Demon...

Padał deszcz. Błękitne, niewinne niebo przysłoniły ciemne chmury skłaniające do myślenia o najciemniejszych aspektach istnienia. Ona siedziała przemoknięta przed ich wspólną, skromną chatką na obrzeżach miasta i była coraz bardziej zmęczona tym całym bagnem w jakie razem z mężem wdepnęła. Zastanawiała się czy ich życie potoczyłoby się inaczej gdyby pamiętnego, zimowego dnia nie przyczyniła się do śmierci siostry. Nagle usłyszała skrzypnięcie frontowych drzwi. -Znowu ten cholerny pajac - przeszło jej niespodziewanie przez myśl.  
– Lily, ona nie przestanie dopóki nie postawi na swoim. Zaczynam się bać i mam tego wszystkiego powyżej dziurek w nosie. Kocham cię, ale jeżeli nie wymyślisz czegoś w ciągu dwóch tygodni na pozbycie się tego przeklętego piętna nie będę cię już wspierał i zakończymy to wszystko tak, jak się zaczęło.
Lily słysząc te słowa od swojego nieudolnego męża Jacoba poczuła wszechogarniający strach. -Cholera. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, myślałam, że ta ciota nie podejmie żadnych kroków w tej sprawie...A szczególnie takich.  
Jacob jej groził, i to na poważnie. Był gotowy ją zabić. Po tej deklaracji Lil błyskawicznie zmieniła taktykę.  
– Jake? Wiesz, że jesteś całym moim światem. Nie dałabym bez ciebie rady. Musisz być ze mną, a obiecuję, że prędzej czy później coś wymyślimy i wykopiemy się z tego. Wiesz... Chyba czuję się gotowa by zostać matką- zamrugała zmysłowo powiekami i... Zadziałało. Jacob zrobił na prawdę kretyńską minę i był całkowicie zbity z tropu. Pocałowała go namiętnie a on wziął ją na ręce i przeniósł do prowizorycznie urządzonej sypialni. Burza, szalejąca na zewnątrz trzęsła całą chatką, i rzucała przerażające cienie na czerwone ściany pokoju, mimo to Jacob, który panicznie bał się burzy zapomniał o całym świecie, zapomniał o swojej chorobie, zapomniał o tragicznym wypadku, zapomniał nawet o przerażającym, złowieszczym śnie - widział tylko jędrne, czerwone usta Lily.
Poranek przegonił wieczorną burzę i zapach ozonu na mokrym asfalcie. Świeży, poranny podmuch wiatru i przenikliwe słońce obudziły ptaki, które zaczęły zbijać się w małe grupki. Ptaki czuły niepokój. Nie ćwierkały radośnie witając kolejnego wiosennego ranka. Intuicyjnie wyczuwały zagrożenie. Ptaki zerwały się z wielkiego dębu przy chatce gdy tylko Lily wyszła z domu. Biła od niej niezwykła aura. Rysy jej twarzy przez noc zmieniły się nieznacznie, pustka w jej oczach i złośliwie wykrzywione wargi świadczyły o psychologicznej przemianie, która zaszła w niej nocą. Siadła na schodkach obmywając ręce w mokrej trawie. Jej biała, nocna koszula była upstrzona kroplami szkarłatnej krwi. Jej dłonie były całe zabrudzone krwią i czarną ziemią. Nagle dostrzegła cień przemykający po ścieżce prowadzącej do lasu. Po jej twarzy przebiegł grymas zdradzający szaleństwo. Nieznośna cisza zapowiadała straszne zdarzenia. Wiatr przestał wiać. Słońce zaczęło rzucać na chatkę jakby przyćmione promienie. Zatruta cisza krzyczała przerażająco w umyśle Lily. Szaleństwo powoli zaczęło obejmować ją swoimi lepkimi mackami. Była jeszcze na tyle silna, że nie zaczęła krzyczeć. Oddała się myślom...
-Co muszę jeszcze zrobić aby wszystko minęło, dlaczego ona nigdy nie przestanie się mścić? Chyba znała odpowiedź. Tej nocy Jake opowiedział jej sen.  

*

Było mgliście, ich działkę spowijał całun gęstej mgły. Chciał uciec ale coś nie pozawalało mu się ruszyć. Był sparaliżowany przerażeniem. W ustach czuł gorzki smak dławiącego strachu, który dusił go podchodząc do zatok. Chciał zamknąć oczy ale nie mógł. Widział ją. Stała przy Lily i była malutką dziewczynką. Złapała jego żonę za rękę i uśmiechnięte patrzyły się na siebie. Rose Anne, młodsza siostra Lil zwróciła nagle wzrok na Jacoba. To co zobaczył sprawiło że zaczął krzyczeć, uciekał przed nią. Mimo iż biegł z całych sił nie ruszył się z miejsca. Rose i jego ukochana żona szły uśmiechnięte w jego stronę. Były coraz bliżej, o krok. Czuł ich cuchnące oddechy, widział jak ich twarze zaczęły się zmieniać. Stopniowo przemieniały się w strach. Lily spojrzała na Rose Anne i zaczęła krzyczeć. Jej siostra wybuchnęła perlistym śmiechem. Przeraźliwy wrzask i chichot słodkiego cherubina doprowadzały go do szału. Zastanawiał się czy to jest właśnie dźwięk śmierci. Krzyk Lily urwał się nagle, z szaleństwem w oczach rzuciła się na męża. Długimi paznokciami rozorała mu boleśnie skórę, nożem rozcięła mu żyły. Krew płynęła gorącym strumieniem. Spojrzała mu w oczy i niczym bazyliszek zamordowała go do końca. Jego zmysły jeszcze działały. Słyszał mgłę, czuł zapach własnej krwi, widział jak Lily łka. Rose Anne była demonem w ciele małej, rozkosznej dziewczynki. Rozchyliła wargi w szyderczym uśmiechu i roznieciła wielkie ognisko. Jej czarne oczy były oczami klątwy, piętna. Wrzuciła z łatwością własną siostrę do ognia. Lily nie krzyczała. Topiła się niczym lalka. Triumfalnie patrzyła na Jacoba. Gdy poczuł swąd palonych włosów i usłyszał ponownie śmiech Rose obudził się z krzykiem.  


*

Lily nie wiedziała co się z nią dzieje. Wiedziała, że nie jest sobą. Nogi poniosły ją obok świeżej mogiły męża. Jak w letargu stała i zaczęła sobie przypominać wydarzenia minionej nocy. Jakaś wielka siła kierowała ją. To było to. Zemsta Rose Anne. Lily miała czyste myśli, lecz nie mogła zapanować nad ciałem. Czuła obecność Rose. Wzięła do ręki telefon i zadzwoniła do matki. Nienawidziła jej, ponieważ matka kochała tylko Rose. Lily wiedziała że musi przerwać połączenie, nie mogła opowiedzieć matce o wypadku. Nie mogła się przyznać. Mimo nienawiści nie chciała zabić swojej rodzicielki. Rose Anne zawładnęła nią na tyle sprytnie, iż zostawiła jej myśli czystymi. Była świadoma swoich poczynań lecz nie mogła nic na to poradzić. Lily czy raczej Rose zaczęła bez zbędnych wstępów opowiadać matce o wypadku.  


*

Była kompletnie pijana, Jake również. Nie darzyła wielką miłością Rose ponieważ odebrała jej matkę. Ale to była jej siostra. Czuła strach, radość, podniecenie. Postanowiła że weźmie małą na przejażdżkę. Siedzieli we trójkę w ich aucie. Rose była na tyle dużą dziewczynką, że była w pełni świadoma wydarzeń, które działy się w tym momencie. Pijana Lil zaczęła na przemian radośnie się śmiać i płakać. Jake trzymał Rose za usta i śmiał jej się w twarz. Co dziwne Rosey nie płakała tylko rzucała nienawistne spojrzenia. Lily nie wiedziała że siostra ma specjalne zdolności. Nikt nie wiedział, nawet sama Rose Anne. Przez drogę przebiegło dziecko. Lily przeraziła się lecz nie zawróciła. Do jej serca zakradło się wahanie. Nie była pewna czy podejmuje właściwe kroki, jej myśli zaczęły usypiać. Biegły zupełnie innym torem. Myślała o matce. O tym, że nienawidzi Jake'a. O tym, że jej siostrzyczka pachnie truskawkowym szamponem do włosów. Tajemnicze dziecko stanęło na środku jezdni, Lily skręciła gwałtownie i wpadła w poślizg na śnieżnej nawierzchni. Nagle auto stanęło w poprzek drogi. Rose szamotała się przeraźliwe i ugryzła Jacoba. Puścił ją sycząc z bólu. Lily nie wiedziała co dzieje się wokół. Czuła, że jej życie, że ta chwila jest obrazem. Wcielenie twórczości Salvadora Dali. Wszystko było rozmazane, słyszała jakiś krzyk, zapach benzyny. Poczucie abstrakcji momentu było niesamowicie wyraźne a zarazem rozmazane. Kontury były rozmyte. Nagle obudziła się, była przemarznięta. Jake leżał na kanapie z tyłu. Z jego skroni spływała strużka krwi, oddychał miarowo. Nagle Lily zaczęła gorączkowo myśleć, ogarnęła ją panika. Obudziła męża.
– Gdzie Rose Anne? Trzymałeś ją... Ona, cholera umarła. Co teraz. Gdzie ona jest? -wyrzucała z siebie nieartykuowane słowa z prędkością pocisków.
– Lily, kochanie. Nie mogłem nic zrobić. Ona krzyczała, błagała mnie o pomoc, ale to dziecko tu podeszło. Ono się śmiało. Śmiało się z nas, z Rosey, nie wiem. Chłopiec złapał Rose za rękę i poszli gdzieś. Rose płakała ale nie mogła nic zrobić. To nasza wina, zabiliśmy ją. Kurwa zabiliśmy twoją siostrę.
Prawda zwaliła się na Lily z ciężarem głazu. Chcieli wziąć ją na przejażdżkę, nastraszyć ją. Chciała zemścić się na matce, na Rose. Ale nie chciała jej zabić. Rozejrzała się wokół zauważyła w oddali jakiś kształt. Zawołała Jake'a i podbiegli tam. To była Rose. Martwa, ze spokojem na twarzy. Jej długie, czarne rzęsy były posklejane łzami. Leżała spokojnie na drodze, bez żadnych śladów brutalnego morderstwa. Po prostu odeszła. Lily usłyszała w głowie hałas. Jake również. To wypełniało im głowy.  
-Była nam potrzebna, teraz mamy już wszystkie... Ostatnia córka demona... Połączyła się. Czekajcie na zemstę... Jest jedno wyjście.
Nagle dźwięk się urwał. Nastała cisza. Nadzieja. Wyjście? Myśli gorączkowo tłukły się wokół tego zagadnienia.  

*

Matka nie przerwała jej ani raz. Słuchała nie mogąc złapać oddechu. Przerażona Lily odzyskała czucie. Rzuciła słuchawką, lecz było już za późno. Demoniczny śmiech Rose, przypominający chichot cherubina rozbrzmiewał raz po raz w głowie Lil. Czas pędził, nie chciała spotkać się z nią. Już nie. Śmiech. Lily zaczęła się śmiać. Rozwiązanie było tak proste. Mało logiczne, lecz proste. To była raczej ucieczka niż rozwiązanie. Lily popędzana przez wskazówkę zegara pobiegła do łazienki. Śmiech. Już niedużo dzieliło ją od spotkania z Rose Anne. Spotkanie? Raczej połączenie się z nią na wieki. Nie chciała tego. Napuściła wody do wanny, podłączyła prostownicę, suszarkę. Śmiech.
-Nie będę twoim narzędziem suko. Nie jesteś moją siostrą. Jesteś demonem.
Śmiech zamienił się w krzyk. Krzyk przerażenia? Krzyk rozczarowania? Rosey wpadła w szał.
-Zabiłaś Jacoba ale nie zabijesz mnie. Zemściłaś się już!  
Nagle obok Lily pojawił się Jake. Towarzyszył jej w ostatnim akcie życia. Chciał był z nią do końca. Kochał ją i wiedział że to zemsta Rosey go zabiła. Domyślał się, że Lil go nienawidziła, ale on ją kochał.  
Lily weszła do wanny. Nie czuła nic. To Rose Anne chciała ją znów zniewolić. Nie czuła bólu. Śmierć przyszła nagle i była bezbolesna. Wszystko dzięki Rosey, która bezwiednie chciała ochronić siostrę przed bólem, przed śmiercią. Iskry tryskały podkreślając wykonanie zadania. Jake zniknął. Lily popełniła samobójstwo z uśmiechem na ustach.
Demon w ciele Rose Anne krzyknął z wściekłości i powrócił do swojego królestwa. Zemsta Rosey nie została wykonana do końca. Potępiona będzie snuła się po świecie szukając powodów do zwieńczenia swojej misji. Musi położyć wieniec laurowy na swoje zadanie. Ma tylko nadzieje, że kiedyś nadejdzie na to czas.
Wszystko wróciło do normy. Ptaki powróciły nad domek ćwierkając radośnie. Nie miały już powodów do obaw.

Nie moje :) Autor: Julia Ptak

zalukaj1111

opublikował opowiadanie w kategorii horror, użył 2088 słów i 11387 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • mela

    Niewiele z tego rozumiałam, ale podoba mi się.