
Niektóre pamiętają to, co jeszcze się nie wydarzyło.
ᚱ ᚨ ᚷ ᚾ ᚨ ᚱ ᛟ ᚲ[/center]
✦ ✦ ✦
Pierwsze palenisko zgasło.
Nikt nie krzyknął.
W Valhalli były rzeczy, których bali się nawet umarli.
Ciemność należała do nich.
Drugie palenisko zgasło chwilę później.
Potem trzecie.
Ogień nie przygasał. Nie dymił. Nie syczał.
Po prostu znikał.
Jakby ktoś po drugiej stronie świata kolejno zaciskał palce na płomieniach.
Śmiech ucichł.
Rogi z miodem zastygły przy ustach.
Nawet Sæhrímnir przestał skwierczeć nad ogniem.
Marta stała pośrodku sali z dłonią przyciśniętą do brzucha.
Pod palcami czuła puls.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Nie swój.
— Odynie.
Jednooki bóg nie odpowiedział.
— Co jest we mnie?
Dopiero wtedy na nią spojrzał.
I Marta zobaczyła coś, czego nie spodziewała się zobaczyć w oku boga wojny, śmierci i wiedzy.
Strach.
Trwał może sekundę.
Ale Marta całe życie uczyła historii.
Wiedziała, że czasem jedna sekunda mówi o człowieku więcej niż całe panowanie.
— Nie wiem — odpowiedział Odyn.
W sali zrobiło się jeszcze ciszej.
Marta roześmiała się.
Jeden krótki, niedowierzający dźwięk.
— Przed chwilą nazywałeś to przepowiednią.
— Bo nią jest.
— A teraz nie wiesz, czym jest?
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— Typowe.
Odyn zmarszczył brew.
— Co?
— Mężczyzna nie wie, co się dzieje, więc nadaje temu wielką nazwę i oczekuje, że wszyscy będą pod wrażeniem.
Ktoś parsknął śmiechem.
Marta odwróciła głowę.
Eirik.
Stał kilka kroków dalej, wciąż zakrwawiony, z pękniętym mieczem w dłoni.
Po raz pierwszy wyglądał tak, jakby pobyt wśród bogów zaczął mu się podobać.
— Odważna — powiedział.
— Jestem wściekła.
— Czasem to to samo.
— Nie.
Spojrzała na jego złamany miecz.
— Odwaga wie, kiedy przestać.
Eirik uniósł ostrze.
— To chyba dlatego nigdy jej nie lubiłem.
Marta chciała odpowiedzieć.
Wtedy zgasło czwarte palenisko.
A wszystkie drzwi Valhalli otworzyły się jednocześnie.
✦ ✦ ✦
Nikt nie spał tej nocy.
Marta również nie.
Dano jej komnatę za wielką salą. Kamienne ściany. Drewniany stół. Ława przykryta skórami. Misa z wodą. Ogień.
Prawdziwy ogień.
Sprawdzała go trzy razy.
Palił się.
Na stole ktoś zostawił czarną suknię.
Marta przesunęła po niej palcami.
Materiał był miękki i chłodny. Prawie płynny.
Zrzuciła z ramion wilcze futro.
Kiedy została sama, cisza okazała się gorsza od Valhalli.
Podeszła do srebrnej tarczy wiszącej na ścianie.
Jej wypolerowana powierzchnia służyła za lustro.
Zobaczyła kobietę z rozpuszczonymi włosami, zaróżowionymi policzkami i oczami, które nagle wyglądały na starsze.
Jeszcze kilka godzin temu tańczyła.
Piła miód.
Śmiała się.
Flirtowała.
Pozwalała sobie zapomnieć, że gdzieś istnieją poniedziałki, dzienniki lekcyjne, sprawdziany i kubek z niedopitą kawą stojący zapewne nadal na jej biurku.
A teraz pod jej sercem pulsowało coś, czego bał się Odyn.
Położyła dłoń na brzuchu.
— Kim jesteś?
Cisza.
— Kim jest twój ojciec?
I wtedy przypomniała sobie ucztę.
Nie fragment.
Całą.
Miód.
Bębny.
Ciepło palenisk.
Męski śmiech tuż przy jej uchu.
Dłoń obejmującą jej palce.
Pocałunek na nadgarstku.
Zapach dymu, skóry i jałowca.
Czyjeś oczy.
Marta zesztywniała.
Nie.
Nie oczy.
Nie potrafiła przypomnieć sobie oczu.
Spróbowała odtworzyć twarz.
Nic.
Znała dotyk.
Głos.
Ciepło oddechu.
Pamiętała własny śmiech.
Pamiętała, że tego chciała.
Pamiętała wszystko poza jednym.
Mężczyzną.
Jakby ktoś wziął jej wspomnienie i wyciął z niego człowieka.
Marta cofnęła się od tarczy.
— Nie.
Spróbowała jeszcze raz.
Miód.
Muzyka.
Ramiona.
Usta.
I pustka w miejscu twarzy.
— Nie.
Uderzyła dłonią w stół.
— Nie!
Misa spadła na podłogę.
Drzwi otworzyły się.
Marta chwyciła nóż leżący przy sukni.
— Jeszcze krok, a sprawdzę, czy w Valhalli można umrzeć drugi raz.
Eirik zatrzymał się w progu.
Był bez kolczugi.
Umyty.
Mokre włosy opadały mu na ramiona. Ciemna tunika była rozpięta pod szyją, odsłaniając starą bliznę biegnącą przez obojczyk.
Marta zauważyła ją.
Potem zauważyła, że on zauważył, że ona zauważyła.
— Oceniasz obrażenia? — zapytał.
— Zastanawiam się, gdzie najlepiej wbić nóż.
— Trochę niżej.
Spojrzała na niego.
Eirik wskazał palcem własną pierś.
— Serce jest tutaj.
— Wiem, gdzie jest serce.
— Jesteś pewna? Patrzysz niżej.
Marta powoli podniosła wzrok.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego ktoś cię zabił.
Uśmiechnął się.
I nagle stało się coś irytującego.
Kiedy był zakrwawionym trupem, łatwo było go ignorować.
Umyty Eirik stanowił problem.
Duży problem.
— Mogę wejść?
— Już wszedłeś.
— Mogę zostać?
— To zależy.
— Od czego?
— Czy zawsze tyle mówisz?
— Umarłem kilka godzin temu. Nadrabiam.
Marta niemal się uśmiechnęła.
Niemal.
Wtedy zobaczyła, co trzymał.
Drewnianego konika.
Zabawkę.
Jedna noga była złamana.
Eirik położył go na stole.
Cały jego dowcip zniknął.
— Należał do mojego syna.
✦ ✦ ✦
Miał na imię Leif.
Siedem lat.
Bał się burzy, ale nie morza.
Nie potrafił jeszcze dobrze naciągnąć łuku, więc kiedy ojciec nie patrzył, podchodził bliżej do celu i wbijał strzały ręką.
Eirik zawsze udawał, że tego nie widzi.
— Dlaczego nosisz jego zabawkę? — spytała Marta.
Eirik obracał konika między palcami.
— Miał go przy sobie, kiedy napadli na osadę.
— Znalazłeś go?
— Konia.
Marta zrozumiała.
— A Leifa?
Milczenie.
— Eirik?
— Nie wiem.
Te dwa słowa zmieniły go bardziej niż śmierć.
— Ostatni raz widziałem Astrid przy domu. Krzyczała, żeby biegł do lasu.
— Astrid?
— Moja żona.
Marta poczuła ukłucie.
Małe.
Głupie.
Natychmiastowe.
I tak absurdalne, że aż się na siebie wściekła.
Oczywiście, że miał żonę.
Czego się spodziewała?
Że trzydziestokilkuletni wojownik z siedmioletnim synem znalazł dziecko pod świętym dębem?
— Piękna? — zapytała.
Dopiero po wypowiedzeniu tego słowa zrozumiała, że popełniła błąd.
Eirik podniósł wzrok.
— Co?
— Pytam, czy była piękna.
— Dlaczego?
— Z ciekawości.
Kącik jego ust drgnął.
— Patrzysz w lewo.
Marta natychmiast spojrzała w prawo.
Uśmiechnął się szerzej.
— Znowu.
— Nie jestem zazdrosna.
— Nie powiedziałem, że jesteś.
Cisza.
Marta zacisnęła usta.
Cholera.
Eirik oparł łokcie o kolana.
— Była piękna.
Coś ścisnęło Martę pod żebrami.
— Aha.
— Bardzo.
— Zrozumiałam za pierwszym razem.
— Miała jasne włosy.
— Fascynujące.
— Prawie białe zimą.
— Eirik.
— I oczy—
— Naprawdę nie potrzebuję katalogu.
Eirik zaczął się śmiać.
Marta poderwała głowę.
— Ty to robisz specjalnie.
— Od chwili, kiedy zapytałaś, czy była piękna.
— Jesteś nieznośny.
— A ty jesteś zazdrosna o martwego mężczyznę i być może żywą kobietę, której nigdy nie spotkałaś.
— Nie jestem.
Eirik pochylił się nad stołem.
Nagle przestał się śmiać.
— Szkoda.
To jedno słowo trafiło ją znacznie mocniej, niż powinno.
— Dlaczego?
Ich spojrzenia się spotkały.
— Bo ja chyba byłbym.
Marta poczuła ciepło rozlewające się od szyi aż po policzki.
— O kogo?
Eirik przez chwilę nic nie mówił.
— Jeszcze nie wiem.
I pierwszy odwrócił wzrok.
Marta popatrzyła na drewnianego konika.
— Kochałeś ją?
Uśmiech Eirika zniknął.
— Astrid?
— Masz więcej żon?
— Jedna w zupełności wystarczała.
Marta przewróciła oczami.
— Poważnie pytam.
Eirik przesunął kciukiem po drewnianym grzbiecie zabawki.
— Tak.
Jedno słowo.
Nic więcej.
A jednak zabolało.
Marta poczuła do siebie pogardę.
Ten człowiek siedział przed nią martwy. Nie wiedział, czy jego żona i dziecko przeżyli. A ona czuła zazdrość.
— Wiesz, co jest najgorsze w śmierci? — zapytał.
Pokręciła głową.
— Nie to, że nie ma jutra.
Spojrzał na nią.
— To, że nigdy nie dowiadujesz się, co wydarzyło się minutę później.
Marta zamilkła.
— Czy Leif dobiegł do lasu. Czy Astrid uciekła. Czy Hakon spalił dom. Czy próbował ich znaleźć. Czy mój syn wołał mnie, kiedy już leżałem twarzą w śniegu.
Głos mu zadrżał.
Tylko raz.
— Dałbym całą tę przeklętą wieczność za jedną minutę.
Marta wyciągnęła rękę.
Zawahała się.
Potem przykryła jego dłoń swoją.
Eirik spojrzał na ich palce.
— Znajdziemy tę minutę — powiedziała.
— Nie możesz tego wiedzieć.
— Nie mogę.
— Więc dlaczego to mówisz?
Marta ścisnęła jego dłoń.
— Bo przez piętnaście lat mówiłam młodym ludziom, że jeśli będą się uczyć, przyda im się to w dorosłym życiu. Jestem zawodową kłamczuchą.
Przez chwilę nic.
Potem Eirik parsknął.
Cicho.
Marta też.
I przez kilka sekund siedzieli w kamiennej komnacie pośrodku królestwa umarłych i śmiali się z czegoś, co wcale nie było zabawne.
Może właśnie dlatego.
Eirik nie zabrał dłoni.
Marta również.
✦ ✦ ✦
O świcie czekały na nich dwa konie.
Odyn nie przyszedł ich pożegnać.
To zaniepokoiło Martę bardziej, niż gdyby przyszedł.
Przywdziała czarną suknię, skórzany pas i futro. Włosy zaplotła niedbale w jeden warkocz.
Eirik czekał przy bramie.
Spojrzał na nią.
Zamilkł.
Marta zatrzymała się.
— Co?
— Nic.
— Od kilku sekund gapisz się na mnie jak archeolog na świeżo otwarty grobowiec.
— Nie wiem, kim jest archeolog.
— Człowiek, który grzebie przy umarłych i bardzo się cieszy, kiedy coś znajdzie.
— Lubię go.
Marta przewróciła oczami.
Eirik podał jej wodze.
Kiedy je brała, ich palce się zetknęły.
Zupełnie przypadkiem.
Żadne nie cofnęło ręki od razu.
Eirik pochylił głowę.
— Ładnie wyglądasz.
Marta zamrugała.
Po wszystkich jego docinkach właśnie prosty komplement zaskoczył ją najbardziej.
— Dziękuję.
— Chociaż—
— Wiedziałam.
— —wyglądałabyś lepiej z mieczem.
— A ty z kneblem.
— Co to knebel?
— Mogę pokazać.
Uśmiechnął się.
— Zaczynam lubić Midgard.
✦ ✦ ✦
Po trzech godzinach przestali żartować.
Yggdrasil nie przypominał drzewa.
Z bliska przypominał świat, który przypadkiem przybrał kształt drzewa.
Korzenie były szersze niż rzeki. Kora miała głębokie szczeliny, w których mogłyby zniknąć domy. Wysoko ponad nimi gałęzie ginęły w chmurach różnych światów.
Na jednym konarze padał śnieg.
Na innym świeciło słońce.
Z trzeciego spadały krople krwi.
Marta patrzyła w górę tak długo, aż zakręciło jej się w głowie.
— Piękne — szepnęła.
— Nie.
Eirik wskazał korzeń.
— Spójrz.
W korze wycięto znak.
Marta zsunęła się z konia.
Znała runy.
Fehu.
Uruz.
Thurisaz.
Ansuz.
Raidō.
Kaunan.
Ten znak nie był żadną z nich.
A jednak go znała.
Serce zaczęło jej walić.
— Co się stało?
Nie odpowiedziała.
Podeszła bliżej.
— Marta?
— Narysowałam ją.
— Kiedy?
— W Midgardzie.
Dotknęła kory.
— W noc, kiedy trafiłam do Valhalli.
Eirik natychmiast chwycił ją za nadgarstek.
Za późno.
Świat pękł.
✦ ✦ ✦
Śnieg.
Krzyk.
Płonący dach.
Marta nie znajdowała się już przy Yggdrasilu.
Stała w osadzie.
Nie.
Nie stała.
Patrzyła czyimiś oczami.
Mężczyzna biegł między domami.
Oddychał ciężko.
Trzymał miecz.
Hakon.
Wiedziała to, choć nigdy go nie widziała.
Przed nim Eirik walczył z dwoma napastnikami.
Żywy Eirik.
Młodszy.
Wściekły.
Piękny w ten okrutny sposób, w jaki piękne bywają burze widziane z bezpiecznego miejsca.
Tylko że tutaj nie było bezpiecznego miejsca.
I wtedy Marta zobaczyła kobietę.
Jasne włosy.
Warkocz opadający niemal do pasa.
Miecz w dłoni.
Krew na policzku.
Astrid.
Wiedziała to, zanim ktokolwiek wypowiedział jej imię.
Była piękna.
Oczywiście, że była piękna.
W tej jednej absurdalnej chwili, pośrodku rzezi sprzed lat, Marta poczuła do niej coś tak małego i paskudnego, że sama się tego zawstydziła.
Astrid biegła do Eirika.
— EIRIK!
On odwrócił głowę.
I Marta zobaczyła jego twarz.
Sposób, w jaki na nią spojrzał.
Miłość.
Nie pożądanie.
Nie zachwyt.
Coś znacznie gorszego.
Miłość człowieka, który zna tę kobietę na pamięć.
Marta poczuła ból, którego nie miała prawa czuć.
Przecież go nie znam.
Jeszcze bardziej bolesna była następna myśl.
Ale chciałabym, żeby kiedyś tak spojrzał na mnie.
— EIRIK! — rozległ się drugi krzyk.
Hakon.
Eirik odwrócił się.
Hakon uniósł miecz.
Jego ręka drżała.
— Uciekaj!
Eirik zmarszczył brwi.
— Co?
Hakon zaczął płakać.
— Bracie…
Jego ramię poruszyło się.
Nie chciał.
Marta to widziała.
Każdy mięsień jego ciała próbował zatrzymać rękę.
Ale ręka należała już do kogoś innego.
Miecz wbił się Eirikowi pod łopatkę.
Eirik otworzył usta.
Hakon krzyknął.
— WYBACZ MI!
Eirik osunął się w śnieg.
Astrid krzyknęła.
Marta poczuła jej krzyk we własnych kościach.
I wtedy zobaczyła ją.
Stała między drzewami.
Kobieta.
Biała suknia.
Białe włosy.
Oczy zaszyte czarną nicią.
W dłoniach trzymała nici.
Czerwoną.
Czarną.
Złotą.
I jeszcze jedną.
Białą.
Nić biegła od jej palców do ręki Hakona.
To ona nią poruszała.
Marta poczuła mdłości.
Kobieta nagle odwróciła głowę.
Spojrzała prosto na nią.
Niemożliwe.
To było wspomnienie.
Coś, co wydarzyło się przed jej przybyciem.
Nie mogła jej widzieć.
A jednak biała kobieta się uśmiechnęła.
— Marta.
Zamarła.
Kobieta znała jej imię.
— Długo na ciebie czekałam.
Marta chciała się cofnąć.
Nie mogła.
— Kim jesteś?
Starucha pociągnęła białą nić.
Świat zadrżał.
— Pytasz o niewłaściwą rzecz.
— Czego chcesz?
— Nadal niewłaściwe pytanie.
Uśmiechnęła się szerzej.
— Zapytaj, dlaczego Odyn skłamał.
✦ ✦ ✦
Marta odzyskała świadomość na ziemi.
Krzyczała.
Eirik trzymał ją za ramiona.
— Marta! Spójrz na mnie!
Złapała oddech.
— Hakon.
Eirik znieruchomiał.
— Co?
— Widziałam go.
Twarz Eirika stwardniała.
— Co widziałaś?
— Twoją śmierć.
Puścił ją.
Wstał.
Odwrócił się.
— Nie chcę tego słuchać.
— On nie chciał cię zabić.
Eirik zatrzymał się.
— Nie.
— Ktoś nim sterował.
— Nie.
— Jego ręka—
— Powiedziałem: nie.
— Płakał.
Eirik obrócił się gwałtownie.
— Zamknij się.
— Krzyknął, żebyś uciekał.
Twarz wojownika pobladła.
— Skąd to wiesz?
— Widziałam.
— Skąd znasz te słowa?!
— Bo tam byłam!
Echo poniosło jej głos między korzeniami.
Eirik patrzył na nią jak na potwora.
— To były ostatnie słowa mojego brata.
Marta zamarła.
— Co?
— Nikomu ich nie powiedziałem.
Nagle sama zaczęła się bać tego, co zobaczyła.
Eirik zrobił krok w jej stronę.
— Co jeszcze?
Marta przypomniała sobie chłopca.
Małą sylwetkę między drzewami.
— Leif.
Eirik przestał się poruszać.
— Co z nim?
— Widziałam go.
— Nie.
— Uciekał do lasu.
— Nie mów tego.
— Eirik…
— Nie mów mi tego!
Marta podeszła.
— Widziałam twojego syna.
Cofnął się.
Wojownik, który wszedł do Valhalli ze złamanym mieczem i gniewem silniejszym od śmierci, cofał się przed jednym zdaniem.
— Czy żył?
Marta zawahała się.
— Kiedy go widziałam, tak.
Eirik zamknął oczy.
— Ile czasu?
— Co?
— Ile czasu po tym, jak Hakon mnie ugodził?
— Może minutę.
Eirik otworzył oczy.
Minuta.
Ta jedna minuta.
Ta, za którą powiedział, że oddałby całą wieczność.
Dostał ją.
Tyle że przyniosła mu ją obca kobieta.
Łza spłynęła po jego policzku.
Eirik szybko ją starł.
Druga pojawiła się chwilę później.
Tej już nie starł.
— Widziałam też Astrid — powiedziała Marta.
Eirik zesztywniał.
Wszystko w jego twarzy zmieniło się natychmiast.
— Żyła?
Marta poczuła ukłucie.
Znów.
Tym razem silniejsze.
Nienawidziła się za nie.
— Kiedy ją widziałam, tak.
— Była ranna?
— Krew na twarzy. Nie wiem, czy jej.
Eirik zamknął oczy.
Ulga.
Tak czysta, tak ludzka, że Marta powinna była się nią ucieszyć.
Nie potrafiła.
— Kochasz ją — powiedziała.
Nie było to pytanie.
Eirik otworzył oczy.
— To moja żona.
— To nie jest odpowiedź.
Patrzył na Martę długo.
— A jakiej odpowiedzi chcesz?
— Żadnej.
— Kłamiesz.
— Przestań mi mówić, kiedy kłamię.
— W takim razie przestań robić to tak źle.
Marta odwróciła się.
Eirik złapał ją za nadgarstek.
— Marta.
— Puść.
Nie puścił.
— Spójrz na mnie.
— Nie mam ochoty.
— Właśnie dlatego.
Odwróciła się gwałtownie.
— Czego ode mnie chcesz?
Zaskoczyła go.
Ale tylko na moment.
— Niczego.
— Doskonale.
— Jeszcze.
To słowo zawisło między nimi.
— Co to ma znaczyć?
Eirik zrobił krok bliżej.
— Że umarłem kilka godzin temu. Moja żona może żyć. Mój syn może żyć. Ty nosisz w sobie coś, czego boją się bogowie. Idziemy do krainy umarłych, a ja—
Urwał.
— Ty co?
Milczał.
— Powiedz.
Jego palce nadal obejmowały jej nadgarstek.
— A ja myślę o tym, jak smakują twoje usta.
Marta znieruchomiała.
Serce uderzyło raz.
Mocno.
— Nie powinieneś.
— Wiem.
— Masz żonę.
— Wiem.
— Więc przestań.
Eirik spojrzał na jej usta.
— Próbuję.
— Słabo ci idzie.
— Bardzo.
Marta wyrwała rękę.
Zrobiła dwa kroki.
Zatrzymała się.
— Eirik?
— Tak?
Nie odwróciła się.
— Mnie też.
Cisza za jej plecami była odpowiedzią.
✦ ✦ ✦
Później Eirik ją objął.
Nie gwałtownie.
Jak człowiek, który najpierw daje drugiej osobie czas, żeby odeszła.
Marta nie odeszła.
Jego ramiona zamknęły się wokół niej.
Poczuła policzkiem jego szyję. Szorstkość zarostu. Zapach skóry, dymu i zimnego powietrza.
Jego dłoń przesunęła się po jej plecach i zatrzymała między łopatkami.
Marta zamknęła oczy.
Przez jedną krótką chwilę pozwoliła sobie udawać, że Astrid nie istnieje.
Że Valhalla nie istnieje.
Że przepowiednia nie istnieje.
Że jest tylko ten mężczyzna.
I jego oddech przy jej włosach.
— Marta.
— Nie mów.
— Dlaczego?
— Bo wszystko psujesz, kiedy mówisz.
Poczuła jego śmiech bardziej, niż go usłyszała.
Odsunęła twarz od jego szyi.
Byli tak blisko, że czubek jej nosa musnął jego policzek.
Eirik spojrzał jej w oczy.
Potem niżej.
Na usta.
— Nie — szepnęła.
— Dobrze.
Nie poruszył się.
— Powinieneś się odsunąć.
— Powinienem.
Nie odsunął się.
Marta również.
— Masz żonę.
Tym razem to zabolało jego.
Zobaczyła to.
— Wiem.
— Więc dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób?
— W jaki?
— Jakbyś chciał—
Urwała.
— Powiedz.
— Nie.
— Boisz się?
— Ciebie?
— Siebie.
Trafił.
Marta uniosła podbródek.
— Jesteś wyjątkowo pewny siebie jak na człowieka, który nie żyje.
— A ty wyjątkowo długo stoisz w ramionach człowieka, którego nie chcesz pocałować.
Marta poczuła gniew.
I coś znacznie mniej rozsądnego.
— Może chcę sprawdzić, czy umarli są zimni.
Eirik pochylił głowę.
Jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.
— I?
Ciepło jego oddechu przesunęło się po jej szyi.
Marta zacisnęła palce na jego tunice.
— Niestety nie.
— Niestety?
— Nie prowokuj mnie.
— A jeśli chcę?
Odwróciła twarz.
Ich usta dzielił oddech.
Tylko tyle.
Eirik przestał się uśmiechać.
Marta też.
Przez chwilę naprawdę miała go pocałować.
Wtedy zobaczyła Astrid.
Nie prawdziwą.
W pamięci.
Jasne włosy.
Krew na policzku.
I sposób, w jaki Eirik na nią patrzył.
Marta odsunęła się.
Gwałtownie.
Eirik został w miejscu.
— Marta.
— Nie.
— Niczego nie zrobiłem.
— Właśnie.
Spojrzał na nią zaskoczony.
Marta natychmiast pożałowała tych słów.
— Zapomnij.
Odwróciła się.
Usłyszała za sobą:
— Teraz już na pewno nie zapomnę.
✦ ✦ ✦
Dotarli do Gjallarbrú przed zmierzchem.
Most prowadzący ku krainie Hel nie był ponury.
Był piękny.
To przeraziło Martę bardziej.
Złoty dach lśnił nad czarną rzeką Gjöll. Woda płynęła bezszelestnie, choć pod powierzchnią poruszały się tysiące jasnych kształtów.
Twarze.
Marta odwróciła wzrok.
Nie byli sami.
Z przeciwnej strony mostu nadchodził wojownik.
Wysoki.
Jasnowłosy.
Zmarły tak dawno temu, że jego kolczuga należała do epoki, którą Marta znała tylko z muzeów.
Kiedy ją zobaczył, zatrzymał się.
— Żywa?
Marta skinęła głową.
— Ostatnim razem, kiedy sprawdzałam.
Wojownik uśmiechnął się.
— Szkoda.
— Dlaczego?
— Gdybyś była martwa, zaprosiłbym cię do swojej sali.
— A żywej nie można?
— Można. Ale wtedy musiałbym cię najpierw zabić.
Marta parsknęła śmiechem.
— Romantycznie.
— Jestem Gunnar.
Wyciągnął rękę.
Marta podała mu swoją.
Gunnar zamiast ją uścisnąć, pochylił się i dotknął ustami jej knykci.
Eirik odezwał się zza niej:
— Puść.
Gunnar podniósł głowę.
— Co?
— Jej rękę.
Marta odwróciła się.
— Eirik.
— Co?
— Sama mam rękę.
— Zauważyłem.
— Potrafię zdecydować, komu ją podaję.
— Tego również się obawiałem.
Gunnar spojrzał z jednego na drugie.
— Twój mąż?
— Nie — odpowiedziała Marta.
Eirik powiedział równocześnie:
— Nie.
Gunnar uśmiechnął się.
— Kochanek?
— Nie — powiedziała Marta.
Eirik milczał.
Marta spojrzała na niego.
— Eirik?
— Co?
— Miałeś powiedzieć „nie”.
— Nie zadawałaś pytania mnie.
Gunnar roześmiał się.
Marta wyrwała mu dłoń.
— Obaj jesteście idiotami.
Ruszyła przez most.
Eirik dogonił ją po chwili.
— Podobał ci się?
— Kto?
— Gunnar.
Marta spojrzała na niego niewinnie.
— Bardzo.
Szczęka Eirika napięła się.
Marta poczuła nagłą, dziecinną satysfakcję.
— Ładne włosy.
— Za długie.
— Ty masz dłuższe.
— Jemu nie pasują.
— Mnie się podobają.
— Jest martwy.
Marta zatrzymała się.
Popatrzyła na Eirika.
Powoli.
Bardzo powoli.
— Ty też.
Eirik otworzył usta.
Zamknął je.
Marta uśmiechnęła się słodko.
— Jakie to uczucie?
— Jakie?
— Zazdrość.
— Nie jestem zazdrosny.
Marta pochyliła się do niego.
— Patrzysz w lewo.
Eirik odruchowo spojrzał w prawo.
Marta wybuchnęła śmiechem.
— Drań — mruknął.
— Nauczycielka.
— To gorsze.
Ruszyli dalej.
Po kilkunastu krokach Eirik powiedział:
— Naprawdę ci się podobał?
Marta uśmiechnęła się pod nosem.
— Nie.
Eirik skinął głową.
Jakby informacja była zupełnie nieistotna.
Po chwili jego dłoń odnalazła jej dłoń.
Nie spojrzał na nią.
Marta też nie.
Ale nie cofnęła palców.
✦ ✦ ✦
Przy wejściu na most czekała Móðguðr.
Strażniczka nie spojrzała na Eirika.
Patrzyła na Martę.
A dokładniej na jej brzuch.
— Nie możesz przejść.
Marta westchnęła.
— Świetnie. Pierwsza rozsądna osoba, jaką tutaj spotykam.
Móðguðr nie uśmiechnęła się.
— Ty możesz.
Wskazała Eirika.
Potem Martę.
— Ona nie.
— Dlaczego?
— Ponieważ Hel przyjmuje umarłych.
Strażniczka zrobiła krok bliżej.
— Nie tych, którzy jeszcze się nie narodzili.
Marta poczuła chłód.
Eirik stanął między nimi.
— Ona idzie ze mną.
— W takim razie oboje zginiecie.
— Już umarłem.
— Nie tak.
Eirik chwycił rękojeść miecza.
Marta położyła mu dłoń na ramieniu.
— Może spróbujmy kiedyś rozwiązać problem bez miecza.
— Próbowałem raz.
— I?
— Jestem martwy.
Marta westchnęła.
— Słuszna uwaga.
Móðguðr obserwowała ich bez emocji.
— Jest jedna droga.
— Jaka?
— Musicie zostawić coś, czego nie odzyskacie.
Eirik wyjął drewnianego konika.
Marta natychmiast złapała go za nadgarstek.
— Nie.
— To otworzy drogę.
— To ostatnia rzecz twojego syna.
— Właśnie dlatego ma wartość.
— Znajdziemy inną cenę.
Móðguðr odezwała się:
— Cena nie może być rzeczą.
Marta powoli odwróciła głowę.
— Więc czym?
— Wspomnieniem.
Zapadła cisza.
— Jakim?
— Najcenniejszym.
Eirik odpowiedział pierwszy.
— Weź moje.
— Nie — powiedziała Marta.
— Marta.
— Powiedziałam nie.
— To moja wyprawa.
— A to mój mózg.
— Nie musisz—
— Wiem.
Spojrzała na Móðguðr.
— Weź moje.
Eirik złapał ją za rękę.
— Nie wiesz, co stracisz.
— Ty też nie.
— Właśnie dlatego—
— Masz syna.
Zamilkł.
— Jeżeli zabierze ci jego twarz, nigdy sobie tego nie wybaczysz.
— A tobie co może zabrać?
Marta chciała odpowiedzieć.
Nie potrafiła.
Móðguðr podeszła.
Położyła dwa palce na czole Marty.
Świat zniknął.
✦ ✦ ✦
Sala lekcyjna.
Wrzesień.
Deszcz uderzający o szyby.
Marta była młodsza.
Na tablicy napisała wielkimi literami:
HISTORIA NIE JEST O UMARŁYCH.
JEST O ŻYWYCH.
Uczniowie przewracali oczami.
Ktoś ziewał.
Ktoś ukradkiem patrzył w telefon.
Marta się roześmiała.
Kochała ich.
Tych nieznośnych, znudzonych, cudownych idiotów.
Kochała moment, kiedy ktoś nagle rozumiał.
Kochała ciszę klasy, kiedy opowieść naprawdę ich pochłaniała.
Kochała—
Obraz zaczął znikać.
— Nie — szepnęła.
Twarze uczniów rozmyły się.
— Nie to.
Tablica zniknęła.
— Proszę.
Sala.
Korytarz.
Zapach kredy.
Dzwonek.
Jej własny śmiech.
Wszystko odpływało.
Marta próbowała zatrzymać wspomnienie.
Nie mogła.
Ostatnie zniknęło zdanie zapisane na tablicy.
HISTORIA NIE JEST—
Pustka.
✦ ✦ ✦
Marta otworzyła oczy.
Klęczała na moście.
Eirik był obok.
— Co zabrała?
Marta zmarszczyła brwi.
— Nie wiem.
I to była prawda.
Móðguðr odsunęła się.
— Możecie przejść.
Eirik pomógł Marcie wstać.
Ruszyli.
Po kilku krokach Marta obejrzała się.
Strażniczka nadal na nią patrzyła.
— Jeszcze jedno — powiedziała.
Marta zatrzymała się.
— Co?
— Odyn wiedział.
Serce Marty uderzyło mocniej.
— O czym?
— Że tutaj przyjdziesz.
— Sam nas wysłał.
— Nie o tym mówię.
Móðguðr spojrzała na jej brzuch.
— Wiedział, co przyniesiesz.
Eirik spojrzał na Martę.
— Co ona ma na myśli?
Marta przypomniała sobie białą kobietę.
Zapytaj, dlaczego Odyn skłamał.
— Nie wiem.
Eirik patrzył na nią jeszcze chwilę.
Marta spojrzała w lewo.
I dopiero wtedy przypomniała sobie, co powiedział jej poprzedniej nocy.
Patrzysz wtedy w lewo.
Eirik nic nie powiedział.
To było gorsze.
✦ ✦ ✦
Hel nie było krainą ognia.
Było krainą ciszy.
Śnieg pokrywał ziemię cienką warstwą. Niebo miało barwę popiołu. W oddali stały domy umarłych, a z kominów nie unosił się dym.
Nikt ich nie zatrzymywał.
Nikt ich nie witał.
Szli długo.
Wreszcie zobaczyli salę.
Éljúðnir.
Dom Hel.
Drzwi były otwarte.
— To pułapka — powiedział Eirik.
— Oczywiście.
— Wejdziemy?
— Oczywiście.
— Zaczynasz myśleć jak ja.
— To najbardziej obraźliwa rzecz, jaką mi powiedziałeś.
Weszli.
Przy długim stole siedziała kobieta.
Jedna połowa jej twarzy była piękna.
Druga martwa.
Hel.
Marta znała wszystkie opowieści.
Żadna nie przygotowała jej na oczy córki Lokiego.
Były smutne.
Nie okrutne.
To było gorsze.
— Eirik, syn Haldora — powiedziała Hel.
Wojownik wyciągnął złamany miecz.
— Przyszedłem po imię.
— Wiem.
— Kto kierował ręką mojego brata?
Hel spojrzała na Martę.
— Ona.
Marta poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.
— Co?
Eirik odwrócił się ku niej.
— To niemożliwe.
Hel przechyliła głowę.
— Oczywiście, że niemożliwe.
Uśmiechnęła się smutno.
— Dlatego właśnie się wydarzyło.
— Nigdy wcześniej go nie widziałam — powiedziała Marta.
— To prawda.
— Byłam w Midgardzie.
— Prawda.
— Nie znam jego brata.
— Prawda.
Marta zacisnęła pięści.
— Więc przestań mówić zagadkami.
Hel wstała.
— Czas nie płynie tutaj tak jak w twoim świecie.
Podeszła do Marty.
— To, co nosisz, nie zostało poczęte wczoraj.
Marta pobladła.
— Czym jest dziecko?
Hel wyciągnęła rękę.
Nie dotknęła jej brzucha.
Zatrzymała dłoń kilka centymetrów przed nim.
Martwa połowa jej twarzy drgnęła.
Po raz pierwszy w oczach bogini pojawił się lęk.
— Nie dzieckiem.
Marta poczuła, że robi jej się słabo.
— Więc czym?
Hel spojrzała jej w oczy.
— Wspomnieniem kogoś, kto jeszcze się nie narodził.
Cisza.
Eirik pierwszy znalazł głos.
— To nie ma sensu.
— Jeszcze nie.
Hel spojrzała na niego.
— Chcesz odzyskać rodzinę?
— Tak.
Odpowiedział bez wahania.
Marta poczuła, jak coś w niej pęka.
Hel zauważyła.
Oczywiście, że zauważyła.
— Żonę również?
Eirik milczał.
Marta patrzyła przed siebie.
Nie na niego.
Powiedz tak.
Nie rozumiała, dlaczego tego chciała.
Może dlatego, że „tak” wszystko by uprościło.
Eirik należał do Astrid.
Marta mogłaby przestać być idiotką.
Powiedz tak.
Eirik nadal milczał.
Marta nie wytrzymała.
— Odpowiedz jej.
Spojrzał na nią.
— Dlaczego ci zależy?
— Nie zależy.
— Właśnie widzę.
— To twoja żona.
— Wiem, kim jest.
— Więc odpowiedź chyba nie jest trudna.
Eirik zrobił krok w jej stronę.
— Jest.
Marta poczuła, jak serce uderza jej mocniej.
— Dlaczego?
— Bo ostatni raz widziałem Astrid jako żywy człowiek.
Jeszcze krok.
— A potem umarłem.
Jeszcze jeden.
— I spotkałem ciebie.
Marta przełknęła ślinę.
— To niczego nie zmienia.
— Zmienia wszystko.
— Znasz mnie od jednego dnia.
— Wiem.
— To absurd.
— Wiem.
— Możesz odzyskać żonę.
— Wiem!
Pierwszy raz podniósł na nią głos.
Marta zamilkła.
Eirik przeczesał włosy dłonią.
— Myślisz, że tego nie wiem? Myślisz, że nie czuję się jak ostatni drań w dziewięciu światach za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę?
Marta nie odpowiedziała.
— Kocham Astrid — powiedział.
Zabolało.
Naprawdę.
Fizycznie.
Eirik zobaczył to.
— Ale—
— Nie.
Marta cofnęła się.
— Nie mów „ale”.
— Marta.
— Nie chcę być niczyim „ale”.
Cisza.
Eirik patrzył na nią długo.
Potem powiedział:
— Właśnie dlatego nie dokończyłem.
Odwróciła wzrok.
Hel obserwowała ich z tronu.
Na jej półmartwej twarzy pojawiło się coś prawie przypominającego współczucie.
— Śmiertelni — powiedziała cicho. — Potraficie przeżyć jeden dzień i skomplikować go bardziej niż bogowie przez tysiąc lat.
✦ ✦ ✦
Hel wróciła do stołu.
— Chcieliście wiedzieć, kto zmusił Hakona do zabicia brata.
— Tak.
— Mogę wam pokazać.
Przesunęła dłonią nad drewnianą misą.
Pojawiła się w niej woda.
Jej powierzchnia pociemniała.
Marta zobaczyła płonącą osadę.
Hakona.
Eirika.
Białą nić.
A potem kobietę, która nią poruszała.
Białe włosy.
Zaszyte oczy.
Marta nachyliła się.
— To ona.
— Nie — powiedziała Hel.
— Widziałam ją.
— Widzisz to, co pozwolono ci zobaczyć.
Hel dotknęła powierzchni wody.
Obraz zadrżał.
Biała kobieta zniknęła.
Za nią stał ktoś jeszcze.
Marta przestała oddychać.
Eirik upuścił miecz.
Metal uderzył o kamień.
Bo osobą trzymającą drugi koniec białej nici…
była Marta.
Starsza.
Jej włosy przecinała siwizna.
Na policzku miała długą bliznę.
W oczach nie było strachu.
Nie było litości.
Stała nad umierającym Eirikiem i patrzyła, jak Hakon wbija mu miecz w plecy.
Obecna Marta cofnęła się.
— Nie.
Starsza Marta w obrazie odwróciła głowę.
Spojrzała prosto na nią.
A potem przyłożyła palec do ust.
Ciii.
Obraz zmienił się.
Starsza Marta klęczała na śniegu.
Eirik leżał przed nią.
Żył.
Jeszcze.
Trzymała jego twarz w dłoniach.
Płakała.
A on się uśmiechał.
— Zrób to — powiedział.
— Nie mogę.
— Musisz.
— Eirik…
— Marta.
Pocałował wnętrze jej dłoni.
— Jeżeli mnie kochasz, musisz pozwolić mi umrzeć.
Starsza Marta pochyliła się.
Pocałowała go.
Nie gwałtownie.
Nie rozpaczliwie.
Delikatnie.
Jak całuje się człowieka, którego usta znało się tysiące razy.
Obraz zgasł.
W sali Hel zapadła cisza.
Marta nie mogła spojrzeć na Eirika.
— Więc jednak — powiedział.
— Co?
— Kiedyś mnie pocałujesz.
Mimo wszystkiego prawie się roześmiała.
— To właśnie wyciągnąłeś z tej wizji?
— Próbuję nie myśleć o części, w której mnie zabijasz.
Marta spojrzała na niego.
Oczy miał mokre.
I wtedy przestało być zabawnie.
— Eirik…
— Czy ona była tam?
— Kto?
— Astrid.
Marta zrozumiała.
Pokręciła głową.
— Nie wiem.
Eirik odwrócił wzrok.
— To powinno mnie przerażać.
— Co?
— Że w tej chwili bardziej boję się tego, że ciebie stracę, niż tego, że drugi raz umrę.
Marta podeszła.
— Znasz mnie od jednego dnia.
— Przestań mi to przypominać.
— Dlaczego?
Spojrzał na nią.
— Bo najwyraźniej gdzieś indziej znam cię od całego życia.
Marta poczuła łzy.
Tym razem nie próbowała ich zatrzymać.
— A ja cię zabiję.
— Najwyraźniej.
— I to cię nie przeraża?
— Przeraża.
Dotknął jej policzka.
Kciukiem starł łzę.
— Ale widziałem, jak na mnie patrzyłaś.
— Kiedy?
— Kiedy mnie zabijałaś.
Marta zamknęła oczy.
— Nie rozumiem.
— Ja też nie.
Pochylił czoło do jej czoła.
— Ale nikt nigdy nie patrzył na mnie tak, jak tamta ty patrzyła na tamtego mnie.
Marta otworzyła oczy.
— Astrid?
Zawahał się.
I to zawahanie powiedziało jej wszystko.
Marta odsunęła się.
— Och.
— Marta—
— Nie.
— To nie znaczy—
— Właśnie że znaczy.
Eirik chwycił ją za rękę.
— Jesteś zazdrosna o kobietę z mojej przeszłości.
Marta wyrwała dłoń.
— A ty jesteś zazdrosny o samego siebie z przyszłości.
Eirik zamarł.
Marta otarła łzy.
— Więc chyba jesteśmy kwita.
Przez moment patrzyli na siebie.
A potem, wbrew Hel, śmierci i całemu rozsądkowi, oboje zaczęli się śmiać.
Cicho.
Przez łzy.
Bo czasem człowiek śmieje się nie dlatego, że coś jest zabawne.
Tylko dlatego, że jeśli tego nie zrobi, zacznie krzyczeć.
✦ ✦ ✦
Za plecami Marty rozległ się dziecięcy głos.
— Tato?
Eirik zamarł.
Drewniany konik wypadł mu z ręki.
Odwrócił się.
W drzwiach stał chłopiec.
Może siedmioletni.
Jasne włosy.
Chude ramiona.
Brudna twarz.
Eirik przestał oddychać.
— Leif?
Chłopiec patrzył na niego.
Eirik zrobił krok.
— Leif…
Drugi.
— Synku.
Chłopiec cofnął się.
— Nie.
Eirik zatrzymał się.
Na twarzy chłopca pojawił się strach.
— Nie jesteś moim tatą.
Eirik pobladł.
— Leif?
Chłopiec wskazał Martę.
— Ona mi powiedziała, że mój tata nie żyje.
Marta poczuła lodowaty chłód.
— Ja?
— Byłaś starsza.
Leif dotknął własnego policzka.
— Miałaś tutaj bliznę.
Dokładnie w tym miejscu, w którym miała ją kobieta w wizji.
Marta zachwiała się.
— Kiedy?
Chłopiec spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— Wczoraj.
Cisza, która zapadła, nie należała już do Hel.
Należała do czegoś znacznie starszego.
Marta spojrzała na Eirika.
Eirik patrzył na nią.
A pomiędzy nimi leżał pęknięty miecz.
Nagle zrozumiała.
Nie została przypadkiem wciągnięta do cudzej historii.
Nie była ofiarą przepowiedni.
Nie była nawet jej początkiem.
Była jej autorką.
Tylko jeszcze nie wiedziała, dlaczego ją napisała.
Hel usiadła na swoim tronie.
— Witaj ponownie, Marto.
Marta powoli odwróciła głowę.
— Ponownie?
Bogini uśmiechnęła się.
— Naprawdę sądziłaś, że jesteś tutaj pierwszy raz?
I wtedy dziecko pod sercem Marty poruszyło się.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Leif spojrzał na jej brzuch.
Zbladł.
— Nie.
Eirik uklęknął przy synu.
— Co?
Chłopiec zaczął się cofać.
— To.
Wskazał na Martę.
— Co „to”?
Leif rozpłakał się.
— To właśnie zabiło wszystkich.
Gdzieś bardzo daleko zatrąbił Gjallarhorn.
Jeden raz.
Potem drugi.
Hel podniosła głowę.
Jej piękna połowa twarzy pobladła.
— Za wcześnie — szepnęła.
Trzeci dźwięk rozerwał niebo.
Z sufitu posypał się pył.
Eirik chwycił miecz.
Marta objęła brzuch.
A Hel — bogini umarłych, córka Lokiego, władczyni tych, których nie wybrano do Valhalli — zrobiła coś, czego Marta nie znalazła w żadnej książce.
Hel uklękła.
Nie przed Eirikiem.
Nie przed Gjallarhornem.
Przed nią.
— Co robisz? — wyszeptała Marta.
Hel patrzyła na jej brzuch.
— To, co powinniśmy byli zrobić za pierwszym razem.
— Czyli?
Bogini uniosła oczy.
— Błagam cię, żebyś tym razem nie rodziła.
Marta poczuła dłoń Eirika.
Znalazł jej palce.
Splótł je ze swoimi.
Nie spojrzała na niego.
On na nią również.
A jednak trzymali się tak mocno, jakby puszczenie dłoni drugiego oznaczało koniec któregoś ze światów.
I wtedy Marta przypomniała sobie własny głos.
Starszy.
Złamany płaczem.
Ale pewny.
„Jeżeli będę musiała wybierać między światem a nim…”
Obraz.
Ogień.
Martwy Eirik w jej ramionach.
Jego usta na jej ustach.
Astrid stojąca gdzieś daleko.
Leif płaczący.
I Marta mówiąca:
„…niech spłonie świat.”
Marta otworzyła oczy.
Eirik nadal trzymał ją za rękę.
— Kogo miałaś na myśli? — zapytał.
Już wiedział.
Ona również.
Marta spojrzała na niego przez łzy.
— Ciebie.
Eirik zamknął oczy.
— Cholera.
Marta zaśmiała się przez płacz.
— To wszystko?
— Nie.
Otworzył oczy.
— Ale jeśli powiem resztę, chyba naprawdę cię pocałuję.
Serce Marty uderzyło boleśnie.
— Masz żonę.
— Wiem.
— A ja być może zniszczę świat.
— Wiem.
— I kiedyś cię zabiję.
— To akurat zaczyna brzmieć jak małżeństwo.
Marta roześmiała się.
Prawdziwie.
Przez łzy.
— Idiota.
— Zazdrosna.
— Trup.
— Moja nauczycielka.
— Jeszcze nie twoja.
Eirik spojrzał jej w oczy.
Tym razem się nie uśmiechnął.
— Właśnie tego „jeszcze” boję się najbardziej.
Gdzieś ponad nimi Gjallarhorn zatrąbił po raz czwarty.
A pod dłonią Marty poruszyło się dziecko.
Hel cofnęła się.
— Za późno — wyszeptała.
Marta spojrzała na nią.
— Na co?
Bogini umarłych patrzyła nie na jej brzuch.
Patrzyła na splecione dłonie Marty i Eirika.
— Na was.
✦ ✦ ✦
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Potem Leif wyszeptał:
— Tato…
Eirik puścił dłoń Marty.
Tylko na moment.
Uklęknął przed synem.
Chłopiec patrzył na niego ze strachem.
— Jeśli naprawdę jesteś moim tatą…
Głos mu zadrżał.
— …powiedz, czego bałem się najbardziej.
Eirik nie musiał się zastanawiać.
— Burzy.
Leif przełknął ślinę.
— Każdy może wiedzieć.
Eirik skinął głową.
— Ale nikomu nie powiedziałeś, dlaczego.
Chłopiec zamarł.
— Kiedy miałeś cztery lata, piorun uderzył w dąb obok domu. Wbiegłeś do naszej izby bez spodni, bo wcześniej kąpałeś się w balii.
Marta zakryła usta dłonią.
Leif zrobił się czerwony.
— Tato!
Eirik zaczął się śmiać.
Chłopiec rzucił się na niego.
Eirik złapał syna.
I wtedy coś w nim pękło.
Wojownik, który nie płakał po własnej śmierci, wtulił twarz we włosy dziecka i rozpłakał się jak człowiek, któremu bogowie właśnie oddali świat.
Marta patrzyła.
Łzy spływały jej po policzkach.
I była szczęśliwa.
Naprawdę.
Aż Leif wyszeptał:
— Mama też żyje.
Eirik znieruchomiał.
Marta również.
— Co powiedziałeś? — spytał Eirik.
— Mama żyje.
Marta poczuła, jak jego dłoń wysuwa się z jej palców.
Nie zrobił tego świadomie.
To właśnie zabolało najbardziej.
Eirik patrzył tylko na syna.
— Gdzie?
— Nie wiem.
— Leif. Gdzie jest twoja matka?
— Zabrała mnie do lasu. Potem przyszła ta starsza Marta. Powiedziała mamie, że musi odejść.
Eirik podniósł głowę.
Spojrzał na Martę.
W jego oczach były teraz jednocześnie nadzieja, strach i pytanie, którego żadne z nich nie chciało wypowiedzieć.
Marta poczuła chłód.
Astrid żyła.
Powinna się cieszyć.
Powinna.
Naprawdę próbowała.
Ale głęboko pod rozsądkiem, pod współczuciem, pod wszystkim, czym chciała być jako człowiek, odezwała się mała, zawstydzająca myśl.
On do niej wróci.
Marta opuściła wzrok.
I wtedy zrozumiała coś znacznie gorszego od zazdrości.
Nie bała się już dziecka.
Nie bała się Ragnaröku.
Nie bała się nawet przyszłej siebie.
Bała się, że Eirik odzyska żonę.
Bo koniec świata był abstrakcją.
Astrid nie.
Astrid miała jasne włosy.
Miecz.
Syna.
I trzydzieści cztery lata życia, do których Marta nigdy nie będzie należeć.
Hel obserwowała ją z tronu.
— Teraz rozumiesz — powiedziała.
Marta uniosła głowę.
— Co?
— Dlaczego światy najczęściej nie giną przez nienawiść.
Hel spojrzała na Eirika obejmującego syna.
Potem na Martę.
— Giną przez to, czego ludzie nie potrafią oddać.
Marta nie odpowiedziała.
Za murami Éljúðnir zatrąbił Gjallarhorn.
Piąty raz.
A gdzieś daleko, w krainie żywych, kobieta o jasnych włosach otworzyła oczy.
I wypowiedziała jedno imię.
— Eirik.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
Sapphire77
Nawiązuje troszkę do komentarzy zamieszczonych poniżej. Obca inteligencja uważa, że takie ustawienie tekstu jest najbardziej wciągające. Zarówno odstępy, stosowanie pauzy jak i pisanie krótkich zdań lub nawet wyrazów. Czy tak jest każdy może ocenić inaczej. Mnie się nie podoba. Czat napisał mi trzy wersje i ta trzecia tak wyglądała. Spróbuj napisać erotyczne w wersji lola czyli porno, z pomocą AI. Fajnie, że to wstawiłeś. Pobudziłeś moją ludzką inteligencje do napisania felietonu o AI.
Jakub
@Sapphire77 raczej korekta
JorgDeJoong
Ale to fajne … zakręcone ale fajne. Jak jormungandr zjadający ogon pętla czasu zjadająca swój początek i koniec
Jakub
@JorgDeJoong a czego Ci brakuje? co powinienem zmienic?
JorgDeJoong
@Jakub mi nic nie brakuje na tą chwilę i nic bym nie zmieniał może bym skasował kolkactych powtórzeń że on ma żonę , ale w sumie to mi podkreśla napięcie między nimi więc sam nie wiem na świeżo jest dla mnie super . Może od technicznej wizualnie mniejsze odstępy miedzy linijkami tekstu i mniejszy format tytułu
Jakub
@JorgDeJoong Dzięki 🙂 Z tą żoną też się zastanawiałem, czy nie przesadziłem, ale chyba właśnie to ciągłe „ma żonę” fajnie ją uwiera i podkręca zazdrość, więc na razie zostawię. Potem przeczytam na chłodno i najwyżej trochę przytnę.
Odstępy i tytuł poprawię, bo CZĘŚĆ II wyszła tak subtelnie, że prawdopodobnie widać ją już z Valhalli 😂
JorgDeJoong
@Jakub no miałem obawy że ta część druga to całość jest i jak przewinę to dojdę do końca 🤣🤣🤣ale samo opowiadane bardzo mi się podoba jutro na chłodno jeszcze przeczytam to może coś zauważę