"Drogą do nieba" cz.1

Na górze wszystko jest inne. Ludzie wyglądają niewinnie, jak zapracowane mrówki szukające swojego miejsca. Wszystko wydaje się takie małe i odległe. Zapomniałam już, jak to jest być na ziemi. Miękki obłok służy mi, jako wygodny fotel. Nie mogę narzekać, tu jest znacznie lepiej. Skrzydła pozwalają mi unosić się nad ziemią i trzymać z dala od wszystkich tych przyziemnych spraw, z którymi muszą zmagać się śmiertelnicy. Nie jestem aniołem, choć Harry ciągle powtarza, że jestem zbyt nierealna, żeby być prawdziwą. Uważa, że jestem piękna. Zauważyłam, że ma zdolność do wyolbrzymiania różnych rzeczy.  
Pewnego dnia po prostu się obudziłam i wylądowałam w niebie a bystre spojrzenia nieznanych mi istot napawały mnie strachem. Sądziłam, że śnię, bo w to było łatwiej uwierzyć. Nie obudziłam się już nigdy, to działo się naprawdę. Pewnie pomyślicie, że to jedna wielka ściema, ale może po bliższym zapoznaniu się z moją historią dostrzeżecie w niej coś innego, niż zwykłe kłamstwa wyssane prosto z palca. Jestem cierpliwa, poczekam.  
Trudno było przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, ale po jakimś czasie przestałam patrzeć na to wszystko, jak na karę, którą z niebios zesłał na mnie Bóg. Wielkie Królestwo rozciąga się na nieskończenie wielkim obszarze, nie potrafię dokładnie określić, gdzie się rozpoczyna a gdzie kończy. Jest olbrzymie a istoty żyjące w tym magicznym świecie przypominają wyglądem zwykłych ludzi, choć często ich lśniące ciała i niesamowite kolory tęczówek zupełnie nie odzwierciedlają szarych śmiertelników znajdujących się na ziemi.  
Nie jestem tutaj bez powodu, choć z początku uważałam, że moja obecność tutaj jest bezcelowa. Czuwam nad porządkiem całego Królestwa i jestem odpowiedzialna za wszystko, co ma związek z pogodą. Zapomniałam wspomnieć - potrafię ją kontrolować. Jeśli potrzebny jest deszcz to wystarczy, że zamknę oczy i przywołam do siebie maleńkie krople lub wielką ulewę, przed którą zaczną uciekać do swoich domów śmiertelnicy. Często moje samopoczucie ma wpływ na to, czy wyjdzie słońce, czy zacznie sypać śnieg. Staram się nie być przesadnie srogą dla niewinnych ludzi prowadzących swoje życie tam, na dole.  
-Lilly? - uśmiech Harrego zdaje się błyszczeć bardziej niż wschodzące w tej chwili słońce. - Znów rozmawiasz ze sobą? - szturcha mnie łokciem a potem przytula mocno do siebie. Harry jest moim przyjacielem, jak zdążyliście zauważyć na wstępie. Nie łączy nas żadne silniejsze uczucie. Jest jedną z tych magicznych istot, które wpatrywały się na mnie bez słowa, kiedy z niewiadomych powodów znalazłam się w Królestwie. Pamiętam badawcze, niemal surowe spojrzenie jego zielonych tęczówek. Teraz wiem, że żaden z niego potwór.  
-Musimy na chwilę polecieć do Rose, podobno coś dla nas przygotowała - błysk w jego oku wyraźnie daje mi do zrozumienia, że nie zamierza czekać ani chwili dłużej.
Kiwam głową, przelotnie się do niego uśmiechając.
-No to w drogę - śmieję się a potem staję na skraju białego obłoczka, rzucając się w dół, rozkładam skrzydła.
Rose to przyjaciółka Harrego. Znają się od dzieciństwa i wspólnie dorastali na różowej chmurce. Mam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale teraz powinnam skupić się na bezpiecznym locie. Spoglądam w dół. Wszystko spowiła gęsta mgła. Czasem tęsknie za swoim dawnym życiem, choć tutaj jest znacznie lepiej. Brakuje mi wspólnych rozmów z siostrą i kilku znajomych, którzy wywoływali uśmiech na mojej twarzy. Rodziców nawet nie pamiętam, zniknęli, tak jak zniknęło na zawsze moje dawne życie.  
Kilka minut wystarczy, abyśmy razem z Harrym byli na miejscu. Chata znajdująca się na różowym obłoku przypomina wielkością ogromną willę, na którą często nie stać przeciętnych śmiertelników. Często odwiedzamy Rose, ale za każdym razem, gdy się tutaj pojawiam, nie mogę oderwać wzroku od jej pięknej posiadłości. Jest cała biała a od wielkich, przestronnych okien odbija się słońce. Dziewczyna hoduje kwiaty, więc całość wygląda naprawdę niesamowicie. Kwitnące róże we wszystkich kolorach tęczy zdobią wejście do eleganckiej posiadłości. Często śmiejemy się we trójkę, że jej imię zobowiązuje do tego, aby zajmowała się kwiatami.  
-Lilly, to tylko zwyczajny dom - śmieje się Harry, szturchając mnie delikatnie w ramię. Spogląda przez chwilę w moje błyszczące, brązowe tęczówki a potem oddala się w stronę białych drzwi, prowadzących wgłąb luksusowego mieszkania. Nie ruszam się z miejsca. Tego widoku nie da się opisać nawet najpiękniejszymi słowami, one nie odzwierciedlą nawet w najmniejszym stopniu tego, co widzę.
-Lilly! No chodź! - słyszę w oddali zniecierpliwiony głos przyjaciela, który trzyma już rękę na klamce. Z ociąganiem stawiam krok w przód. Nogi odmawiają posłuszeństwa, ale wzrok Harrego pali całe moje ciało, więc znacznie przyspieszam.  
-Chyba ktoś w dniu twoich narodzin poskąpił ci cierpliwości - wywracam oczami, kiedy wchodzimy już do środka. W odpowiedzi słyszę tylko głośne parsknięcie.  
Wnętrze domu prezentuje się równie pięknie, jak jego zewnętrzna strona. Białe wazony ukazujące czerwień wielkich róż, stojące na przeźroczystych stolikach. Skórzane, jasne, miękkie kanapy. Wystarczy tylko usiąść, aby zakochać się w nich na zabój.  
-Jak dobrze, że już jesteście! - świergocze radośnie Rose, kiedy zauważa naszą obecność. Rude włosy dodają jej uroku. Przytula do siebie umięśnioną sylwetkę Harrego a chwilę później podchodzi do mnie. Pachnie liliami, jak zawsze. Jej uśmiech jest zaraźliwy, więc we trójkę emanujemy dobrą energią.  
-Ciebie też dobrze widzieć, Rose. Tęskniłem za twoją wiecznie uśmiechniętą twarzą - śmieje się chłopak, rozsiadając się na białej kanapie.  
-Głupek - rzuca odruchowo w jego stronę a potem spogląda niepewnie na mnie. - Lilly, mogę cię prosić na słówko? - pyta, wprawiając mnie tym w zdezorientowanie. Kiwam głową.  
-Jak to? Rozmowy beze mnie? - głowa Harrego obraca się w naszym kierunku a na jego twarz wypływa wyraźnie niezadowolenie. Rose chichocze.  
-Nie zawsze twoje uszy muszą zarejestrować każde słowo, Harry. Obejdziesz się bez babskich pogaduszek - posyła mu wielkiego buziaka i mruga okiem, potem ciągnie mnie za rękę prowadząc do ogrodu. Nie mam pojęcia, dlaczego chce ze mną porozmawiać na osobności, ale nie protestuję. Rose zamyka powieki, kreśląc w powietrzu małe kółka. Chwilę później moim oczom okazuje się niewielki, błękitny obłok. Dziewczyna wskazuje na niego palcem, więc bez zastanowienia na nim siadam. Jest niewyobrażalnie miękki i wygodny. Uśmiech Rose wyraźnie daje mi do zrozumienia, że wie, co w tej chwili czuję.  
-Więc o co chodzi? - pytam, kiedy obie siedzimy na błękitnej chmurce. Jej oczy stają się smutne a błysk w błękitnych tęczówkach nagle znika. Bawi się bezradnie palcami. Cały jej dobry humor gdzieś ulatuje. Wzdycha a potem odważnie spogląda w moje oczy. Z jej ust wydobywają się pojedyncze słowa, których nie potrafię zrozumieć, ale później łączą się w logiczne zdania. Opowiada całą sobą a bezradność wypisana na jej piegowatej twarzy sprawia, że mam ochotę ją mocno przytulić. Na chwilę zastyga, jakby ostatnie zdanie nie chciało jej przejść przez gardło. Mija jakieś pięć minut zanim ponownie zbiera się na odwagę, aby dokończyć historię. Mam wrażenie, że jej oczy próbują przeniknąć gdzieś do mojego wnętrza i przekonać mnie, że mówi prawdę. Jej usta drżą a potem bez zastanowienia zamyka oczy i wypowiada ostatnie zdanie. Kręcę z niedowierzaniem głową, ale ona kładzie mi palec na wargach a na jej policzku widać pierwszą łzę.

Malolata1

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1394 słów i 7942 znaków.

2 komentarze

 
  • ..

    Ale dokończ Rachel noo ;c

  • LittleScarlet

    A więc jednak! :D Tak jak podejrzewałam, już wiem, że spodoba mi się całe opowiadanie. :3 Kapitalnie!