Samotnicy

Najlepsze rozmyślania zaczynają kiełkować w nocy. Tabun myśli przenika przez głowy milionów ludzi; co ja tak naprawdę robię w życiu? Co się stało, że moje życie potoczyło się w taki, a nie inny sposób? Człowiek dociera w pewnym momencie na granicę, gdzieś gdzie jego życie kształtuje się - po to, żeby spędzić w tym stanie następne kilka lat. Pomijając kraje trzeciego świata, gdzie w niewielu przypadkach można o tym w taki sposób mówić. Można podzielić ludzi na dwie duże grupy. Jedni są szczęściarzami; należą do grupy ludzi, którzy posiadają dar komunikowania się z innymi - zdobywają przyjaciół, kolegów, znajomych - nie muszą się martwić, że będą sami, ich czas nie toczy się jak w "Modzie na sukces"; jest stonowane, pełne zabawy, uśmiechu. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, ale są to sporadyczne przypadki, które w większości przypadków nie mają największego znaczenia, są łątwe do załatania, naprawienia. Problemy są błahostką, zawsze można się oprzeć na najbliższych i nikt się od ciebie nie odwróci.  
Jednak pozostali nie mają tyle szczęścia - los kreuje życie jak najgorzej się da. Od pewnej granicy na osi czasu człowiek zostaje sam. Jest z jakiegoś nieznanego powodu wykluczony z grupy, wyśmiewany. Po prostu zostaje sam. Przez wiele lat doświadcza myśli samobójczych, nie ma na kim się oprzeć. Wiele razy wracał do domu i jedyne co chciał zrobić to się poddać. Położyć się, zacząć płakać i po prostu zniknąć. "Samotność, to taka straszna trwoga" te słowa znajdują 100% odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ale dlaczego jedni otrzymują dar, dzięki któremu nie są wykluczani, a inni nie mają ochoty żyć? Tego nikt nie wie.  
W życiu każdego jednak pojawiają się momenty przełomowe - powrót znajomości z przeszłości, nowy związek, nowa szkoła czy praca. Nie zawsze wyznacza to jak zmieni się czyjeś życie, jednak jest taka szansa - towarzyscy mogą zostać sami i na odwrót - osoby samotne w końcu poczują, że nie są same na tym świecie. Świadomość, że nie jest się bezużytecznym zlepkiem kości, mięśni i organów daje niesamowite wrażenie, daje chęć do życia, uczucie, że jednak dla kogoś się coś znaczy. Ale ile to może trwać? Kilka dni? Tygodni? Miesięcy? A może lat? Tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Stan emocjonalnej pustki raczej nie utrzymuje się za długo wśród "szczęściarzy" - po jakimś czasie wracają do swojego normalnego życia. W przypadku samotników chwile szczęścia są równie ulotne. "W życiu piękne są tylko chwile" fakt, trzeba czerpać z nich garściami, zapamiętywać je, chować w najgłębszych zakamarkach umysłu po to, żeby w ciężkich chwilach zawsze można było sobie je przypomnieć, nawet się uśmiechnąć i pomyśleć "jeny, ale było wtedy fajnie". Czasem pomaga - bo wiadomo wtedy, że choć przez chwilę komuś na nas zależało. Niestety jednak, po chwili pojawia się świadomość, że znów jesteś sam. Siedzisz na łóżku, jest noc, popijasz whisky z colą, w tle leci Dżem, Happysad, czy inne spokojniejsze utwory i starasz się wszystko co siedzi w twojej głowie ubrać w słowa. Czujesz się niesamowicie zmęczony psychicznie, opuszczony, jedyne co ci pozostaje to samotność, twój jedyny przyjaciel, który cię nie opuścił przez tyle lat życia. Nieważne ile szczęśliwych miesięcy, dni, godzin, sekund przeżyłeś - ona zawsze do ciebie powraca, żeby objąć cię ramionami i utwierdzić w sensie słów "nieważne jak pokierujesz swoim życiem, samotność i tak będzie z tobą zawsze". Stara się człowiek naprowadzić swoje życie, zmienić cokolwiek, jednak czy się da? Tu się z kimś spotkać, nałapać szczęśliwych chwil, jednak co z tego, skoro ma się świadomość, że to mogą być ostatnie radosne chwile? Fakt, ważne żeby je przeżyć. Jednak zawsze po takich chwilach, dopada nas z wielkim "BUM" świadomość, że chwila nie oznacza szczęśliwego życia, które przecież jest tylko jedno i należy je przeżyć jak najlepiej. Człowiek popełnia wiele błędów, wielu z nich żałuje, jednak czasu się nie cofnie. Jedyne co przy życiu trzyma samotnika, to rodzina. Świadomość, że jednak jest parę osób - naszych najbliższych, którzy po prostu nas kochają, za to, że jesteśmy i jakakolwiek krzywda jaka nam się dzieje, ich również boli - "ucieczka z życia" byłaby niewybaczalnym ciosem, dla jedynych osób, które nami nie gardzą.  
Zastanówmy się jednak nad jeszcze jedną kwestią - maską. Maską, która ukrywa cały ból człowieka; "Hej wszystko w porządku?" - Tak, oczywiście. Na zewnątrz zawsze tak to widać, jednak samotnik umiera od środka. Uczucie beznadziejności, opuszczenia, niewyobrażalnego bólu zżera cię od środka. Zewnętrznie sie uśmiechasz, według otoczenia jest zawsze okay - chodzisz pełen dobrych emocji, wesoły, rozmawiasz ze wszystkimi. W środku umierasz, płaczesz. Miliony myśli kotłują się w twoim sercu, w nocy śni ci się, że rzucasz się pod pociąg, podcinasz sobie żyły. Po prostu masz wszystkiego dość. Nawet jeżeli spotyka cię jedno z największych szczęść jakie możesz mieć - masz przyjaciela, osobę, na której możesz zawsze się oprzeć, osobie, która wspierała cię bardzo w trudnych chwilach, gdy wizja rzucenia się pod pociąg była bardzo zachęcająca, osobie, która mimowolnie wywołuje uśmiech na twojej twarzy, możesz jej powiedzieć wszystko, jednak nawet ona nie jest w stanie zapełnić pustki nagromadzonej przez tak długi czas. Maskę zakłada się po to, żeby odizolować się od otoczenia - samotnicy są przekonani, że nie ma szans, żeby cokolwiek naprawić. Tyle wieczorów, dni, nocy - przepłakane samemu w domu, oglądając po raz kolejny ten sam film, który wywołuje najwięcej emocji - tych dobrych, ale również tych złych, które pozostawiają trwały, malutki ślad w sercu - po jednym obejrzeniu nic nie widać, jednak po kilkunastu razach, gdy przykładowo widzimy wyniszczającą siłę Alzhaimera w "Pamiętniku", czy pragnienie miłości "Titanica", każde małe zadrapanie na sercu przeobraża się w wielką dziurę, która wywodzi się nie tyle co z filmów, co z własnych doświadczeń, smutków, wylanych łez.  
Lata, miesiące, dni zastanawiania się "dlaczego tak to się potoczyło?". Co by było gdyby trzymać się kurczowo przyjaciół, którzy pojawili się tylko na chwilę w naszym życiu, jednak pokazali namiastkę szczęścia? Co by było gdyby niektórych ludzi poznano wcześniej, a innych wcale? Co by było gdyby w niektórych przypadkach nasze serca były nieporuszone? Jakby wyglądało nasze życie? Człowiek zastanawia się po prostu co jest z nim nie tak, pomimo, że stara się dopasować. A może nie o to chodzi żeby dopasować się do innych, tylko żeby zostać zaakceptowanym? Niestety po kilku latach obu prób i braku rezultatów nic. Kompletna pustka - pusta szklanka po alkoholu, pustka w człowieku, mokra od łez poduszka. Czemu to się tak dzieje? Nie wie nikt. Niektórzy ludzie są skazani na taki los - pogodzić się z nim? Ignorować i funkcjonować dalej w pełnej bólu egzystencji? Wiem, że to brzmi jak początki choroby psychicznej, kompletnie bez ładu i składu, jednak myślę, że jest to gorszy rodzaj choroby - choroba serca, choroba pustki i opuszczenia. Po prostu samotność.  
"Such a lonely day
And it's mine
The most loneliest day of my life"

Gabi14

opublikowała opowiadanie w kategorii felieton i inne, użyła 1351 słów i 7659 znaków. Tagi: #przemyślenia #noc

2 komentarze

 
  • MrHyde

    Samotność - źle. Za dużo ludzi, za długo - też niedobrze.   :cheers:

  • Gabi14

    @MrHyde to jest sprzeczność, ale ona występuje i nie da się tego ominąć - nie zawsze jest się w stanie znaleźć złoty środek - tak źle i tak niedobrze  ;)

  • agnes1709

    Bardzo ładnie;)