Wredne single.cz.1.

Otworzyłem oczy zbyt szybko. Jaskrawe światło dnia wtargnęło do bolącego łba. KAC – tak to się nazywa. Czy było warto? Oczywiście, dawno nie zaliczyłem takiego melanżu. Firma zafundowała nam wieczorek w naprawdę odjazdowym miejscu i jeszcze te stewardessy, co też miały szkolenie w tym samym czasie co my… przypadek? Nie sądzę. Tak, trzeba było zapłacić cenę za przyjemność na najwyższym piętrze wieżowca, ale za chwilę miało się okazać, że wyższą niż się spodziewałem.  
Świeże powietrze poranka przeciął zgrzytliwy dźwięk dzwonka, naciskanego miarowo i złośliwie przez zdecydowanie nieproszonego gościa. Wysoki ton urządzenia świdrował dziurę w mojej skacowanej głowie. Bolało bardziej niż powrót z meczu Legii. Wyjrzałem przez otwarte okno, sprawdzając kogo za chwilę zamorduję.
-Co ona to kurwa robi! – zapytałem sam siebie, cofając się w panice, żeby puszysta baba, stercząca przed bramą,  mnie nie zobaczyła. – Spierdalaj i ulżyj w mękach sobie i innym – modliłem się duszy. Nie widziałem jeszcze dobrze na oczy, ale Dankę poznałbym wszędzie, z każdej odległości i nawet w najbardziej mrocznym, zamglonym śnie. Tak, to była moja była żona. Bardziej bym się ucieszył z komornika, ale niech tam, musiałem otworzyć, zwłaszcza że zażądała tego kategorycznie moja matka:
- Arturku! Gruba krowa dobija się do drzwi! Zrób coś z tym!  
- Nie umawiałem się z nią – odburknąłem.
- Od początku nie potrafiliście się dogadać. Mówiłam ci, że to nie jest kobieta dla ciebie, ale wiedziałeś lepiej – zrzędziła, siedząc przed telewizorem. – A miałeś taką sympatyczną Anetkę pod bokiem i schrzaniłeś to – ciągnęła dalej. Tego było już za wiele. Głos matki irytował jeszcze bardziej niż dźwięk dzwonka. Zszedłem z piętra, człapiąc, po czym wyszedłem na spotkanie diabła. Naburmuszony babsztyl, stojący za, dzięki Bogu, solidnym ogrodzeniem, poraził mnie złowieszczym spojrzeniem Bazyliszka.  
- Czego chcesz? – zapytałem niewyraźnie zza furtki.
- Jak to czego? Alimentów kretynie! Płać i płacz – odpowiedziała z pretensją w głosie.
- Zapłaciłem- wymamrotałem.
- Gówno prawda, nie ma ich na koncie.
- Może przelew jeszcze nie doszedł… – próbowałem wytłumaczyć.  
- Migaj się dalej. Pójdziesz siedzieć i twoja korporacyjna dupa osiądzie na wieki w rynsztoku!  
- Jakbym nie płacił, na czym byś się tak, kurwa, upasła?! – wybuchnąłem, niepotrzebnie. Zadziwiające jaką moc mają byłe żony. Potrafią obudzić w człowieku najgorsze instynkty.
- A teraz jeszcze jestem gruba, co?! Ty hamie, nienawidzę cię. – Zaczęła płakać. Nie wzruszyła mnie.- To z nerwów utyłam- ciągnęła dalej, szlochając - wiem, że wyglądam okropnie… i dlatego mnie rzuciłeś, chuju… – jęknęła boleśnie, bo przecież jej tusza to też była moja wina. Nagle zmieniła ton na urzędniczy - Do wieczora kasa ma być na moim koncie, zrozumiałeś?- tu pauza na moje skinięcie głową, że rozumiem. - Twoje dziecko – podkreśliła, tak jakby i to była wyłącznie moja wina i moje dziecko - jedzie na kolonie i muszę wpłacić pełną kwotę do dwudziestego – skończyła. Bez ostrzeżenia obróciła się na pięcie i odeszła. - Chwała Bogu - jęknąłem w duszy, zawracając do domu.  
Poranek był raczej chłodny, a może tak mi się tylko wydawało? - Skoro jest dziewiąta, powinienem usadzić swoją „korporacyjną dupę” na wygodnym krzesełku w pracy – doszedłem do budującego wniosku. - Marzenka zrobiłaby mi kawusię, Piotr puściłby znaczące oko, zaglądając koleżance pod spódnicę…, ale musiałem, kurwa, zaspać.… Jakim cudem budzik nie zadzwonił? – Zadzwonił, ekran telefonu wyświetlał informację: „Przegapiony alarm” .–  Kiedy miałem stary, dobry, nakręcany zegarek… zawsze zdążałem na czas i byłem tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba – stwierdziłem. -  Pora się ogarnąć.
- Arturku, masz śniadanie na stole – powiedziała z troską mamusia, kiedy zobaczyła mnie przemykającego na pięterko.
- Dziękuję, ale muszę już lecieć – odpowiedziałem. Nie chciałem słuchać dalszego wywodu na temat moich błędnych, życiowych decyzji albo że źle wyglądam.
- Hm, nie wiem po co ja w ogóle gotuje – obruszyła się – Mogłabym przecież poleżeć w łóżku, delektując się przyjemną lekturą, ale myślę sobie: przecież mam syna, któremu tak się w życiu nie udało i o które nikt inny nie zadba – i dodała - Źle wyglądasz Arturku.
Kurwa, powiedziała to, zdążyła, a już prawie się prześlizgnąłem, już byłem na schodach. Dosyć tego, znikam. Pora „zrobił się na bóstwo” i wezwać taksówkę. Nie ma pewności, czy alkohol już ze mnie odparował- pomyślałem zniesmaczony. Zamówiłem taryfę, po czym zaszyłem się w łazience. Teraz musiałem wytrzymać tylko jedno spojrzenie – swoje własne. Chuda gęba, opatrzona przekrwionymi oczyma – oto co mnie przywitało i przygnębiło boleśniej niż obydwie kobiety mojego życia.- Starzejesz się Arti – powiedziałem do swego odbicia. Pokaźna szczecina pod nosem i na karku potęgowała narastającą dramaturgię obrazu. Zdjąłem wymiętą koszulę, okalającą zapadniętą klatkę piersiową. – Jesteś wrakiem – stwierdziłem, ale kąpiel i golenie zrobiły ze mnie mężczyznę, mimo wszystko. Znów stałem się przystojnym szatynem w kwiecie wieku.    
Kierowca taxi zaparkował w miejscu, gdzie wcześniej stała Danka i czekał, nie gasząc silnika. - Mój zbawca. Warszawko, nadciągam. „Źle wyglądam”, gówno prawda. Poza tym dzięki temu, że zaspałem, przegapiłem najgorsze korki- pocieszałem się -  Kto jest bossem? Kto jest zajebistym jebaką? Kto jest absolutnie zarąbistym… - Telefon od szefa przerwał pasmo udanych afirmacji.
- Panie Rawski, weekend się skończył, a inwestor nie zaczeka, zwłaszcza kiedy jest Japończykiem.  
- Zaraz zaparkuję przed budynkiem – zacząłem się tłumaczyć – za chwilę przyniosę do sali konferencyjnej potrzebne dokumenty.
- Jakiej konferencyjnej?! Siedzę z Japońcami w Mariocie. Obudź się pan! – Telefon się wyłączył. Jakbym to zawalił, mialbym po premii, a może i po awansie, i … - nie chciałem dociekać głębiej. Musiałem przekierować swoją frustrację na kogoś innego, więc wybrałem numer pani Marzenki:
- Pani Marzenko, czy ma pani dokumentację dla Japończyków? – zapytałem, licząc w głębi duszy, że może ktoś jeszcze dał ciała tego poranka.
- Oczywiście, mam ją na kolanach – odpowiedziała zalotnie moja długonoga sekretarka. Szybko się przekonałem, że wygląd nie jest jedyną zaletą lazurowej piękności, którą w pośpiechu zatrudniłem na stałe, nie otrzymując w zamian zupełnie nic. Ten błąd przyszłości wiele mnie kosztował, ale o tym później. Na prędce powiem tylko, że Marzenka podobała się również mojemu prezesowi, a kto wie komu jeszcze wyżej postawionemu. -Ech, tylko patrzeć jak mnie wygryzie– pomyślałem smętnie i proroczo. Opadły mnie czarne chmury zwątpienia, zaprawionego pokaźnym kacem. Przede mną był długi dzień pracy, na którego końcu miałem zapłacić rachunek za nieudane pożycie małżeńskie oraz jego owoc, bo oczywiście zapomniałem o alimentach, tak, zapomniałem. Czy ktoś na tym świecie ma gorzej?  
***
- Boże, nikt na świecie nie ma gorzej ode mnie. Dlaczego wybrałam taki beznadziejny zawód? A mogłam zostać piosenkarką, albo aktorką, a nie sprawdzać te bzdury, te koszmarne bazgroły upośledzonych bachorów – ubolewała Aleksandra. Nie, nie, nie, poszłam przecież za głosem serca, za swoim powołaniem i powinnam być z tego dumna – przekonywała samą siebie, bezskutecznie.  
Za oknem świeciło wiosenne słońce – ciepłe i łaskawe dla każdego, kto chciał go zakosztować po długiej, ciemnej zimie. Drzewa owocowe w małym sadzie przed domem właśnie zakwitły, a pod nimi ułożył się dywan z żółtych mleczy. Ola popatrzyła przez otwarte okno i totalnie odpłynęła. – Weź się w garść kretynko – upomniała samą siebie – to tylko wiosna – i na powrót spuściła głowę nad klasówkami, ale śpiew ptaków i rozmowy pracujących pszczół wzywały ją do wyjścia na zewnątrz. Zamknęła więc teczkę z wczorajszymi zaległościami i zabrawszy kubek z kawą, wyszła na taras. – Dobrze, że w poniedziałki mam na później do pracy – stwierdziła. Na ulicy było prawie pusto, tylko jakiś mężczyzna w pluszowym szlafroku zmącił na chwilę nieskazitelność poranka, kłócąc się z jakąś kobietą. Szczęśliwie nie zabrało mu to wiele czasu. Później ukrył się na jakiś czas w domu, aby wyłonić się ponownie w eleganckim garniturze i odjechać, ponownie nie zauważając nowej sąsiadki. – Tacy panowie nie zwracają uwagi na szare, pospolite nauczycielki – pomyślała, wykrzywiając bezwiednie usta, jakby jej ulubiona kawa nagle stała się niesłodka. – Żyjemy w innych światach, po drugiej stronie lustra. On jest w bajce, a ja w smutnej rzeczywistości. Ciekawe czy w ogóle się zapoznamy? - Uśmiech drwiny i politowania przemknął po jej belferskiej twarzy. Kawa się skończyła, pora było wrócić do obowiązków i spłacania kredytu na „domem marzeń”.- I tak przez najbliższe trzydzieści lat… o ile przeżyje tak długo – pomyślała mało optymistycznie. – Popołudniu przyjedzie Zosia – zmieniła temat - upiekę dla niej sernik i będziemy gadały do późna, jak najlepsze przyjaciółki – planowała. – Dobrze, że mam córkę. Tak się bałam macierzyństwa, a przecież mojego kwiateczka zostałabym teraz zupełnie sama. – Już miała wychodzić do pracy, kiedy nieoczekiwanie zadzwonił telefon.
- Halo – zaczęła rozmowę.  
- Pani Aleksandra Krause? – padło pytanie. Niski kobiecy glos wydawał się nieco zdarty lub zmęczony, trudno powiedzieć.
- Tak, o co chodzi?  
Po drugiej stronie zaległa na chwilę niepokojąca cisza.  
- Pani brat zasłabł i jest u nas na oddziale. Kontaktuję się z panią, ponieważ podał panią jako najbliższą rodzinę i… byłabym wdzięczna, gdyby pani pojawiła się dziś w szpitalu. – Dalej uprzejma lekarz podała adres, oddział oraz swoje dane. Umówiły się za godzinę. Ola pomyślała o najgorszym.
- Janek umiera – padł wyrok. – Inaczej nie prosiliby o natychmiastowe przybycie. – Boże, zmiłuj się.  
***      
Azjaci zmierzyli mnie pogardliwym wzrokiem. Za ich przykładem poszedł mój szef, który zachował się tak, jakbym bardziej przeszkadzał, niż był potrzebny. Nieprzyjemna sytuacja. Marzenka odchrząknęła znacząco, zanim  zaczęła czytać umowę z naniesionymi poprawkami. – Kurwa, już namącili – zirytowałem się, słuchając kolejnych paragrafów, ale w myśl zasady „ nieobecni głosu nie mają”, zostałem postawiony przed faktem dokonanym.  Wszelki opór mógł się skończyć katastrofą. -  Co jest ważniejsze: dobro firmy czy mojego tyłka? – zadałem sobie retoryczne pytanie. Wytrzymałem. Szef podpisał niekorzystny kontrakt, Marzenka się uśmiechnęła, a ja obiecałem zgromadzonym „osobiście dopilnować szczegółów”, co miało oznaczać, że przynajmniej spróbuję naprostować sytuację.  
Po spotkaniu sapiąc i dysząc doczłapałem się do swojego gabinetu, gdzie zamierzałem spędzić resztę męczącego dnia. Łyknąłem niezawodny specyfik na kaca, popijając go tonikiem z lodem. W końcu nawodnienie to podstawa, prawda? Przymknąłem zapuchnięte oczy i zacząłem wracać myślami do przyczyn swojego dzisiejszego stanu, czyli do balangi oraz rozkosznego widoku niewiarygodnie długich nóg Nataszy. Kiedy stała nade mną w rozkroku, wydawały się jeszcze dłuższe i jeszcze smuklejsze. Przyjemnie było przemknąć po nich dłonią, wysoko, aż tam… - rozmarzyłem się… i wtedy, zupełnie nieoczekiwanie, zaczęło się. Nieprzyjemne szumienie w uszach, które towarzyszyło mi od rana, przybrało na sile. Poczułem jak ostra szpila bólu przebija się przez łopatkę do serca. Znieruchomiałem. Zalał mnie zimny pot. Ręce drżały. Podłoga zawirowała. Koniec.  
***

Obudziłem się w zbyt jasno oświetlonej sali, nagi i podłączony do kroplówki.
- Ten nie był naćpany – usłyszałem z pokoju obok. – Po prostu zużył się biedaczek. – Tu śmiech drwiny.  
– A wiec to już starość? – spytałem samego siebie zaskoczony. Chudy łysol o ziemistej cerze i wyłupiastych oczach wszedł nieoczekiwanie i odsłonił moją zmarnowaną nagość. Obok na łóżku leżał jakiś grubas. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Zboczeniec – uznałem, odwracając wzrok. Chudy odezwał się przyjaźnie: - Miał pan dużo szczęścia. To tylko stan przed zawałowy, a nie zawał, więc może pan spać spokojnie, o ile zastosuje się pan do zaleceń i będzie brał leki. – To miała być dobra wiadomość. – Ale dzisiaj jeszcze pan z nami zostanie, na obserwacji – dodał, po czym zaczął mnie obmacywać po bebechach. – Żołądek uciskał na serce, stąd ta cała akcja z zasłabnięciem. Wieńcówka ma zwężone pole, przydusiło się to wszystko. Od jutra idzie pan na dietę. Żadnych ciężkostrawnych dań, ani używek.  
- W dupę mnie pocałuj – pomyślałem. – Oczywiście panie doktorze. Nie chcemy się przecież znowu za szybko spotykać  - odparłem grzecznie i żartobliwie.  
Chudy wyszedł, nakrywając mnie niedbale prześcieradłem. Grubas, podpięty do takiej samej aparatury co ja, zaczął leniwą gadkę: - Miał pan szczęście… - Cisza, nic nie odpowiedziałem – Mnie dopadło na dobre. Ledwo przepchnęli tego skrzepa… Zastawki będą mi wpinać. – pochwalił się. – A pan jutro wychodzi na wolność… pozazdrościć. – Sapał. – Taka starsza pani tu była. Zdaje się pańska matka, ale pan jeszcze był wtedy nieprzytomny.
I dzięki Bogu – stwierdziłem, milcząc.
- Martwiła się… - ciągnął dalej grubas. – I pana żona też była. Rozpłakała się, ale jakoś tak… - nie dokończył.
No jasne, że się rozpłakała, przecież przed śmiercią nie zrobiłem przelewu, dziwce jebanej! – tu tym bardziej cieszyłem się, że pozostawałem nieprzytomny.  
- Jestem Janek – przedstawił się mój sąsiad.
- Artur – odbąknąłem.  
- Nie będę cię dłużej męczył, Arturek, swoim głupim gadaniem. Obydwaj mieliśmy ciężki dzień. -
Przyjął ten komunikat z głęboką ulgą. Co za namolny typ – stwierdziłem. Nie spodziewałem się, że ta znajomość może się rozwinąć, ani przetrwać dłużej niż jeden, nieudany dzień. Życie to niezła wredziara.

264 czyt.
100%31
Libra

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe i śmieszne, użyła 2541 słów i 14744 znaków, zaktualizowała 14 sie o 8:14.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 14 sie 10:15

    Ty hamie, nienawidzę cię.. Chamie . Ciekawe spojrzenie na życie.  Zestaw na tak.