Przypominajka tęsknota

Jak wyglądałaby Twoja tęsknota, gdybyś mógł ją obok siebie zmaterializować?
Miałaby czerwony szal uszyty z obietnic przepasany wokół twojej szyi?
Chodziłaby z gracją, na paluszkach, nie chcąc rano przypadkiem obudzić?
Fundowałaby spadki, góry, szalony rollercoaster dookoła twojej zranionej doszczętnie duszy?
Zwodziłaby, mamiła, posyłając słodki uśmiech?


Sam nie wiem.


Ona była taką tęsknotą.  
Sam nie wiem za czym.
Chyba za tym, czego nigdy w życiu nie miałem, a chciałem mieć.
Każdy czegoś chce, prawda?
Każdy.
Nie ma na świecie człowieka, który niczego by nie chciał, o niczym by nie marzył.


Raz zabrałem ją na dach dwudziestopiętrowego budynku.
Widok to było coś w stylu "wow", a może nawet "ooooooch, wow."
- Sam? - jej głos obudził mnie, sam nawet nie wiem z czego.
Odwróciłem głowę w jej stronę.
- Masz czasem takie wrażenie, że za chwilę stracisz coś okropnie ważnego, a mimo wszystko możesz tylko stać w miejscu i bezczynnie się temu przypatrywać? - spytała po długiej, zupełnie dla nas normalnej ciszy.
Te pytanie było tak dziwne, że stałem się może od tamtego momentu trochę bardziej uważniejszy, sam nie wiem, ale jej oczy wydawały się tak niebieskie, że ten błękit ukłuł mnie tak mocno gdzieś w moim chorym, niezrozumiałym ja, że przez chwilę przemknęło mi przez myśl czy jestem w stanie przyznać sam przed sobą, że naprawdę dobrze ją znam.
- Nie - szepnąłem, a ona cicho westchnęła.
Pociągnęła łyk wina z butelki i oparła głowę o moje ramię.
Długo, naprawdę długo w tamten wieczór zastanawiałem się czy to naprawdę moje ramię.
Czy to w ogóle ja.


I tak było.
Przy niej tęskniłem za wszystkim tym, czego kiedykolwiek w życiu pragnąłem.  
Za wszystkimi straconymi szansami, które moje dotychczasowe błędy zatarły i nie pozwoliły na odnalezienie dawnej drogi.  
Znów nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć.
A ona była uparta, uparta w swoim postanowieniu i znów sącząc wino, pytała o rzeczy, które nakazywały a może wręcz kazały, obrzucając mnie czerwonymi, jak krew wykrzyknikami, abym zatrzymał się na moment i przyjrzał się temu wszystkiemu uważniej i bliżej.  
- Lubisz wracać do przeszłości? - ten głos był tak przyjemny dla ucha, ale i jednocześnie bolesny, jak nadzianie się na przypadkowego gwoździa w piwnicy.
- Po co wracać? - skrzywiłem się, a ona tylko nieśmiało uśmiechnęła.  
- Dobrze czasem wrócić do tego, co dobre - odpowiedź poraziła mnie prądem.
Mój kręgosłup moralny porządnie się wtedy pogruchotał.  
Bolało wszystko, wraz z sercem.  


No i tak.  
Zatracałem się w przeszłości.
W wydarzeniach, które miały już nigdy nie powrócić, nie cofnąć biegu wydarzeń, nie wyświetlić na dużym ekranie w kinie.
Wydarzenia, o których powinno się zapomnieć, krążyły mi w głowie, jak szalone, zabierając tylko niepotrzebnie miejsce, dręcząc w koszmarach sennych.  
To było tylko namiastką, ona była namiastką otchłani.  
Wspominałem coraz częściej o dawnych sprawach, ludziach, miejscach, zerwaniach, powrotach, błędach, potknięciach, podkładanych nogach, trudnościach, straconym czasie.  
I zacząłem tęsknić.
Nie znałem wcześniej tego słowa.
Zapominałem również, że traciłem ten czas po raz kolejny.
Błąd za błędem, a ona ciągnęła mnie za rękę wprost do otchłani, uśmiechając się i sprawiając, że czułem się przy niej naprawdę bezpiecznie.  
Nie powinienem był.


Rozmawialiśmy o tym, co było i to stawało się coraz bardziej namacalne, choć nie mogło i nie miało wydarzyć się ponownie, ale trwaliśmy w tym, chcieliśmy trwać, przedłużając nieświadomie mękę.
Prędzej ja.
Dla niej to był styl życia, jakby zupełnie nie miała czym żyć teraz, cieszyć się, doceniać, po prostu być.  
Wszystko brzmiało tak samo, kończyło tak samo i zaczynało.
Każda rozmowa, sytuacja odzwierciedlała dawne wspomnienia, wtedy i ja zaczynałem nimi być.


Tęsknota była okropna, przeraźliwa i czasem naprawdę bałem się, że mnie zabije.
Nie musiała się materializować, już przy mnie była i naprawdę świetnie jej szło.
Jej dotyk działał, jak smagnięcie batem, przypominajka okropnych chwil, niedotrzymanych obietnic, kłamstw i wyrzutów sumienia.
Tęskniłem za tym, czego nigdy nie zrobiłem, by nie przyczyniać się do zła, by kogoś uratować, by ktoś uratował mnie.  
I dotąd nikt nie był w stanie tego zrobić.
Nawet ja sam.

Malolata1

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 840 słów i 4517 znaków.

3 komentarze

 
  • Black

    Wyjątkowe... Więcej nie powiem, bo zawsze, gdy czytam twoje utwory to brakuje mi słów, by wyrazić swój zachwyt:)

  • agnes1709

    Nareszcie!!!:kiss: :bravo:

  • Malolata1

    @agnes1709 <3

  • Somebody

    Nigdy nie zawodzisz. Niesamowity pomysł, świetnie opisany, słowem - pysznie!  :bravo:

  • Malolata1

    @Somebody dziękuję Ci bardzo :*