NIE-ślubne

-Róże są piękne - stwierdza, przykładając nos do czerwonych, gładkich płatków kwiatu. Kiwam głową, przyznając jej rację.  
Za to ty jesteś ogrodem róż.  
Oczywiście, nie powiedziałem tego na głos.
Uśmiecham się tylko, spoglądając na nią w taki sam sposób, w jaki przygląda się niewinnej, niczego nieświadomej róży.  
Wzrokiem pełnym uwielbienia i pasji.  



-Och Victor, spadaj - wystraszyłem kota siedzącego na środku szklanego stoliku. Miauczy przeciągle, zeskakuje z gracją na cztery, białe łapy i posyła w moją stronę oburzone spojrzenie.  
Czy one zawsze muszą być takie bezczelne?
Zaglądam do lodówki, po czym wyciągam z niej butelkę piwa. Mam ochotę wyjść na balkon, poczuć wiatr na swojej skórze. Może on potrafiłby rozluźnić moje spięte mięśnie.  
Jasne, wolałbym jej delikatne dłonie.  
Delikatne dłonie Elizabeth.  



Biały dom.  
Ogród, który można oglądać dniami i nocami, wychodząc z budynku tylnymi drzwiami.  
Widok z tarasu, zwłaszcza wieczorem, zachwyca nie tylko oczy, ale również łapie za serce.  
W tym pięknym miejscu mieszka najlepsza kobieta pod słońcem.  
Dom, do którego zawsze chce się wracać, nawet w największą ulewę.  



Babcia.
Czy to nie oczywiste?
Te piękne, niebieskie oczy pokryte odrobiną zmarszczek zawsze dostrzegą to, czego nie jest w stanie zauważyć nikt inny.  
Uśmiecha się, popijając swoją ulubioną, truskawkową herbatę, kołysze się na bujanym fotelu.  
-Tak bardzo przypominasz ojca - rozpromienia się a jej policzki różowieją, nabierają kolorów. - Dawno cię tu nie było. Wydajesz się roztargniony i oddalony o tysiące kilometrów stąd - jej uśmiech staje się szerszy a oczy nie przestają obserwować mojej twarzy.  
Nie potrafię się nie roześmiać.  
Babcia.
Ktoś, kto rozumie bez słów, nie potrzebując magicznej kuli.  



Mam dwadzieścia pięć lat.
Dwadzieścia pięć.
Czy to nie brzmi trochę żałośnie?
Żałośnie, ponieważ znów piję.  
Piję i myślę nad rzeczami, które mają dla mnie ogromną wartość.
Ogromną wartość a mimo wszystko nie mogę ich mieć.
Nie mogę.
Dlaczego?
Z prostego powodu.  
Elizabeth bierze za tydzień ślub.  



Jej słodkie usta musnęły moje a świat stał się krainą, w której już na zawsze chciałem pozostać.  
Oczy błyszczały z podekscytowania i szczęścia.  
Nie tylko moje.
-Wspaniałego nowego roku - szepnęła, wspinając się na palcach, by opleść rękami moją szyję.  
Miał być wspaniały.  
Z nią mógł taki być.
Piękne chwile jednak minęły tak samo szybko, jak się zaczęły.  
Obudziłem się.



Praca. Praca. Praca.



-Wpadnij do mnie wieczorem. Pomożesz mi wybrać prezent dla Daniela - głos, który ratuje mnie z ogarniającej rutyny, stawia na nogi i wywołuje uśmiech należy oczywiście do Elizabeth.  
Milczę chwilę, przypominając sobie jej piękną twarz.  
-Jasne - odpowiadam, choć całe moje ciało krzyczy, dając mi do zrozumienia, że popełniam najgorszą możliwą rzecz.  
Rozłącza się.  
Prezent dla przyszłego męża od niedoszłego chłopaka.  
Wylewam przypadkiem kawę na ważne papiery, które mają trafić o szesnastej do szefa.  
Przeklinam, nie ukrywając nagłej irytacji.  
Nie irytuje mnie czas przeznaczony na ogarnięcie i sprawdzenie zaległych umów, rachunków i innych śmiesznych papierków, który poszedł na marne.  
Irytacja budzi się dopiero, gdy w głowie wciąż słyszę imię, które przyprawia mnie o mdłości.
Daniel.



Mówią, że na początku zawsze jest źle, gorzej, najgorzej, by w niedalekiej, bądź dalekiej przyszłości (skreśl niepotrzebne) mogło stać się cudownie.  
Naprawdę?
Uważam, że jest dobrze dopóki się staramy.
Przepraszam, sprecyzuję - jeśli obie strony się starają.  
Zazwyczaj to zdarza się bardzo rzadko, ale jest możliwe.  
Wszystko jest wtedy możliwe, naprawdę i obiecuję, że nie musi być wcale źle, aby mogło być cudownie.  



Tak, to było nierozsądne, nieodpowiedzialne z mojej strony, wiem.
Względem swoich uczuć, zdrowia psychicznego i jeszcze wielu organów w osłabionym ciele, na przykład zrujnowanym doszczętnie sercu, które przypominało w każdej możliwej chwili, że jestem na przegranej pozycji.
W oczy wciąż rzucał się piękny brylant spoczywający na jej szczupłym palcu.  
Poszedłem z nią na te cholerne zakupy, zerkałem ukradkiem na śmiejące oczy, płynne ruchy zgrabnych nóg, na wszystko, czego mieć nie mogłem.
Teraz znów piję.  
Wspomnienie dzisiejszego dnia zalewa gęsta, okropna mgła kłująca w oczy.  
Po co ja tam właściwie poszedłem?
Ach tak, pragnąłem poczuć się, jak totalny śmieć.
Tego chciałem.
Chyba dotkliwej nie dało się tego zrozumieć.
Te wszystkie rozpierające, napierające na mnie uczucia mogły zmaterializować się tylko wewnętrznym krwotokiem rozbryzgującym w najmniej oczekiwanym momencie na jej piękną, białą suknie ślubną na oczach całej rodziny, przyjaciół i innych gapiów.
Nie obraziłbym się.
Naprawdę bym się kurwa nie obraził.



- Co z tobą? - szturcha mnie lekko ramieniem.  
Czuję napięcie, które przepływa nieprzyjemnym prądem do samych koniuszków palców u stóp.
Nic, powoli umieram.
- Co ma być? Dobrze, że jesteś - odpowiadam, a jej uśmiech staje się jeszcze szerszy.
Nawet nie ma pojęcia, jak łamie mi tym serce.
Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.






Dzień dobry, to tylko ja.
Będzie z tego chyba coś więcej!
A poza tym, dla chętnych, zapraszam na moją stronę fejsbukową:
https://www.facebook.com/GdziesMiedzySlowami/?modal=admin_todo_tour
Dzięki ziomki, że jesteście, nadal, chyba, a jednak mam nadzieję, że jesteście!
Mimo mojej sporej nieobecności.
Miłego wieczoru!

Malolata1

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 996 słów i 5665 znaków.

5 komentarzy

 
  • agnes1709

    Nigdzie się nie wybieramy, przynajmniej ja♥♥♥:kiss:

  • zabka815

    Super, czekam na dalszy ciąg  :przytul:

  • dreamer1897

    Taka historia :cray:  
    Mam tylko nadzieję jak koledzy i koleżanki poniżej, że zaszczycisz nas kontynuacją tej opowieści.
    I like it :dancing:

  • Somebody

    Bardzo dobrze, że będzie więcej. Nie mogę się już doczekać  :przytul:

  • blondeme99

    O kurde. Zaintrygowało mnie to opowiadanie  ;)

  • Malolata1

    @blondeme99 pozytywnie? :D

  • blondeme99

    @Malolata1 i to jeszcze jak  :bravo:

  • Malolata1

    @blondeme99 dziękuję! Mam nadzieję, że nie ostatni raz