, jak myślicie?