Pięć jenów.

Pięć jenów.Było to w zeszłym roku. Piękny, słoneczny początek lipca. Rodzice Milenki wyjechali na cały miesiąc – mieli jakąś swoją rocznicę i postanowili uczcić to taką ponowną „podróżą poślubną” do Włoch. Milenka miała przez cały miesiąc opiekować się domem. Kiedy przed ich wyjazdem zaprosili mnie do siebie na obiad, powiedzieli, żebym ja opiekował się Milenką.
Milenka od lat jest moim najukochańszym Szczęściem. Studiuje japonistykę. Ja już pracuję, ale mam fajną pracę – pracuję w biurze projektowym, a faktycznie cały czas w domu – od projektu, do projektu. Mam przez to dużo czasu i nie mam stałych godzin pracy. Ważne jest tylko dotrzymanie terminu. A w miesiącach wakacyjnych pracy prawie nie mam.
Mieszkam z rodzicami. Moi rodzice znają się z rodzicami Milenki i obie rodziny są szczęśliwe, że z Milenką tworzymy nierozłączną parę. Milenkę szczególnie kocha moja mama – zastąpiła w jej sercu nieżyjącą córkę, czyli moją Siostrę. Moja mama często chodzi z Milenką na zakupy, Milenka pomaga jej w naszym domu, mają wspólny język. Mój tata również przepada za jej towarzystwem i często prowadzą długie „mądre”, filozoficzne rozmowy. Rodzice Milenki bardzo mnie lubią. Słowem – mój związek z Milenką jest bardzo akceptowany przez obie rodziny.
Kochamy się z Milenką. Bardzo się kochamy i będziemy ze sobą na zawsze. Milenka jest piękna, kochana i mądra. Czasem spędzamy razem noc, zwłaszcza, kiedy mamy jeden z domów „wolny”, czyli jak rodzice gdzieś wyjadą. Ale nie kryjemy się z tym – dla moich rodziców ważne jest, żeby wiedzieli, że jestem na noc u Milenki, wtedy nie denerwują się o mnie.  
Oboje uprawiamy sport – Milenka szermierkę, a ja judo. I oboje mamy swoje sukcesy. Więcej o nas pisałem np. w szkicu „Instrukcja obsługi Milenki” – tam można nas lepiej poznać.
Tak więc przed nami był piękny lipiec, wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą spędzać całe dnie, a i na pewno niektóre noce. Było późne przedpołudnie. Szliśmy pustą, zalaną słońcem ulicą, trzymając się za ręce. Bez celu, na spacer. Głaskałem kciukiem jej dłoń, było nam dobrze.
W pewnym momencie Milenka zatrzymała się i powiedziała:
- Zobacz, Mati. Coś leży na chodniku.
Schyliłem się. Był to portfel. Przyzwoity, z bardzo dobrej skóry. Podniosłem go. Ktoś go musiał zgubić. Rozejrzeliśmy się dookoła, ale ulica była pusta.
- Weźmiemy go do domu i przejrzymy, czy można ustalić właściciela, by go oddać – powiedziałem i schowałem portfel do kieszeni. I poszliśmy do parku, nad staw, na taką „naszą” ławeczkę, ukrytą wśród drzew i krzewów nad brzegiem, by popatrzeć, jak pływają kaczki. I pocałować się, oczywiście. Bo kiedy tam jesteśmy, to taki mamy nasz „rytuał”. Uwielbiamy całować się, jak dzieciaki, właśnie tam, nad stawem, gdzie nikt nas nie widzi.

Kiedy wróciliśmy do domu, Milenka poszła zrobić herbatę, a ja przypomniałem sobie o „znalezisku” - usiadłem w jej pokoju na kanapie i wyjąłem portfel. Był elegancki, skórzany. Otworzyłem. I szok – pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to chyba... tak, japońskie (!) prawo jazdy. Znalazłem sporo wizytówek, prawie wszystkie były dwustronne – po jednej stronie napisy po japońsku, po drugiej – po angielsku. Jakieś zapiski na karteczkach, numery telefonów, na jednej z karteczek długi ciąg cyfr i liter – takie japońskie „krzaczki”. Jakieś plastikowe karty, może do drzwi w biurze. Mały kluczyk. W przegródkach na pieniądze było kilkaset złotych i około tysiąca euro. Kilka kart płatniczych i kredytowych. I zdjęcie młodej, przepięknej, uśmiechniętej Japoneczki. Wow...! Klasyczna piękność. To chyba jakaś modelka. W jednej z przegródek starannie owinięty w kawałek zielonego batystu mały japoński pieniążek z dziurką pośrodku, przewiązany delikatną, złotą wstążeczką.  
Do pokoju weszła Milenka, niosąc dwie filiżanki zielonej herbaty.
- I co? – spytała widząc, że przeglądam portfel.
- No nie wiem... Wyobraź sobie, że to portfel obcokrajowca, chyba Japończyka. Coś dla Ciebie. Taka dharma.
Jak już wiecie, że Milenka studiuje japonistykę. W jej oczach pojawiło się natychmiast olbrzymie zaciekawienie. Postawiła herbaty na stoliczku przy kanapie, usiadła koło mnie – pięknie pachniała lawendą - wyciągnęła rękę i powiedziała:
- Ale numer! Pokaż!  
Wzięła portfel i uważnie zaczęła oglądać dokumenty, wizytówki i zapiski. Dłużej przyglądała się zdjęciu. Była zafascynowana.
- Marcin, widziałeś? Jaka cudna dziewczyna! Ma boską twarz! To japonka, ale ma prawie europejskie rysy twarzy i najpiękniejsze oczy, jakie widziałam. Każda kobieta chciałaby tak wyglądać.
Po chwili dalszego przeglądania twarz jej rozjaśniła się i powiedziała:
- Wiem! Spójrz, Marcin – tu, w tej przegródce, jest kilka nowych, jednakowych wizytówek. Przeczytajmy: Sano Eizo, attaché handlowy Cesarstwa Japonii w Polsce. Nieużywane. To wizytówki właściciela portfela, nosi je i daje w razie potrzeby. Właścicielem portfela jest więc Sano Eizo. O patrz – na tej wizytówce jest telefon do biura – to w naszym mieście, na Klonowej. Japońskie przedstawicielstwo handlowe. Dzwonimy?
- Miluś, jesteś pewna?...
- Tak, w stu procentach. Dzwonimy.
- Miluś, a widziałaś tą dziwną monetę przewiązaną złotą kokardką? Co to jest?
- Widzisz, Marcin – powiedziała Milena – w każdym narodzie są różne przesądy i amulety, mające chronić przed nieszczęściami. U nas to na przykład czterolistna koniczynka czy podkowa. Japończycy wierzą w magię cyfr, amulety... jest to związane z ich religią, shinto.
- To znaczy, że ta moneta to coś na szczęście? Miluś, opowiedz coś więcej. Tak lubię ciebie słuchać.
- Więc dobrze. W Japonii obowiązuje zupełnie inny kanon przesądów, które mają nas chronić przed rychłą śmiercią i nieszczęściem. Nie chodzi tu tylko o wbijanie pałeczek w ryż albo podawanie sobie nimi jedzenia – tak się nie robi, ponieważ są to czynności dotyczące ceremonii pogrzebowych. Ale zły omen to na przykład złamanie grzebienia czy picie zielonej herbaty po zmroku. Po zmroku nie należy też gwizdać ani obcinać paznokci, bo prosisz się o rychłą śmierć. Jeżeli ujrzysz karawan pogrzebowy, schowaj kciuk w dłoni, inaczej zginie członek Twojej rodziny. Japońskie nagrobki mają zapisane imiona członków rodziny dwoma kolorami. Na czarno zapisanie są zmarłe osoby, a na czerwono ci, którzy jeszcze żyją. Dlatego zapisanie czyjegoś imienia i nazwiska czerwonym kolorem czy atramentem uznawane jest za niegrzeczne i życzenie tej osobie źle. Nie wolno robić zdjęć trzem osobom, stojącym obok siebie, ponieważ osoba w środku umrze wcześniej niż dwie pozostałe. Ubrania posiadają ducha danej osoby nawet po jej śmierci. Dlatego jeśli ktoś w nocy powiesi przed domem mokrą odzież, może ona wezwać duszę zmarłego, który zacznie nawiedzać dany przybytek. Albo liczby – nasza „pechowa” 13 jest w Japonii zupełnie neutralna, za to 4 i 9 to zło - 4 brzmi bowiem po japońsku jak śmierć (shi) – na przykład w szpitalach nie ma czwartego piętra ani sali nr cztery. Nie daje się również czterech sztuk w prezencie – komplet powinien składać się z trzech lub pięciu części. Pechowy wiek japońskiego mężczyzny to 42 lata. Liczbę tłumaczy się jako shi ni - umrzeć. Liczba 9 brzmi tak samo jak „cierpienie” (ku), więc jest pomijane w numeracjach pięter i pokoi. Przed ułożeniem się do snu należy koniecznie upewnić się, że nie będziemy leżeć z głową skierowaną na północ. Tak układa się zwłoki podczas buddyjskiej ceremonii pogrzebowej. Za to dobrych omenów jest bardzo mało. Na przykład czarny kot przynosi szczęście (przeciwieństwo naszego). Czy widok podwójnej tęczy.
- A ta moneta? – spytałem Milenki.
- Właśnie. To pięć jenów. Liczbę „5” wymawia się podobnie jak słowo „szczęście” (go). 5 symbolizuje harmonię, odnosi się do pełnego cyklu pięciu żywiołów (drzewa, ognia, ziemi, metalu i wody). 5 jenów to, jak widzisz, malutka moneta, w kolorze złoto-brązowym, którą zawsze każdy Japończyk stara się mieć w portfelu. Jest traktowana jak talizman, który przynosi szczęście. Jak widać, ta moneta ma chyba szczególne znaczenie dla właściciela, bo jest potraktowana z dużą pieczołowitością. Dlaczego o nią pytasz?
- Bo to jedyna rzecz w tym portfelu, która wzbudziła moje zainteresowanie. Jest... „magiczna”.
Milenka pokiwała głową, na ustach miała ten zagadkowy uśmiech, który tak kochałem. Moja cudowna, najpiękniejsza Milenka.
- Eizo Sano... Sano Eizo... Milusiu, powiedz mi, to na pewno mężczyzna? A może kobieta? Które to imię, a które nazwisko?
- Zdecydowanie mężczyzna. No Mati, zapomniałeś?... wiesz przecież, że Japończycy zawsze podają pierwsze nazwisko, potem imię. Eizo to imię męskie. Japońskie imiona mają związki poprzez sposób pisania w kanji z różnymi pojęciami – imię „Eizo” ma związek ze słowami „dobrobyt”, „utalentowany" i... chyba „wieczność". Sano – to nazwisko. Jest dość popularne w Japonii.  
Po tych wyjaśnieniach wziąłem telefon i wybiłem numer widniejący na wizytówce.
- Dzień dobry, Biuro attaché handlowego Japonii, pana Sano Eizo. Czym mogę służyć? – usłyszałem w słuchawce grzeczny, męski głos z obcym akcentem.
- Witam (i przedstawiłem się) – znalazłem pewną rzecz... Czy... czy pan attaché nie zgubił portfela?
- Byłby pan uprzejmy chwileczkę zaczekać?  
Po dłuższej chwili ktoś podniósł słuchawkę i usłyszałem miły, kobiecy, a raczej dziewczęcy głos, mówiący piękną polszczyzną, bez żadnego obcego akcentu:
- Dzień dobry! Nazywam się Sano Mei. Jestem córką Sano Eizo. Mój tata rzeczywiście zgubił portfel.  
- Dzień dobry. Jestem Marcin. Znalazłem go. Chciałem zwrócić, jakoś się umówić... Czy mam przyjść do Waszego biura? Państwo mają siedzibę na Klonowej?
- To wykluczone, żeby Pan się fatygował. Jesteśmy z tatą bardzo Panu zobowiązani. Pan i tak zrobił nam olbrzymią grzeczność, zadał sobie trud, aby zadzwonić. Proszę powiedzieć, gdzie i o której godzinie ja mam przyjść, osobiście odbiorę zgubę.  
- To miłe – powiedziałem – nie jestem żaden pan, jestem Marcin. Niech pomyślę. Na Mazowieckiej, niedaleko Klonowej, jest taka miła, szwajcarska cukiernia. Zapraszam więc na kawę dziś o 17.00. Czy to do zaakceptowania?
- Oczywiście. Będę punktualnie. Na pewno mnie pan... poznasz – chyba niewiele japonek na co dzień tam bywa... – powiedziała to chyba z uśmiechem, tak wyczułem.
- Fajnie. Ja będę z moją dziewczyną, Mileną. Ubiorę skórzaną, brązową kurtkę, a Milenka beżowy sweter. Też nas poznasz z daleka.
- Hai. Raz jeszcze dziękuję, i do zobaczenia o 17.00... Marcinie – usłyszałem ciepły głos i odkładaną słuchawkę.
- No to mamy plan na popołudnie – ciastka i kawę z nieznajomą! – powiedziała do mnie Milenka.
  
To bardzo miła cukiernia. Ma swoją atmosferę. Nieraz bywamy tu z Milenką, bo mają bardzo fajne lody z ciepłą szarlotką. Nazywa się szwajcarska, ale mnie bardziej kojarzy się z Wiedniem. Może przez elegancki wystrój wnętrza przypominający XIX wiek, troszkę złoceń, lustra, metalowe stoliczki z marmurowymi blatami, otoczone wygodnymi, wiklinowymi fotelikami wyściełanymi poduszkami. Nie ma tu samoobsługi – kawę, lody i ciastka podawali kelnerzy lub kelnerki. A może przez muzykę – z głośników słychać było cichutko wypełniające przestrzeń wiedeńskie walce. Cukiernia ma swój klimat. Tu nie było pośpiechu, pogoni. Taki spokojny azyl, żeby można było odpocząć.  
Do cukierni weszliśmy kwadrans przed 17.00. Milenka bardzo zwracała uwagę na punktualność – to grzeczność, którą okazujemy drugiemu człowiekowi i mówimy mu przez to, że go szanujemy. Jest to też cecha Japończyków. Może połowa stolików była zajęta przez kilka par w różnym wieku. Pod oknem wypatrzyłem wolny stolik i wskazałem go Milence. Po chwili zajęliśmy swoje miejsca. Dyskretnie podszedł kelner, ale powiedziałem mu, że na kogoś czekamy i zamówienie złożymy później.
- Milenko, chyba się cieszysz – będziemy mieć gościa z Japonii? To Twoje klimaty... Może pokonwersujesz po japońsku. Chociaż ta dziewczyna mówiła tak płynnie i pięknie po polsku, jak my.
- Zobaczymy, wszystko się wyjaśni - Milenka uśmiechnęła się.
- Miluś, mamy jeszcze kilka minut. Opowiedz mi coś o Japończykach, żebym mógł wejść w „klimat”. Tak ogólnie...
- Dobrze. - Milenka ożywiła się, bo każda możliwość pogadania o jej pasji, jaką była Japonia, była dla niej jak tlen dla organizmu - Od czego zacząć... Ty przecież dużo wiesz o Japonii...
- Niby tak, ale poukładaj mi to, proszę.
- Hmmm.... Japończycy z naszego punktu widzenia są inni. Obcy. Wiesz, dlaczego tak trudno ich zrozumieć? Bo tylko na pierwszy rzut oka wszystko u nich jest takie, jak u nas: małżeństwo, wychowanie dzieci, praca, rodzina, współczucie, lojalność, uczciwość itp. Jeśli zadasz sobie trud, by wejść głębiej w japońskie rozumienie tych pojęć, okazuje się, że te nazwy oznaczają w ich kulturze zupełnie co innego, różnego, niż w naszej. Nie oceniaj, tylko zrozum - przykład pierwszy z brzegu – dla nas „honorowa walka” oznacza pojedynek jeden na jednego, wyrównane siły, według określonych reguł – leżącego się nie bije, walczymy tą samą bronią itp. Przeczytaj nasz stary kodeks honorowy Boziewicza. A dla Japończyka? Podstęp, kłamstwo, nierówność sił, zdrada – są normalnymi, prawidłowymi regułami i zasadami walki. Dziesięciu na jednego? – to jest ok., rozumie to zarówno ten jeden, jak i tych dziesięciu. Podstęp, zdrada, dobijanie bezbronnego wroga? To jest ok., rozumie to zarówno zwycięzca, jak i przegrany. Bushido. Jeśli zasłużyłeś, masz prawo jedynie do honorowej śmierci. To wielka nagroda. Każdego dnia, kiedy się budzisz pamiętaj, że dzisiaj możesz umrzeć. Dziś – to najlepszy dzień na śmierć. Bushido. Nie ma wczoraj, nie ma jutra – jest tylko tu i teraz.  
Ich religia i obrzędy – shintoizm, zawierający kult przodków i buddyzm w japońskiej odmianie zen. Religie współistnieją ze sobą bez konfliktów – zdarza się, że małżeństwo jest zawierane w świątyni shinto, dziecko wysyłane jest na krótką praktykę do klasztoru zen, a pogrzeb dziadka odbywa się według tradycji chrześcijańskiej. I nie ma w tym nic dziwnego. No i konfucjanizm – z niego są zasady funkcjonowania społecznego.
Nie rozumiemy japońskich koncernów – jak można tak ciężko pracować? W jaki sposób oni zdobywają rynki? Można to zrozumieć, jeśli zdasz sobie sprawę, że koncerny zastąpiły japońskie klany feudalne. Tak, jak kiedyś samurajowie walczyli dla swojego Pana (dajmio), bez granic, z pogardą dla śmierci i własnych korzyści, a Pan ich chronił, tak teraz Japończyk pracuje ciężko i z poświęceniem dla koncernu, który jest jego PRAWDZIWĄ rodziną. To jest jego miejsce w życiu, nie potrzeba mu urlopu, bo wtedy czuje się odrzucony przez „rodzinę”. On nie chce urlopu. Jest żołnierzem klanu, którym jest korporacja czy firma. Najważniejszą wartością w życiu jest praca i jej rzetelne wykonanie. Pracuje się sześć dni w tygodniu, co najmniej dziesięć godzin dziennie. Obowiązkowo po pracy wychodzi się ze współpracownikami na drinka. Mąż widzi żonę tylko w niedziele, jak się porządnie wyśpi po ciężkim tygodniu. Dlatego w Japonii najwięcej rozwodów jest na emeryturze – małżonkowie dopiero wtedy mają szansę naprawdę się poznać, bo przebywają razem, całymi dniami w domu – i bardzo często nie są w stanie ze sobą wytrzymać. Kobieta zarządza domem, a mężczyzna zarabia. Japończycy zarabiają przyzwoicie. Bezrobocie jest na bardzo niskim poziomie.
Wróćmy do pracy - z przysługującego czternastodniowego urlopu Japończyk wykorzystuje średnio cztery dni rocznie z uwagi na lojalność wobec szefa i firmy, którym należy się szacunek i posłuszeństwo. Nikt szefowi nie odmawia ani nie kwestionuje jego zdania. A na rynkach gospodarczych koncerny japońskie stosują reguły „sztuki wojny” Sun Tzu – rozgrywają bitwy, zawierają sojusze, stosują podstępy, totalne niszczenie wroga, zdrady, szpiegowanie są normalnymi zachowaniami rynkowymi. Nie zdradza się tylko sojuszników, ale też do czasu – kiedy „tak będzie trzeba” z uwagi na nadrzędny cel, który wymaga poświęceń. I co ciekawe, wtedy nawet ten zdradzony rozumie, dlaczego. Wracając do tego, co powiedziałam na początku - to jest powodem strasznych pomyłek, które robimy, patrząc na ich kulturę – bo oceniamy według tego, co my rozumiemy przez dane pojęcie. A to błąd. Mówi się, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus. Ale Japończycy to jeszcze zupełnie coś innego – oni są z innej galaktyki. Dla nas są oni w wielu sferach po prostu nie do rozszyfrowania. W czasie drugiej wojny światowej Japończyk gardził śmiercią, walczył zaciekle i wolał popełnić samobójstwo, niż trafić do niewoli. Mało było jeńców japońskich. Ale jeżeli Japończyk już trafił do niewoli, nie próbował uciekać, rzetelnie przestrzegał regulaminu obozowego, dokładnie wykonywał wszelkie prace zlecone przez wrogów, którzy zarządzali obozem jenieckim. Był posłuszny, usłużny i lojalny wobec wrogów. Byli niemal idealnymi więźniami, strażnicy nie mieli nic do roboty. Jeńcy japońscy nie próbowali uciekać. Dlaczego? Kim są ci ludzie? Jakie mają zasady moralne, jak są wychowywani, dlaczego są aż tak bardzo inni? – jeśli chcesz wiedzieć więcej, sięgnij np. do książki Ruth Benedict „Chryzantema i miecz”. Nie jest to powieść – to raport kulturoznawcy, napisany o Japończykach na zlecenie armii amerykańskiej w czasie II wojny światowej - wojny amerykańsko-japońskiej. Bo amerykanie kompletnie nie rozumieli wroga i jego zachowań. Jakby ich wróg był z innego układu gwiezdnego... Gdy już ci się wydaje, że rozumiesz, okazuje się, że jest coś jeszcze... siódme wtajemniczenie... myślisz, że już dobrnąłeś do końca, a okazuje się, że w mentalności Japończyka jest następne „wtajemniczenie”.
- Niesamowite – powiedziałem zasłuchany. Milenka uśmiechnęła się.
- Ulica czy metro są inne. Oni rzadko ze sobą rozmawiają. Mijają się na ulicy ze wzrokiem wbitym w ziemię, w metrze panuje cisza. Nigdy nie podnoszą głosu. Uśmiech często oznacza zakłopotanie. Okazywanie sobie publicznie czułości w ogóle nie wchodzi w grę. Czas spędzają głównie w towarzystwie przedstawicieli tej samej płci. Są dumni ze swojej pracy i kraju. Patriotyzm japoński...
W języku japońskim nawet nie istnieje wyrażenie „kocham cię”. Miłość uważana jest za bardzo mało istotną sprawę. Małżeństwa są zwykle aranżowane przez rodziców. Dzieci winne są posłuszeństwo rodzicom i starszym. Jeśli rodzice nie zaakceptują kandydata na małżonka – do małżeństwa nie dojdzie. U mężczyzny patrzy się, by miał stałą pracę i wysoką pensję. Mężczyzna szuka kobiety uległej, a im młodsza, tym lepsza. Miłość dla Japończyka to uczucie kojarzone negatywnie - mające piętno nieszczęścia, kłopot, komplikacja harmonijnego życia społeczeństwa. Japończycy nie mają poczucia humoru, życie biorą wyłącznie na poważnie.
Japończycy mieszkają w malutkich i skromnych mieszkaniach. Ogrzewanie to luksus. Żyją naprawdę skromnie. Pieniądze wydają przede wszystkim na wykształcenie dzieci – są one bardzo obciążone zajęciami pozalekcyjnymi, korepetycjami, nieraz siedem dni w tygodniu. To ciężkie, pracowite dzieciństwo w mundurku... Poza tym wydają pieniądze na bary, restauracje, puby. I sprzęt elektroniczny – to „gadżeciarze”, każdy musi mieć najnowszy telewizor, smartfony – wciąż zmieniają modele na nowe, bo „tak trzeba”. Mają we krwi konfucjańskie zasady co wypada, czego nie wypada i trzymają się tego. „Powinność” – to kluczowe słowo. Unikają konfrontacji i mówienia wprost „nie”. Im nie wypada się z kimś nie zgodzić. W obliczu konfliktu wycofują się z uśmiechem na twarzy, pod którym kryją swoją dezaprobatę. A oznaką swobody jest upojenie się alkoholem. Istnieje społeczne przyzwolenie na wynagrodzenie ciężkiego dnia pracy w takiej właśnie formie. Pijany Japończyk może się żalić i wyrażać własne poglądy. I jest to wybaczane...
W tym momencie rozległo się bicie zegara „z szyszkami”, wiszącego na ścianie, zwiastującego godzinę 17.00. I w tymże momencie drzwi od cukierni otworzyły się i do środka weszła promieniująca urodą, elegancka, egzotyczna dziewczyna z kruczoczarnymi, średniej długości włosami. Dyskretnie rozejrzała się dookoła.
- Jezu, jaka piękna... – szepnęła do mnie Milenka, ściskając mnie za rękę i patrząc szeroko otwartymi oczami w stronę dziewczyny – to na pewno ona – była na zdjęciu w portfelu - i Milenka uniosła rękę tak, by wchodząca mogła ją zobaczyć.
Rzeczywiście, dziewczyna, która weszła, była bardzo ładna. Nie tylko, jak na Japonkę. Również jej uroda i kobiecość widoczna w eleganckim sposobie poruszania się natychmiast przykuwała uwagę. Klasa dziewczyna. Jej skóra miała odcień, jakby była mocno opalona. „Jest to niemal niemożliwe, ale w rzeczywistości jest jeszcze ładniejsza, niż na zdjęciu!” – pomyślałem. Miała na sobie białą, bawełnianą koszulę i niebieskie jeansy, opinające się na biodrach, udach i łydkach, podkreślające jej zgrabne, szczupłe nogi. Na szyi delikatny, złoty łańcuszek. Była drobna i nie byłeś w stanie powiedzieć, w jakim jest wieku – równie dobrze mogła mieć czternaście jak i dwadzieścia lat. Była zjawiskowa. Piękność. I te przecudne, wielkie, skośne oczy. Od sąsiednich stolików kilku chłopaków odwróciło w jej stronę głowy, nie mogąc oderwać od niej wzroku.
W tym momencie zobaczyła uniesioną rękę Milenki, uśmiechnęła się w taki sposób, że aż poczułem dreszcz, bo jej buzia stała się wręcz promieniejąca, i podeszła do nas.
- Witajcie! – powiedziała po polsku i znów uśmiechnęła swoim niebiańskim uśmiechem, pokazując równiutkie, białe ząbki – w sprawie portfela...
Oboje równocześnie z Milenką wstaliśmy, skinęliśmy głowami, patrząc zafascynowani na tą urodziwą postać.
- ...jestem córką Sano Eizo, mam ma imię Mei, ale przyjaciele nazywają mnie Hana...
- Hana... – szepnęła Milenka – to znaczy po japońsku kwiatuszek... Kirei desu ne, kono hana... (ten kwiat jest przepiękny...).
- Dziękuję za komplement – dziewczynka uważnie spojrzała na Milenkę i w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki – widzę, że troszkę mówisz po japońsku, nie spodziewałam się...
- Troszkę... – cicho roześmiała się Milenka – po prostu studiuję japonistykę...
- To fantastycznie! – rozpromieniła się Hana, ale zaraz potem spuściła oczy, przykrywając je wspaniałymi, długimi i pięknymi rzęsami, by opanować emocje. Rzęsy nie były sztuczne... Po czym dodała:  
- Konnichiwa. Ogenki desu ka? – i z uśmiechem pięknie się ukłoniła Milence, spuszczając przy tym długie rzęsy.
- Okage sama de. Ya. Hajimemashite. – odpowiedziała Milenka, również się uśmiechając, i z szacunkiem skinęła głową.
- Nihongo ga sukoshi shika hanasemasen (a ja mówię po japońsku tylko trochę) – zaśmiałem się – Dobra, dobra, mówimy po polsku. Siadaj tutaj, Hana – odsunąłem krzesło - Hana, Milenkę poznałaś. Ja jestem Marcin. Rozmawialiśmy przez telefon. Przepraszam za bezpośredniość, ale powiedz, skąd Ty tak doskonale znasz język polski? Mówisz, jak polka. Nie ma nawet śladu obcego akcentu – powiedziałem – a i urodę masz chyba nie do końca japońską...
Hana smutno uśmiechnęła się.
- Bo jestem tylko w połowie Japonką. Moja mama była polką mieszkającą w Japonii. Nazywała się Polańska i w domu rozmawiała ze mną po polsku od najmłodszych lat. Ona właśnie nazywała mnie Hana, bo mówiła, że jestem jej kwiatuszkiem, a i imię „Hana” przypominało jej polskie imię „Hania”...
- „Gdyby była polką, nazywałaby się Hania Polańska... a tak jest Mei Sano....” -pomyślałem.
Przyjrzałem się jej uważnie. Była po prostu przepiękna. Piękna była również Milenka. Ale uroda Japonki była... ZJAWISKOWA – to dobre słowo. Jej twarz była doskonała – miała niemal europejskie rysy twarzy, ale urzekające i zapadające w duszę przecudne, skośne, wielkie czarne oczy. Naturalnie czerwone, namiętne usta. Twarz okalały mocne, lekko kręcone, kruczoczarne włosy. Pod bawełnianą koszulą rysowały się niewielkie piersi. Robiła wrażenie osoby bardzo uważnej, spokojnej, ale jednocześnie miała sprężysty, koci krok i wewnętrzną siłę. Była drobna, niewysoka, ale sposób poruszania się zwiastował osobę, która doskonale kontroluje swoje zachowanie, jest odważna i śmiało stawiająca czoła rzeczywistości. Była w niej jakaś doskonale kontrolowana energia, jak u sportowców czy adeptów sztuk walki. Z drugiej strony była bardzo bezpośrednia i szczera w słowach i zachowaniu.
- Moja mama nie żyje – kontynuowała Hana - Od kilku lat. Tata interesował się Polską przez mamę, wie sporo o Polakach i ich kulturze, i kiedy nadarzyła się możliwość wyjazdu do pracy w Europie, w Polsce, skorzystał z propozycji. Chciał, przez uczucie dla żony, bliżej poznać ten kraj. Też trochę mówi po polsku, ale kiepsko i się wstydzi... (Hana znów promiennie roześmiała się). Ja na co dzień mieszkam w Misato, niedaleko Tokio, z japońskimi dziadkami. Tu, do Polski przyjechałam niedawno, do taty, bo też zawsze chciałam zobaczyć kraj, z którego pochodziła moja mama. I Chopin, Moniuszko czy Sienkiewicz. Jestem w Europie pierwszy raz.
- Przepraszam i współczuję, jeśli chodzi o mamę. Shitsurei shimashita... – powiedziałem, używając japońskich słów przeprosin.
- Przecież nie mogłeś wiedzieć. Wakarimashita. Nie ma sprawy.
- To wreszcie masz okazję mówić po polsku na co dzień.
- Hai. Ale z tym nie jest tak źle, ja często mówię i w Japonii po polsku – znów Hana uśmiechnęła się do mnie, a ja znów poczułem niemal błogość – od dziecka mama dbała o to, żebym chodziła na dodatkowe kursy języka polskiego, prowadzone przez oryginalnych Polaków. Przeczytałam bardzo dużo książek polskich w oryginale. Znajomość egzotycznych języków jest u nas ceniona. Sama uczyłam tatę polskiego. Słucham waszego radia w internecie. W Japonii mam wiele koleżanek i kolegów z polonii japońskiej. Mamy swój klub, pismo, stronkę w internecie i bardzo często i dużo mówię i piszę w waszym języku. Troszkę więc jestem... Polką, chociaż czuję się Japonką. Dla mnie Polska w porównaniu z Japonią jest bardzo, ale to bardzo dziwna... Ale i bliska. I piękna.
Już od pierwszego wejrzenia byłem nią zauroczony. No, po prostu nie mogłem od niej oderwać oczu! Była cudowna. Kątem oka spojrzałem na Milenkę i... zobaczyłem ze zdziwieniem, że ona też - Milena była po prostu oczarowana Haną – otworzyła usta i była bardzo zmieszana, ale po chwili opanowała się, tylko szybciej oddychała. Pierwszy raz widziałem, żeby Milenka w taki sposób reagowała na inną kobietę. Ciekawe.
Przyszedł kelner, zamówiłem dla nas kawę i ciastka (ciepłą szarlotkę z lodami), a w duchu porównałem obie dziewczyny, patrząc ukradkiem Milenkę i Hanę. Hana była... no zjawiskowa, ale Milenka, MOJA Milenka, była również piękna. Piękniejsza od nich była tylko, kiedyś, moja nieżyjąca siostra, Asiulka... Jak by nie patrzeć, siedziałem teraz przy jednym stoliku z dwiema najpiękniejszymi dziewczynami, jakie można sobie wymarzyć. Może to próżność, ale czułem się bosko, widząc spojrzenia rzucane w naszą stronę przez ludzi, mężczyzn, ale i kobiety siedzące przy innych stolikach. Bo moje towarzyszki zwracały uwagę ponadprzeciętną urodą.  
„Moje” dziewczyny natychmiast znalazły wspólny język i już szczebiotały w najlepsze, jakby znały się od lat. Kiedy kelner przyniósł kawę i lody, między dziewczynami naprawdę „zaskoczyło”. Jedna była Japonką z domieszką polskiej krwi – była niezwykle zaciekawiona wszystkim, co ją otaczało w tym dla niej egzotycznym kraju, z którego pochodziła jej mama. Druga to studentka japonistyki, fanatyczna wielbicielka Japonii, która miała przed sobą wychowaną w Japonii dziewczynę i to mówiącą po polsku! Nie mogły lepiej na siebie trafić. W pewnej chwili Milenka wzięła Hanę za rękę. Hana przez chwilę była zaskoczona, a potem wydawało mi się, że sprawiło jej to olbrzymią przyjemność. Patrzyły sobie w oczy, śmiały się, opowiadały o wszystkim. Po prostu odlot – jakby znały się od dziecka. Były sobą wzajemnie zafascynowane. Hana już nie puszczała ręki Milenki. Zauważyłem, że Hanie czasem brakuje jakiegoś polskiego słowa i zastępuje je japońskim lub angielskim. Zaraz też wymieniły się numerami telefonów, zaczęły umawiać się na jutro, miały sobie tyle do powiedzenia.  
- Sumimasen! – udało mi się wtrącić – Nie chcę wam przeszkadzać, ale jest sprawa portfela.
Obie przestały rozmawiać i spojrzały na mnie, jakby nagle obudziły się ze snu. Hana znów uśmiechnęła się do mnie promiennie, a mnie znów aż zrobiło się słabo – miała taki nieprawdopodobnie piękny uśmiech. Cudowna dziewczyna!
- Marcin, oczywiście. Bardzo Ciebie przepraszam. Po to tu przyszłam. Ale nie spodziewałam się, że spotkam Was, że będziecie tacy... że... Odkąd tu przyjechałam, szczerze mówiąc nie bardzo miałam z kim rozmawiać, w przedstawicielstwie ciężko pracują i mają mało czasu, a ja nie mam tu nikogo, żadnych przyjaciół. I tak się rozgadałam... Dobrze, jestem gotowa. Hai!
- Hano, proszę – wyjąłem z kieszeni kurtki portfel – to należy do Twojego taty.
Hana wzięła portfel, otworzyła go, przejrzała zawartość.
- Jest wszystko – powiedziałem. Hana spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Były to niepotrzebne słowa.  
- To przecież oczywiste – powiedziała. Dla niej było to naturalne. – Patrzyłam tylko, czy ten portfel jest na pewno portfelem taty. Tak, na pewno. Co chcesz w zamian?
Teraz z kolei ja się zdziwiłem.
- Nic nie chcę... chcę po prostu oddać...
- Tak nie można... – powiedziała zaskoczona Hana i spojrzała na Milenkę, jakby u niej szukając pomocy – MUSISZ coś wziąć – powiedziała z naciskiem - Możesz, co chcesz. Na przykład wszystkie pieniądze. Dla taty najważniejsze są notatki i wizytówki. Bez nich może kilka ważnych spraw być trudnych do zakończenia.
- Ale ja... – w tym momencie przerwała mi Milenka.
- Mati, zaczekaj. Hana, chodzi o giri?
- Hai. Tak, dokładnie tak – Hana rozpromieniła się. Nadeszła ze strony Milenki oczekiwana pomoc, wreszcie ktoś Hanę rozumiał.
- Mati, proszę, weź coś – powiedziała Milena. – To ważne dla... taty Hany.
Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi. Dziewczyny czekały, co powiem.
- Dobrze... wiesz, Hana, w tym portfelu jest taki mały pieniążek ze wstążeczką. Jest niezwykły. To jedyna rzecz, którą chciałbym wziąć na pamiątkę. Czy nie będzie to kłopot?
Hana drgnęła. Zauważyłem to, chociaż nie chciała dać znać po sobie...  
- Chotto matte kudasai. Chwileczkę, zadzwonię do taty. – Hana wyjęła telefon komórkowy i po chwili zaczęła rozmawiać po japońsku. Na chwilę przestała, jakby czekała z napięciem na odpowiedź, po chwili powiedziała „Hai, Chichi” i zakończyła rozmowę. Spojrzała mi w oczy, wyjęła z portfela pięć jenów ze wstążeczką i z powagą, delikatnie, podała mi monetę, trzymając ją na obu otwartych rękach – Dozo. Proszę. Teraz jest dobrze, otsukaresama desu – i Hana pięknie, głęboko mi się ukłoniła.
- Domo arigato. Dziękuję – odpowiedziałem, również dwoma rękami odbierając pieniążek, potem z uwagą chowając go w moim portfelu i też skinąłem z szacunkiem głową. Zorientowałem się po sposobie jego przekazania, że ten pieniążek mógł mieć większą wartość dla Hany i jej taty, niż mogłem przypuszczać.
Zaraz atmosfera wróciła do normy – znów zrobiło się wesoło i „gadatliwie”. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy we trójkę, śmialiśmy się, Hana opowiadała o życiu w małym, japońskim miasteczku, o tym, co ją dziwi w Polsce i opowiadając położyła mi głowę na ramieniu, jej fiołkami pachnące włosy drażniły mój policzek, a potem, jakby nieśmiało, ale ufnie objęła mnie też ręką w pasie, jakby swojego chłopaka, cały czas trzymając drugą ręką - rękę Milenki. I wręcz przytuliła się do mnie. Niespodziewane, ale bardzo przyjemne. Była bardzo bezpośrednia. Bliska. To trochę szokowało, bo dopiero co się poznaliśmy, ale widać było w tym zachowaniu całkowitą szczerość, kompletny brak obłudy. Jej zachowanie było jakby zaprzeczeniem tego, co mówiła przedtem Milenka o Japończykach. Było śmiałe, odważne, ale miało jednoznaczny, prawdziwy przekaz – zero udawania. Zachowywała się tak, jak miała to w sercu. Widać było, że jest naturalna, odprężona i bardzo szczęśliwa w naszym towarzystwie. Że całkowicie nas zaakceptowała. I na pewno odczuwała, że jej próby fizycznej bliskości są odbierane pozytywnie. A ja nie mogłem się napatrzeć na tą przepiękną, delikatną dziewczynę o egzotycznej, nieprawdopodobnej urodzie. Cieszyłem się, że koło niej siedzę. Że dotyka mnie. Jej udo dotykało do mojego. Jej ciepło. Czułem się przy niej tak, jak kiedyś przy Asi, mojej siostrze. Asia tak lubiła się do mnie przytulać. Byłem podniecony i jakiś taki... szczęśliwy. Zauważyłem też niezwykłą rzecz – Hana odgarniała włosy z czoła takim samym gestem, jak kiedyś moja nieżyjąca siostrzyczka, Asia. I tak samo zerkała co pewien czas na mnie, a w jej oczach dostrzegałem takie same ogniki... ale czemu? Asia mnie kochała, byłem bratem. Dlaczego tak patrzyła Hana? Zauważyłem też, że Milenka jest w nią również zapatrzona, a kiedy Hana objęła mnie, Milenka spojrzała mi w oczy akceptująco. Kompletnie nie była zazdrosna! Niesamowite. Z tego, co wiedziałem, Japończycy mają bardzo sztywną tzw. „strefę komfortu” – nie lubią generalnie jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z drugim człowiekiem, nawet podawanie ręki jest dla nich stresujące (stąd ukłony), unikają dotknięcia drugiej osoby jak ognia. Dla Milenki takie zachowanie Hany powinno być wielkim zaskoczeniem – przecież kultura japońska i sposób zachowania ludzi z Wysp Japońskich to jej bliskie klimaty. Ale z drugiej strony Hana miała „polskie” geny, może była bardzo spragniona właśnie takiego kontaktu, być może mama w dzieciństwie, w odróżnieniu od dzieci japońskich, nie szczędziła jej przytulania i dotyku, dlatego teraz była tak bardzo szczęśliwa, mogąc „fizycznie” mieć wreszcie tego typu kontakt z drugim człowiekiem. Z nami. Nie wiem. Widziałem i wyczuwałem, że jest szczęśliwa z tej bliskości, jakby od dawna bardzo, ale to bardzo tego pragnęła. A Milenka jakby to rozumiała i w pełni, dyskretnie akceptowała. Milenka jest bardzo mądra i ma intuicję. Również opowiedzieliśmy Hanie o nas – Milenka o swoich treningach szermierczych, o studiach, o sobie. Ja – o moich pasjach – o motocyklu, o judo, o zawodach i ciężkich treningach. Hana była bardzo zainteresowana i wręcz rozentuzjazmowana tym, że oboje trenujemy; szczególnie zainteresowało ją judo - wypytywała mnie o seminaria z instruktorami z Japonii i innych krajów, którzy przyjeżdżają do Polski, o podejście mentalne do walki, o zasady, a nawet wypytywała szczegółowo o wiele technik, szczególnie o te, gdzie stosowane są dźwignie. Odniosłem wrażenie, że doskonale orientuje się w temacie, i widać było, że temat jest jej bardzo bliski, a mnie bardzo wciągnęła ta rozmowa – mogłem pogadać o mojej pasji z cudownym słuchaczem, który słuchał z uwagą i zrozumieniem każdego mojego słowa. W pewnym momencie powiedziała:
- Marcin, wiesz, ja też z tatą trochę ćwiczę bujutsu (tj. tradycyjne sztuki walki).  
Nie zwróciłem wtedy uwagi na te jej skromne słowa, a, jak się potem okazało, powinienem.
Czas mijał bardzo szybko, dwie godziny przeleciały, jak dwie minuty. Czas było się zbierać. Zapłaciliśmy. Dziewczyny umówiły się na jutro, Milenka zaprosiła Hanę do siebie, do domu. Hana bardzo się ucieszyła, że spotka się z nami.

Wyszliśmy z ciastkarni, odprowadziliśmy Hanę do końca ulicy, a potem we dwójkę, trzymając się pod ręce, wracaliśmy powoli do domu Milenki. Słońce zachodziło, ptaki ćwierkały na drzewach.
- Jest niesamowita! – mówiła Milenka – Chyba mam nową, fantastyczną przyjaciółkę. Zaiskrzyło między nami - tak, jakbym ją znała od lat. I taka piękna. Marcin, podoba ci się Hana? Tylko szczerze!
- Tak, to przepiękna dziewczyna. Ma nie tylko niezwykłą urodę, także osobność. Ja jestem bardzo pod jej urokiem.  
Milenka zaśmiała się z aprobatą.
- Wiesz – dodałem - przypomina mi Asiulkę. Nie wiem dlaczego, coś ma takiego w sobie, co miała Asia. To dziwne, ale... tak jest.
Milenka z niepokojem spojrzała na mnie. Słowo „Asia” zawsze ją elektryzuje; jestem winien śmierci mojej siostrzyczki i nie mogę się z tego otrząsnąć...
– Ale nie o tym chciałem mówić – kontynuowałem, by ją uspokoić - Miluś, czy możesz mi coś wyjaśnić? Kiedy oddawałem portfel i Hana zaproponowała, żebym coś z niego wziął, a ja nie chciałem, padło słowo „giri”. Wiem, że to oznacza coś jakby zobowiązanie. Ale wytłumacz mi, o co tak naprawdę w tym przypadku chodziło? Potem jakaś dziwna sprawa z tą monetą, niby tylko taki zwykły talizman na szczęście, a Hana aż zadzwoniła do taty. O co tu mogło chodzić?
- „Zwykły talizman”? No, nie wiem. Oni wbrew pozorom przywiązują wielką wagę do talizmanów, znaczenia liczb, pewnych znaków i takich spraw. Jest to związane z shintoistycznym i buddyjskim spojrzeniem na świat i determinacją losu ludzkiego. Może ma on dla Hany i jej taty, z jakiś powodów, szczególne znaczenie czy moc. A giri... to nie tak łatwo wyjaśnić. Z dużym uproszczeniem można powiedzieć, że to powinność spłaty zobowiązań, postępowania w sposób, który nakazuje powinność, swoiście pojęty honor. Japończyk prowadzi stale, przez całe życie, jakby rachunek drobnych słów i czynów, nad którymi my, nie-japończycy, przechodzimy do porządku dziennego. Stara się nie robić nic takiego, co mogłoby go uwikłać w pajęczą sieć powinności i zobowiązań. Jeśli komuś coś zawdzięcza, musi spłacić dług. I zapłata musi być w miarę adekwatna do zobowiązania. Jeśli Japończyk coś od ciebie dostanie, będzie to zawsze pamiętał, jako dług do spłacenia. Umysł Japończyka żyje wciąż w takiej sieci powinności, wie również, kto jest jemu winny przysługę i oczekuje od takiej osoby spłaty. Tak są wychowani, takie mają zasady. W naszym przypadku znalezienie i oddanie portfela panu Sano powoduje po jego stronie giri, czyli powinność do spłaty zobowiązania, które zaciągnął u nas w momencie, kiedy zwróciłeś portfel. Prostym rozwiązaniem jest natychmiastowa zapłata. Dlatego było to ważne – uwolnić się od giri zaraz po przyjęciu portfela. Inaczej zostałby w umyśle pana Sano niespłacony wobec nas dług. Tak to funkcjonuje.
Jednak w naszym przypadku ty przypadkowo „zażądałeś” w zamian za portfel przedmiotu, który był dla pana Sano z jakiegoś powodu bardzo ważny. Zaskoczyłeś ich. Z tego, co zrozumiałam, jak Hana rozmawiała po japońsku przez telefon z tatą, te 5 jenów było dla nich najcenniejsze w tym portfelu i kwestią było, czy te 5 jenów to nie zbyt wygórowana wielkość spłaty giri. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, ale wydaje mi się, że pan Sano powiedział córce, żeby to ona podjęła decyzję, czy zapłata jest adekwatna do długu. Przy takiej ocenie decyduje nasza opinia o osobie, której spłaca się zobowiązanie – osobie, dla której mamy szacunek i ją poważamy, możemy „zapłacić” więcej, a uchodzącej w naszych oczach za niegodną – minimalnie. Hana widać oceniła nas „wysoko” i podjęła decyzję, że my „zasługujemy” na taką wysokość „spłaty” giri – dostałeś tą cenną dla nich monetę, uznali, że spłata jest adekwatna i giri przestało istnieć – w umyśle pana Sano nie istnieje już to zobowiązanie, jest wolny od niego. Ale dlaczego ta monetka była tak dla nich ważna – nie rozumiem. Sama byłam zaskoczona – twoja propozycja „ceny” była może dziwna, ale niewygórowana. A okazała się dla nich bardzo wysoka. Doceńmy to. Hana w tych realiach potraktowała nas z wielkim szacunkiem i nawet nie przypuszcza, że my o tym wiemy.
Tak rozmawiając, doszliśmy do domu. To był bardzo ciekawy, ekscytujący dzień. I chyba zyskaliśmy nową, niezwykłą i przepiękną przyjaciółkę.

Następnego dnia, kiedy przyszedłem do domu Milenki, Hana już tam była. Kiedy wszedłem do salonu, zobaczyłem, że obie siedzą przy stole, na którym porozkładane były książki, a Milenka pisze coś szybko na lap-topie. Hana była w jasnych spodniach i „japońskiej” batystowej koszulce w kolorowe motywy kwiatowe. Miała piękny profil. Była zamyślona. Lekko rozchylone, błyszczące usta. Po prostu orientalna bogini. Obok niej – moja przepiękna Milenka w mojej za dużej koszuli w kratę, rozpięta „prawie do pępka” tak, że niemal było widać jej piękne piersi.  
Pierwsza zobaczyła mnie Hana – rozpromieniła się, zerwała się z fotela, podbiegła, spontanicznie pocałowała w policzek, potem jakby zawstydziła się, ale wzięła za rękę i poprowadziła do Milenki. Bardzo się ucieszyła na mój widok. Nie spodziewałem się aż takiej radosnej reakcji z jej strony. Uśmiechnąłem się do niej, pocałowałem Milenkę w policzek (zaglądając przy tym oczywiście w dekolt – te piersi, krągłe i sprężyste... kocham jej ciało) i siadłem obok nich.
- Marcin, wiesz – Hana mówiła spokojnym głosem, ale była podekscytowana - Milenka powiedziała mi, że pisze pracę wakacyjną z literatury japońskiej z Genji Monogatari. To pierwsza japońska powieść z XI wieku napisana przez Murasaki Shikibu o Księciu... Księciu... Hikaru... No, Milenka, jak to będzie po polsku?
- „Opowieść o księciu Promienistym” – roześmiała się Milena – Jak się zorientowałam, Hana jest mocna w literaturze, bardzo dużo czyta, a tą powieść omawiali w szkole i to, co mi powiedziała, jest fantastyczne! – rzuca zupełnie inne światło na interpretację, niż to jest opisywane przez naszych badaczy literatury. Mam tu, dzięki niej, informację wprost z Japonii, z najlepszego źródła! Moja praca, dzięki pomocy Hany, będzie prawdziwym hitem!
- Hai! – wykrzyknęły jedocześnie obie dziewczyny, zrobiły „żółwika” i roześmiały się.
- Dobrze, że jesteś, Marcin. Zrobisz nam herbaty i przyniesiesz ciasteczka ryżowe? – spytała Milenka.
Hana spojrzała przerażona na Milenkę.
- Ale jak to Marcin? On przecież jest... nie powinien! Ja to zrobię! – powiedziała Hana, wstając z krzesła.
- Spokojnie, jesteś w Polsce, kochana. Może tam u was nie wypada, żeby chłopak usługiwał dziewczynom, ale tutaj jest to jak najbardziej okey, poza tym Marcin robi mniamniuśną herbatkę, prawda?
- Pewnie – powiedziałem rozbawiony – a i jeszcze ci Hana powiem, że uwielbiam zmywać i sprzątać, tylko nie lubię myć okien...
- Jak to się mówi?... „Co kraj, to obyczaj” - Hana uśmiechnęła się. – Milenko, masz prawdziwy skarb w osobie Marcina.  
- Dużo rzeczy robi fantastycznie... – powiedziała Milenka ruszając przy tym nogami i takim tonem, że zabrzmiało to co najmniej dwuznacznie. Obie dziewczyny zaczęły chichotać, a ja z dezaprobatą pokręciłem głową. Milenka zrobiła smutną minkę, zmarszczyła czoło, potem pokazała mi język i cicho szepnęła – „No coooo....”.
Poszedłem do kuchni, aby na bambusowej tacy przygotować senchę, ulubioną zieloną herbatę Milenki, położyłem na talerzykach ciasteczka ryżowe i krzyknąłem z kuchni:
- Hana, a ty jadłaś dziś śniadanie? Może kanapkę?
- Jadłam dziś CalorieMate, starczy mi na cały dzień.
Kiedy zaparzyłem herbatę i wniosłem do pokoju tacę, spojrzałem w przepiękną twarz Hany i spytałem:
- Nie zrozumiałem, co ty dziś jadłaś?
- No... CalorieMate. Nie wiesz, co to jest? U was tego nie ma w sklepach... to takie... taki..  batonik... ma wszystko, co potrzebne człowiekowi na cały dzień. W pracy Japończycy jedzą tylko te batoniki codziennie nieraz przez kilka dni z rzędu i żadnych innych posiłków... aby nie wychodzić z biura i nie odrywać się od obowiązków...
- Mój Boże, Hana! Przecież to na pewno sama chemia! Widzę, że musimy z Milenką wziąć się za Ciebie w sprawie żywienia!
- Tak, oj tak! – zaśmiała się Hana – pamiętam, że moja mama bardzo tęskniła do polskiej kuchni i mówiła, że drugiej takiej nie ma na całym świecie!
Znów zaczęliśmy się śmiać.

Od tej pory kilka dni kolejnych spędzaliśmy razem. Albo przedpołudnia, albo popołudnia – mimo wakacji ja i Milenka mieliśmy treningi, a i Hana miała jakeś swoje zajęcia. Jak by nie patrzeć Hana weszła w nasze życie przebojem, od razu i głęboko. Była bardzo spragniona naszej obecności, a my ją zaakceptowaliśmy z miejsca, taką, jaka jest. Okazało się, że Hana to dobra, bardzo szczera, otwarta, delikatna i głęboka osobowość. Bardzo przypadła nam do gustu. Pasowała do nas, jak element puzzli. Dziewczyny pisały pracę, chodziliśmy też we trójkę na spacery, uczyliśmy Hanę gotować, słuchaliśmy głównie Chopina (Hana nie przepadała za muzyką rozrywkową, wolała poważną, zwłaszcza Chopina i Mozarta). Hana chodziła też z Milenką na treningi szermierki, siedziała na ławce, aż wreszcie na drugim czy trzecim poprosiła trenera o uczestnictwo. Za wstawieniem Milenki zaczęła ćwiczyć i okazało się, że ma do tego dryg i jest nieprawdopodobnie sprawna i szybka! Milenka później mi powiedziała, że w ochraniaczach i plastronie wyglądała z tą jej niesamowitą urodą tak seksownie, że „klękajcie narody” (jak Asia – pomyślałem. Asia, kiedy żyła, była chyba najbardziej urodziwą florecistką, jaka widział ten szary świat. A i Milence nic nie brakowało). Poza tym szybkością przewyższała nawet zaawansowane, najlepsze dziewczyny w sekcji. Miluś powiedział, że sama niemal się w niej zakochała. I że Hana na pewno zrobiłaby karierę w szermierce, gdyby tyko chciała. Po prawdzie, ja Hany nie widziałem w plastronie, ale chyba też byłem w niej „niemal” zakochany. No... byłem. Jak w Milence. Hana traktowała mnie jak brata czy też chłopaka (przytulanie, branie za rękę), a Milenka, o dziwo, nie miała nic przeciwko – gdzie tam, nawet była zadowolona, że Hana patrzy na mnie takim jakimś... tęsknym wzrokiem, że przytula głowę do mojego ramienia albo bierze mnie na spacerze za „drugą” wolną rękę – bo „pierwszą” trzymała Milenka. Hana stała się dla nas jak siostra – kochana i kochająca. Niezbędna.

Innego dnia, późnym popołudniem siedzieliśmy w pokoju u Milenki. W pewnym momencie Hana spytała:
- Jak patrzycie na świat? Czy żyjecie tu i teraz? Czy macie marzenia? Buddyzm uczy o życiu chwilą bieżącą. A jak Ty, Milenko na to patrzysz?
- Hmmm... – Milenka zamyśliła się. – staram się żyć chwilą, ale również mam marzenia. I takie „malutkie”, i „większe” i „największe”.
- To powiedz! – Hana ją objęła ramieniem.
- No, takie malutkie, to na przykład mieć jakieś tanie, skromne kimono. Ale prawdziwe, japońskie. A takie większe – to marzy mi się uczestniczyć kiedyś w prawdziwej ceremonii herbaty... A największe – to zawsze być z Marcinkiem... i mieć malutką córeczkę...
- A Ty, Marcin?
- No, żeby Milenka była szczęśliwa...
- Ale tak dla siebie, powiedz...
- Dla mnie ważne jest doskonalenie w sztukach walki. Szerzej, niż judo. Kiedy już nie będę brał udziału w turniejach, chciałbym się dalej szkolić, brać udział w seminariach, uczyć się u mistrzów...
- Super! To ciekawe. Masz duszę wypełnioną Bushido. Droga do samodoskonalenia w walce. To budo.
- A Ty Hana? – spytałem.
Hana zmieszała się.
- Ja żyję tu i teraz. Moja droga to buddyzm.
- Ale nie masz marzeń? No powiedz...
Po dłuższej chwili Hana zamknęła swoje piękne oczy i powiedziała:
- Mam. Jest mi źle, odkąd mama zmarła. Tata jest kochany, ale to mama dawała mi ciepło. Tata to Japończyk i wyrażanie uczuć sprawia mu wielką trudność. Japonia to twardy kraj. Musisz być też twarda. Wiecie, że w naszym języku jest ponad dwadzieścia słów określających przeprosiny, a nie ma dosłownego odpowiednika wyrażenia „kocham cię”? Ty, Milenko, wiesz. No niby jest „aishiteru”, ale to tylko zbliżone słowo i jak to brzmi?! U nas kluczowe jest posłuszeństwo: rodzicom, starszym, przełożonym, żona winna je mężowi, zgodnie z hierarchią, starszeństwem... Mama była inna... U nas trzeba umieć przepraszać i być grzecznym. Nie trzeba umieć kochać. Małżeństwa zwykle są zawierane z innych przyczyn niż miłość, zwykle dlatego, że tego oczekują rodzice. Miłość w moim kraju tylko przeszkadza, jest świadomie niszczona, kompletnie nie jest istotna. Tego mi bardzo, bardzo brak, odkąd mama zmarła.
To były kluczowe słowa dla zrozumienia postępowania Hany. Milenka mocno ją przycisnęła do siebie i pocałowała. Jej bezpośredniość i szczerość była niesamowita. Hana otworzyła oczy, były suche, nie miała w nich łez.
- Trzeba być twardym, mieć serce wojownika, jak mój tata. Ja je mam – powiedziała.

Kolejnego dnia obie poszły ze mną do dojo (sali treningowej), na trening judo. Bardzo chciała tam iść Hana. Usiadły na trybunie i czekały przez cały trening, jak skończę. Hana bacznie obserwowała każdą z technik, które po wielokroć powtarzaliśmy w parach, walki sparingowe, wypytywała wnikliwie o wszystko, o detale technik, ale i o mnie - moje osiągnięcia, o trenerów. A chłopaki z sekcji w żaden sposób nie mogli skupić się na treningu, kiedy na trybunie zobaczyli dwie takie dziewczyny. Po prostu piękności, jakich długo szukać. Przecudna Polka i nieprawdopodobnie piękna Azjatka. Słowem: wymiękli. Milenkę znali i wiedzieli, że to moja dziewczyna i zero gadania o niej przy mnie. Że nie dla psa kiełbasa. Ale w szatni zaczęli tłoczyć się koło mnie, pytając, kto to jest ta przepiękna dziewczyna ze skośnymi oczami obok Milenki, jak do niej zagadać, skąd ją wziąłem, gdzie mieszka, czy dam jej telefon itp. Nie mogłem się opędzić. Szczególnie namolny był Adrian, mój najlepszy kumpel z sekcji – po prostu stracił dla Hany głowę! A już moja próżność została w pełni zaspokojona, kiedy po przebraniu się w szatni wyszedłem z dojo z oboma pod ręce – jedna z jednej strony, druga z drugiej, obie szczebiotały do mnie, przytulały się do moich ramion. I żadna z nich nawet nie spojrzała na żadnego z moich kolegów, tylko mnie patrzyły głęboko w oczy. Zmówiły się, bestie! Niemal słyszałem, jak chłopakom z sekcji szczęki opadają na chodnik, a ślina kapie na ulicę. Odwróciłem się tylko i powiedziałem do nich: „ech, znów będę miał ciężką noc...” a dziewczyny zaczęły chichotać. Chłopaki mieli mokre spodnie i kocie mordy!

Ponieważ rodzice Milenki wyjechali i była w domu sama, często ją zabierałem na obiad do moich rodziców. Moja mama ją uwielbiała, kochała ją jak własną córkę – Milenka zastąpiła jej nieżyjącą Asię. Cieszyła się, że taka dobra dziewczyna będzie jej ukochaną synową – czasem wydawało mi się, że moi rodzice bardziej kochają Milenkę, niż mnie. Mama lubiła z nią chodzić na zakupy, miały wspólny język. Zawsze w ich oczach Milenka miała rację.  
Przyszło mi do głowy, że zabiorę również Hanę do mnie na obiad. Niech spróbuje prawdziwej, polskiej kuchni, którą kiedyś chwaliła jej nieżyjąca mama. Powiedziałem mojej mamie, że w niedzielę Milenka przyprowadzi do nas na obiad koleżankę, która jest z Japonii.
Tak też się stało. Przyszliśmy we trójkę. Moi rodzice byli bardzo zaskoczeni na widok Hany – chyba wyobrażali sobie jakąś skośnooką dziwną istotę, małą i brzydką, nieznającą polskiego. A przyszła niespotykanie piękna kobieta, wyglądająca jak modelka z żurnalu mody, jak gwiazda z Hollywood, mówiąca płynnie po polsku tak jak oni, jakby całe życie spędziła w Polsce, mająca tylko inny odcień skóry, olśniewający uśmiech i niezwykłe, urokliwe oczy. Mama przygotowała pierogi z jagodami i inne specjały. Hana była tak zakłopotana, że przywitała się z moją mamą po japońsku – ukłonem i tradycyjnym „ojamashimasu” (przepraszam, że przeszkadzam). Mama nie wiedziała, co ma zrobić, ale Hana zaraz zorientowała się, i już potem cały czas mówiła po polsku. Była pierwszy raz w „zwykłym, rodzinnym polskim domu”, więc wszystko ją ciekawiło. Była bardzo grzeczna, zachowywała się z japońską powściągliwością. Miała wpojony szacunek dla starszych i niespotykaną kulturę osobistą. Mama natychmiast zaczęła mówić do niej „Hania”. Chyba cieszyło to Hanę, bo przypominało jej lata, kiedy jej mama żyła. Mogłem teraz zobaczyć, jak Hana zachowuje się przy nieznanych jej, starszych osobach. Po prostu oczarowała moich rodziców. Bardzo szybko „złapała” kontakt z moim tatą, tak się rozgadali, że trudno ich było od siebie oderwać, a potem poszła do kuchni pomagać mamie w przygotowywaniu obiadu. Pomagała, jak mogła i potrafiła, o wszystko się wypytywała i we wszystkim chciała pomóc. Ja i Milenka byliśmy tego dnia tylko tłem. Moja mama była zafascynowana gościem. Kiedy Hana zjadła swoją porcję pierogów, westchnęła pod nosem: - „totemo oishii desu...” (bardzo smaczne...) i nachyliła się do mnie pytając, czy wypada poprosić o dokładkę, bo nie zna naszych zwyczajów. Kiedy powiedziałem o tym mamie... Hana zjadła dodatkowe dwie porcje. Potem powiedziała, że drugą jadła już przez grzeczność, bo nie chciała odmówić mojej mamie, a widziała, jak ją to cieszy. Kiedy skończył się obiad, Hana jako pierwsza poderwała się z miejsca, powynosiła brudne talerze do kuchni i powiedziała:
- Mamo, ja pozmywam, proszę.
Moja mama spojrzała dziwnie na Hanę. Przypomniała jej się Asia. Hana zreflektowała się i przeprosiła, że nazwała ją mamą, ale moja mama przytuliła ją do siebie i powiedziała:
- Moje dziecko, jeśli chcesz, możesz zawsze do mnie mówić „mamo”.
Wynosząc do kuchni talerzyki po deserze usłyszałem, jak na ganku tata i mama rozmawiają:
- Jaka tam z niej Japonka – mówił tata – nie wygląda na Japonkę, gada ja Polka, ma na imię Hania, tylko jakaś taka mocniej opalona i ma takie dziwne, ładne oczy. To najładniejsza koleżanka Marcina, jaką widziałem. Mądre dziecko. Jak Milenka. Bardzo ją polubiłem.
- I taka zrównoważona, grzeczna, dobrze ułożona, pracowita, uczynna, ciekawa... Nie boi się roboty, chce się uczyć, pomagać. Jak kiedyś nasza Asiulka. A widziałeś, jak poprawia włosy? A jak wstaje z krzesła? Bardzo, bardzo przypomina czasami Asię. I powiedziała do mnie „mamo”... A widziałeś, jak patrzy na Marcina? Jak Milenka. Nie chciałabym, żeby przez nią coś się popsuło między Marcinem a Milenką. Ale widać, że Milenka ją bardzo lubi...  
- E tam. Milenka wie, co robi. Nasza kochana córeczka... Młoda, ale mądra. Ale ta Hania z Japonii, muszę Ci powiedzieć, też oczytana i jest o czym z nią porozmawiać... Milenka ma bardzo ułożone koleżanki... Mam nadzieję, że Marcin i Milena czasem tu jeszcze ją przyprowadzą, bo to dobre, serdeczne dziecko...
- Jakie tam dziecko?! Pannica, jak się patrzy. Chłopaki to muszą za nią latać...
Kiedy wracaliśmy, Hana powiedziała do mnie:
- Masz wspaniałych rodziców. I masz wspaniałą mamę, zupełnie taką, jaką ja miałam...

Innego dnia siedzieliśmy we trójkę w salonie w domu Mileny, a dziewczyny rozmawiały, porównując kulturę japońską i polską. W pewnym momencie zobaczyłem, że Milenka zbiera się na odwagę i wreszcie zapytała:
- Hana. Nie daje mi spokoju jedna sprawa. Z portfelem Twojego taty. Czy mogę spytać?
- Pewnie – powiedziała Hana.
- Kiedy Marcin wybrał jako „zapłatę” w ramach giri tę monetę, no wiesz, te pięć jenów, wydawało mi się, że była dla Was bardzo cenna, ważna. A przecież to tylko talizman na szczęście. Marcin chyba nie przesadził z prośbą?
Hana chwilę zbierała się na odpowiedź.
- Tak, normalnie byłaby to bardzo dobra zapłata. Ale ten pieniążek jest... był szczególny – dla mnie, ale przede wszystkim dla mojego taty. Kiedy moja mama zginęła, miała go przy sobie. I zwrócono go mojemu tacie. My wierzymy, że w takich przedmiotach jest cząstka duszy zmarłej. Dlatego był on cenny. Ale to nie jest omamori (talizman ochronny). On pokazuje, kiedy przychodzi zmiana. To trudno wytłumaczyć... A może jest w nim yokai (demon)... żartuję, to tylko przesądy... ale na pewno była to cenna pamiątka po mamie. Marcin nie mógł o tym wiedzieć, prosząc o tę monetę. Musiałam spytać tatę. Tata powiedział, żebym to ja zadecydowała. Żebym oceniła, czy Marcin jest osobą godną, która uszanuje ten ważny dla nas przedmiot, jeśli go otrzyma. Zdecydowałam, że tak. Poza tym być może to, że z całej zawartości portfela Marcin wybrał właśnie ją, jest samo w sobie znakiem. To była trudna dla mnie chwila, bo zaproponowanie czego innego w zamian za monetę byłoby utratą twarzy – tak przeze mnie, ale co gorsza, przez właściciela portfela, czyli tatę, który ma pozycję i jest szanowaną osobą. Tata w tym momencie powierzył w moje ręce swój honor. A utrata twarzy jest niedopuszczalna.  
- Hana – powiedziałem. – Skoro jest dla Was taka ważna, to czy jest jakiś sposób, by ją Wam zwrócić?
- Marcin, nie ma potrzeby w ogóle o tym rozmawiać – teraz, kiedy Ciebie znam lepiej, wiem, że podjęłam właściwą decyzję. A po tym, co Ci teraz powiedziałam jestem pewna, że tym bardziej będziesz ją szanował.
- Możesz być całkowicie pewna, Hano – powiedziałem poważnie, patrząc Hanie w oczy.  

Któregoś dnia dziewczyny rano miały iść biegać i wrócić koło 9.00. Po śniadaniu w swoim domu wyszedłem i poszedłem do Milenki. Dziewczyny powinny już być po bieganiu. Drzwi wejściowe były otwarte, więc na pewno wróciły. Z łazienki dochodził szmer prysznica. Na pewno Milenka kąpie się po bieganiu... no to ją zaskoczę... po cichutku otworzyłem drzwi od łazienki. Kabina prysznica była zaparowana... Otworzyłem drzwi od kabiny i...
- Cześć Marcin. Jak chcesz, rozbieraj się i wskakuj koło mnie – powiedziała wcale niespeszona Hana. I spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi, skośnymi oczami... Stała bokiem pod prysznicem. Była naga. Jakże nieprawdopodobnie piękne miała ciało, pośladki, piersi... Na mój widok wcale się nie speszyła, tylko odwróciła się do mnie przodem! Przez chwilę zastygłem...
Miała cudowne ciało. Kolor jej ciemniejszej, niż nasza skóry powodował, że każdy mięsień, ścięgno, zagłębienie rysowało się tajemniczo. Po tej gładkiej, aksamitnej skórze spływały teraz kropelki wody, odbijające światło. Jej skóra mieniła się odblaskami. Była drobnej budowy, ale ze zdziwieniem zobaczyłem, że pod skórą kryją się mocne mięśnie i stalowe ścięgna. Nie przypuszczałem, że ma aż tak wysportowane ciało, jakby przez lata trenowała. Kształty miała boskie – cudowna linia ramion, niewielkie, dziewczęce piersi, jędrne a jednocześnie delikatne, szczupła talia (doskonale by wyglądała w pasowanych sukienkach), płaski brzuszek z delikatnymi liniami mięśni i przecudnym zagłębieniem pępka, biodra nie za szerokie i długie, szczupłe nogi – tak proste, że aż trudno uwierzyć. Pośladki też kapitalne, widziałem je chwilę wcześniej. A teraz patrzyłem z przodu – jej cipcia była całkowicie wydepilowana (co trochę dziwne – mieszkanki wysp japońskich nie bardzo lubią się tam depilować). Miała piękną twarz, najcudowniejsze oczy świata, mocne, czarne włosy, teraz przewiązane ręcznikiem, długą szyję o wspaniałej linii... ciało miała tak samo doskonałe. Była jak rzeźba, jak dzieło sztuki boskiego mistrza. Była absolutnie, ale to absolutnie perfekcyjna. Kwintesencja pięknej, młodej kobiety. Natychmiast dostałem takiego wzwodu, że aż coś zabolało mnie w jądrach. Kochać się z taką dziewczyną to byłoby coś nieziemskiego... Czy to na pewno człowiek, czy bogini?
- Przepraszam – wyjąkałem i... po prostu uciekłem z łazienki, zamykając drzwi. Wpadłem rozdygotany, z olbrzymią wypukłością w kroku do pokoju. Siedziała tu Milenka, w szlafroku, z mokrymi włosami, pisząc coś na lap-topie. Spojrzała na mnie przerażonego i się zaniepokoiła. A potem na moje krocze. Zaczerwieniłem się, a ona zaczęła się śmiać.
- Co, myślałeś, że ja się kąpię i wpadłeś na Hanę? Nie wykręcaj się, coś cię zdradza – pokazała palcem na mój krok, na sterczące tak spodnie, że mało suwak w rozporku nie pękł. – Widziałeś ją nagą? Piękna jest, co, Marcin? Wiem, wiem, bardzo piękna... Kąpałyśmy się razem, tylko ja wcześniej wyszłam, bo ona lubi się długo moczyć... nie dziwię Ci się... Houston, mamy problem – chichotała Milenka bezczelnie wciąż się patrząc na mój powód wstydu.

Innego dnia po południu, kiedy siedzieliśmy z Milenką w domu i słuchaliśmy muzyki (stary, dobry Dire Straits), przyszła Hana. Szybko zrobiłem dla niej herbatę. Hana zasłuchała się w gitarowe riffy Marka Knopflera. Sułtani Swingu... Kiedy muzyka ucichła, Hana powiedziała:
- Mam dla Was niespodziankę!
- Tak? A jaką? – spytałem z uśmiechem.
- Opowiedziałam tacie o Was, bo pytał, jak spędzam czas tutaj w Polsce i kim są moi nowi polscy przyjaciele. Tata bardzo o Was wypytywał i bardzo chce Was poznać osobiście. W związku z tym postanowił zaprosić Was do naszego domu, tutaj, pod miastem, w dzielnicy willowej.  
- Co takiego? – spojrzeliśmy z Milenką na siebie.
- Czy to jest niestosowne w Polsce zapraszać kogoś do siebie? – spytała zdziwiona Hana. – Ty, Marcin, mnie zaprosiłeś na obiad do swojego prywatnego domu i poznałam Twoich rodziców... Więc zaproszenie Was przez tatę jest chyba okey...
- No, tak, ale... ale nie spodziewaliśmy się – powiedziałem.
- To dobrze, bo to niespodzianka – i Hana sięgnęła do kurtki, wyjęła dwie koperty, stanęła przed nami, ukłoniła się po japońsku, spuściła w dół oczy, wyciągnęła przed siebie obie ręce z kopertami i powiedziała:
- W imieniu mojego taty, pana Eizo Sano chciałam pokornie zaprosić Was, Marcin-san i Milenka-san, na ceremonię herbacianą do domu mojego taty na jutro, na godzinę 17.00. Tata przyśle po Was samochód pod dom i będzie dla nas zaszczytem, jeśli wyrazicie zgodę i zaszczycicie nas swoją obecnością. Oczywiście potem będziemy zobowiązani, jeśli będziemy Was mogli odwieźć z powrotem.
Zaległa cisza.
- Hana, Ty tak poważnie? – spytała zdumiona Milenka.
Hana, cały czas w ukłonie i ze spuszczonymi oczami odpowiedziała:
- Tak. Poważnie. To oficjalne zaproszenie od mojego taty. Przekazuję je Wam.
Patrzyłem, jak Milenka zmienia się na twarzy. Zrobiła się biała jak kreda. Wzięła od Hany zaproszenia. Podała mi jedno z nich. Było pięknie wydrukowane, na ryżowym, grubym papierze złotym kolorem – rząd japońskich znaków i każde odręcznie podpisane przez pana Eizo. Dzieło sztuki. Tylko czemu Milenka się tak denerwuje?
Zaległa cisza. Hana patrzyła na Milenkę z uwagą nie wiedząc, co się dzieje. Milenka tymczasem z kredowego koloru nabrała na twarzy purpury i wyjąkała, i to po japońsku:
- Jesteśmy... niezmiernie zobowiązani... taki zaszczyt... oczywiście z radością... przyjmujemy... – i zaraz potem po polsku pełnym głosem:
- Hana! Koniec części oficjalnej? Dziewczyno! Co my zrobimy! Mati! Zdajesz sobie sprawę, co to jest ceremonia herbaciana? CEREMONIA HERBACIANA?!? Każdy ruch, każda czynność jest uregulowana ceremoniałem! Na taką ceremonię niektórzy przygotowują się miesiącami. Jutro? Jutro? Boże Wszechmogący! Wejdziemy między Japończyków, popełnimy same gafy, będą nas postrzegać jak jaskiniowców, barbarzyńców! Litości!!!! Co robić? Gaijini... słonie w składzie porcelany... Mati, leć do regału, szukaj natychmiast książki Okakury Kakuzo „Księga herbaty”. I przynieś długopis i kartki. Hana, siadaj tu koło mnie, będziesz mi krok po kroku opowiadać każdy szczegół, bo na pewno nie raz uczestniczyłaś w czymś takim, spiszemy to i będziemy się z Mattim uczyć... – nigdy jeszcze Milenki nie widziałem w takim stanie. Gadała, jak najęta. Była na twarzy na przemian zielona i granatowa, naprawdę przerażona. Teraz zrozumiałem. Znała wagę takiej ceremonii. Uświadomiła sobie, że ma ona być w domu attaché handlowego Japonii! Rodowitego Japończyka i dyplomaty! To nie zabawa. To prawdziwa ceremonia, od setek lat objęta ścisłymi regułami każdego zachowania...
Hana stała i nic już nie rozumiała. Słuchała uważnie Mileny i w pewnym momencie zrozumiała, i powiedziała ni w pięć, ni w dziewięć:
- Strach ma ładne oczy!
Znów zaległa cisza. Oboje z Milenką zastygliśmy w bezruchu i równocześnie powiedzieliśmy zdziwieni:
- CO???
Hana zmieszała się.
- No takie przysłowie... polskie...
- Strach ma WIELKIE oczy – załapałem.
- No może... – powiedziała Hana – nieraz jeszcze mylę... no co, jestem z Japonii... trudno mi nieraz z polskim...
- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała już spokojnie Milenka.
- Chcę przez to powiedzieć, że: po pierwsze – ta ceremonia jest tylko dla nas – Wy, ja i tata i nikt inny. Żadnych innych Japończyków. Prywatna ceremonia dla Milenki i Marcina. Więc spokojnie. Po drugie: tata przecież wie, że nie jesteście Japończykami, i że nie znacie ceremonii. Dlatego ja Wam będę mówić krok po kroku, co i jak w trakcie, tłumaczyć na bieżąco, i nie ma mowy o żadnych gafach. Pomagałam tacie w takich ceremoniach setki razy. Mój tata wygląda poważnie, ale to bardzo miły człowiek, mądry, rozumie i naprawdę nie ma się o co martwić. Poprosiłam go o taką ceremonię dla Milenki, bo wiem, że chciała uczestniczyć. I zgodził się. Tata robi to tylko dla Was, by Wam pokazać coś z naszej kultury. Tata jest Mistrzem Herbaty i nie raz robił takie ceremonie dla nieobeznanych obcokrajowców. To będzie nieoficjalne, bez żadnego „nadęcia”. Bardziej... jak to się mówi... prezentacja. Ja zadbam o każdy krok, to ma być dla Was przyjemność i rozrywka, a nie stres. Milenko – W OGÓLE NIE TRZEBA SIĘ PRZYGOTOWYWAĆ! Zaufaj mi!
- Ufff... – odetchnęła Milena. – To powiedz chociaż, jak się ubrać.
- To nieistotne. Do ceremonii ubierzemy się u nas w domu. Ja Was ubiorę. Okey?
- Okey... – powiedziała Milenka, patrząc spod oka na Hanę. A potem razem się roześmiały i przytuliły.
- Będzie super! – powiedziała Hana – mój tata to spoko gość, jak to mówicie!
- Oj Hana, Hana, tak Ciebie lubimy, a Ty tak nas stresujesz...
- Nie chciałam Was stresować... Chciałam Wam zrobić przyjemność... zwłaszcza Tobie, kochana Milenko. Przecież chciałaś uczestniczyć w ceremonii herbacianej. Więc to prezent ode mnie.

Następnego dnia, popołudnie spędzaliśmy wspólnie z Milenką w domu. Hany rano nie było, a Milenka była jednak niespokojna z powodu czekającej nas wizyty. Słuchaliśmy muzyki. Kilka minut przed godziną 17.00, pod domek rodziców Milenki podjechał wielki, czarny Mercedes z oznaczeniami korpusu dyplomatycznego. Myśleliśmy, że przejedzie po nas też Hana, ale w samochodzie był tylko japoński kierowca, ubrany w elegancki, czarny garnitur. A my w jeansach... Kiedy wyszliśmy przed dom, szybko wysiadł z samochodu, z powagą i szacunkiem głęboko ukłonił się i powiedział po polsku, z obcym akcentem:
- Witam i zapraszam w imieniu pana Sano Eizo – po czym otworzył nam drzwi od samochodu, pomógł zająć miejsca w luksusowej limuzynie. Włączył cichą, spokojną muzykę i ruszyliśmy.
Pojechaliśmy w stronę eleganckiej dzielnicy willowej, gdzie jak nam Hana powiedziała, jej tata wynajmował willę i tam oboje mieszkali. Wkrótce stanęliśmy przed bramą, która automatycznie się otworzyła. Wjechaliśmy do zadbanego ogrodu, w którym stała obszerna, elegancka willa. Zajechaliśmy na podjazd i w tym momencie na schodach ukazał się niewysoki, ale przystojny Japończyk. Był w średnim wieku, lekko szpakowaty, ubrany w ciemny garnitur, krawat. Miał poważną, ale sympatyczną, budzącą zaufanie twarz.
- A my wyglądamy jak hippisi z lat 60-tych – powiedziała pod nosem Milenka. – Ech, Hana mogła nas uprzedzić...
Kierowca szybko wybiegł z samochodu i otworzył nam drzwi. Wyszliśmy, a Japończyk podszedł do nas. Oboje pochyliliśmy się w ukłonie, ale on uśmiechnął się, odkłonił, a potem wyciągnął rękę do Milenki. Kiedy mu podała, pocałował ją w rękę. Milenka dostała rumieńców. A potem podał rękę mnie.
- Witam z szacunkiem, Marcin-san i Milena-san – powiedział wolno po polsku z bardzo wyraźnym, obcym akcentem. – Jestem Eizo Sano, ojciec Mei, i jestem bardzo wzruszony, że przyjęliście moje zaproszenie i sprawiliście mi zaszczyt, aby tu przyjechać. Mój polski nie jest dobry, więc proszę o wybaczenie, ale będę raczej mówił po angielsku. Mei mówiła mi, że znacie angielski i nie sprawię Wam tym nadmiernego kłopotu. Wiem też, że Milena-san mówi po japońsku, a Marcin-san dużo rozumie w naszym języku, ale postaram się nie sprawiać Wam kłopotu, więc będę mało używać japońskiego.
Tak więc przywitał nas w języku polskim, po europejsku, podając ręce, a już podanie ręki jako pierwszej kobiecie i pocałunek w rękę – to polski zwyczaj. I obcy Japończykom. Warte docenienia. To był prawdziwy wyraz szacunku dla nas.
- Zapraszam do domu – powiedział już po angielsku, wskazując drzwi do willi - Mei od rana przygotowuje się do ceremonii herbacianej. Mieszkamy w Europie, więc hołdujemy europejskim zwyczajom – nie musicie zdejmować butów.
Weszliśmy do obszernego hallu. Przed nami były schody na pierwsze piętro. Wnętrze było czyściutkie, wręcz sterylne, urządzone ze smakiem i elegancją. Każdy przedmiot miał swoje miejsce, prostota i piękno.
- Mei, możesz zejść? Nasi drodzy goście przyjechali! – powiedział głośno pan Sano, kierując twarz w stronę schodów.
Po chwili zobaczyliśmy JĄ na schodach. Najpierw Milenka. Widziałem, jak Milence opadła szczęka i patrzyła z otwartą buzią. Spojrzałem. Na schodach zobaczyłem anioła. Naprawdę. Niech się schowają wszystkie modelki i piękności świata. Na schodach stał anioł. Hana na co dzień była piękna, najpiękniejsza, ale to, co teraz zobaczyłem sprawiło, że aż przykucnąłem z wrażenia a serce zaczęło mi bić jak oszalałe.
Anioł. Najcudowniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziałem. Tak pięknej kobiety nie byłbym w stanie sobie nawet wyobrazić. Hana miała swoje niesamowite, czarne włosy uczesane w kok, który odsłaniał jej anielskiej urody twarz z cudownymi, najpiękniejszymi na świecie, skośnymi, wielkimi oczami. Na sobie miała kimono, zwiewne i delikatne, doskonałe w każdym elemencie, podkreślające jej wspaniałą figurę. Kimono było w stonowanym kolorze w malutkie kwiatki wiśni. Schodziła powoli po schodach, a wydawało się, jakby płynęła. Stanęła przed nami i złożyła głęboki, pełen szacunku ukłon. W tym momencie zakochałem się w niej bez pamięci po raz nie wiem już który.
- Marcin, co ty... wstań – Milenka szarpnęła mnie za rękę, bym wstał.
Hana podniosła głowę i roześmiała się tym swoim przecudownym uśmiechem, a mnie znów serce waliło jak oszalałe.
- Witam w naszym domu. Nie widzieliście mnie jeszcze w kimonie? To już na ceremonię herbaty. Przebrałam się. Marcinku, co z tobą? Jesteś blady. Piękna jestem, nie? – zapytała mnie figlarnie.
- Hana... – powiedziałem – no padłem z wrażenia, jak sama widziałaś. Jesteś oszałamiająco, nieziemsko piękna. Zakochałem się w tobie w bez pamięci.
Hana znów perliście się roześmiała, a Milenka z boku ze śmiechem powiedziała:
- Ej, ej, Mati. Spójrz na mnie. Jestem obok Ciebie... To ja, Twój skarb... – a po chwili dodała – nie dziwię Ci się. Ja też się w niej zakochałam...
Pan Sano z boku z uśmiechem obserwował, jakie wrażanie zrobiła na nas jego córka. Chyba był z niej bardzo dumny.
- Nie myślcie, że tylko ja będę tak wyglądać. Wszyscy się przebierzemy do ceremonii. Plan jest taki – najpierw się przebieramy, potem ceremonia, a jeszcze potem, na spokojnie, kolacja. Posiedzimy, pogadamy. Okey? No to Milenka ze mną – będziemy ubierać Ciebie w kimono. A Marcinkiem zajmie się tata. Milena za mną – na górę! – zarządziła Hana.
Chodźmy – powiedział do mnie pan Sano, kiedy dziewczyny poszły na górę. Czekał, aż pójdą, bo widział, że nie byłem w stanie oderwać oczu od Hany i nic do mnie innego nie docierało.
Zaprowadził mnie do swojego gabinetu, który był na paterze. Był pięknie urządzony, w angielskim stylu. Na fotelu leżały staranie złożone ubrania.
- Marcin-san – powiedział pan Sano. – Tutaj jest dla Ciebie hakama i kimono. Czy potrafisz je sam założyć, czy Ci pomóc?
- Potrafię. Już nieraz ubierałem hakamę na treningach walki mieczem w szkole Kashima Shinden.
Pan Sano drgnął.  
- Hai. Potem musisz mi o tym opowiedzieć. Możesz się ubierać – powiedział i wyszedł.
Nie jest tak prosto prawidłowo ubrać i dopasować hakamę (takie japońskie spodnie) i kimono. Ale szybko się z tym uporałem, robiłem to nie raz. Rozmiarowo było okey. Jeszcze tabi – takie białe skarpety japońskie z jednym palcem. Kimono było piękne – męskie, bez ozdób, z jedwabistego, przemiłego w dotyku materiału. Letnie, bez podszewki. Teraz wyglądałem jak Japończyk.  
Czekałem, co dalej. Rozglądałem się po gabinecie. Przy ścianie zobaczyłem stolik, a na nim, w szklanym długim akwarium, przepięknej roboty miecz samurajski, bez sayi (pochwy) na podstawce z drewna, pokrytego laką.
Podszedłem bliżej. Ponieważ, obok judo, ćwiczyłem walkę mieczem, dużo o mieczach czytałem i wiedziałem. Zacząłem mu się dokładnie przyglądać. Była to katana (długi miecz). Krzywizna głowni i shinogi (ość) wskazywały na robotę z okresu Edo, czyli XVII wiek. Hamon (linia hartowania) i mune (przekrój kształtu głowni) to okres shinto (czyli przełom XVI-XVII wieku), zwany okresem „nowej broni”. Kissaki i yakiba (zakończenie głowni i część hartowana) był charakterystyczny dla kuźni Nagasone Kotetsu, najsławniejszego miecznika okresu shinto. Tak, to Kotetsu. Ale reszta, a przede wszystkim tsuba (ochrona przed rękojeścią), pochodziła ze znacznie późniejszego okresu...
- Piękny, prawda? – usłyszałem głos pana Sano. Stał za mną, nie wiem, jak długo. Miał na sobie również hakamę i piękne, herbowe kimono.
- Tak... doskonały – odpowiedziałem. – Ta katana to chyba arcydzieło Nagasone Kotetsu z okresu shinto. Ale tsuba, oplot rękojeści jest późniejszy. Bezcenne dzieło sztuki.
Po długiej chwili ciszy pan Sano powiedział:
- Jestem pod wrażeniem. Marcin-san, mam dla Ciebie wielki szacunek. Rzadko spotyka się Europejczyka, który by chociaż trochę znał się na szablach japońskich, a Ty bezbłędnie określiłeś jej wiek i pochodzenie. Zaimponowałeś mi, Marcin-san i sprawiłeś olbrzymią przyjemność – i pan Sano głęboko mi się ukłonił. Potem szybko sprawdził, czy dobrze się ubrałem i z uznaniem skinął głową.
Tymczasem usłyszeliśmy, jak dziewczęta schodzą z góry. Wyszliśmy do hallu. I znów zaniemówiłem. Tym razem na schodach zobaczyłem dwa anioły! Hana zapierała dech w piersiach. Ale obok stała także przecudowna kobieta – Hana podpięła Milence włosy i w ten sposób również piękne rysy twarzy Mileny zostały wyeksponowane. Milena miała na sobie kimono o tym samym kroju, co Hana, tylko w nieco inne, delikatne, kwiatowe wzory i w innym, przepięknym, pastelowym odcieniu. Takie kimona są warte fortunę – przecudowna, ręczna, japońska robota. Milenka wyglądała jak siostra Hany, tylko była nieco wyższa i jej twarz nie miała orientalnych rysów, ale wyglądała także przepięknie. Jedyna różnica – to poruszanie się. Hana poruszała się w kimonie z taką gracją, jak królowa, a jednocześnie z jakąś taką pokorą, i tak, jakby się w kimonie urodziła. Milenka prezentowała się pięknie, ale nie miała tej wrodzonej swobody w kimonie, co Hana. Poza tym uroda Hany, odcień skóry, skośne oczy – tak współgrały z ubiorem, że zachwycały. Gdybym nie widział Hany, uznałbym, że nikt w tym stroju Milence nie dorówna – najcudowniejsza kobieta świata. Ale obok stało bóstwo nie z tego świata - Hana miała kimono w genach, nosiła je z gracją, i najpiękniejszą twarz, jaka kiedykolwiek widziałem.
Pan Sano szeroko się uśmiechnął. Japończycy kochają piękno i perfekcję. Te dwie kobiety były zjawiskowe i miały perfekcyjną urodę.
- Mati, super wyglądasz – jak samuraj na dworze Shoguna – powiedziała Milenka, a Hana pokiwała z uznaniem głową – Tak, to prawdziwy samuraj.
- Teraz jesteśmy gotowi na ceremonię herbacianą. Tato, czy możemy zaczynać? – spytała po japońsku Hana.
- Hai! – odpowiedział pan Sano i przez szklane drzwi za schodami wyszedł do ogrodu.
Hana jeszcze raz obrzuciła nas lustrującym wzrokiem i uśmiechnęła się z aprobatą.
- Jak wam wczoraj mówiłam, nasza ceremonia będzie bardziej pokazowa, nie wymaga od Was niczego. Zero stresu. Nasze stroje wprowadzają w nastrój, bo o to tu chodzi. Nie muszę robić wstępu, bo przecież Milenka wie tyle, co każdy Japończyk, z resztą zobaczycie – powiedziała z uśmiechem nasza piękna Hana – powiem tylko, że chado to Droga Herbaty. Za najważniejszego twórcę japońskiej Drogi Herbaty uważny jest Sen-no-Rikyū. To on ustalił zasady przygotowywania i picia herbaty w tzw. duchu wabi, tj. wyciszenia i prostoty. Bliskość, piękno i szacunek to podstawa herbaty. Jest jednocześnie drogą samodoskonalenia, wewnętrznego rozwoju człowieka. Na ceremonię miał wpływ buddyzm. Sama ceremonia powstała około VII-VIII wieku naszej ery. Zgodnie z naszą japońską tradycją poprzedzić powinien ją krótki spacer po ogrodzie, który symbolizuje drogę oczyszczenia. Nasza ceremonia nazywa się chakai, czyli skrócona, nieformalna, co nie znaczy, że mniej ważna. Każda ceremonia jest niepowtarzalna - miejsce, przedmioty, goście i forma tworzą przestrzeń, która się już nigdy nie powtórzy. Ceremonia herbaciana zaczyna się w momencie przejścia do ogrodu. Spacer po ogrodzie przed piciem herbaty jest ważnym elementem ceremonii – chodzi o wewnętrzne wyciszenie. To ogród herbaciany, czyli roji. Tam będzie na nas czekał gospodarz, a jednocześnie mistrz ceremonii, mój tata. Ukłońmy się mu, gdy nas powita, a potem przez chwilę kontemplujmy ogród. Chodźmy – powiedziała Hana.
Kiedy przez szklane drzwi weszliśmy do ogrodu, znajdującego się na tyłach willi, czekał już na nas pan Sano Eizo. W hakamie i kimonie, z poważną, dumną miną wyglądał, jak samuraj z filmów Akiro Kurosawy. Ukłonił nam się, witając. Również ukłoniliśmy się. Pan Sano uśmiechnął się, dodając otuchy, a my dyskretnie rozejrzeliśmy się po ogrodzie, chodząc po płaskich kamieniach, służących za ścieżkę. Był piękny, znakomicie utrzymany. Nazywany jest „ogrodem herbacianym”, gdyż w nim znajduje się specjalnie wybudowana herbaciarnia, pawilonik herbaciany, czyli sukija. Kolory roślin starannie dobrane, kamienna ścieżka, szczegóły. Ja niewiele pamiętam z ogrodu – wciąż ukradkiem wpatrywałem się w bóstwo, czyli Hanę. „To marzenie, bogini, a nie człowiek. Paść jej do stóp i całować...” – takie miałem myśli. A kiedy zerknąłem na Milenkę, dziękowałem losowi, że miałem ją na co dzień. I na zawsze. Równie cudowna dziewczyna.
- Spójrzcie – powiedziała do nas Hana – tam stoi kamienna misa, nazywa się tsukubai. Podejdźmy do niej. Należy rytualnie oczyścić się, myjąc ręce i płucząc usta wodą. Wierzymy, że dzięki temu oczyszczana jest zarówno dusza, jak i ciało.
Sama zrobiła to pierwsza, żeby nam zademonstrować. Postępowaliśmy tak, jak ona. Potem poszliśmy za nią pod małe drzwi herbaciarni.  
- Róbcie to, co ja. Trzeba zdjąć obuwie i przez te drzwi zwane nijiri-guchi wejść do środka – powiedziała Hana – jest tradycją, że każdy przeprasza kolejną osobę, że wchodzi przed nią pierwszy. Po wejściu przyjęte jest, aby obejrzeć przedmioty umieszczone we wnęce, czyli tokonomie i urządzenia do herbaty ustawione w pokoju. A potem usiądziemy na piętach w seiza na miejscach, które Wam wskażę – w ceremonii ważne jest prawidłowe usadzenie gości we właściwych miejscach. Ja o to zadbam. Unikajcie wchodzenia na środkową matę - służy ona jako stół. Herbaciarnia jest zaprojektowana w stylu chashitsu, jest szeroka i długa na 4,5 maty (tatami). Uwaga na głowę - ma niski sufit, a palenisko wbudowane jest w podłogę. Tata wejdzie oddzielnym wejściem.
Hana zdjęła obuwie i weszła do herbaciarni, pochylając się, przez małe drzwi, przepraszając mnie, że wchodzi pierwsza. Szepnąłem cichuteńko: „gdzie się pchasz!”, a ona ledwo powstrzymała wybuch śmiechu, ale zaraz spoważniała. Pomieszczenie było niewielkie, na podłodze leżały maty (tatami). We wnęce zwanej tokonoma wisiał zwój (kakemono) z piękną kaligrafią, a pod nim kompozycja kwiatowa (chabana).
- Spójrzcie – powiedziała Hana – na zwoju jest napis: wa-kei-sei-jaku, czyli cztery najważniejsze zasady Drogi Herbaty: „harmonia”, „szacunek”, „czystość” i „spokój”. Natomiast kompozycja kwiatowa to przykład ikebany, której zadaniem jest wywołanie wrażenia takiego, jakby kwiaty te rosły w naturze. Sama ją przygotowałam dziś przed południem na dzisiejszą uroczystość. Przyjęte jest, by w części oficjalnej poruszać wyłącznie tematy związane z ceramiką herbacianą, sprzętami, zwojem.
Oglądaliśmy zwój, ikebanę i wszystko, co było we wnętrzu herbaciarni. Potem Hana, widząc duże napięcie w oczach Milenki, pocałowała ją w policzek i cichutko coś jej powiedziała, a Milenka uśmiechnęła się. Potem posadziła nas przed matą, podeszła do drzwi i zamknęła je słyszalnym dźwiękiem. Był to chyba sygnał dla pana Sano, który po chwili wszedł do herbaciarni. Przywitał się z każdym z nas oddzielnie i wymienił po kilka słów odnośnie zwoju i kwiatów oraz wystroju wnętrza. Ceremonię herbaty pan Sano rozpoczął od kolejnego ukłonu, po czym usiadł przed nami i zaczął czyścić naczynia jedwabną, białą chusteczką.
- Teraz tata rytualnie czyści każde naczynie - czarkę na herbatę, pędzelek, łyżeczkę. Czarka zwana jest chawan, łyżeczka to chashaku, pędzel - chasen, a pojemnik na herbatę zwie się natsume – tłumaczyła cicho Hana - Kiedy je wyczyści, rozstawi je w dokładnie określonych miejscach i przygotuje herbatę. Każdy gest i ruch jest ważny, ściśle uregulowany ceremoniałem.
Kiedy tak się stało, pan Sano przyniósł naczynie z zimną wodą, postawił obok kociołka i sprzętów. Oczyścił pojemnik ze sproszkowaną herbatą i bambusową łyżeczkę do nasypywania herbaty. Rozgrzał czarkę ciepłą wodą, opłukał chłodną i wytarł. Wsypał herbatę do czarki, zalał wrzątkiem, zamieszał pędzlem, aż powstała pianka.
- Wypijemy herbatę wszyscy z jednej miseczki. Herbata jest sproszkowana, nazywa się matcha. Kiedy otrzymacie miseczkę z herbatą, przeproście sąsiada, że będziecie pić przed nim pierwszy. Obróćcie czarkę, aby uniknąć picia z jej przodu. Po upiciu jednego łyka przyjęte jest, aby powiedzieć, czy smakuje. Po wypiciu kilku łyków, opróżnieniu miseczki wytrzyjcie brzeg miski i dokładnie ją obejrzyjcie. To miseczka z XVII wieku, bezcenna. Potem podajcie ją następnej osobie, tata wtedy ponownie czarkę napełni herbatą. Kiedy wypijemy, możecie taty pytać o wszystko, co związane jest z ceremonią i sprzętami. To także część ceremonii.
Kiedy już wypiliśmy w ten sposób herbatę, pan Sano opłukał czarkę, oczyścił sprzęty i podał nam je do oglądania, odpowiadając na nasze pytania. Kiedy zaległa cisza, wyszedł z herbaciarni.  
- Mamy część oficjalną za sobą – uśmiechnęła się Hana – teraz tata przygotuje dla każdego z Was indywidualną miskę herbaty, i wtedy możemy swobodnie rozmawiać na każdy temat.
Zaraz też wrócił, przynosząc słodycze higashi i podał nam poduszki, by było nam wygodnie siedzieć. Powiedział po polsku „fajnie!”, co bardzo rozluźniło atmosferę. Milenka miała dużo pytań i pan Sano odpowiadał jej trochę po japońsku, trochę po angielsku. Rozmawialiśmy na różne tematy, a po wypiciu herbaty pan Sano znów oczyścił naczynia, przygotowując się do ich odstawienia. Hana jeszcze raz podawała nam każdy z przyborów i opowiadała o nich. Są traktowane z niezwykłą starannością i szacunkiem. Kiedy je obejrzeliśmy, pan Sano zebrał naczynia i wyszedł; my także wyszliśmy przed herbaciarnię.
Widziałem po rumieńcach na twarzy Milenki, że było to dla niej olbrzymie przeżycie. Uczestniczyła w ceremonii, którą prowadził dyplomata japoński. I to specjalnie dla niej! Miała na sobie kimono. Piła herbatę z bezcennej czarki. Na co dzień się to nie zdarza. Jako studentka japonistyki marzyła o tym, by kiedyś uczestniczyć w takiej ceremonii. Dzisiaj się to stało.
- I co, Milenka, było spoko? – Hana uśmiechnęła się i wzięła Milenkę za rękę. Milena położyła jej głowę na ramieniu i powiedziała cichutko „- dziękuję”.
- To teraz idziemy do domu, przebierzemy się w codzienną odzież i zapraszam na kolację – powiedziała Hana.  
Weszliśmy do domu. Poszedłem do gabinetu pana Sano i przebrałem się. Hakamę i kimono, po starannym złożeniu, zostawiłem tam, skąd je wziąłem. Rzuciłem raz jeszcze spojrzenie na miecz. Wyszedłem do hallu. Dziewczyny przebrały się i zeszły z góry. Niosły w rękach dokładnie złożone, przepiękne kimona, które miały na sobie w czasie ceremonii.
- A to kimono zatrzymaj w prezencie – powiedziała Hana.
- No co Ty? – zmieszała się zaskoczona Milena – przecież ono jest warte fortunę... Nie mogę przyjąć, w żadnym wypadku...
- Przestań! Nie wygłupiaj się, bierz i nie gadaj! – twardo powiedziała Hana – spłacam drobny odsetek giri za naszą przyjaźń. To ona jest bezcenna. Jestem Wam taka wdzięczna, że Was mam. Ani słowa więcej! Tu, buziaczek – wskazała na swój policzek.
Zamknęła usta Milence. Milenka zmieszana cmoknęła Hanę i przytuliła kimono z radością do piersi. Była oszołomiona niespodziewanym, kapitalnym prezentem. Pan Sano, który właśnie przyszedł i także się przebrał - w białą koszulę, już bez krawata i marynarki - uśmiechnął się i kiwnął z aprobatą głową swojej córce.
Hana wymieniła kilka zdań z tatą i powiedziała do nas:
- Możemy się odświeżyć, tam są łazienki – wskazała – i za kilka minut zapraszamy na kolację do salonu.
Salon był równie ładny, jak te pomieszczenia, które oglądałem. Stół był nakryty. Wkrótce usiedliśmy, a miejsca pokazała nam Hana. Do stołu podawały nam dwie miłe japonki, które instruowała Hana, która pełniła obowiązku gospodyni (w Japonii domem zarządza pani domu).  
Pan Sano poprosił o czarki sake, na „wzmocnienie apetytu”. Atmosfera stała się luźna, Hana opowiedziała kilka śmiesznych opowiastek, a pan Sano zaczął rozmawiać ze mną po angielsku. Chwilę o rodzinie, co robię, a potem rozmowa zeszła na sztuki walki. Pan Sano wypytywał mnie o moją karierę zawodniczą, zwycięstwa w mistrzostwach Polski, potem o moje zainteresowania kulturą i sztuką Japonii, wreszcie o dodatkowych sprawach, takich jak hobby związane z nauką walki mieczem w szkole Kashima Shinden i podstawach aikido, które poznawałem chodząc w wolnych chwilach do dojo w naszym mieście. Rozmowa zeszła też na historię i sztuki walki – pytał o Jigoro Kano, twórcę judo, o O’Sensei, czyli Morihei Ueshibę, twórcę aikido, o moją znajomość sztuk walki samurajów – bujutsu, o Gorin No Sho – strategię walki na miecze rodu Yagu, o Księgę Pięciu Kręgów, o znajomość Hagakure, która jest podstawą Bushido itp. Zauważyłem, że Hana, zajęta rozmową z Milenką, również chwilami z uwagą przysłuchiwała się naszej rozmowie. Potem pan Sano jakby z zadowoleniem pokiwał głową i zaczął rozmowę z Milenką. Pytał ją o jej hobby, szermierkę, zainteresowania, a potem zaproponował, żeby rozmowa toczyła się po japońsku. Milenka zaczęła początkowo mówić nieśmiało i szukała słów, które pan Sano podpowiadał, ale później rozgadała się na dobre. Przełamała opory i mówiła płynnie. Ja tylko trochę rozumiem po japońsku, ale zorientowałem się, że pan Sano rozmawiał o jej studiach, o zainteresowaniach związanych z kulturą japońską, potem rozmawiali o malarstwie, literaturze i kulturze Japonii, o historii, filozofii, zen, shintoizmie itp., itd. Hana, siedząca z boku, z uznaniem kiwała głową, słuchając, jak dużo Milenka o tym wie. W pewnej chwili szepnęła mi do ucha, że Milenka całkiem dobrze mówi po japońsku, trzeba jej tylko „szlifu”. Potem pan Sano poprosił, aby przyniesiono pędzelek i papier ryżowy i poprosił Milenkę, by zapisała mu po japońsku kilka haiku, Milenka też przetłumaczyła i napisała jeden z polskich, krótkich wierszy.  
W tym czasie podawano różne potrawy, których nie będę opisywał. Czas szybko leciał. Pan Sano kilka razy wymienił szeptem jakieś uwagi z Haną, i, kiedy kolacja kończyła się, powiedział po angielsku:
- Marcin-san, Milena-san. Jestem pod głębokim wrażeniem bardzo rozległej wiedzy o naszej kulturze tak Marcina, jak i Mileny. Powiem szczerze – zaprosiłem Was tu, bo chciałem poznać, z kim przestaje moja córka. I to, co zobaczyłem i usłyszałem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mei powiedziała mi za mało – to, co w Was znalazłem, bardzo mnie pozytywnie zaskoczyło. To chyba dharma, że Wasze i Mei drogi się zeszły. Ten portfel nie został znaleziony przypadkowo. To prawa dharmy...
Milena-san. Moja rozmowa z Tobą była zaszczytem i olbrzymią przyjemnością, zwłaszcza, że zadałaś sobie trud rozmawiając ze mną w moim rodzimym języku. Wybacz mi proszę, ale był to z mojej strony podstęp – chciałem sprawdzić Twoją biegłość i wiedzę. Jestem pod olbrzymim wrażeniem Twojej osobowości. Twój japoński jest dobry. Mamy w konsulacie zaawansowane kursy językowe dla tłumaczy – zapraszam, będziesz na liście, bezterminowo, zaraz osobiście Ciebie wpiszę i nie będziesz za nie płacić, zapłaci Cesarstwo Japonii. Chcę pokornie Ciebie prosić, żebyś po zakończeniu studiów rozważyła możliwość stażu w naszym biurze tu, w Polsce, lub w Japonii. Bardzo bym chciał, żebyś w przyszłości mogła pracować dla Cesarstwa Japonii, dlatego uniżenie proszę, byś złożyła do nas swoje dokumenty już teraz, bo mamy niestety biurokratyczne procedury. Nie proszę teraz o odpowiedź, rozważ to i daj znać w dogodnym dla Ciebie czasie, ale moja pokorna prośba będzie ciągle aktualna. Bardzo bym się cieszył na myśl, że kiedyś mógłbym z Tobą pracować, Milena-san. Hai!  
Milena znów była oszołomiona i nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. Widziałem, że Hana też była zaskoczona – to była decyzja jej taty i Hana nie spodziewała się tego, ale z radością kilka razy skinęła ojcu głową, jakby bardzo dziękując.
- Dziękuję... bardzo dziękuję – wyjąkała tylko Milenka. Jej marzenia związane z kierunkiem studiów spełniały się, nagle, z prędkością światła. Nawet nie marzyła o tym, że może mieć taką perspektywę...
Pan Sano, jakby w obawie dalszych podziękowań, wstał i wyszedł z salonu. Zapadła cisza. Milena miała kolory. To był jej dzień.
- Marcin – powiedziała Hana – mój tata też przygotował coś dla Ciebie. Nie mówiłam Ci jeszcze o tym, że tata poza pracą jest mistrzem i instruktorem w tradycyjnych sztukach walki, ma 5 dan w jujitsu, również jest instruktorem szermierki na miecze (kenjutsu) i strzelania z łuku (kyudo). Ma swoją szkołę w Japonii, a w Europie czasem organizuje seminaria, zapraszając na nie wybranych znanych zawodników ze sportów i sztuk walki, by doskonalić umiejętności. Za tydzień rozpocznie się takie krótkie seminarium tu w Polsce, w Laskach Mazowieckich, gdzie od Związku Karate wynajęte zostało dojo położone w pięknej okolicy – Hana wstała i wręczyła mi złożony kartonik – tacie nie wypadało osobiście Ciebie zaprosić, więc mnie poprosił, żebym Ci je wręczyła z uniżoną prośbą o zaszczycenie go twoją obecnością na tym seminarium. Koszty pokrywa oczywiście zapraszający. Tata osobiście to seminarium poprowadzi.  
Teraz ja wyglądałem chyba tak, jak Milenka przed chwilą. Byłem kompletnie zaskoczony. Dopiero po długiej chwili powiedziałem:
- Dziękuję, Hana, podziękuj tacie. Bardzo się cieszę, to mi się marzyło. Kiedyś chyba nawet czytałem o sensei Sano, ale nie skojarzyłem, że to może być Twój tata. Ale... spotykamy się z Waszej strony z wielką życzliwością, a sama wiesz, że w ten sposób zaciągamy giri, którego nie sposób spłacić...
Hana uśmiechnęła się – Giri to ja mam wobec Was. Nigdy, nigdy się nie wypłacę za takich przyjaciół, jakimi mnie obdarzyła dharma. Hai! I Koniec dyskusji na ten temat! Jestem Waszym dłużnikiem!
Wkrótce pożegnaliśmy się z panem Sano i Haną. Dyplomatyczny Mercedes odwiózł nas do domu Milenki. To był tak niezwykły dzień, że Milenka długo nie mogła uwierzyć, że to wszystko miało miejsce naprawdę. Głaskała leżące na krześle kimono, przypominała sobie słowa pana Sano i przytulała się do mnie.  
- Marcinku, zostaniesz dziś ze mną na noc? Miałam dzisiaj taki nieprawdopodobny dzień. Chciałabym tylko przytulić się, żebyś był przy mnie...
- Pewnie, moje Kochanie – powiedziałem i zadzwoniłem do rodziców, że zostaję do jutra u Milenki.
Był wieczór. Złożone kimono położyła uważnie na stoliczku przy łóżku, koło swojej głowy. Przyglądała mu się.
- Szkoda, że nie ma z nami kochanej Hany... – wyszeptała i ufnie wtulona we mnie zasnęła.
Sam długo w nocy nie mogłem zasnąć. Spokojny oddech śpiącej Milenki. I ta Hana w kimonie... i jej ciało, które widziałem pod prysznicem... wciąż stała mi przed oczami... Znów dostałem potężnego wzwodu. A Milenka spała obok, snem sprawiedliwego. Odwinąłem kołderkę, pod którą spaliśmy, podwinąłem powoli jej koszulkę do góry, nad biodra, na brzuch i zacząłem ją głaskać po udzie. Milenka nie otwierając oczu powiedziała:
- Możesz... chcę... Ale delikatnie, bo jestem bardzo senna...  
Rozsunąłem jej nogi i z miłością wycałowałem uda i krocze. A potem delikatnie w nią wszedłem. Jej ciepło wewnątrz... Milenka miała zamknięte oczy i zamruczała, jak kotek. Uśmiechnęła się. Kochaliśmy się powoli, delikatnie. A ja złapałem się na tym, że kochając się z Milenką marzę o kochaniu się z Haną. Wydawało mi się, że pode mną leży nie mój najukochańszy Skarb, a przepiękna Mei, której tak bardzo pragnąłem. Bo chyba ją kocham tak, jak Milenkę i pragnę dokładnie tak, jak Milenki... bardzo...

Dwa dni później, z samego rana, przypomniałem sobie, że dzisiaj Milenka miała mieć jakieś letnie, całodzienne zajęcia na Uniwersytecie. I zobaczyłem, że koło południa przyszedł SMS o takiej mniej więcej treści; „Marcinku, zaopiekuj się dzisiaj Haną, weź ją na spacer, umil jej popołudnie i wieczór. Jest taka samotna bez nas. Umówiłam Was na 16.00 przy kiosku z kwiatami, w parku. Całuski, Twój Miluś.”  
Po południu poszedłem do parku. Zobaczyłem ją z daleka.  Szła wyprostowana, lekko uśmiechnięta. Elegancka. Jak zwykle, punktualna co do minuty. Miała na sobie zwiewną sukienkę w subtelnych, jasnoniebieskich barwach. Przepiękna dziewczyna. Kiedy mnie zobaczyła, już z daleka zaczęła machać ręką, a kiedy podchodziłem, podbiegła do mnie, mocno objęła i pocałowała w policzek.
- Jestem! Tak się cieszę, że Ciebie widzę! – i obdarzyła mnie swoim cudownym, promiennym uśmiechem.
- Przecież widzieliśmy się wczoraj – roześmiałem się.
- Wczoraj – to zamknięta księga, jutro – jeszcze nie otwarta. Ważne jest tu i teraz.  
- Idziemy na lody z szarlotką? – zaproponowałem. Hana wzięła mnie za rękę i gładziła palcem po dłoni.
- Nie wiem, czy to nie będzie niegrzecznością, ale chciałabym iść gdzie indziej.
- Tak? – spytałem zaciekawiony. Hana jakby trochę się zmieszała.
- Milenka mi powiedziała, że miałeś siostrę i ona nie żyje. W Twoim domu, kiedy byłam na obiedzie, nie widziałam butsudan z jej zdjęciem... jak to po polsku będzie? ołtarzyka... Gdzie są jej prochy? Już nie w domu? W rodzinnym grobie? Nie znam dobrze polskich zwyczajów. Chciałabym jej złożyć hołd.
Byłem bardzo zaskoczony.
- Nie... – powiedziałem – to nie jest niegrzeczne. Co Ci jeszcze Milenka mówiła?
- Tylko tyle, że miała na imię Joanna, nie żyje i że Ty bardzo ją kochałeś. Nic więcej. Chciałam Ci zrobić przyjemność i z Tobą ją odwiedzić.
Chwila wahania – na grób Asiulki zwykle chodziłem sam. Nie lubiłem tam towarzystwa.
- Więc chodźmy. U nas rzadko kremuje się zwłoki, nie mamy ołtarzyków ku czci zmarłych w domu. To tradycja shintoistyczna, u was. My chowamy zwykle naszych zmarłych bez kremacji, na cmentarzach, wprost w grobach.
- Słyszałam o tym – powiedziała Hana – jest w Tokio cmentarz chrześcijański, ale ja nigdy nie byłam. U nas jest tak, że pogrzeb, czyli sōshiki, składa się z dwóch części – pierwszej, tsuya, czyli czuwania i ceremonii kremacji, czyli kokubetsu-shiki. Po skremowaniu zabiera się prochy do domu, stawia na butsudan, ze zdjęciem, a dopiero potem chowa się w rodzinnym grobie w wybrane, szczęśliwe dni. Zmarłemu nadaje się kaimyō, czyli nowe imię... ale po co ja Ci to opowiadam...
I poszliśmy. Wkrótce weszliśmy na teren cmentarza. Hana rozglądała się z ciekawością, trzymając zaciśnięte kciuki. Szliśmy główną aleją, wśród rzędów grobów i krzyży. „-Tu jest strasznie” – szepnęła do mnie, po czym wzięła mnie pod ramię. Panowała całkowita cisza, rozlegały się tylko nasze kroki. Skręciliśmy w bok i wkrótce znaleźliśmy się przy grobie Asi. Grób Asi otula skrzydłami przepiękny anioł, wyrzeźbiony w czarnym marmurze. Z zamkniętymi oczami, z wyrazem bólu przytula swoją piękną twarz do płyty, niemal leżąc na niej, otulając cały grób skrzydłami. Stanęliśmy.
- Gdzie jest Joanna, Twoja siostrzyczka? – spytała Hana, rozglądając się.
- Tutaj – wskazałem na grób.
- To przepiękne. Czy... czy to ona ze skrzydłami? Ta rzeźba ją przedstawia? Czy to jakieś dobre bóstwo opiekuńcze, które ją chroni w zaświatach?
- Nie, to anioł. Taki pomocnik naszego Boga, który teraz, już na zawsze opiekuje się Asią.
Hana pokiwała głową.
- Nie wiem, jak się zachować – szczerze powiedziała - Niewiele wiem o chrześcijaństwie, ale mama nauczyła mnie, jak się przeżegnać i opowiadała o Jezusie. Czy mogę tu się przeżegnać a potem zmówić modlitwę buddyjską za zmarłych?
- Tak, oczywiście. Ja, kiedy tu przychodzę, rozmawiam w myślach z siostrą...
Hana, nie bacząc na swoją piękną sukienkę, usiadła na żwirowej alejce na piętach, a potem powoli przeżegnała się. Po chwili zamknęła oczy, położyła jedną dłoń na drugiej i zaczęła cichutko modlić się. Po kilku minutach wstała i powiedziała:
- Dla nas, zgodnie z naukami shinto, ważna jest pamięć o naszych bliskich, którzy odeszli. Kultywujemy ją i opowiadamy innym, jacy byli nasi zmarli, żeby dalej żyli w pamięci. Ja o Joannie nic nie wiem. Czy mógłbyś mi o niej opowiedzieć? – spojrzała na mnie ogromnymi, pięknymi oczami.
- Tak... tak. Opowiem Ci. – I zacząłem. Było to bolesne dla mnie. Ale co Hana winna? Początkowo nieskładnie, a potem potoczyła się moja opowieść o tej wspaniałej, pięknej i cudownej dziewczynie. Opowiedziałem jaka była radosna, piękna, o szermierce, o jej zainteresowaniach, o tym, jak lubiliśmy ze sobą przebywać. O jej nadziejach i marzeniach. Z portfela wyjąłem jej zdjęcie, które zawsze ze sobą noszę i pokazałem Hanie. –„Piękna” – szepnęła Hana. I powiedziałem, jak bardzo mi jej brakuje. Potem opowiedziałem, jak po śmierci Asiulki zacząłem się spotykać z Milenką, która była jej koleżanką. Kiedy skończyłem, Hana powiedziała:
- Bardzo ją cały czas kochasz. Ona nie odeszła, ona żyje w Tobie... A jak odeszła?
Cała ta opowieść o Asi sprawiała mi ból, ale po tym pytaniu po prostu łzy popłynęły mi z oczu. I wtedy coś we mnie puściło. Wróciły koszmarne chwile. Nie wiem, jak to z siebie wydusiłem, ale powiedziałem Hanie po prostu wszystko – jak zakochałem się we własnej siostrze, tak, jak kocha się kobietę, a nie siostrę, jak bardzo, bardzo było nam razem dobrze, jak spaliśmy ze sobą, jakie to było złe i tragiczne i jak w ten sposób doprowadziłem ją do śmierci. I jak bardzo cierpię, bo zrujnowałem najukochańszej dla mnie istocie życie, psychikę i w ten sposób zabiłem. Jak próbowałem potem sam się potem zabić. I powiedziałem jej o Milence, że wie o tym wszystkim, że uratowała mnie i dzięki niej jeszcze żyję, i jak bardzo ją, Milenkę kocham, i że ona mnie kocha i opiekuje się mną.`
Hana słuchała mnie z przejęciem. Nie była przygotowana chyba na aż tak straszną, mroczną prawdę. Skończyłem.
- Marcin, chodźmy stąd – nagle powiedziała i pociągnęła mnie za rękę.
Wyszliśmy z cmentarza. Hana cały czas mocno trzymała mnie za rękę. Byłem jej wdzięczny, że nic nie mówiła, nie próbowała mnie pocieszać. Nienawidzę tego.
Poszliśmy do parku. Ochłonąłem trochę i powiedziałem:
- Przepraszam, Hana. Nie powinienem Ci tego wszystkiego opowiadać.  
- To było. Jest zamknięte. Żyjemy tu i teraz. Nie trzeba więcej słów. Dobrze się stało, że to wyrzuciłeś z siebie. Będzie Asia żyła teraz i we mnie. Patrzysz na to przez swój ból. Spójrz na to inaczej – ona była spełniona. Chciałabym mieć dla kogo umrzeć. Chciałabym być na jej miejscu.
Nie zrozumiałem tego, co Hana powiedziała. Muszę to przemyśleć. Szliśmy w milczeniu ulicą, potem skręciliśmy do parku. Hana przylgnęła do mojego ramienia, oparła głowę. Długo nic nie mówiliśmy. Znaleźliśmy się w alejce, prowadzącej do naszej (to znaczy mojej i Milenki) ławeczki ukrytej w krzakach, nad jeziorkiem. Tam można było spokojnie posiedzieć, poza zasięgiem ludzkich oczu i obserwować kaczuszki. Lubiliśmy tam z Milenką chodzić, żeby się wyciszyć. Zaprowadziłem Hanę na tą ławeczkę.
- Ładnie tu – powiedziała Hana. - Jak w ogrodach w starym Edo. Wszystko jest na miejscu. I piękne ptaszki.  
- Kaczuszki.
- Kaczuszki. Nie znałam tego słowa.
Siedzieliśmy w milczeniu. Hana cały czas trzymała mnie za rękę i głaskała moją dłoń.
- Hana, Ty wiesz już teraz o mnie dużo... wszystko... o nas – o Milence, o mnie. Natomiast tak naprawdę ja o Tobie wiem, że jesteś prawdomówną, piękną, współczującą i serdeczną kobietą, ale nic więcej. Czy opowiesz mi o sobie? Na pewno masz w Japonii masę kumpli, fajne, ciekawe życie, może chłopaka, który czeka na Ciebie, przyjaciółki w szkole...
Hana drgnęła. Opuściła głowę, oczy zasłoniła długimi, pięknymi rzęsami.
- Marcin... nasza natura ma to w sobie, że nie jesteśmy wylewni. Nie potrafię... mówić o sobie...
- Hana, rozumiem. Nie musisz mówić. Nie jesteś dzieckiem. Zapytałem, bo czuję się Twoim przyjacielem. Chciałbym Ciebie lepiej poznać... Dlatego tylko pytam. Przepraszam, jeśli Ciebie uraziłem...  
Hana długo milczała.
- Ja... ja jestem jeszcze prawie dzieckiem... Marcin, Ty mi opowiedziałeś o sobie... o siostrze... serce mi się rozdarło, bo cierpisz... Budda wskazał drogę... miłości... mnie bardzo zależy na Twojej miłości... przyjaźni. Nigdy nie próbowałam jeszcze mówić o sobie... Dobrze... Marcin, wiesz kto to jest „gaijin”? A „gaikokujin”? A „ha-fu”? To ja. Ja jestem w mojej ojczyźnie gaijin, gaikokujin, ha-fu. W Japonii to słowa, aby w wygodny sposób powiedzieć, że ktoś nie jest Japończykiem. Japonia jest krajem monokulturowym. Tam albo jesteś Japończykiem, albo nie. Dzieci z rodzin mieszanych nie są Japończykami. I nigdy nie będą.
Wychowywałam się w Japonii i od najmłodszych lat wiele razy słyszałam jak określano mnie jako gaijin. Nie jest to obraźliwe, ale podkreśla, że jesteś inny. Obcy. Często też wołali za mną gaikokujin, czyli obcokrajowiec, człowiek z innego kraju. Dlatego, że inaczej wyglądałam. Dlatego, że miałam mamę nie-japonkę. Nie dotyczy to tylko mnie – jest to w naszym kraju problem dzieci z rodzin mieszanych. Oni, w oczach społeczeństwa, nie są do końca Japończykami. I nigdy nie będą. Odczuwałam to od dzieciństwa. Dzieci mnie nie wyśmiewały, ale dawały mi odczuć, że jestem inna. Miałam koleżanki, ale nie przyjaciółki. Ponieważ jestem niebrzydka, kiedy podrosłam, zaczęli mnie nazywać ha-fu. Wiesz, kim są ha-fu? To zwykle dzieci pochodzące z mieszanych małżeństw, w których Japończyk związał się z gaijinką lub odwrotnie; obejmuje te dzieci, które są uważane są za ładne lub wyróżniające się pod jakimś względem, zwykle pozytywnym. Są w naszym kraju traktowane trochę jak maskotki, lalki, które trzyma się na półkach za szkłem po to, aby ozdobić sobie pokój. Takie zabawki, które są ładne, ciekawe albo dziwne, i którymi możesz się pobawić, pooglądać, zabawić się ich kosztem, czasem wykorzystać seksualnie, ale których nie traktuje się poważne, równorzędnie. Takie „dziwadełka”, „dziwolągi”, nawet jak nie mają szczególnego talentu, czasem zostają modelkami, aktorkami, celebrytkami, ale nikt nie myśli o nich poważne - nie jest to materiał na żonę czy przyjaciela. Bo to dziwoląg. I to ja jestem takim dziwolągiem w moim kraju. I będę już przez całe życie. Owszem, mam koleżanki z klubu polskiego, ale one to też gaikokujin, a w najlepszym przypadku ha-fu. Owszem, tata widział i widzi ten problem, tatuś jest dobrym człowiekiem, od dzieciństwa wychowywał mnie w duchu wojowniczki, twardości, poświęcał mi czas „wciągając” w swoje pasje, jak ceremonia herbaciana czy inne, dla których się poświęca. Ale moim jedynym przyjacielem była mama, póki żyła. Teraz zostałam sama. Dlatego Twoje pytanie o przyjaciół czy chłopaka było dla mnie... very strange... jak to się po polsku mówi? aha, dziwne. Nie, nie mam chłopaka. Nie mam przyjaciół. I nie miałam. Bo ja jestem gaijin, ha-fu.
Zrobiło mi się jej żal i poczułem wstyd, że zapytałem. Chciałem cos powiedzieć, ale ona kontynuowała:
- Kiedy niedawno przyjechałam do Polski, byłam przygotowana, że tu będzie tak samo – będę gaijin, a w najlepszym przypadku ha-fu dla Polaków. Bo mam tatę Japończyka. Nie znałam Polski. I po kilkunastu dniach pobytu trafiłam, dzięki zdarzeniu z portfelem, na Was. Byliście od pierwszej chwili tacy serdeczni i otwarci, że wierzyć mi się nie chciało, że dla Was nie jestem dziwolągiem. Ale to była prawda. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że nie jestem gaijin, ha-fu. Nagle byłam... „normalna”. I nagle zaczęłam mieć naprawdę, NAPRAWDĘ fantastycznych przyjaciół – Marcin, nawet nie wiesz, kim Wy z Milenką dla mnie jesteście! Ja dla Was chciałabym zrobić wszystko, ja Was bardzo, bardzo kocham... Marcin... czy rozumiesz teraz? Jestem szczęśliwa. Dzięki Wam. Tyle macie dla mnie serdeczności, to niespotykane w moim kraju... poznałam Twoją mamę i tatę, Waszych przyjaciół i kolegów, i nigdzie, ani przez chwilę nie odczułam, że nie jestem równorzędna, że jestem inna, obca. To dla mnie nieprawdopodobne i fantastyczne. Ja Ciebie... Was... bardzo kocham.  
Przytuliłem ją mocno do siebie. Siedzieliśmy tak przez kilka minut.
- Marcin, pocałujesz się ze mną? – spytała, patrząc mi w oczy.
- Co? Ale... – całkowicie mnie zaskoczyła.
- Marcin, proszę. Pocałuj się ze mną. Proszę. – I Hana zbliżyła do mnie swoją przepiękną twarz, przymknęła oczy i nagle poczułem jej drżące usta na swoich. Pocałowałem ją szybko i odsunąłem usta.
- Marcin, ja... ja.. pocałuj się ze mną. Proszę...  
Objęła oboma rękami moją głowę i ustami wpiła mi się w moje usta. Przylgnęła do mnie swoim ciałem. Poczułem jej piersi. Jędrne, ciepłe. Nasze języki zetknęły się ze sobą... najpierw delikatnie, a potem coraz mocniej. Hana trzymała moją głowę... Objąłem ją. Nasze języki rozpoczęły taniec... smakowała cudownie... Uświadomiłem sobie, że marzyłem o tym, żeby się z nią całować. Była taka świeża, pachnąca, piękna. Całowała się mocno, łapczywie, jakby bała się, że zaraz się to skończy. Brakowało mi oddechu, a ona nie dawała mi odetchnąć, tylko mocno wpijała się w moje usta... świat mi wirował, wtuliłem ręce w jej piękne, mocne włosy, i całowaliśmy się, bez ustanku, wciąż i wciąż... Była bardzo spragniona mnie, pocałunków. Czułem to. Czułem jej udo obok mojego, jej ciepło, jej podniecenie... Sam w jednej chwili bardzo się podnieciłem, miałem erekcję, spodnie się napięły w kroczu, a ona nie przestawała całować się ze mną. To był już huragan – niebiański huragan... nie wiedziałem, gdzie jestem ani co się dzieje. Czułem jej penetrujący moje usta język... Odpowiadałem tym samym. Miała cudowny smak. Nie wiem, ile to trwało, ale bardzo, bardzo długo... w pewnej chwili poczułem, że dotyka mojej ręki, delikatnie ją pociągnęła i położyła na wewnętrznej stronie swojego uda. Miała aksamitną, bardzo delikatną skórę i mocne, wysportowane ciało. I swoją ręką przesunęła moją w górę, pod sukienkę... poczułem jej majteczki, jej krocze... majteczki były wilgotne... A ona przerwała te natarczywe, ciągłe pocałunki i teraz całowała się powolutku, znów jej usta drżały. Trzymała moją rękę. Palec jej na moim. Pociągnęła mój palec pod majteczki, i nagle, mój i jej palec, razem, znalazły się w czymś mokrym, cieplutkim, bardzo delikatnym. Mój i jej paluszek zaczęły razem pieścić nabrzmiały guziczek w jej cipce, ale po chwili wyjęła swoją rękę i trzymała tylko moją, delikatnie jej ruchami kierując. Pieściłem ją bardzo delikatnie, z uczuciem. Przestała mnie całować w usta, mogłem złapać oddech... całowała mój nos, moje oczy, szyję... Też delikatnie, z wielką czułością. A ja cały czas, powolutku ją pieściłem. Jej uda zaczęły drżeć. W pewnej chwili jej brzuch drgnął, uda na chwilę napięły się, Hana jęknęła... Przytuliła głowę do mojej twarzy, czułem jej pachnące włosy... fiołkowy zapach włosów... oddychała szybko i drżała... a ja wciąż bardzo delikatnie, z uczuciem pieściłem jej muszelkę w środku. Zrobiło się bardzo, bardzo mokro. Hana delikatnie ścisnęła uda, rozchyliła, a potem wyjęła moją rękę spod swojej sukienki. Wtuliła się we mnie. Jej oddech był coraz spokojniejszy. Siedzieliśmy tak kilka minut. Przymknąłem oczy. Miałem w ramionach moje marzenie. Przytulone, cieplutkie, kochane. Było to niesamowite. Nagle poczułem jej palce na moim kroczu, na moim nabrzmiałym fallusie. Położyła rękę na suwaku.
- Hana, nie... proszę, jesteśmy w parku, Hana... to nie jest dobre miejsce i czas...
Przekręciła głowę i znów spojrzała mi w oczy.
- Dobrze, przepraszam. Marcin... kocham Ciebie i bardzo pragnę...
- Hana, tak nie można.  
- Marcin, ja bardzo chcę się z Tobą kochać. A Ty, Ty chcesz?
- Tak... to znaczy nie. Hana, tak nie wolno. Milenka... Kocham Milenkę...
- Wiem. I wcale nie chcę, żebyś jej nie kochał. Chcę, żebyście byli ze sobą. Wiem, widzę, jak bardzo się kochacie. Jeśli chcesz, powiem jej, co się między nami stało... ona też Ciebie kocha, zrozumie...
- Hana, nie. Tak nie można. To niemożliwe...
- Marcin, ja Ciebie też kocham i bardzo Ciebie pragnę, ale za nic nie chcę skrzywdzić Milenki, bo ją tak samo kocham jak i ciebie... Rozumiesz?
- No... nie. Hana, chodźmy – wziąłem jej rękę i zacząłem wstawać z ławki.
- Marcin... bardzo chcę Twoich pocałunków i czuć Twój dotyk. Ale te bardzo chcę, żebyś kochał Milenkę... Należycie do siebie. Nie wiem, jak Ci to wytłumaczyć... Nie potrafię.
- Chodźmy. – Energicznie wstałem z ławki. Hana też podniosła się, poprawiła sukienkę, wzięła mnie za rękę, stanęła naprzeciwko mnie i powiedziała:
- Proszę, jeszcze mnie pocałuj, tak... przez chwilę – i znów zbliżyła swoje usta do moich. Znów poczułem jej drżące wagi na moich. Nie miałem siły odmówić. Pocałowaliśmy się. Potem delikatnie ją odsunąłem.
- Wracamy – powiedziałem.
- Dobrze – uśmiechnęła się. Ale jeszcze lody. Chciałeś iść na lody. Teraz pójdziemy, dobrze? Te z szarlotką. Dobre. Jest jeszcze trochę czasu. Proszę.
- Dobrze.
Trzymając się za ręce szliśmy w stronę kawiarni. Hana co pewien czas kładła mi głowę na ramieniu. Patrzyła tym swoim wzrokiem w moje oczy. Była piękna.
Boże, jak trudno zrozumieć, co ma w głowie ktoś wychowany w innej kulturze. W innej galaktyce. I jak ja teraz spojrzę w oczy Milence? Sprawy bardzo się skomplikowały.  

Jeździcie na motocyklu? Jeśli nie, musicie spróbować. Nie chodzi o żadne głupoty, takie, jak ściganie się „szlifierką” po drogach publicznych z szybkością 250 km/h, a potem zdrapywanie twoich zwłok z asfaltu. To dobre dla bezmózgich samobójców. Motocyklizm to zupełnie co innego. To filozofia i Droga.
Jadąc samochodem, jesteś zamknięty w metalowej puszce, słuchasz radia, rozmawiasz przez telefon, palisz, możesz oderwać wzrok od drogi, jeść hamburgera, dać dziewczynie całusa... Na motocyklu jest zupełnie inaczej. To rodzaj treningu uważności, kontemplacji. Musisz być „tu i teraz”. Jedziesz, asfalt jest 10 cm od Twoich nóg. Czujesz wiatr, możesz niemal dotknąć wszystkiego, co mijasz. Zapachy. Każda nierówność. Zajęte są wszystkie Twoje kończyny – prawa ręka – manetka gazu i „klamka” hamulca, lewa – sprzęgło, obsługa kierunkowskazu, klaksonu, elektroniki, prawa noga – hamulec tylny, lewa noga – zmiana biegów. Zaangażowane całe ciało. Masz stałą uwagę skierowaną na drogę. Każdy zakręt jest wyzwaniem. Apex, przeciwskręt, pochylenie w zakręcie i dodanie gazu w odpowiednim momencie... Twoje oczy ciągle analizują drogę, by wypatrzeć zagrożenie, umysł wciąż analizuje prędkość, rodzaj nawierzchni. Nie możesz oderwać wzroku nawet na chwilę. Rozumiesz teraz? Motocykl wymaga stałej uwagi skupionej dokładnie na tym, co robisz, w każdej chwili. Nie rozpamiętujesz, co było chwilę temu, nie myślisz, co będzie za chwilę. Wciąż jesteś w chwili bieżącej. Uważność. To jak trening zen. To jest zen. Przeczytaj Pirsinga „Zen i sztuka obsługi motocykla” albo Gibasa „Motocyklizm. Droga do mindfulness”, obejrzyj film „Easy Rider” lub „Gang Dzikich Wieprzy” – zobaczysz, że motocykl to wolność, radość i uważność. I niebezpieczeństwo – tu nie chroni Ciebie „strefa zgniotu”, zderzaki, nie ma pasów bezpieczeństwa. To jest NIEBEZPIECZNE. I to jest piękne. A jeśli sam spróbujesz, to „dotkniesz” nieba... Ale ostrzegam: motocyklizm uzależnia!
Mam wiele przyjaciółek i przyjaciół – bikerów (motocyklistów), w skórzanych kurtkach, ciemnych kaskach, na pięknych, chromowanych maszynach. Dziewczyny na motocyklach są niezwykłe – nie znam żadnej, która nie miałaby w sobie tego „czegoś”, co przyciąga. Drobna kobieta na 300 kilogramowej, potężnej, silnej jak traktor maszynie. To jest widok! Asia lubiła ze mną jeździć na motocyklu, chciała zrobić uprawnienia i sama mieć swojego, chromowanego, stalowego rumaka... Motocyklizm to romantyzm – jak ostatni kowboje na Dzikim Zachodzie. To jest PRAWDZIWY motocyklizm.
Ja kocham mojego „Bonnie”. To nie jest zbiór skręconych metalowych części, kółek, elementów. „Bonnie” to mój przyjaciel. Triumph Bonneville. Wielu bikerów wierzy, że niektóre motocykle mają „dusze” i osobowości. Mój „Bonnie” na pewno ma. I jeśli popełnię samobójstwo, a zrobię to prędzej czy później (sorry, Lauro), to „Bonnie” odejdzie ze mną. Bo mamy wspólną duszę.
Postanowiłem jechać na seminarium, na które zaprosił mnie pan Sano, moim Triumphem. Do sakw (toreb za siodłem) spakowałem swoje rzeczy, bieliznę, gi (strój treningowy). Na siebie - skórzana kurtka, rękawice, buty, czarny kask bez malunków. Jeśli na ulicy zobaczycie czarno-srebrnego, chromowanego Triumpha, a motocyklista będzie miał z tyłu, na czarnej, skórzanej kurtce wyhaftowany indiański łapacz snów i głowę wilka – to będę ja. Pomachajcie mi – na pewno też pomacham Wam. Pamiętacie „Top Gun”, jak Tom Cruise ścigał się motocyklem z samolotem, jadąc wzdłuż lotniska? Kiedy silnik mojego „Bonnie” mruczy basowo, ja jestem tym wszystkim – samolotem, Tomem Cruisem, niebem, lotniskiem... jestem Buddhą! Jestem wszechświatem!
Przed wyjazdem poczytałem w internecie o panu Sano. Na szacownej, brytyjskiej stronie na temat japońskich sztuk walki pan Sano był wymieniany w gronie najlepszych, bardzo szanowanych współczesnych nauczycieli i mistrzów. Przeczytałem, że ma dany (wysokie stopnie mistrzowskie) w kilku dziedzinach, począwszy od walki mieczem (kenjutsu), strzelanie z łuku (kyudo) aż po walkę wręcz (jujitsu). Ma od lat własną szkołę bujutsu (tradycyjnych sztuk walki) w Japonii. Jest to nieduża, bardzo elitarna szkoła, która szkoli w sztukach walki samurajów, począwszy od strzelania z łuku, poprzez walkę mieczem, walkę wręcz na polu walki. Przyjmuje tylko wybranych, najlepszych adeptów. Podobnie seminaria organizowane przez sensnei (nauczyciela, mistrza) Sano – również elitarne, bardzo cenione przez adeptów sztuk i sportów walki. Nieczęsto organizowane, zwykle tematycznie poruszające określone aspekty treningu, z małą liczbą uczniów. Ostatnio w Europie – nie było to dziwne, bo przecież pan Sano pracował teraz w Polsce. Każdy chciałby na nie się dostać, ale tylko nieliczni, i to zwykle najlepsi, „zdobywali” zaproszenie po akceptacji przez mistrza Sano. I takie zaproszenie miałem ja – w dodatku za darmo.
Wyruszyłem wczesnym rankiem, rozkoszując się jazdą na motocyklu. Wkrótce dotarłem na miejsce. Z dala od szumu miast, głęboko w lesie, znajdował się rozległy teren, należący do Związku Karate, na którym było kilka dojo (sal treningowych), różnych innych obiektów i bungalowów do spania dla trenujących. Doskonałe miejsce na treningi – świeże powietrze, cisza, las, bez ciekawskich oczu, sprzyjające ciężkim treningom, kontemplacji i odpoczynkowi.
Na recepcji zarejestrowano mnie, dostałem program seminarium po angielsku, książkę Daniela Gonzaleza „Sztuka treningu mentalnego” – były w kilku językach, pamiątkową koszulkę i wskazano mi pokój. Dowiedziałem się, że zaproszono tylko kilkanaście osób, każdy ma własny pokój, a śniadanie właśnie się kończy. Spotkanie w dużym dojo miało się rozpocząć za godzinę. Poszedłem do sali jadalnej, ale już prawie nikogo nie było. Zjadłem, potem przeparkowałem motocykl pod długi bungalow, w którym był również mój pokój, zabrałem rzeczy z sakw i poszedłem do pokoju, żeby ubrać się na trening.
Pokoik był nieduży, wyposażenie spartańskie. Czyściutko. Na podłodze leżały maty (tatami). Do siedzenia dwie poduszki zwane zabuton. Przy ścianie zataku - niski, mały stolik. Na nim niewielka lampka elektryczna, bloczek kartek, coś do pisania, malutki posążek Buddhy z ręką w geście błogosławieństwa. Obok tansu – bambusowa skrzynia na rzeczy. Nad stolikiem – kakemono (zwój powieszony na ścianie) z piękną japońską kaligrafią. Spróbowałem odczytać: „Po co się martwić o życie? Spójrz na wierzbę nad rzeką. Stoi tam patrząc, jak przepływa woda...”. Przesuwana ściana (shoji) do maleńkiej łazienko-ubikacji. Spanie było na podłodze, żadnego łóżka – tylko futon. Futon to japońskie posłanie - składa się z twardego materaca (shikibuton), kołdry lub pledu (kakebuton) i wypełnionej ziarnami poduszki (makura). Na drugiej ścianie szafa do chowania futonu a w niej futon tataki – taka bambusowa trzepaczka używana do trzepania materaca. Wielkie okno, bez zasłon, za którym był blisko las i niebo. Tyle.
Kiedy przebierałem się, wypadł mi portfel, a z niego moneta pięć jenów ze złotą wstążeczką. Upadła na futon. Zdziwiony schowałem ją z powrotem. Znak odmiany losu? Talizman coś mi chce powiedzieć... – uśmiechnąłem się do siebie. Nie przypuszczałem nawet, że od tej pory zdarzenia potoczą się lawinowo...
Powoli poszedłem, ubrany w białe gi (strój treningowy) i zori (klapki ze słomy, używane przez adeptów sztuk walki) w stronę dojo. Korytarze miały japoński wystrój, na ścianach portrety dawnych mistrzów, broń, w niszach bonzai. Klimatycznie.
Seminarium było krótkie – dwudniowe. Bardzo intensywne – po 12 godzin dziennie. Z programu dowiedziałem się, że tematem pierwszego dnia była praca nóg z sensei Tanaka, potem zaawansowany trening mentalny z sensei Gonzalezem, a potem trening technik z sensei Sano. Drugi dzień miał być w całości poświęcony treningowi technik. Wyjazd – kolejnego, trzeciego dnia rano, po śniadaniu. Ale można było zostać, organizatorzy nawet zachęcali - pokoje trzeba było opuścić do końca trzeciego dnia. Czyli można było mieć „dzień dla siebie” - odprężyć się, pochodzić po lesie, pomedytować, albo samemu potrenować w komfortowych warunkach pięknego dojo.
Mógłbym na wiele stron opisywać to seminarium – było, z mojego punktu widzenia, fantastycznie zorganizowane, nauczyłem się w tym krótkim czasie bardzo wiele. No super. Ale nie to jest przedmiotem tego szkicu.
Kiedy już wszyscy byliśmy w dużym, pięknym dojo wyłożonym doskonałej jakości matami, z trybunami teraz pustymi (można tu organizować turnieje) rozejrzałem się wokoło. Nie znałem innych uczestników, rozpoznałem tylko jednego z nich – był to Polak, trzykrotny mistrz świata w karate shodokan. Nie znałem go osobiście, tylko ze zdjęć w internecie. Potem dowiedziałem się, że wśród uczestników było kilku znanych zawodników i mistrzów różnych sztuk czy sportów walki z kilku europejskich krajów, głównie z Niemiec, Francji i Włoch.  
Nagle rozległ się gong, ustawiliśmy się w szeregu na tatami, i do dojo wszedł pan Sano. Był ubrany w białe gi, miał czarny pas... Niby ta sama twarz, którą znałem, ale tym razem surowa i wymagająca, dumna - był to wojownik japoński, mistrz sztuk walki. Nowa dla mnie twarz pana Sano.
Po tradycyjnych ukłonach, seiza i skupieniu pan Sano nas oficjalnie powitał. Mówił po angielsku. Krótko przedstawił program seminarium a potem powiedział:
- Nie będę mógł być z Wami na wszystkich zajęciach, ale będzie z Wami przez cały czas mój pomocnik, najzdolniejszy wychowanek, mistrz i instruktor, i do niego możecie zwracać się ze wszystkimi sprawami. Zapraszam – powiedział i odwrócił się w kierunku wejścia. Drzwi dojo otworzyły się i mało nie zemdlałem z wrażenia – zobaczyłem... Hanę! Była ubrana w białe gi, przewiązane czarnym pasem. Zdjęła zori, złożyła pokłon przed wejściem na matę, potem podeszła do ojca, złożyła mu pokłon, a potem nam.
- Przedstawiam Wam sensei Sano Mei, moją córkę i następczynię – mam nadzieję, że w przyszłości, kiedy nie będę miał już tylu sił, przejmie prowadzenie naszej rodzinnej szkoły walki. Niech Was nie zmyli jej wygląd - mimo młodego wieku, jest doświadczonym mistrzem sztuk walki. O jej kompetencjach niech świadczy, że sensei Sano Mei posiada czarny pas w aikijutsu, drugi dan w okinawskim tradycyjnym karate, pierwszy dan w kenjutsu oraz pierwszy dan w jujitsu. Trenuje od czwartego roku życia. Jest też zwycięzcą akademickich mistrzostw Japonii w jujitsu z zeszłego roku. Sensei Sano Mei będzie mnie wspierać w treningach technicznych. Jest wojownikiem i odzwierciedla zasady naszej szkoły - Sano Mei-san jest szybka jak wiatr, spokojna jak las, gwałtowna jak ogień, i twarda jak skała...
- Osu, sensei! – krzyknęła Hana, ukłoniła się ojcu i stanęła obok niego w lekkim rozkroku, z rękami zaciśniętymi w pięści. To rzeczywiście ta sama, moja Hana?!? Ta delikatna, cudowna dziewczyna? Nie mogłem się nadziwić. Ale zaskoczenie! Nawet pary z ust nie puściła! A przecież jest mistrzem, instruktorem, zawodnikiem... W białym gi wyglądała przepięknie – jej czarne piękne włosy i cudowne oczy powodowały, że wyglądała jak jakaś japońska bogini wojny, która zstąpiła na ziemię... Oczyma zlustrowała stojących przed nią adeptów, odnalazła mnie wzrokiem i puściła do mnie oko, przez chwilkę uśmiechając się. Chyba dlatego, że musiałem mieć „kocią mordę”, tak byłem zaskoczony. Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego tak bardzo interesowała się moim judo... I rzeczywiście, dobrze powiedział jej ojciec – kiedy trzeba, Hana jest szybka jak wiatr, spokojna jak las, gwałtowna jak ogień, i twarda jak skała... taka jest w życiu... to odzwierciedla jej charakter... i dodałbym – piękna, jak bogini z mitologii japońskiej...
Potem rozpoczęły się zajęcia. W czasie treningu pracy nóg, sensei Tanaka poprowadził nas przez koncepcję poruszania się w czasie walki na tatami, tak w obronie, jak i w ataku. To ważne dla wielu dziedzin budo i bujutsu, bo poruszanie się to najważniejszy, a niedoceniany element. Bardzo dużo skorzystałem. Poszczególne elementy sensei pokazywał i objaśniał, a my mieliśmy ćwiczyć w parach. Można było dobrać się dowolnie. Hana od razu pierwsza podeszła do mnie, ukłoniła się z uśmiechem i od tej pory ćwiczyliśmy razem. W pewnym momencie szepnąłem jej do ucha:
- Czemu nic nie mówiłaś? To niesamowite! Nie wiedziałem, że jesteś mistrzynią i instruktorem sztuk walki!
- Ciii... etykieta dojo, nie wolno rozmawiać... – odparła szeptem – nie mówiłam, bo nie było to potrzebne. A z resztą, co by to zmieniło? A teraz nie mówmy, tylko ćwiczymy. Osu, Marcin-san... moje słoneczko.
Po pracowitym poranku przyszedł czas na trening mentalny. Instruktorem był Daniel Gonzalez – światowej sławy trener osobisty, ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa, posiadacz czarnego pasa w brazylijskim jujitsu. Uczył nas bardzo ciekawych technik relaksacyjnych, oddechowych, afirmacji, wiary w siebie, kontroli gniewu, podejścia do zwycięstwa i porażki, kontroli strachu... To było świetne.
Potem był obiad. Hana siedziała przy stole razem ze swoim tatą, sensei Tanaką i Gonzalezem. Nic dziwnego – była instruktorem. Ja – na uboczu, w kącie sali, przy wolnym stoliku.
Po obiedzie przyszedł czas na trening techniczny. Techniki demonstrowali instruktorzy - pan Sano lub Hana. Ćwiczyliśmy bardzo zaawansowane uniki, chwyty, uderzenia, dźwignie, rzuty, podcięcia itp. Rewelacja! Ćwiczyłem w parze oczywiście z Haną. Trening polegał na tym, że wykonywało się wcześniej pokazywaną technikę, ale markowało zakończenie, bo zakończeniem powinna być... śmierć przeciwnika lub przynajmniej obrażenia eliminujące go z walki. Okazało się, że pan Sano nie przesadzał – Hana była doskonała technicznie. Fantastycznie rozciągnięta – szpagat poprzeczny robiła bez problemu. I te niuanse techniczne – drobne ruchy nadgarstka, sposób układania ręki czy stopy – i leżałem jak długi. Teraz dopiero zobaczyłem, co to są sztuki walki. Ja, ćwicząc sportowe judo, nie miałem z nią żadnych szans, mimo, że miałem czarny pas i sukcesy w zawodach. Ona ćwiczyła tradycyjne techniki, co tu dużo mówić – zabijania na polu walki w każdy możliwy sposób (dla wyjaśnienia: jujitsu wywodzi się z technik zabijania, również gołymi rękami, po stracie miecza na polu walki; judo, które ćwiczę, wywodzi się z jujitsu, ale jest sportem – wyeliminowano wszystkie najbardziej niszczące i zabijające techniki – a teraz z Haną miałem okazję je poznawać). Miała je opanowane na poziomie mistrzowskim. Po godzinie treningu z nią byłem pełen uznania i szacunku dla jej umiejętności – była po prostu doskonale wyszkoloną techniczne, ludzką maszyną do zabijania!
Kiedy wieczorem trening się skończył, po wyjściu z dojo Hana podeszła do mnie i szepnęła:
- Bardzo Ci dziękuję za wspólny trening. Marzyłam, żeby z Tobą ćwiczyć. Niestety, chciałabym być teraz z Tobą, iść na spacer, ale zaraz muszę z tatą udać się na uroczystą kolację z Gonzalezem-san i Tanaką-san. To potrwa...  
- Okey, ale i tak spędziliśmy razem dzisiejszy dzień! – powiedziałem.
Byłem zmęczony. Kiedy zjadłem, umyłem się i rzuciłem na futon. Prawie natychmiast zasnąłem.
Rano poszedłem na śniadanie i pan Sano zaprosił mnie do swojego stolika, gdzie też siedziała Hana. Tanaki i Gonzaleza już nie było – wyjechali, byli tylko w pierwszym dniu. Byłem zachwycony seminarium i mu to powiedziałem. Machnął ręką, jakby opędzał się od muchy. Powiedział, że obserwował mnie na sali i widzi we mnie wielki potencjał. Taki komplement od cenionego w świecie mistrza – do dopiero coś! A Hana kiwała głową i życzliwie się uśmiechała. Widziałem, że inni uczestnicy seminarium, siedzący przy innych stolikach, zerkają na mnie nie rozumiejąc, kim jestem – byłem w tak dobrej komitywie ze światowej sławy instruktorem i jego córką.
Dzień znów upłynął mi na ćwiczeniach technik. Dla mnie – nieocenione doświadczenie, zwłaszcza, że ćwiczyłem z mistrzynią, czyli Haną. Dzięki jej objaśnieniom i ćwiczeniu z nią nauczyłem się bardzo dużo. Wieczorem, kiedy pan Sano zakończył seminarium i nas pożegnał, z przyjemnością poszedłem do pokoju, by odpocząć. Hana szepnęła mi, że ma jeszcze trochę pracy jako organizator, i musi tacie pomóc, ale potem mnie znajdzie w pokoju i spędzimy trochę czasu razem.
Wróciłem do pokoju. Za oknem wiał wiatr, ciemne chmury zasnuły niebo. Zbierało się na burzę. Wyszedłem i postawiłem motocykl pod wiatą, wróciłem do pokoju. Byłem senny, czekałem na Hanę. Jutro miała rano wracać z tatą samochodem. Ja miałem wrócić moim „Bonnie”. Patrząc, co dzieje się za oknem pomyślałem, że nawet nie będziemy mogli iść na spacer...
Zdrzemnąłem się. Obudziło mnie skrzypnięcie drzwi. Było już po zmroku, za oknem było ciemno, szumiały krople uderzające o parapet i dach.  
Otworzyłem oczy. W drzwiach stała Hana. Dostrzegłem, że jest boso i tylko w koszuli nocnej – przyszła chyba prosto ze swojego pokoju. TYLKO w koszuli – w świetle padającym z korytarza prześwitywał pod cienkim materiałem zarys jej nagiego, pięknego ciała. Zamknęła drzwi od pokoju. W pokoju był półmrok. Dostrzegła, że spałem i teraz otworzyłem oczy.
- Bardzo Ciebie pragnę – powiedziała szeptem. I opuściła w dół koszulkę nocną, w której do mnie przyszła. Bez dalszych, niepotrzebnych słów. Stała teraz przede mną całkiem naga. Na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, a niebo co i raz rozświetlały błyskawice. W ich świetle widziałem zarys jej cudownego ciała. Silnego, ale delikatnego. Dziewczęcego, ale dojrzałego. Była jak młoda pantera – silna i niebezpieczna, ale piękna, dzika i nieprzewidywalna. Mój organizm zareagował natychmiast – poczułem olbrzymią erekcję, która niemal rozdarła bokserki, w których leżałem. Ja też pragnąłem jej z całej siły, całym sobą, sercem, ciałem i umysłem...
- Hana, ale... przecież Milenka... nie możemy... – chciałem jej powiedzieć, powstrzymać, chociaż tak bardzo jej pragnąłem, ale ona przykucnęła koło mnie i położyła mi paluszek na ustach.
- Nic nie mów. To ja będę Ciebie kochać. Bardzo chcę to zrobić.  
Powolutku ściągnęła ze mnie koc, którym byłem przykryty, położyła się koło mnie, przysunęła się do mnie i wtuliła. Zamknęła oczy. Cała drżała. Ja też. Jej cudowne ciepło. Zapach jej ciała... fiołków. Tak pachniała. Inaczej, niż Milenka. Ale znałem ten zapach. Skąd?... Z ławki, gdzie były kaczuszki... Delikatnie zacząłem głaskać jej aksamitną skórę na ręce. Przestała drżeć, jej oddech stał się spokojny, regularny. Odsunąłem jej cudowne, czarne włosy i delikatnie pocałowałem ją w szyję. Jeszcze bardziej wtuliła się we mnie i ona też odwzajemniła pocałunek - pocałowała mnie w szyję. Czułem jej wspaniałe ciało przy moim. Po kilku chwilach zaczęła przesuwać rękę, w stronę mojego podbrzusza. Delikatnie zsunęła mi spodenki i dotknęła mojego nabrzmiałego, sterczącego penisa. Wstrząsnął mną dreszcz. I wtedy zaczęła go pieścić. Bardzo delikatnie i bardzo powolutku. Zsuwała troszkę napletek, i znów go delikatnie naciągnęła. I tak mijały minuty, mnie zaczęło kręcić cię w głowie, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Całowałem ją we włosy.
Hana, nie przestając mnie pieścić, uklękła obok mnie i pochyliła się nad moim kroczem. Poczułem na brzuchu i na udach muśnięcia jej włosów. Po chwili bardzo delikatne pocałunki na czubku penisa. A potem objęły go jej drżące, gorące i wilgotne usta. Poczułem ciepłe wnętrze jej ust. Jej język dotykał do jego czubka, a głowa wolniutko opadała w dół i potem troszkę do góry. Przesuwała usta w górę i w dół, w górę i w dół, trochę szybciej, a potem mocniej, poczułem też jej ząbki, którymi go dotykała. Jej włosy były rozrzucone na moich udach i brzuchu. I, nie przestając, przesunęła się między moje nogi, ręce włożyła mi pod pośladki i zaczęła sobie pomagać, unosząc je do góry. Miarowo poruszała głową, biorąc go głęboko w siebie - coraz szybciej i głębiej, szybciej i głębiej. Coraz mocniej – czułem co chwila jej gardło i chciałem, żeby to trwało wiecznie, ale mój organizm nie mógł już tego zahamować – poczułem coś w podbrzuszu i nagle wystrzeliłem wprost w jej gardło. Ale ona nie przestała, tylko zwolniła, delikatnie mnie pieszcząc, wyjęła ręce spod pośladków... połknęła wypływający ze mnie biały płyn. Mój penis zwiotczał, zmalał, a ona oderwała od niego usta i położyła mi głowę na brzuchu. Oboje szybko oddychaliśmy.
- Nie bardzo to umiem – wyszeptała Hana – ale starałam się...
Pogłaskałem ją po przedramieniu. Z miłością. Nie spodziewałem się, że to będzie tak. Znów nastąpił błysk i usłyszałem odgłos uderzenia pioruna. Przypomniałem sobie taką samą noc. Była taka sama burza. Wtedy, po raz pierwszy, kochaliśmy się z Asią. Dawno temu. I na początku tak samo. Byliśmy oboje niepewni, nieśmiali, ona robiła to pierwszy raz w życiu. Ufała mi, kochała mnie, a ja nie chciałem jej zranić. Moja kochana Asiulka. Malutka.
- Kwiatuszku, Ty zupełnie kochałaś się ze mną tak, jak Asia... jak Asia pierwszy raz ze mną...  
- Czułam to – powiedziała Hana, głaszcząc mnie po policzku, zupełnie tak, jak kiedyś jak Asiulka, a mnie dreszcz przebiegł po plecach. – opowiadałeś mi o niej. Mówiłam Ci, że wierzymy, że ktoś, o kim się z miłością opowiada, cały czas żyje. Ona żyje we mnie, Marcin. Czuję to. Kocham Ciebie bez pamięci, jak Ona. Bo w mojej miłości jest jej miłość. Nie pytaj, jak to możliwe. Nie wiem. Opowiedziałeś o jej i swoim cierpieniu, kiedy to zrobiliście. Wiem, że ja też będę cierpieć. Ale godzę się z tym. Nie mówmy o tym już więcej.  
Leżeliśmy koło siebie. Ja byłem spełniony, a Hana wciąż delikatnie drżała. Znów wtuliła się we mnie. Ciepła i kochana. Cudowna, najpiękniejsza. Czułem, jak bardzo jestem jej potrzebny, jak bardzo chce się dalej kochać, ale nie wie, czy ja chcę. W świetle błyskawicy zobaczyłem cudowne, pełnie oddania i miłości oczy wpatrujące się we mnie. Jakby niema, nieśmiała prośba. Przytuliłem ją mocno do siebie.  
- Marcin, czy Ty chcesz... kochać się dalej ze mną? – szepnęła.
Nie odpowiedziałem, tylko zacząłem delikatnie głaskać jej małe, cudownie piękne, jędrne piersi. Natychmiast jej sutki nabrzmiały, jakby prosząc o dalsze pieszczoty. Już wiedziała, że chcę. Że jej także bardzo, bardzo pragnę.
- Marcin, czy możesz pokochać się ze mną tak, jak się kochasz z Milenką? Ona mi mówiła, że nikt na świecie nie kocha się tak, jak Ty... Ja... ja chciałabym... bardzo...
- Kocham się normalnie, jak każdy chłopak... – szepnąłem.
„- A więc i o takich sprawach rozmawiają..” – pomyślałem. I w tym momencie uświadomiłem sobie, co ja w tej chwili robię. To... to straszne. Przecież ja naprawdę kocham Milenkę do szaleństwa. A kocham się z Haną. Ale przecież Hanę kocham równie mocno.... Co będzie dalej z nami...
- Kochaj się ze mną, proszę... – usłyszałem.
Hana leżała teraz obok mnie. Spokojna. Oczekująca. Pełna miłości. Naga. Cudowna. Pachnąca, kobieca. Jej ciało było dziełem sztuki. Naprawdę była piękniejsza, niż można sobie wyobrazić. Była doskonała – trudno nawet byłoby sobie wyobrazić tak doskonałe kształty i piękno ciała. Wypukłości, zagłębienia, piersi, brzuch, pępek, biodra, apetyczna, cudowna i podniecająca wydepilowana cipka, długie, niezwykle zgrabne nogi, palce u nóg, wypielęgnowane i pachnące. Bóstwo seksu. Znów aż poczułem ból w pachwinach. Znów mój penis stwardniał. Całe moje ciało pragnęło jej tak bardzo, że aż krew odpływała z mózgu i traciłem poczucie rzeczywistości. Pragnąłem jej tak mocno, jak nigdy niczego w życiu. To były moje Himalaje, nirwana, niebo. Czekało na mnie i mnie pragnęło. Miałem za chwilę kochać się z ciepłą, pachnącą, piękną miłością. Ona chciała mnie. Tutaj, Teraz. Ze wszystkich mężczyzn na świecie ona chciała właśnie mnie. Taka piękna, mądra, kochająca i kochana. Pragnąłem ją całym sobą, duszą, sercem i ciałem – kochać się, kochać, dotykać, całować, pieścić, aby poczuła, że jest dla mnie najważniejsza na świecie, spełnieniem marzeń, miłością mojego życia.
Leżała obok mnie. Ciemnooliwkowy kolor ciała. Włosy kruczoczarne, grube, marzenie każdej kobiety. Anielska, orientalna twarz, nieprawdopodobnie długie rzęsy, skośne, duże oczy, cudowny, niewielki nosek, namiętne, naturalnie czerwone usta – rzeźba boskiego rzeźbiarza. Przesunąłem się i położyłem się koło jej stóp. Miała cudowne stopy – delikatne, niewielkie, szczupłe w kostkach, palce u nóg starannie wypielęgnowane, nieskazitelne. Przytuliłem jej nogi do twarzy. Każdy z jej paluszków u nóg wymagał pocałunku, dotknięcia językiem, pieszczoty. Każdy po kolei brałem do ust i delikatnie pieściłem językiem paluszek po paluszku. Sprawiło mi to olbrzymią przyjemność. Ale i jej – czułem. Potem stopa, pięta, kostka. Każdy mój pocałunek, muśnięcie językiem miało Hanie powiedzieć, jak bardzo kocham jej każdą cząstkę. Hana coraz szybciej zaczęła oddychać. Podniecało ją to. A ja badałem językiem każdą wypukłość na jej kostkach, łydkach, kolanach, podudziach. Wszystko delikatnie, języczkiem. Miała sprężyste, cudowne ciało. Zgięcia nogi w kolanie, tylna część ud. Każdy pocałunek, każda pieszczota miała jej powiedzieć, jak bardzo cenię jej ciało, jak bardzo pragnę, jak pożądam. Dwa pośladki. Seksowne. Apetyczne. Doskonałe w kształcie. Maciupeńkie włoski. Całus przy całusie. Każdy ma powiedzieć, jak bardzo kocham to miejsce. Potem gwiazdeczka wejścia do pupki, początek cipci. Mój język pieścił wejście do pupci, zataczając delikatne koła. Hana nie spodziewała się tego, zachichotała. A potem cudowna cipeńka. Wiedziała, że będę ją tam całował i zastygła w oczekiwaniu. Chyba chciała tego. Włożyłem twarz miedzy jej nogi, a koniuszek języka włożyłem do środka. Pieściłem ją tam językiem... mokro, ciepło, przyjemnie. I mały guziczek przed wejściem w jej głąb. Znałem już go... Teraz język do środka. Do jej środka, do wilgotnej, cudownej, cieplutkiej i mokrej cipci. Delikatnie, ale głęboko, ile tylko język sięgnie w jej głąb. Zadrżała. Zaczęła pojękiwać, a ja poczułem, że nagle w cipci zrobiło się bardzo wilgotno. Złapała mnie rękami za głowę, delikatnie przyciskając do krocza. Bardzo, bardzo chciała, bym to robił dalej. I robiłem. Ale potem, po długim czasie, kiedy przestałem, ona westchnęła. Ale to nie koniec - zacząłem całować jej pachwiny, brzuch, pępek. Dotykałem języka wnętrza pępka, a ona delikatnie się wiła, przytrzymywałem ją za biodra i robiłem to dalej. Pieściłem językiem jej brzuch. I wyżej – piersi. Miała wspaniałe piersi – małe, dziewczęce, ale sprężyste, a sutki sterczały jej, czerwone, rozpalone i proszące mnie o jeszcze. Chwyciłem je leciutko zębami, a potem masowałem językiem. A Hana cichutko pojękiwała. Potem całowałem długie palce, zadbane dłonie. Każdy paluszek pieściłem oddzielnie językiem, ssałem. I ręce – mój język pieścił nadgarstki, przedramiona, łokcie, ramiona, wydepilowane i pachnące pachy, potem szyję, długą i piękną; i twarz – czoło, skronie, skośne, ogromne oczy z długimi rzęsami, teraz zamknięte, najcudowniejsze na świecie, skośne brwi, naturalne, o kształcie, który mógłby być natchnieniem dla artystów, niewielki nosek, zgrabny i piękny, jak u klasycznych rzeźb. I usta – pieściłem językiem jej usta, a kiedy chciała odwzajemnić pocałunek uciekłem na podbródek. I jeszcze uszy – każdemu uchu poświęciłem wiele minut, pieszcząc je językiem. Każde zagłębienie. Kochałem jej uszy. Szyja i znów piersi. I wystające, wołające wręcz o pieszczoty sutki, do których znów wróciłem.  A potem nagle, bez uprzedzenia przeniosłem twarz do jej krocza i włożyłem język do jej cipci tam, gdzie był ten jej twardy guziczek. I zacząłem go delikatnie dotykać, kręcić językiem wokoło. Stwardniał bardzo, ale ja nie ustawałem, a Hana już cichutko, ale bez ustanku pojękiwała. Była bezsilna. Zupełnie „odjechała”. A ja włożyłem język w jej rozpulchnione, gorące, wilgotne wnętrze. Rozchyliłem płatki kwiatuszka jej cipci i wszedłem w nią, w jej środek, głęboko językiem, zacząłem nim poruszać w górę i w dół, w górę i w dół... coraz szybciej i szybciej. Hana jęczała, zdobyła się na wysiłek i złapała mnie za głowę, czuła mnie głęboko w sobie, i teraz bardzo szybko oddychała, pojękując. Była coraz bardziej mokra, wszystko w niej drżało, czułem, jak porusza się wszystko we wnętrzu jej cipki. I w tym momencie przestałem ją pieścić językiem – była gotowa - uniosłem się na kolana i wprowadziłem penisa głęboko w nią, w jej wilgotną cipkę. Mocno i głęboko. Cicho krzyknęła, a mnie zabolało. Nie spodziewałem się. Było bardzo ciasno, bardzo. Zdziwiłem się. Czy to możliwe?...
- Kwiatuszku, czy... czy ty już się kochałaś, czy to pierwszy raz? – spytałem cichutko.
- Nie pytaj – wyszeptała w podnieceniu, a jej ciało drgało w niekontrolowany przez nią sposób.
Wszedłem w nią. W jej wilgotne, rozpulchnione wnętrze. Wyglądało na to, że jednak byłem tu pierwszy. Była tak atrakcyjna, tak piękna, że wydawało mi się to dziwne, ale na to wyglądało. Nie wiedziałem, ile ma lat. Może mniej, niż myślałem. Nie wiem. Ale nie spodziewałem się tego. Pozwoliła, bym ja był tym pierwszym... Czasem nam się wydaje, że ktoś atrakcyjny fizycznie ma wiele przygód miłosnych, a w rzeczywistości jest odwrotnie, bo atrakcyjność onieśmiela innych i jest samotny... A może myślę bzdury, mylę się... Może tylko mam takie odczucie... Nasze usta spotkały się, jej twarde sutki dotknęły mojej piersi, a ja raz za razem wchodziłem w nią głęboko, ale z ogromną uwagą, żeby nie było to dla niej bolesne. Było cudownie, ale ciasno. Myślałem o niej, chciałem, żeby jej było dobrze. Hana zaczęła cała drżeć, zwolniłem, robiłem to delikatnie, a ona wygięła się i kompletnie nie panowała już nad swoim ciałem. Jądra miałem pełne, bardzo chciałem to zrobić już, ale hamowałem się, żeby zrobić to w momencie, kiedy to ona będzie gotowa. Bo wiedziałem, że tylko wtedy poczuje tą chwilę szczęścia w spełnieniu. Jeden jej skurcz, drugi, dreszcze. Zrobiło się bardzo, bardzo mokro, Hana pojękiwała, a ja poczułem wszędzie jej ciepłą, cudowną wilgoć i to była ta chwila - wtedy eksplodowałem w jej wnętrzu z dużą siłą. Raz, drugi, trzeci, bardzo głęboko w niej. Poczułem, że w tym momencie ona miała silne skurcze – brzuch, ud, pachwiny. Udało mi się zrobić to w tej właściwej chwili – wtedy, kiedy jej to było potrzebne. Oddychała bardzo szybko i nagle zaczęła całować mnie po twarzy, oczach, ustach...
- Nie wyobrażałam sobie, że to będzie aż tak cudowne – powiedziała, wciąż całując mnie, śmiejąc się i cały czas szybko oddychając. – Marcin, dziękuję. Tak bardzo tego chciałam. – i jeszcze dodała coś po japońsku, ale nie zrozumiałem jej słów.
Przytuliłem ją mocno do siebie – wiedziałem, że ona tego teraz również potrzebowała. Głaskałem jej włosy, szeptałem słowa miłości do uszu. Ona, rozdygotana, tuliła się do mnie. Całowałem ją. A potem, mocno przytuleni do siebie, leżeliśmy długo. Jej ciało powoli wyciszało się. Była już spokojna. Szczęśliwa. Czuła się kochana. Spełniona. Ja też, cieszyłem się, że jest przy mnie i jest jej dobrze.
Deszcz przestał padać. Burza ustała. Słychać było tyko krople, spadające z drzew. Srebrny blask księżyca rozświetlił las za oknem. Srebrne drzewa, jak na rycinach z dawnej Japonii...
Potem długo leżeliśmy, przytuleni do siebie. Po długim czasie otworzyła oczy. Patrzyła na mnie z miłością. Najpiękniejsze oczy świata i uczucie widoczne w nich – dla mnie. W pewnej chwili poczułem jej rękę na brzuchu. Delikatnie, bardzo delikatnie przesunęła ją i go dotknęła. Z czułością. I znów ta moja niesforna część ciała, mimo zmęczenia, natychmiast zareagowała na jej dotyk, podniosła się... Mój penis zrobiła się wielki, nabrzmiały i był gotowy. Całkowicie jej posłuszny. Zdrajca.
- Możemy się kochać jeszcze raz? –  wciąż patrzyła mi w oczy, a w jej głosie wyczułem prośbę i nadzieję – boli mnie tam – wskazała na swoje krocze – ale to przyjemny ból i chcę jeszcze i jeszcze... chcę Ciebie czuć w sobie... Marcin, możemy się pokochać jeszcze raz? – i, nie pytając, usiadła na mnie, ręką wprowadziła mojego penisa do swojej mokrej, różowej i bardzo rozpulchnionej cipki, i zaczęła się kochać – usiadła głęboko na nim, a potem poruszała biodrami w górę, i w dół, w górę i w dół... czułem jej aksamitne uda na swoich. Czułem mojego penisa bardzo głęboko w jej rozpalonym, wilgotnym wnętrzu. Hana cieszyła się chwilą – pomrukiwała, jak zadowolona kotka. Pochyliła się, znalazła swoimi ustami moje i zaczęła się ze mną całować. Była taka szczęśliwa. Przepełniła mnie rozkosz. W głowie szum, w sercu – radość i miłość, w jądrach – lekki ból. Przed sobą widziałem dziewczęce ruszające się piersi z wystającymi, sterczącymi sutkami, cudowną twarz i czarne piękne włosy – najcudowniejsza istota, jaką znałem, kochała się ze mną. Mój najsłodszy wojownik. I ciągle było jej mało. Wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa i spełniona. A kochać chciałem się z nią w nieskończoność.  
I tak kochaliśmy się, mijały godziny, aż na zewnątrz zrobiło się jaśniej. Wstawał nowy dzień. Hana miała niespożytą energię i chciała, żeby trwało to wiecznie. Ona... kochała się ze mną kochać. A je nie wiem, skąd znajdowałem siły – wciąż byłem podniecony i wciąż jej pragnąłem. Jeszcze i jeszcze. Mimo, że bolał mnie mój „wierzchowiec” i jądra, łydki, usta i język... Bardzo pasowaliśmy do siebie – szybko potrafiłem wyczuć, kiedy zbliża się do orgazmu i razem przeżyć spełnienie. Ona też szybko „uczyła się” mojego ciała. A potem głaskałem ją, odpoczywaliśmy, i znów zaczynaliśmy od nowa. Byliśmy sobą zafascynowani, zakochani, było nam nieprawdopodobnie dobrze... Nie wiem, kiedy zasnąłem zmęczony, tuląc przepiękną, ciepłą i rozkochaną dziewczynę w ramionach...
Kiedy obudziłem się, było już późno – dawno po śniadaniu. W pokoju byłem sam. Na stoliku znalazłem karteczkę – „kocham Ciebie!” i zamiast podpisu rysunek małego kwiatuszka. Ubrałem się. Na recepcji powiedziano mi, że wszyscy już wyjechali, również pan Sano z córką. Wróciłem do pokoju, spakowałem się. Miałem świadomość, co się wydarzyło dzisiaj w nocy. Starałem się o tym nie myśleć. Będę musiał stawić temu czoła. Zdradziłem Milenkę. Miałem poczucie, ze całe moje dotychczasowe, ustabilizowane życie właśnie się kończy. A przede mną nieznana przyszłość... Mogę stracić wszystko i wszystko może się zmienić... Ale ja nie chcę żyć bez Milenki. Tak samo, jak nie chcę żyć bez Hany. Ale już nie ma powrotu do tego, co było. Byłem rozdarty – nie wiedziałem kompletnie, co miałem zrobić. Milenkę bardzo kochałem, ale Hanę również... tak samo... Jak ja im spojrzę w oczy? Jak to będzie, kiedy spotkamy się razem, we trójkę? Ja nie umiem kłamać...
Wsiadłem na motocykl. W czasie drogi do domu „zająłem się” prowadzeniem maszyny. To powodowało, że nie myślałem. Byłem „tu i teraz” z moim Bonnie, drogą i wiatrem. Gdy byłem już w domu, przemyślałem sytuację. Nie byłem w stanie dzisiaj spotkać się z Milenką. Nie byłem w stanie jej spojrzeć w oczy. Postanowiłem zadzwonić.
Odebrała telefon. Wypytywała, jak tam było. Opowiedziałem jej o tym, kim jest Hana, jak z nią trenowałem. Milenka śmiała się, mówiła: „widzisz? Nasza kochana Hana jest nieprawdopodobna! Wciąż ją odkrywamy na nowo! Po prostu kocham ją! Nasza cudowna mistrzyni!”. Potem Milence powiedziałem, że dzisiaj się z nią nie zobaczę – jestem bardzo zmęczony i muszę się wyspać. Była zwiedziona, bo przypomniała mi, że następnego dnia umówiła się z Haną, że obie pojadą do Żelazowej Woli, do dworku Fryderyka Chopina. Hana bardzo chciała zobaczyć, gdzie urodził się i wychował Chopin. A później ja miałem wyjechać na dwudniowe regionalne zawody na Śląsk. Więc przez kilka dni nie będę mógł się spotkać ani z nią, ani a Haną...
Po raz pierwszy w życiu rozmowa z Milenką wyczerpała mnie.  
Mama zawołała mnie na obiad...

I tak było. Wciąż nie widziałem żadnego sensownego rozwiązania. One wyjechały, ja potem również na zawody. Tym razem pociągiem, bo było najprościej. Przez kilka dni nie widziałem się z nimi. Wymieniliśmy tylko kilka SMS-ów.  
Zawody skończyły się wcześniej, niż było to w programie. Zająłem trzecie miejsce, ale było mi to obojętne. Ostatnie walki miały być po południu i mieliśmy wracać następnego dnia, ale organizatorzy przenieśli je wcześniej i po obiedzie mogłem już wracać do domu. Postanowiłem, że muszę być odpowiedzialny. Szacunek dla drugiego człowieka to szczerość. Kłamstwo niszczy wszystko. Niech dzieje się, co chce – pójdę do Mileny i jej wszystko opowiem. Znałem Milenkę i wiedziałem, że będzie ją to bolało, ale zmierzy się z tym ze mną. No i jest jeszcze Hana – jej najlepsza przyjaciółka, która spała ze mną. Jak z tym się upora Milenka? Trudno, ale co będzie, to będzie, jestem winien Milenie prawdę i szczerość. Zawsze tak między nami było. A teraz przyszedł dzień próby. Ale co z Haną? Nie wyobrażam sobie żyć bez niej. Podziwiam ją i ubóstwiam. Nie wiem, nie wiem, nie wiem...
Miałem wrócić następnego dnia, ale postanowiłem, że zrobię to dziś – wrócę i pójdę od razu do Mileny. I wszystko opowiem. Postanowione.

Podróż dłużyła się. Z dworca kolejowego poszedłem prosto do domu Mileny. Było koło godziny 21.00. Nie dzwoniłem do niej, ani nie SMS-owałem. Zrobię to z marszu.
Zobaczyłem, że w domku rodziców Milenki paliło się światło. Więc była w domu. Miałem własny klucz od furtki. Drzwi od domu były otwarte. Wszedłem do środka. Na dole jej nie było. Zostawiłem plecak z rzeczami na fotelu i poszedłem na górę. Usłyszałem jakieś ciche dźwięki z sypialni rodziców Milenki. Drzwi były przymknięte. Uchyliłem je i stanąłem jak słup soli – to co zobaczyłem, nie mieściło mi się w głowie – nie mogłem uwierzyć własnym oczom:
Na dużym łóżku kochały się dwie piękne dziewczyny. Najpiękniejsze.  
Obie kochałem do szaleństwa. I nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.
Milenka leżała na plecach, z głową odchyloną do tyłu, na poduszce leżały jej rozsypane włosy. Jej nogi były szeroko rozstawione na boki, lekko zgięte w kolanach. Oczy miała zamknięte, ręce odrzucone na bok i cicho pojękiwała. Znałem te dźwięki – Milenka była bardzo podniecona, i była o krok od orgazmu. Pomiędzy jej nogami klęczała druga piękność. Hana. Miała ciemniejszy, niż Milena, odcień skóry, była może troszkę drobniejsza, ale najdrobniejszy ruch jej ciała powodował, że pod skórą widać było drobne, ale stalowe mięśnie i ścięgna. Ani grama tłuszczu. Aksamitna skóra. Delikatne, płynne ruchy przypominały czarną panterę... Hana, co też już mogłem rozpoznać, bo poznałem ją od tej strony, była także bardzo podniecona.
W momencie, w którym to zobaczyłem, Hana całowała udo Milenki, po wewnętrznej stronie. Z delikatnością, miłością i czułością. Coraz bliżej krocza. Klęczała między nogami Milenki, tyłem do mnie, i widziałem jej piękną pupę z malutką gwiazdką i wydepilowaną, lekko rozwartą muszelką. Milenka miała małą kępkę włosków na łonie. Hana delikatnie całowała jej udo, a jednocześnie jej ręka penetrowała cudowną cipcię mojego Milusia. Bardzo mokrą. Drażniła paluszkiem cloritis Milenki, z wyczuciem, a potem wsunęła swój długi paluszek w jej wnętrze. Milenka jęknęła, a Hana, wciąż całując wnętrza jej ud, zaczęła ją pieścić wewnątrz dwoma palcami. Wsuwała w nią palce coraz głębiej i szybciej. Milenka głośno i szybko oddychała, jej nogi coraz bardziej drżały. W pewnej chwili objęła oboma rękami głowę Hany, zagłębiając palce w jej przepiękne, czarne włosy i przecisnęła lekko jej głowę do swojego łona.  
Mój organizm zareagował natychmiast – miałem erekcję. Przede mną kochały się dwie najpiękniejsze istoty świata. Co by nie mówić, obie były cudowne. To, co widziałem, było dla mnie podniecające, że aż mi zrobiło się słabo. A jednocześnie dziwne, niespodziewane i wstrząsające. Nieprawdopodobne. One... No nie...
Tymczasem Milenka lekko przytrzymywała głowę Hany, która bardzo powoli, powoli, weszła językiem w jej rozpalone, wilgotne wnętrze, które tak bardzo tego potrzebowało. Przez chwilę pieściła jej wargi sromowe i maleńki guziczek u wejścia do cipci, (tak, jak ja to robiłem!) a potem, nagle, weszła językiem bardzo głęboko w jej wnętrze. Milenka cicho krzyknęła, a Hana wysunęła język i znów głęboko go wsunęła. I znów, i znów. Jej głowa pracowała coraz szybszymi ruchami. Objęła rękoma uda Milenki i pieściła ją coraz szybciej i głębiej. Rytm nadawały jej ręce Milenki, które wciąż trzymały Hany głowę. Milenka w pewnej chwili zaczęła podnosić pupkę, unosić biodra do góry, jakby próbując Hanie pomóc wejść językiem jeszcze głębiej w jej wnętrze. Zaczęła przy tym pojękiwać i szeptać: „nie przestawaj, kochanie, błagam, nie przestawaj”. I Hana nie przestawała. Całe jej ciało ruszało się w tym samym rytmie, w jakim jej języczek wchodził bardzo głęboko w wilgotną, różową głębię Milenki. Nagle Milenka krzyknęła, wygięła się, jej brzuchem wstrząsnął skurcz, potem jeszcze jeden. Mocno przycisnęła twarz Hany rękami do swojego krocza tak, że Hana już nie mogła wykonywać żadnych ruchów, a potem zaczęła cała drżeć; jeszcze raz sprężyła się i przekręciła na bok, trzymając udami głowę Hany. Twarz Hany była wilgotna, mokra od wnętrza Milenki. Japonka bardzo delikatnie odsunęła ręką udo Milenki, wyjęła głowę spomiędzy jej nóg i zaczęła delikatnie całować Milenkę po pięknej piersi, pieszcząc językiem jej nabrzmiały sutek. Milenka, która jeszcze przed chwilą bardzo szybko oddychała i pojękiwała, teraz leżała bez ruchu, oddech jej się uspakajał, tylko czasem jej nogi jeszcze zadrżały.
I w tym momencie Hana odwróciła się twarzą do mnie. Zobaczyła mnie w uchylonych drzwiach. Mój wzrok spotkał się z jej pięknymi oczami. Drgnęła, ale w ułamku sekundy opanowała się. Powiedziała cicho:
- Chodź, wejdź, proszę, porozmawiajmy. Ja... Obie bardzo Ciebie kochamy... – wyciągnęła do mnie rękę.
Na dźwięk słów Hany Milenka uniosła głowę i teraz ona mnie dostrzegła. Jakby w odruchu wstydu położyła rękę na swoim kroczu. W jej oczach widziałem potworne przerażenie. Wyjąkała:
- Marcin, nie! Marcin... błagam...
A ja odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do wyjścia. Wypadłem na ulicę i biegłem, biegłem przed siebie, a chłód wieczora chłodził moją głowę. Było to tak niespodziewane, widziałem coś, w co nie mogłem uwierzyć... Milenka i Hana kochały się. Milenka kochała się z Haną tak, jak ze mną. Ja kochałem się z Haną tak, jak z Milenką... Kocham Milenkę nad życie... Kocham też Hanę... Milenka... to niemożliwe! Z Haną... to... to... to może i było piękne i bardzo podniecające, ale... co z tym zrobić? Jak ja mam się w tym odnaleźć? To przerosło mój rozum, zmysły, serce...

Wpadłem do domu. Mama widziała, że byłem bardzo wzburzony.
- Co się stało, Marcin, co się stało? – dopytywała. A ja złapałem kask motocyklowy, wciągnąłem kurtkę, rękawice, z garażu szybko wyprowadziłem mojego Triumpha i rzuciłem do mamy:
- Nic, nic... muszę jechać, nie martw się, dam znać – włączyłem starter, wrzuciłem pierwszy bieg. Silnik Bonnie’go zamruczał basowym dźwiękiem. Ruszyłem. Miałem podniesioną do góry przezroczystą osłonę w kasku. Jechałem przed siebie, bez celu, a chłodny wiatr chłodził mi twarz.
Zapadł zmrok, zrobiło się chłodno, a ja wciąż jechałem. Światła samochodów, tylko ja i droga. Bez żadnych myśli. Z boków przelatywały domy, drzewa, wyloty ulic. Miarowy dźwięk silnika uspakajał.
Nie wiem, ile czasu tak jechałem. Wreszcie zatrzymałem się. Nie zsiadłem z motocykla. Wykręciłem i już wolniej, spokojniej, zacząłem jechać z powrotem tą samą drogą. Nie chciałem myśleć. Skupiłem się na drodze.  
Kiedy wjechałem na moją ulicę, był już środek nocy. W ciszy pracował silnik mojego Triumpha. Co robić? Gdzie jechać? Przejechałem przed domem, minąłem go. Pojechałem do cioci, która mieszkała kilka kilometrów dalej, pod miastem. Kiedy Asia umarła, spędzałem tam czas w rozpaczy, bo mogłem być sam.  Miałem klucz od furtki i garażu wujka. Po cichu, by ich nie budzić, bo w domu były zgaszone światła, wprowadziłem motocykl do garażu i usiadłem na krześle przy warsztaciku. Okryłem się jakimś starym kocem i nie wiem kiedy usnąłem.
Następny dzień spędziłem u cioci. Zadzwoniłem do rodziców. Powiedzieli, że wieczorem przybiegła bardzo zdenerwowana Milenka, szalała z niepokoju o mnie. I dzwoniła do nich Hania, ta Japonka, pytając o mnie. Milenka prosiła, żeby ją natychmiast zawiadomić, jeśli się odezwę. Powiedziałem rodzicom, że u mnie wszystko w porządku, ale chcę być sam i nie chcę, żeby mi ktokolwiek przeszkadzał, dlatego nie powiem, gdzie jestem. A Milence mogą odpowiedzieć, że odezwałem się, że jest okey, ale na razie chcę być sam.
U cioci byłem jak uderzony w głowę. Ciocia o nic nie pytała. Widziała już mnie w gorszych stanach, po śmierci Asi. Powiedziałem, żeby nikomu nie mówili, że jestem u nich. Zaszyłem się w pokoiku na górze, na poddaszu i albo drzemałem, albo myślałem o tym wszystkim... ale nie mogłem nic wymyśleć. Co robić? To węzeł gordyjski, to ściana nie do przejścia. Bezbramna brama, jak mówią buddyści... Hana jest buddystką...
Po prostu uciekłem od świata, bo nie potrafiłem zmierzyć się z rzeczywistością. Obie je bardzo kochałem. I nie byłem w stanie żadnej z nich spojrzeć teraz w oczy, bo po prostu nie wiedziałem, jak się zachować. A co będzie dalej, nawet nie miałem odwagi myśleć.
Sięgnąłem do kieszeni kurtki po telefon, ale poczułem na jej dnie malutką monetę. Pięć jenów. Jak ona mi mogła znów wypaść z portfela? Znów ją miałem w ręku... Szybko wsunąłem ją z powrotem i sięgnąłem po telefon. Na telefonie miałem dziesiątki SMS-ów. Prawie wszystkie od Milenki. Ale też od Hany. Nie otwierałem ich wszystkich. Dziesiątki nieodebranych rozmów. Też od nich.
Po wahaniu otworzyłem tylko ostatni, od Milenki. Błagała, żebym z nią porozmawiał, jeśli jej nie znienawidziłem. I że mnie bardzo kocha i jej świat się zawalił. I kiedy to czytałem, to usłyszałem, że przyszedł do mnie kolejny SMS. Był to SMS od Hany. Na spokojnie go otworzyłem. „To, co Wam zrobiłam jest straszne i niewybaczalne. Byliście i jesteście dla mnie wszystkim i z miłości do Was poprosiłam tatę, by mi załatwił jak najszybciej bilet powrotny do Japonii. Trzeba to rozwiązać jednym cięciem miecza. Dzisiaj wylatuję. Wiem, że słowo „przepraszam” brzmi, jak kpina. Żegnajcie. Kocham Was.”
Dopiero po chwili dotarł do mnie sens tego, co przeczytałem. Natychmiast, pod wpływem impulsu, przekierowałem ten SMS na telefon Milenki. Szybko otworzyłem stary komputer wujka i sprawdziłem w internecie, kiedy jest najbliższy lot do Tokio. Dziś, za dwie godziny. A przecież jeszcze odprawa celna, paszportowa. Mam góra pół godziny....
Sięgnąłem po telefon, zamówiłem taksówkę. Po chwili byłem już w drodze na lotnisko. Kawał drogi, byleby nie było korków. Sprawy przybrały nieoczekiwany, błyskawiczny obrót. Nie chciałem stracić Milenki. Milenka chyba Hanę pokochała. I, chociaż to dziwna dla mnie miłość, nie byłem zazdrosny. ROZUMIAŁEM Milenkę, bo sam pokochałem Hanę. Ale nie chciałem stracić też Hany. Czy zdążę? Myśli kłębiły mi się w głowie. Nie wyobrażałem sobie, ze Hany nie będzie, że może zniknąć z mojego życia. Sama myśl aż mnie zabolała. Uświadomiłem sobie, że bardzo ją kocham.

Wszedłem na halę odlotów. Z daleka ich zobaczyłem. Prześliczna Hana stała z boku, przy swoim tacie. Miała opuszczoną głowę. Rozmawiali. Ojciec, jakiś taki przygarbiony, coś do niej mówił, ona mu odpowiadała. Kilka kroków od nich, z boku, stał inny Japończyk i trzymał jej walizkę. Był to chyba kierowca z biura pana Sano.
Stanąłem i nie wiedziałem, czy mam do nich podejść. Do mojego Kwiatuszka... W tym momencie pan Sano spostrzegł mnie i poważnie skinął głową. Oddałem ukłon. Zobaczyła to Hana, spojrzała w moją stronę, spostrzegła mnie i zaczęła biec. Rzuciła mi się w ramiona i zaczęła szlochać. Całym jej ciałem wstrząsały spazmy. Moja koszula zaraz była mokra od łez.  
Staliśmy tak przytuleni, ona łkała, a pan Sano, chyba wzruszony, odwrócił głowę na bok. Nie chciał patrzeć.
- Kochany, co ja narobiłam... Jaka jestem głupia... Ja Was tak kocham... wszystko zniszczyłam...  
- Cichutko, Kwiatuszku, cichutko, już dobrze... – szeptałem jej do ucha, i łzy same zbierały mi się w oczach. Hana dalej łkała, szepcząc coś po japońsku. Bardzo mocno mnie obejmowała, z całej siły.
- Jesteś... przyszedłeś... nie chciałam... kocham cię... zawiodłam...
- „To ostatnie wezwanie - pasażerowie lotu do Tokio numer LO 80 Boeing 787 Dreamliner proszeni są do wejścia numer 2 do odprawy celnej i paszportowej” – rozległo się z głośników w hali odlotów.
- Mei, Mei, isoide! – usłyszeliśmy głos pana Sano, który gestem pokazywał bramkę numer 2, która zaraz miała być zamykana.
Wszystko działo się tak szybko. Hana na chwilę opanowała łzy i spojrzała mi w oczy. Była zapłakana, ale już spokojna.
- Czyste niebo. Odchodzę drogą, którą przyszłam... – powiedziała Hana, uważnie wymawiając każde słowo. Dreszcz przeszedł mi po plecach. To było ostateczne pożegnanie - bardzo znane w Japonii haiku, autorstwa Gitoku, wiersz śmierci – takie haiku piszą twórcy przed śmiercią, jako swoje ostatnie słowo. Zrozumiałem w jednej chwili, że Hana daje mi znać, że popełni samobójstwo, że w taki sposób się ze mną żegna... na zawsze.
- Nie, Hana. Nie... Nie rób tego. Przeze mnie zginęła moja siostra, Joasia. W Tobie ją odzyskałem. Nie przeżyję, jeśli znów stracę drugą moją najukochańszą w życiu osobę. Daliśmy sobie siebie nawzajem. Jesteś moją drugą, wspaniałą siostrą i miłością mojego życia. Nie rób mi tego. Musisz żyć, obiecaj mi, musisz żyć... Hana... Kwiatuszku... – błagałem, a łzy spływały po moich policzkach.
Hana zamknęła zapłakane oczy.
- Widzę i czuję, jak bardzo mnie kochasz. Tak samo ja kocham Ciebie i Milenę. Marzyłam o miłości. Ale zamiast zbudować – zburzyłam. Zamiast być kwiatem – stałam się chwastem. Straciłam rozum, zagubiłam się i zanim zrozumiałam, co robię, z nieba, w którym byłam z Wami, zrobiłam piekło. Jakby zamieszał we mnie yokai (demon). Powinnam teraz wybrać honor i shi (śmierć). Ale Tobie nie odmówię: będę żyła. Obiecuję. W mojej ojczyźnie znów będę ha-fu, dziwolągiem. Ale nigdy o Tobie, o Was nie zapomnę. O tym, że tu, przez te dni, nie byłam ha-fu. Że pokochaliście mnie. A ja Was. Ale moja miłość była niszcząca. Wiesz, że MUSZĘ odejść. To nieodwołalne, dla naszego dobra. Nie ma tu dla mnie miejsca. Nikt z nas nie jest w stanie zmierzyć się z sytuacją, która ma miejsce przeze mnie. Dharma – ja ją sprowadziłam i ja poniosę konsekwencje. Natychmiast. Nie niszczcie tylko siebie. Obiecaj, że będziesz z nią zawsze, że nigdy jej nie zranisz. Ona Ciebie kocha całym sercem. Bądź szczęśliwy z Mileną. Powiedz jej ode mnie, jak bardzo ją kocham.
- Obiecuję – powiedziałem, szybko sięgnąłem do portfela i wyjąłem pięć jenów, przewiązanych złotą kokardką. Wcisnąłem jej w rękę monetę i powiedziałem:  
- Jest w niej cząstka Twojej mamy, ale teraz również Milenki i mnie. Będzie Ci potrzebna – ma siłę zmiany. Kochamy Ciebie. Wiem, że dałaś nam wszystko, co mogłaś i miałaś - siebie, swoją miłość, Kwiatuszku. Tego nie sposób zrozumieć, bo to można tylko poczuć sercem.
- Żegnaj – zacisnęła monetę w ręku i zbliżyła usta do moich ust. Zamknęła oczy. Pocałowaliśmy się. Poczułem jej język. Zawirowało mi w głowie. Przez chwilę. Kiedy wróciłem do siebie, nie czułem już jej ust. Hana odwróciła się i poszła w stronę taty. Kierowca podał jej walizkę. Skinęła głową tacie i powiedziała mu kilka słów. Pan Sano wyprostował się, jakby mu spadł z serca wielki kamień. Weszła za bramkę. Nawet na chwilę już nie odwróciła się. Rozumiałem ją. Bała się, że może tego nie wytrzymać. Automatyczne drzwi zamknęły się za nią. Nie było już tu i teraz Hany... To koniec. Świat się skurczył do kapiących łez z moich oczu.

Opanowałem się. Rozejrzałem. Nagle spostrzegłem, że daleko, przy drzwiach wejściowych do hali stoi... tak, Milenka! Musiała też po SMS-ie ode mnie przyjechać. Szybko poszedłem do niej. Była niepewna, co zrobię. Nie wiedziała, co będzie dalej z nami.
Objąłem ją. Mocno przytuliłem. Poczułem jak bardzo Milence ulżyło. Zaczęła łkać.
- Nie miałam siły i odwagi podejść i błagać, żeby została... pożegnać się z nią...
- Rozumiem – powiedziałem. – Chodźmy.
Wyszliśmy przed budynek lotniska. Na twarzy poczułem chłodny wiatr. Usiedliśmy na ławce. Trzymaliśmy się za ręce. Podszedł do nas pan Sano i po angielsku zapytał, czy może nas podwieźć, bo wraca samochodem do miasta. Uprzejmie podziękowałem, ale nie - chcieliśmy jeszcze tu zostać. Pan Sano skinął głową i odszedł. Jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Po chwili jednak stanął, zawahał się, wrócił, spojrzał mi w oczy i powiedział łamiącym się głosem po polsku:
- Ona Was pokochała. I zniszczyła siebie. Nie jest to Wasza wina. Widziałem w oczach Córki, co chce teraz zrobić. Mei ma honor i serce wojownika. Jest twardą Japonką. Ale będzie żyła. Dziękuję, Marcin-san. Bardzo Panu dziękuję. Pokornie proszę, jeśli to możliwe, odwiedźcie mnie w moim domu w tym tygodniu... moje dzieci... – po czym głęboko, z szacunkiem ukłonił się. Wstałem i także, bez słowa, złożyłem mu pełen szacunku ukłon. Milenka skryła twarz w dłoniach. Leciały jej z oczu łzy. Odszedł. Usiadłem i przytuliłem się do Milenki. Długo siedzieliśmy bez słowa.
- Wybaczysz mi? – spytała Milenka.
- Milenko, muszę Ci coś wyznać... – musiałem jej powiedzieć, że kochałem się z Haną. Chciałem mieć to za sobą. Uczciwość. Byłem tak samo winny, jak ona. Oboje zrobiliśmy to samo z Haną...
- Nic nie mów. Wszystko wiem. Hana mi szczerze opowiedziała, co zdarzyło się między Wami. I jaka była szczęśliwa. Rozumiem. Ja naprawdę nie wiem, jak to możliwe... że... ja nie byłam i nie jestem o Ciebie, o Nią zazdrosna, i nie mam Ci za złe, że się z nią kochałeś. To głupie, ale nawet się cieszę, że mogła dostać od Ciebie to, co ja dostaję podczas kochania się z Tobą. Że kochasz ją tak, jak mnie. Że mogła poczuć Twoją miłość. Ale nie rozumiem siebie. Ja nie rozumiem, dlaczego ja się z nią kochałam. Dlaczego, kiedy myślę o niej, chciałabym wciąż z nią być. Dlaczego ją kocham tak, jak Ciebie, tylko jakoś inaczej... Dlaczego seks z nią, zupełnie inny, niż z Tobą, sprawił mi taką samą przyjemność... Marcin, uwierz mi, nigdy nie myślałam o kochaniu się z kobietą, bo było to dla mnie takie raczej obrzydliwe... a z nią mogłabym kochać się i kochać... Marcin, wybaczysz mi? Co my z tym wszystkim zrobimy?
- Ja... ja też nie mogę zrozumieć, co się stało i dlaczego. Nie rozumiem, tak jak i Ty, siebie. Ja w niej widziałem trochę... Asię. Chcę Ciebie na całe życie. Chcę mieć z Tobą dzieci, założyć rodzinę. Uwielbiam się z Tobą kochać, i nic i nikt mi w tych sprawach nie jest potrzebny, ale z nią... było tak samo wspaniale. I... z nią też mógłbym... Czy mamy sobie coś wybaczać? A może było to po prostu piękne, tylko inne, i tak trudno nam się z tym pogodzić? Byliśmy w tym wszystkim uczciwi sercem. Tylko zamiast dwojga, jak to jest zwykle, było nas troje. Niepojęte, ale fakt. Ani my, ani nasz świat jeszcze do tego nie dorósł. Milenko, damy radę. Będzie trudno, ale damy radę. My tak. Bo mamy siebie i kochamy się, żeby nie wiem co. Tak było, jest i będzie. Nie „ogarniamy” tego, co się stało, bo zwykle miłość jest między dwojgiem osób, najczęściej odmiennej płci... a nie jednocześnie trojgiem! To za dużo dla mojej głowy, żeby zrozumieć... Ale pomyśl teraz o Niej. Czy Ona da radę? My mamy siebie, a Ona – jest sama. To cudowna dziewczyna. Ona nas pokochała. I my ją. Będzie i Tobie, i mnie Jej brak. Ale jak Ona musi cierpieć. Ona nas straciła. Poświęciła się dla nas. Wzięła wszystko na siebie. I prosiła, żeby Ci powiedzieć, że bardzo Ciebie kocha.
Zamilkłem. Milenka wciąż miała łzy w oczach.
- Czy „ogarniamy” to, czy nie – musimy żyć dalej. Tu i teraz – powiedziała Milenka, otarła łzy, energicznie podniosła się z ławki i wzięła mnie za rękę – chodźmy do domu. Chodź, kochanie.
Gdzieś z odległego pasa startowego usłyszeliśmy silniki Boeinga 787 Dreamlinera, który kołował do startu.  
***
I to już koniec tego szkicu. Zamknięty rozdział. Ale ta historia w rzeczywistości na tym się nie zakończyła – miała ciąg dalszy; nie chcę, nie mam ochoty tego dalej opisywać i przeżywać tego wszystkiego raz jeszcze. Fragment historii Hany, który Wam opowiedziałem, musi wystarczyć. Wybaczcie. Nie mam nic do dodania. Może tylko to, że wróciłem i wrzuciłem ten szkic tutaj, bo obiecałem jednej z osób na Forum, że coś jeszcze napiszę.
***
Skoro doczytaliście aż do tego momentu, kilka słów na zakończenie – zwłaszcza do Was, którzy czytacie ten szkic jako pierwszy z moich szkiców. Pewne sprawy mogą wydawać Wam się mało zrozumiałe, jakby wyrwane z kontekstu, zwłaszcza te, które nawiązują do przeszłości. Niektóre sprawy są wyjaśnione w innych moich szkicach, starszych, tych, których nie wykasowałem jeszcze z tego Forum.
Co to jest „szkic”? To jeden z elementów mojej terapii, wymyślony przez Laurę. Opisuję to, co czuję i przeżywam, jak odbieram zdarzenia z otaczającej mnie rzeczywistości, jakie emocje temu towarzyszą. Są zarysem - mniej lub bardziej wiernie oddają zdarzenia z mojej przeszłości. Piszę ich setki, i niemal wszystkie trafiają po omówieniu z Laurą „do kosza”, bo są tylko elementem terapii; nieraz któryś z nich, pod wpływem impulsu wrzucam tu jako opowiadanie – jak ten, które dzisiaj mogliście przeczytać. Dbam, by miejsca i postacie pozostały anonimowe. Przez moją chorobę są długie okresy, kiedy nie mam ochoty być na Forum. Teraz wróciłem – po dwóch latach. Na chwilę lub na dłużej. Nie wiem.
Laura jest psychologiem. Bardzo dobrym psychologiem. Leczy nawet żołnierzy powracających z misji zagranicznych, którzy mieli problemy osobowościowe po dramatach, kiedy ginęli ich koledzy, nieraz przez nich. Leczy i mnie. Byłem kiedyś silnym psychicznie, kochającym życie chłopakiem. Wielką nadzieją jednego ze sportów walki (nie było to judo). Walczyłem w zawodach na poziomie mistrzostw Polski, odnosiłem sukcesy. Miałem siostrę, Asiulkę (imię jest zmienione, jak wszystkie), którą bardzo kochałem, a która przeze mnie zginęła. Doprowadziło mnie to do depresji i zaburzeń osobowości, kilku prób samobójczych. Laura jest lekarzem opłacanym przez moich rodziców, ale stała się dla mnie czymś więcej, niż psychologiem. Nasze relacje są również czymś więcej, niż pacjent – lekarz. Ufam jej i czuję, że bardzo chce doprowadzić mnie do równowagi. Laura jest moim przyjacielem i doradcą.  
Najważniejsza w moim życiu od śmierci mojej siostry jest moja wielka miłość, wspaniała, mądra i najpiękniejsza na świecie moja dziewczyna, Milena. Kocham ją bardzo. Była koleżanką Siostrzyczki, i od młodych lat „podkochiwała się” w starszym bracie swojej koleżanki, czyli we mnie. Kiedy Asia odeszła, los zbliżył nas i teraz jesteśmy nierozłączni, a nasi rodzice, i jej i moi, są z tego powodu bardzo szczęśliwi – w ich oczach jesteśmy dla siebie stworzeni. Ja też tak myślę. Milenka współpracuje z Laurą, jest ode mnie młodsza, ale mądrzejsza, przede wszystkim życiowo. Chciałbym być taki, jak ona.
Jeśli macie chęć bliżej poznać mnie i moją historię, możecie przeczytać kilka poprzednich szkiców. Wtedy opisywane postacie i zdarzenia będą Wam bliższe. W niektórych szkicach moja Siostrzyczka wciąż „żyje” i do nich nie jestem w stanie wrócić, by je jeszcze raz przeczytać. Być może je niedługo usunę. Patrząc z mojej perspektywy jednym z najważniejszych szkiców terapeutycznych dla mnie był wrzucony na to Forum „Najbielszy odcień bieli”. To czysta fantazja, ale dla mnie orzeźwiająca. Jest on „trudny” w odbiorze, wiem, ale jest jedynym, do którego ja wracam i który sam nieraz czytam. Tam też przez chwilę Asiulek żyje, mam z nią przez ułamek czasu, w innej przestrzeni i rzeczywistości ponowny kontakt, o czym nieustająco bez sensu marzę, ale ją natychmiast tracę na zawsze. Był pisany w kilkudziesięciu „wariacjach” i opublikowałem jego najmniej mroczną wersję. Na koniec - wiem, że moje postępowanie było i jest często głupie, nieodpowiedzialne i raniące wszystkich dookoła. Ale „życiową mądrość” ma Milenka, nie ja. To nie ja, a Ona jest prawdziwym wojownikiem.

Marcin123

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użył 31975 słów i 179774 znaków, zaktualizował 5 lis 2020.

9 komentarzy

 
  • Adamnet

    Opowiadanie cudne, zacząłem czytać będąc w pracy i nie mogłem się oderwać od treści. Pozdrawiam

  • Marcin123

    @Adamnet, dziękuję za Twój czas poświęcony na czytanie i za Twoją przychylną opinię. Pozdrawiam - Marcin.

  • Uranes

    Przepraszam... Popłakałem się... Opowiadanie było cudowne

  • Marcin123

    @Uranes - Twoja łza jest dla mnie bezcenną nagrodą - wiem teraz, że dobrze, że wrzuciłem tu ten szkic. Dziękuję.

  • Margerita

    Łapka  w górę bardzo mi się podoba ta historia Ciebie mogłabym czytać bez końca powinieneś to co piszesz wydać.

  • Marcin123

    @Margerita - bardzo Ci dziękuję, cieszę się, że przeczytałaś.

  • emeryt

    @Marcin123, przez przypadek trafiłem na twoje opowiadanie,  to jest wspaniałe, napisane tak od serca.  Cztałem je i nie mogłem się od niego oderwać. Taka miłość trafia się bardzo rzadko (jeśli w ogóle). Masz dar do pisania, więc nie zmarnuj tego. Życzę Tobie dużo szczęścia, wspaniałej weny orazczęstego umieszczania twoich utworów na forach i gdzie tylko się da.

  • Marcin123

    @emeryt - dziękuję za bardzo przychylną dla mnie opinię - nie wiem, czy na nią zasługuję. Życzę Ci również wszystkiego, co najlepsze. Pozdrawiam.

  • Jdm

    To jest mega, zwykle nie czytam tak długich opowiadań ale to było tak wciągające, że nie mogłem się powstrzymać a koniec nadszedł nieoczekiwanie

  • Marcin123

    @Jdm, pozdrawiam, dzięki, długie... bo takie wyszło.

  • elninio1972

    Przepiękne . Idealne .... Okropnie długie lecz jakże wspaniale. Dzieki za podzielenie sie tym

  • Marcin123

    @elninio1972, trudno to było opisać krócej... i tak pominąłem wiele nieistotnych spraw; jestem Ci wdzięczny, że przeczytałeś do końca. Dziękuję za przychylną opinię, jesteś bardzo życzliwy dla mnie w ocenie.

  • papcio

    Marcin nie wiem co powiedzieć, to poprostu jest piękne. Aż boli.

  • Marcin123

    @papcio - Witaj. Dziękuję. Po Twoich słowach - ja nie wiem, co powiedzieć... z szacunkiem dziękuję.

  • Mati102

    Bardzo wciągające i świetne opowiadanie!!!

  • Marcin123

    Mati102, dziękuję, miło mi.

  • MrHyde

    Dlaczego nikt nie komentuje? Mnie bardzo zaciekawiła twoja opowieść. Gaijin, gaikokujin, ha-fu... jeszcze się paru nowych słówek nauczyłem. Postaram się zapamiętać.

  • Marcin123

    Witaj, MrHyde. Dziękuję, że zajrzałeś i przeczytałeś. Pozdrawiam.

  • Coloryt

    @MrHyde
    Dla czego? 🤔
    Bo łapie za serce ♥ i łzy wyciska.