Ludzka znieczulica ( przedruk autor Krystyna Janda)

Ludzie! Nie macie pojęcia, że tuż obok, niedaleko, jest taki straszny świat!
Ludzie! Moi Ludzie! Tak los zrządził, że spędziłam ponad tydzień, wiele godzin każdego dnia, na oddziale geriatrycznym jednego ze szpitali. Co się tam dzieje! Ludzie! Chodzicie ulicami, kąpiecie dzieci, robicie zakupy, gotujecie obiady, zjadacie kolacje, pracujecie, odprowadzacie dzieci do szkół i przedszkoli, całujecie się i kochacie nocami, i nie macie pojęcia, że tuż obok, niedaleko, jest taki straszny świat, takie coś, taki czas ostateczny! A może wiecie?
Może niektórzy z Was wiedzą, inni przeczuwają, ale nie myślą o tym, jeszcze inni potrafią sobie wyobrazić, ale bezpośrednio ich to nie dotyczy, nie muszą się z tym mierzyć. Może ty, młody mężczyzno, wyskakujący w biegu z tramwaju, czy ty, dziewczyno bez czapki, z sinymi kolanami z zimna w minispódniczce, nie wiesz, że cię to czeka. Prawdopodobnie.

Ja od kilku dni jestem w szoku, chodzę w depresji, nie mogę o tym wszystkim, na co patrzę i czego słucham, zapomnieć. Wracam tam jak bumerang, jak uzależniona, jak do swojego miejsca, najważniejszego teraz dla mnie, paradoksalnie mi najbliższego. Lekarze! Pielęgniarki, salowe, sanitariusze, kierowcy, opiekunowie medyczni... Wy tam całe życie! Jesteście chyba z żelaza!

Już przy wejściu do szpitala wita wszystkich wielka plansza: SZPITAL TO NIE PRZECHOWALNIA! Napis, którego zupełnie nie rozumiałam, na początku wydał mi się nietaktowny, zbyt obcesowy, nieuprzejmy. Dziś go rozumiem, a raczej rozumiem akt rozpaczy, który kazał go napisać i wywiesić.

Trafiłam tam nocą z piątku na sobotę, dwa tygodnie temu, po zagraniu wesołej "Shirley Valentine", poszukując przywiezionej przez pogotowie ratunkowe mojej mamy. Przeszłam nocny SOR z tłumem nieszczęśliwców, od dzieci poczynając, na staruszkach kończąc. Mając wrażenie, że wszyscy ci ludzie za wszelką cenę chcą się dostać na górę, na odziały, do łóżek z białą pościelą, na badania, pod opiekę, bo na parterze, a co nie daj Boże w domu czy na ulicy, czyha niebezpieczeństwo śmierci lub wielkiego bólu. Ale to nie takie proste. Selekcja jest bezwzględna. Łóżek na górze wolnych nie ma, personelu nie ma, lekarzy mało. Upragniony wjazd windą do nieba, czyli na oddział szpitalny, przysługuje tylko ciężkim stanom. My byliśmy w śpiączce cukrzycowej, cukier 700, 40 stopni temperatury, więc wyboru nie było.

Druga w nocy, nikt nie śpi, pielęgniarki biegają. Zza półuchylonych drzwi słyszę krzyczącą kobietę: „Ja chcę do domu! Zróbcie coś, żeby mnie nie bolało! Pić! Wody! Ratunku!” I tak na przemian. Przerażona, chcę biec z pomocą, zatrzymują mnie. To pomylona staruszka, krzyczy, żeby zwrócić na siebie uwagę, jest tutaj sama od miesiąca, nie ma gdzie jej odwieźć, żaden zakład nie chce przyjąć, emeryturę ma za małą na dom opieki, a w domu nie ma się kto nią zająć, dzieci za granicą. „Ludzie, ludzieeeee! Ja chcę do domu! Wody!”. Na pokrzykiwania staruszki reaguje staruszek w malignie, z drugiego końca innej sali, którego coś dręczy, jakiś koszmar.

Po korytarzach, w neonowym świetle snują się bezsennie babcie i dziadkowie w beznadziei, inni leżą w łóżkach nieprzytomni z pootwieranymi ustami, bezzębnymi dziąsłami coś żują, świszcząc. Jęki, kaszel, co jakiś czas wyrwie się komuś „Boże! Boże! O Boże!”. Powykręcana kobieta z wywróconymi oczami piszczy co jakiś czas, jak kotek. Prawie wszyscy w pieluchach, wielu monitorowanych różnymi urządzeniami, wymuszanie wypróżnień, bo jelita nie pracują – wlewka na szóstkę! Pojenie, nawadnianie kroplówkami, kaszel chorych na zapalenie płuc, jak diabelskie organy. „Pani odkaszlnie, tu, niech pani wypluje! No niech pani kaszlnie!” Krew do badania, wenflony, bilans płynów, rzężenie.

Niekochani. Samotni. Nikt ich nie chce, nikt się nimi nie opiekuje, pobyt na tym oddziale w szpitalu to święto. Rano do niektórych przychodzą dzieci, siwi mężczyźni i kobiety, też ledwo chodzą, czasem wnuk, wnuczka, sąsiadka, znajoma. Do nielicznych.

- Cieszy się pani, że idzie pani do domu? - pytam uroczą panią z siniakami na szyi. – Tak - uśmiecha się. Syn pomoże i dam radę. Kładą ją w piżamie, w czapce, obejmującą dużego żółtego pluszowego misia, na noszach do transportu. – Tak, do domu - mówi z uśmiechem. Sanitariusz pochyla się do mnie: - A skąd! Ja ją wiozę do domu opieki, rodzina jej nie zabiera. Wraca do domu opieki. Oszukali ją. Kamienieję.

„Oj pani Krysiu, posiedzi tu pani jeszcze z nami trochę, to zrozumie pani jaki świat jest zły, jacy ludzie okrutni” – uśmiecha się do mnie pielęgniarka. „Dzieci bez serca, inne powyjeżdżały za granicę, a nikt obcy nie pomoże. Jeszcze jak mają jaką taką emeryturę, to na dom opieki starczy, ale tak… sąsiedzi tylko po pogotowie umieją zadzwonić i tyle. Pani patrzy na tę kobietę, to był taaaaki lekarz! Tysiące ludzi uratowała, leczyła najcięższe przypadki, nikomu nigdy nie odmówiła, niech pani patrzy jak umiera! Ludziom życie oddała! Oj, to życie!”.

„Wody! Wody! Wody!” – krzyczy ta z izolatki. Zrywam się. „Niech pani nie przeżywa, ona ma wodę, poimy ją, ona tak miesiąc ciągle krzyczy, żeby ktoś do niej wszedł. Wie pani, teraz ich dużo, bo ferie, ludzie chcą wyjechać, to pogotowie wzywają i ich tu zostawiają. Przechowalnia. Przecież oni nie do wyleczenia”.

Chodzą studenci, młodzi lekarze, rezydenci. Jedna dziewczyna bardziej empatyczna od innych, podnosi, oklepuje, poi, zwilża usta, sprawdza pieluchy, smaruje kremem. Potem po południu, widzę jak płacze w kącie. – Coś się stało? - pytam. Kiwa kłową, zaprzeczając, oczy ma spuchnięte i czerwone.

- Czegoś trzeba? – pyta salowa. - Jak nie, to idę. Mamy zgon na jedynce. Tu leżą tacy ludzie! Żeby pani wiedziała, o z tą panią, z tą co nieprzytomna, pracowałam na noworodkach - pokazuje mi zwiniętą w kłębek łysą kupkę nieszczęścia. Obok, przy sąsiednim łóżku, stoi młody chłopak, pyta leżącą na nim panią: „Babciu, mama pytała, czy trzeba ci czegoś? Przynieść ci coś?” Staruszka odpowiada coś szeptem, patrząc na niego z miłością. „Co? Co chcesz?”. Nie rozumie. Pielęgniarka pomaga mu, pyta, krzycząc: „Czego pani chce!? Wnuk pyta!”. Pada odpowiedź: „Pogłaskać”. Chłopak uśmiecha się, myśli, że to żart. Nie wie, co ma zrobić. Wychodzi z sali, wstydzi się. Po jakimś czasie widzę, jak stoi nad łóżkiem i jakby nie swoją ręką głaszcze babcię po włosach, rozglądając się ukradkiem, czy ktoś to widzi. Ta uśmiecha się z zamkniętymi oczami. Wchodzi pielęgniarka: „Pan wyjdzie, bo będę zmienić babci pampers”.
Przechodzę korytarzem.

– Chodź no tu! - woła do mnie kobieta z łóżka w innej sali.

– Kupisz mi paluszki z sezamem w kiosku?

– Tak. Zaraz pani przyniosę.

– Ale ja nie mam pieniędzy!

– Nie szkodzi - odpowiadam.

– Ja cię znam z Ogrodowej. Kojarzę cię. Pamiętasz księdza Krzysztofa? Tego, co był taki nerwus?

– Nie, bo ja nie jestem z Ogrodowej.

– Wiesz, ludzie mu mówili, niech ksiądz nie będzie taki nerwowy i go przenieśli. Oj, ile ja mu pieniędzy nadawałam, prawie całą emeryturę, a go teraz podobno przenieśli. Podobał mi się. Pamiętasz go? Ładnie śpiewał. Ale ksiądz nie może być taki nerwowy. A jutro mi przynieś gazetę.

„Czy pani wie, że jest coraz więcej stulatków, a wszyscy oni potrzebują opieki? A opiekunów profesjonalnych nie ma, mało”. Wchodzę z ciekawości do internetu - kurs na opiekuna medycznego osób starszych, niesamodzielnych, niepełnosprawnych. Kurs umożliwia podjęcie pracy w domach opieki społecznej, hospicjach, placówkach opieki paliatywnej, domach samopomocy, także umożliwia sprawowanie indywidualnej opieki w domach prywatnych w Polsce i za granicą – cena od 699 zł. Dyplom. Uprawnienia. Kurs 80 godzin. 200 godzin. Praktyki. Reklama. Agencja opiekunek osób starszych. Dzwonię. „Za godzinę osoba z praktyką 30 złotych” - mówią. Ukrainki 80 złotych za dobę, Polki 120, 130 złotych za dobę. Także opieka nad ludźmi w śpiączce.

Starsza pani bije pielęgniarkę po rękach: „Boli! Ty świnio! Wynoś się!”. Ta odpowiada: „Muszę podłączyć kroplówkę. Basia, uspokój się!”. Basia bije słabo nie ma siły, potem płacze.

Moja mama leży cichutko, wybudzona, pod kroplówkami.

– Jak się pani czuje? – pyta lekarz.

– Bardzo dobrze - odpowiada z uśmiechem.

39 stopni temperatury, nie ma siły podnieść ręki, ale grzecznie odpowiada, że bardzo dobrze się czuje.

– Coś panią boli?

– Nic nie boli - uśmiecha się.

- Jak ma pani na imię?

– Zosia – odpowiada mama bez namysłu.

– Mamo, przecież ty nie masz na imię Zosia - mówię zdumiona.

- Mama jest splątana - mówi do mnie lekarz. Ale już jest prawie w kontakcie.

– Czy wie pani, gdzie pani jest? - pyta znów. Mama patrzy na mnie.

– W domu – odpowiada.

– Nie, jest pani w szpitalu - mówi lekarz.

– A czy wie pani, co to szpital?

Mama długo milczy, po czym mówi z uśmiechem:

- Magiczne miejsce

AnonimS

opublikował opowiadanie w kategorii felieton i dramaty, użył 1559 słów i 9266 znaków.

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • MrHyde

    Zauważ, jak bardzo wyważony jest tekst pani Jandy. Pokazuje tragedię - ludzką i systemową, ale nie rzuca żadnych oskarżeń. Opublikowała go pod tytułem - jeśli się nie mylę - "szpital to nie przechowalnia" i nie sposób się z tym tytułem i puentą nie zgodzić. Szpital to miejsce, gdzie się leczy, a nie hotel. Zamiast szukać winnych wypadałoby się zastanowić, co zrobić, by poprawić sytuację. (Najlepiej zaczynając od siebie, ale to niezwykle trudne.) Zapotrzebowanie na "przechowalnie", jak widać jest. Dla młodych niepełnosprawnych wymagających wykwalifikowanej opieki mamy żłobki i przedszkola. A dla seniorów co? Kwestie finansowe - ile jesteśmy gotowi zapłacić za opiekę paliatywną? Lepiej indywidualnie czy w formie ubezpieczeń? Obowiązkowych jak w wypadku innych ubezpieczeń socjalnych? Itd. itp.

  • MEM

    @MrHyde "A dla seniorów co?"

    No właśnie nic. A problem będzie coraz większy – i to już niedługo – wraz z postępującym starzeniem się społeczeństwa.

    "Kwestie finansowe - ile jesteśmy gotowi zapłacić za opiekę paliatywną?"

    To nie jest kwestia tego, ile ludzie są gotowi zapłacić. To najczęściej kwestia tego, że ich nie stać.  

    I stać nie będzie.

    "Lepiej indywidualnie czy w formie ubezpieczeń? Obowiązkowych jak w wypadku innych ubezpieczeń socjalnych? Itd. Itp."

    Indywidualnie nie da rady. Pominąwszy przypadki, w których rodzina (z którą, jak wiadomo, najlepiej na zdjęciu) może nie zechcieć ponosić kosztów, zdecydowana większość społeczeństwa nie będzie sobie w stanie na to pozwolić. Co więcej, wydłużająca się długość życia ludzkiego powoduje, że o ile jedno pokolenie będzie miało na utrzymaniu jedynie swoich rodziców, o tyle pokolenie następujące po nim będzie miało na utrzymaniu rodziców i dziadków. Nikt – o ile nie jest milionerem – nie udźwignie takiego obciążenia finansowego (a tym bardziej wydatku i konieczności sprawowania opieki 24 na dobę).

    Forma ubezpieczeń -właściwie każda, bo socjalna/społeczna również – także  odpada. Popatrz na system ubezpieczeń zdrowotnych. Po pierwsze, składki rosną w olbrzymim stopniu dla ludzi w podeszłym wieku – i im będą starsi, tym bardziej – w porównaniu z tymi, jakie płacili w młodości. Po drugie, takie ubezpieczenie zdrowotne najczęściej nie obejmuje każdego leczenia, jedynie wybrany pakiet. Po trzecie, ubezpieczyciel ma prawo odmówić ubezpieczenia. I na logikę: który ubezpieczyciel ubezpieczy schorowaną osobę? Z ewentualnym ubezpieczeniem na potrzeby opieki paliatywnej będzie to samo.

    A stworzenie czegoś w rodzaju ZUS-u dla potrzeb tego rodzaju opieki jest w ogóle poronionym pomysłem. Wystarczy zobaczyć, jakim obciążeniem (i jak bardzo niewydolnym i zbiurokratyzowanym (a więc kosztującym)) jest dla państwa ZUS. Który zresztą, prędzej czy później (a raczej prędzej), też padnie. Przy lawinowym tempie starzenia się społeczeństwa, to jest nierealne do utrzymania, bo – podobnie jak w przypadku indywidualnym – kto na to zarobi?  

    W Polsce żyje 38,5 mln ludzi, z czego 27,7 mln ma powyżej 25 lat. A dzisiejsi ludzie dożyć mogą, lekko licząc, setki (w Polsce jest ponad 1,5 tys stulatków, a ludzi w wieku lat 95-99 już ponad 22 tys). Czyli w praktyce, te ok. 28 mln ludzi będzie siedziało "na emeryturach" po ok. 40 lat, z czego przynajmniej 20 może spędzić właśnie w stanie wymagającym opieki. Kto ją zapewni i na nią zarobi? Te pozostałe 10 mln? Jeśli, powiedzmy, koszt utrzymania takiej osoby w podeszłym wieku będzie wynosił skromne 2 tys zł miesięcznie (wyobrażasz sobie poziom, jaki przy tak niskiej kwocie będą miały takie placówki, w dodatku państwowe "czyli niczyje" ?), to zapewnienie tym 28 mln opieki kosztowałoby 56 mld zł. Miesięcznie. A roczny budżet kraju to niecałe 390 mld zł.  

  • MEM

    @MrHyde Nie ma najmniejszych szans rozwiązać tego metodami dziś (no, od plus minus wieku) powszechnie stosowanymi, typu ZUS-y ubezpieczenia i inne socjalistyczne wynalazki. Tylko technologia i rozwój medycyny może pomóc (a przede wszystkim powrót do kapitalizmu zamiast tkwienie np. w eurosocjalizmie). Po pierwsze, maksymalnie wydłużając wiek "produkcyjny" człowieka. Po drugie, zapewniając mu opiekę świadczoną przez roboty (android w roli pielęgniarki – opracowanie i wdrożenie tego do masowej produkcji, to jest kapitalny pomysł na biznes, kopalnia kasy lepsza niż nawet szyby naftowe). Po trzecie, rozwijając badania nad zatrzymaniem a nawet cofaniem starzenia się (vide: stosunkowo niedawne eksperymenty na myszach). Czwartym i jednocześnie jedynym krokiem, jaki może podjąć państwo (poza może wydatkami na rozwój badań nad robotyką i medycyną, lub umożliwieniem tego z punktu widzenia prawnego i ekonomicznego), jest inżynieria społeczna – wpłynięcie na społeczeństwo tak, by nastąpiło zwiększenie dzietności. Ale w tym ostatnim, nie licząc wszystkich innych przeszkód by to wprowadzić, jest jeden haczyk: im większa będzie populacja, tym więcej będzie potrzeba dzieci, by nastąpiła zmiana pokoleniowa, a planeta ma swoje ograniczenia, jeśli chodzi o utrzymanie populacji.

    Bez tego, o czym powyżej, czeka nas, prędzej czy później, masowa eutanazja (jak wolisz plaga samobójstw i zabójstw) z powodu załamania się systemu i struktury społecznej na masową skalę (i kto wie, może stworzona tym samym zostanie nowa norma społeczna to sankcjonująca). To tylko kwestia czasu. Ale w naszym "debilowie", nie licząc bagna zwanego polityką i wynikających z tego różnych plag, typu korupcja czy biurokracja, najwięcej do powiedzenia w kwestii nauki, a zwłaszcza medycyny, ma kościół, czego skutkiem np. religia w szkołach przy ograniczaniu innych przedmiotów i śmierdzący "świętoszkowaty" wazeliniarz na stanowisku ministra edukacji, do którego "osiągnięć" na polu edukacji zaliczyć można np. likwidację astronomii jako dyscypliny naukowej (jedyne czemu nie zastąpili jej astrologią, to chyba tylko dlatego, że szarlatani od horoskopów są przez kościół postrzegani jako konkurencja). Cóż, ciemnotą łatwiej się rządzi. Owieczki nie mogą zacząć same myśleć racjonalnie, bo wtedy pogonią plebana i takich zasranych ministrów a co to wtedy za interes. Z kolei wyprana socjalistyczna ideologią Unia nie potrafi kombinować inaczej niż produkcją dyrektyw powołujących nowe urzędy do spraw czegoś tam (w tym wypadku opieki nad starzejącym się społeczeństwem). Biurokracja też nie jest zainteresowana rozwiązaniem problemów, bo przecież dzięki temu, że te problemy są i się mnożą, setki tysięcy urzędasów ma stołek pod dupą i koryto na bezpiecznej cieplutkiej posadce (poza tym z biurokracją jest, jak z tymi sztabowcami wg. płk. Pawlikowskiego: "jak mają policzyć barany, to liczą nogi i dzielą przez cztery" ;)). Czyli problem będzie zamiatany pod dywan, jak długo się da. A potem będzie za późno...

  • MrHyde

    @MEM a więc lipa. Gwoli ścisłości astronomia jeszcze nie zginęła (połączyła się z fizyką), za to teologia raptem wybiła się na niepodległość jako pełnoprawna dyscyplina naukowa. I to jest skandal. Sabotaż naukowy i kolejny skok KK na kasę.

  • MEM

    @MrHyde "a więc lipa."

    No, nie do końca lipa. Życie jest bezwzględne i ma gdzieś ideologię, wymusi więc w końcu zmiany w dobrym kierunku (jednym z przykładów jest zepchnięcie w Polsce lewicowych partii, w tym tych wywodzących się wprost z PZPR, na margines polityki i pomimo wszystkiego co się w polskiej polityce działo przez ostatnie kilkanaście lat, trzymanie ich na tym marginesie). Tyle, że będzie to znacznie kosztowniejsze niż gdyby od razu zaczęto w tym kierunku podążać.

    "Gwoli ścisłości astronomia jeszcze nie zginęła (połączyła się z fizyką), za to teologia raptem wybiła się na niepodległość jako pełnoprawna dyscyplina naukowa. I to jest skandal. Sabotaż naukowy i kolejny skok KK na kasę."

    Co do astronomii to, na szczęście.  
    A co do tego, że to skandal. Oczywiście, że to skandal. Niestety, nie w tym kraju... Ale to też jest kwestia czasu.

  • MrHyde

    @MEM "Życie jest bezwzględne i ma gdzieś ideologię i wymusi..." - to jest fatalizm spod znaku "co ma być, to będzie". Ja pytałem, co można wykombinować wbrew temu życiu, żeby coś poprawić, a nie tylko narzekać.

  • MEM

    @MrHyde "to jest fatalizm spod znaku "co ma być, to będzie". Ja pytałem, co można wykombinować wbrew temu życiu, żeby coś poprawić, a nie tylko narzekać."

    To jest fatalizm, bo takie jest życie. Po prostu realia. I nic nie wykombinujesz, bo do tego, by cokolwiek wprowadzić, potrzebujesz jednego: woli społeczeństwa i decydentów do wprowadzenia zmian. A tej nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Tym samym, nawet najlepsze pomysły zostaną odrzucone z powodu niechęci do nich wynikających z niechęci do zmian. Społeczeństwo musi dostać solidnego kopa w dupę, dopiero wtedy, często na ostatnią chwilę, zaczyna chcieć i szukać możliwości zmian. I zawsze tak jest.  

    Taki przykładzik.  

    W Australii, po pierwszej wojnie światowej, władze debatowały nad potrzebą pobudowania autostrady z południa na północ kraju. Nie zbudowały jej aż do drugiej wojny światowej, bo ciągle "nie było pieniędzy". Gdy Japonia bombardowała już Darvin, władze Australii nagle pilnie, "na wczoraj", zaczęły potrzebować drogi na północ dla transportu. I zbudowano. 1600 km w niecały miesiąc. Istnieje zresztą chyba do dziś. Nagle się dało... Tak funkcjonuje każde społeczeństwo (choć w różnym stopniu). Tym samym możesz kombinować do woli i tak tego nie przeskoczysz do momentu, aż się społeczeństwo obudzi z ręką w nocniku.

    Dlatego kapitalizm ma tę przewagę, że raz na ileś przypadków trafia się ktoś, kto ma jakieś tam pomysły i wizję i środki na to, by, pomimo kłód pod nogami, coś zmienić, wprowadzając np. nowy rewolucyjny produkt. Jak to mawiał Konosuke Matsushita – założyciel m. in. Panasonica – "Firma jest podmiotem społecznym. Jej misją jest wniesienie wkładu do społeczeństwa.". Czyli te badania nad starzeniem się, czy nad rozwojem robotyki i genetyki przyniosą w końcu rezultaty, czy społeczeństwo tego chce czy nie. Ale opór przed nimi – te kłody pod nogami – i tak ten proces bardzo spowolnią. Przykład czegoś takiego masz w przypadku Craiga Ventera. Facet założył firmę biotechnologiczną i zajął się mapowaniem ludzkiego genomu. Dzięki niemu ten genom zmapowano w kilka lat. A wiesz, na ile lat rozłożyli sobie tę pracę amerykańscy naukowcy na państwowych i prywatnych posadkach? Na 30 lat. Każdy z nich w ten sposób liczył na cieplutką, zapewnioną do emerytury i bardzo dobrze płatną pracę. I mieliby taką, gdyby nie to, że znalazł się ktoś z podobnym wykształceniem, pewną wizją i możliwościami jej realizacji (gdyby nie to, że mieszkał w USA, gdzie łatwiej o kapitał, to nic by z tego nie było do dziś). I zrobił swoje, a oni nie dość, że musieli zakasać rękawy i pożegnać się z wizją sielskiego życia, to jeszcze mogli mu naskoczyć. Za to my dzięki temu od ok. 20 lat mamy leki i terapie, które powstały dzięki zmapowaniu ludzkiego genomu, inaczej do dziś by tego nie było pomimo technologicznych możliwości.  

    Kolejnym takim przykładem jest Robert Zubrin. Ze 30 lat temu NASA na zlecenie rządu USA zrobiła kosztorys załogowego lotu na Marsa. Jak wiadomo urzędnik "jak ma policzyć barany to liczy nogi i dzieli przez cztery", ;) dlatego też biurokraci na ciepłych posadkach policzyli, że lot załogowy po to tylko, żeby tam wetknąć flagę i wrócić, będzie kosztował 450 mld ówczesnych dolarów USA. Projekt zarzucono. Zubrin zaś zaproponował lot na Marsa i założenie tam stałej kolonii za góra 1/10 z tej sumy. Ale, że był uzależniony od biurokratów, bo kasy nie miał, to mu projekt zablokowali. I wyszło z tego gówno, pomimo, że technicznie były ku temu możliwości. Musiał dopiero przyjść ktoś taki jak Elon Musk, by zacząć działać w tym kierunku za swoje, więc bez łaski. Dopiero wtedy coś drgnęło.

  • MrHyde

    @MEM tekst pani Jandy pokazuje, że dno nocnika zostało osiągnięte, albo wkrótce zostanie. Ale oczywiście można sobie niczym nie zawrać głowy. Życie przecież i tak zrobi swoje - tzn. wszyscy umrą. ;)

  • MEM

    @MrHyde "tekst pani Jandy pokazuje, że dno nocnika zostało osiągnięte, albo wkrótce zostanie."

    Do sięgniecia tego dna nocnika jeszcze daleko. To przyjdzie dopiero, gdy powojenne wyże demograficzne będą w tak podeszłym wieku, że nagle pojawi się olbrzymie zapotrzebowanie na rozwiązanie problemu. Czyli najgorsze dopiero przed nami.

    "Życie przecież i tak zrobi swoje - tzn. wszyscy umrą."

    "Speak for yourself, sir. I plan to live forever." ;)  

  • MrHyde

    @MEM ;)

  • emeryt

    @AnonimS, smutne to ale prawdziwe. W dodatku większość z nas to czeka. A my w swojej szarej masie dajemy na to przyzwolenie naszym elitom rządzącym. Ich emerytury wystarczą na opłaty. AnonimS , dziękuję Tobie za ten przedruk, może choć ułamek czytających weżmie to sobie do serca, choć trochę i w to powątpiewam. Pozdrawiam.

  • AnonimS

    @emeryt dziękuję za komentarz.  Z taką myślą  to przedrukowałem żeby ludzi refleksja naszła czy szanują swoich seniorów

  • AuRoRa

    Smutne, życiowe, przypomina mi się książka "Ojciec Goriot", czasem rodzina nie gwarantuje godnej starości. Cieszmy się zdrowiem jak najdłużej.

  • Obca

    Jak nic sama prawda. Mój mąż jutro wychodzi ze szpitala. Napatrzyłam się troszkę i wiem, że łatwo nie jest. Ładny felieton pozdrawiam ;)

  • AnonimS

    @Obca dziękuję za komentarz.

  • MrHyde

    Cenię panią Jandę za wrażliwość i świetne pióro - oszczędne w słowa i nasycone treścią.

  • AnonimS

    @MrHyde a ja z przerażeniem potwierdzam treść zawartą w tym felietonie. Bo byłem w szpitalu dłuższy czas i widziałem takie postacie jak opisane w tym felietonie. Min starych niedołężnych ale zdrowych,  wymagających opieki ludzi , których pieprzona rodzina wciskała na siłę do szpitala,  żeby móc na święta i sylwestra wyjechać w góry.  Bo obok mnie leżał facet,  który od tygodni błagał żonę żeby go w szpitalu odwiedziła a ona go zbywała mówiąc,  że nie ma czasu.  I przerywała rozmowę. I ....szlag mnie trafia jak sobie przypomnę takie zachowania...

  • MrHyde

    @AnonimS Łatwo jest oceniać innych... ale zgadzam się, niektórych zachowań nie sposób zaakceptować.

  • MEM

    @AnonimS "a ja z przerażeniem potwierdzam treść zawartą w tym felietonie."

    Jak to mówią: ludzie ludziom zgotowali ten los.  

    Ale każdy przypadek jest inny i generalizacja nie jest sprawiedliwa. Są ludzie rzeczywiście skrajnie egoistyczni i wygodni, co to babcię do szpitala, bo ważniejsza impreza, ale bywa często tak, że ludzie po prostu sobie z tymi schorowanymi, zniedołężniałymi osobami nie radzą, nie mają na tyle zdrowia i siły. Znam przypadek – nawet kilka – że człowieka dopadła demencja, i co z nim zrobić? Facet ma przebłyski świadomości, a za chwilę rozmawia z ludźmi, których w pomieszczeniu nie ma, opowiada o rzeczach, które gdzieś kiedyś się zdarzyły i nie mają nic wspólnego z tematem, na który przed chwilą całkiem normalnie mówił, za chwilę wydaje mu się, że np. coś się pali, gotuje, albo, że jest w kompletnie innym miejscu, czy że musi rower naprawić itd. Pół biedy, jak jest to do pewnego momentu nieszkodliwe, ale w praktyce to siedzenie na bombie, bo on z powodu tego, co mu podsuwa w danym momencie świadomość, może równie dobrze samowolnie wyjść z domu i zabłądzić, puścić ten dom z dymem albo wysadzić go w powietrze, gdy np. odkręci zawór butli z gazem, albo np. kogoś z rodziny zadźgać podczas snu. I ludzie często nie mają wyjścia i są bezsilni. Co mają zrobić? Wielu nie stać na dom opieki, na najęcie opiekunki 24 godziny (dosłownie, minuta po minucie) na dobę, czy na zrezygnowanie z pracy, bo przecież za coś muszą żyć. To nie jest takie proste. A eutanazja jawi się wybawieniem.
    Smutna prawda jest taka, że świat jest parszywy. Nawet jeśli piękny.

  • AnonimS

    @MEM nie zgadzam się z Tobą. Ja piszę w komentarzu o konkretnych przypadkach. Ludzi leżących w szpitalu, pozostawionych samych sobie. Mozna skorzystać z domu opieki, hospicjum czy innej formy opieki ale trzeba z tymi ludźmi być, dawać wsparcie, odwiedzać, umyć, pogłaskać itp.  I nie traktować tego jak poświęcenie i co chwila zerkać na zegarek. Być raz w tygodniu jak nie mozna częściej ale być. Nie ma nic gorszego niż porzucenie...

  • MEM

    @AnonimS "nie zgadzam się z Tobą. Ja piszę w komentarzu o konkretnych przypadkach. Ludzi leżących w szpitalu, pozostawionych samych sobie."

    Ale ja wcale nie mówię, że takich przypadków, gdy ktoś z czystego egoizmu zostawia kogoś z rodziny w szpitalu, nie ma. Oczywiście że są, i są karygodne. Tylko, chcę zwrócić uwagę, że nie zawsze to, co widzimy patrząc na to z boku, pod ten skrajny egoizm można podciągnąć, bo często nie znamy wszystkich faktów – widzimy tylko fragment złożonej całości.

    "Mozna skorzystać z domu opieki, hospicjum czy innej formy opieki ale trzeba z tymi ludźmi być, dawać wsparcie, odwiedzać, umyć, pogłaskać itp."

    W zasadzie co do tego to zgoda. Ale i tu się ludziom różnie układa (i nie mówię tego po to, by ich usprawiedliwiać, tylko żeby zwrócić też i na to uwagę). Kiedyś przyszedł do mnie kurier z paczką. Ledwo stał na nogach, prawie zasypiał na stojąco, okazało się, że zasuwał non stop kilkanaście godzin, niemal okrągły tydzień. Bo taka praca (a w okolicach świąt to już w ogóle horror). I nie był jedyny – mówił, że tylko w czasie kilku dni w okolicach tego dostarczenia mi paczki, jego paru kolegów spowodowało kilka stłuczek i wypadków z powodu przemęczenia (kogo pracodawca obwini?). Znam osobę, która pracując w sklepie, nabawiła się choroby nerek, bo nie piła w ciągu doby tyle płynów, ile powinna – nie miała na to czasu, zasuwając po 12 godzin dziennie. W dużych miastach ludzie, poza ilomaś tam godzinami pracy, spędzają dodatkowo kolejne kilka godzin dziennie na dojazd do tej pracy i powrót z niej. Łącznie są poza domem nawet po 16 godzin. Czasami mieszkają na jakiejś zapadłej wsi, nie mają samochodu, są uzależnieni od rozkładu jazdy do i z pracy, i to też im utrudnia sprawę. A ludzie, którzy mieszkają na stałe za granicą, co poradzą? Rzucą wszystko z dnia na dzień w diabły, by się przenieść te ileś tysięcy km? A nawet gdyby, to do czego potem wrócą? Do tego dochodzi to, że poza zawodową pracą ludzie mają wiele innych spraw na głowie, które czy chcą czy nie, muszą załatwić. Znajoma pracowała w banku -wydawałoby się, że dobra praca. Pochodziła ze Zgorzelca, mieszkała we Wrocławiu. Dwoje małych dzieci i kredyt za mieszkanie na karku. Bank kazał jeździć po całym dolnośląskim za klientami... Znajdź czas na cokolwiek po pracy, sztuką jest dzieci odebrać z przedszkola w takim wypadku i jeszcze trzeba mieć je z kim zostawić, bo jej praca się przecież nie skończyła wraz z zamknięciem przedszkola w danym dniu. Kiedy więc mają znaleźć czas (tym bardziej, że w szpitalu obowiązują godziny odwiedzin)? A dom opieki? Ludzie żyją często za minimum socjalne... z czego pokryją rachunek? To nie jest takie proste. Z boku tylko widać, że ktoś tam nie odwiedził kogoś w szpitalu albo szybko odbębnił wizytę. Przyczyny tego zaś mogą być różne, nie tylko sam egoizm. Czyli nie chodzi mi o to, że nie masz tu racji – bo jest w tym wiele racji – a o to, że pochopnie nie ma co tego oceniać, bo nie zawsze jest tak, jak na rzut oka wygląda i każdy przypadek jest inny.  

    "Nie ma nic gorszego niż porzucenie... "

    To prawda.

  • emeryt

    @MEM , popieram twoją wypowiedż w 100%.