
Mieszkałem wtedy w domu, który de facto należał do mojej babci, ale w wyniku komunistycznych zarządzeń w latach głębokiej komuny, zostali wtedy dokwaterowani nowi lokatorzy. Babcia nie miała wiele do powiedzenia w tamtych latach i była zmuszona ich przyjąć. Odkąd pamiętam, ci ludzie mieszkali z nami. Państwo Helena i Feliks byli małżeństwem przesiedlonym z przynależnej teraz do Czechosłowacji części Zaolzia. Otrzymali przydział niedługo po zakończeniu wojennej zawieruchy i zamieszkali w naszym domu jako dokwaterowani lokatorzy. Jak wspominała moja babcia, z ulgą przyjęła fakt, że to ludzie z tamtych stron, a nie jacyś przesiedleńcy ze wschodu, o których miała złe zdanie.
Dom miał jedno wejście, ale był podzielony na dwie osobne kwatery, ze wspólną sienią i niewielkim korytarzem. Dziadek, który zmarł w czasie, wojny tak to podzielił i według takiego planu w roku 1928 ten dom wraz z babcią budował. Większa część składająca się z kuchni i dwóch dużych pokoi należała do nas, mniejsza, z jedną kuchnią oraz średnim i małym pokojem, należała do lokatorów. Trzecią część domu, najmniejszą zajmowała starsza siostra mojej mamy. Ciotka jako bardzo młoda osoba (19-latka), poślubiła niewiele starszego żołnierza z Armii Berlinga zaraz po wojnie.
Rodzeństwo mojej mamy prócz niej to siedmioro rodzeństwa. Tylko moja rodzicielka przyszłą na świat po wojnie. Reszta jak to się mówi co rok to prorok, rodziła się w okresie międzywojennym. Nasi lokatorzy też mieli dzieci, byli w podobnym wieku jak moja babcia, choć nieco młodsi. W czasach, gdy dorastałem, w domu była już tylko moja rodzina: babcia, najstarsza siostra mojej matki z jednym synem, który był w zasadniczej służbie wojskowej oraz lokatorzy: pani Helena, pan Feliks i ich najmłodsza córka z mężem. Ów mąż był młodym milicjantem, jeżeli dobrze pamiętam, że moich smarkatych lat. Gdy ich dzieci, Iwona, rok młodsza niż ja i Anka, trzy lata młodsza, nim osiągnęliśmy wiek dojrzewania, to poza standardowymi zabawami w doktora, nie mieliśmy żadnych doświadczeń w tych delikatnych sprawach. Była to tylko ciekawość, niepodszyta żadnym erotyzmem. Odczuwaliśmy radochę, poznając różnice anatomiczne w naszej budowie.
Niestety, państwo Kowalscy dostali mieszkanie w nowo powstałych blokach, więc nasze spotkania ograniczały się do chwil, gdy obie lub jedna z dziewcząt odwiedzały babcię. Nawet nie chodziliśmy do tej samej podstawówki. Takie to były wtedy czasy. W 1987 roku miałem szesnaście lat i szczęśliwie ukończyłem naukę w podstawówce. Dostałem się do wybranego przez rodziców technikum. Nie było łatwo, Dopiero po latach dowiedziałem się, że miałem pomoc od innej osoby, niejakiej pani Basi, rówieśniczki mojej mamy, koleżanki ze szkolnej ławy. Kobieta mieszkała parę domostw od nas i była specyficzną ekstrawagancką osobą jak na tamte czasy.
Pani Barbara, jak to o niej wszyscy po cichu mówili, umiała się ustawić w życiu, a była to zasługa jej męża. Sama, wychowana jak większość dziewcząt w tamtych czasach, potrafiła być obrotna i wyszła za mąż za oficera LWP. On, w stopniu majora lub kapitana, pracował we WSW, lub czymś podobnym, o czym w tamtych latach głośno się nie mówiło. Praktycznie non stop, z półrocznymi przerwami, siedział na dobrze opłacanych misjach pokojowych UNDOF w Syrii.
W tamtych latach to było coś. Po pierwszych wyjazdach lubego Basieńka zerwała kontakty z koleżankami, z klasy. Potem, w miarę szybko, udało jej się zrobić maturę (nie zdała jej w normalnym terminie).
Jej ukochany, Władek, robił wszystko, by osłodzić życie samotnej żonie. W jaki cudowny sposób ukończyła ASP, stając się elitą, w tym marnym, ale wojewódzkim miasteczku, nikt nie wiedział. Jedni mówili, że Władzio pracował w wywiadzie, inni, że w kontrwywiadzie, lecz to były tylko plotki.
Faktem się stało, że pani Barbara stała się znaną osobą, a nawet miejscowy sekretarz partii miał do niej szacunek. Służbowe mieszkanie w Rzeszowie, nowo wybudowany dom na miejscu – to dawało do myślenia. O rok ode mnie starsza, jej córka uczyła się w elitarnym krakowskim liceum, a młodsza, niezbyt lotna jak mówili w mojej podstawówce, zawsze miała czerwony pasek. Jak głosiła wieść gminna, Basiulka przyłożyła rękę do wyrzucenia jednego z nauczycieli WF-u, który ośmielił się wystawić młodszej córce czwórkę z tego przedmiotu.
Tak oto z przeciętnej, jak to moja matka mówiła, z niezbyt lotnej kobiety, stała się elitą tego małego wojewódzkiego miasta.
Aby było jeszcze ciekawiej, postanowiła malować obrazy. Każdy partyjny kacyk, który chciał się wybić, zachwycał się jej bohomazami. Gdyby ktoś pomyślał, że często korzystała z przywileju bycia tzw. elitą w mieście, to by się zdziwił. Po swoją ostateczną broń sięgała w sytuacjach, które były dla niej niekomfortowe. Większość czasu była tzw. słomianą wdową.
, Jak to w tamtych latach bywało, każdy po cichu obrabiał jej tyłek, ale gdy przyszła potrzeba, był miły i elegancki. Jako nastolatkowie traktowaliśmy tę panią z szacunkiem, lecz w duchu była dla nas swoistym dziwakiem. Siadała ze swoimi sztalugami w najdziwniejszych miejscach i malowała swoje bohomazy. Chodziły słuchy, że miała romans z modelem na ASP, lecz, ile w tym było prawdy, a ile ludzkiej podłości, nikt z nas nie wiedział.
Słowem, nas nastolatków w tym czasie ani nie grzała, ani nie ziębiła. Ot, taki miejscowy wolny ptak, ekstrawagancka dojrzała pani. Krótkie spódniczki, koronkowa bielizna, głębokie dekolty, odzież z Pewexu, czasami arabskie stroje, a ja zawsze pamiętałem te specyficzne, pończochy lub rajstopy typu kabaretki.
Nie była przez resztę społeczności odrzucona, była szanowana, mając wypracowany autorytet formalny dzięki mężowi. To on, wracając z tych misji, był większym bufonem niż ona i jak to mój ojciec powiedział, kiedyś to go z rowu wyciągnął i zaprowadził do domu. Trzymała sztamę ze swoimi koleżankami z podstawówki i szkoły średniej, ale te czuły różnicę klasy w stosunku do niej.
W owym, opisywanym czasie okazało się, że starsza z dziewcząt, czyli Iwona nie może z rodzicami pojechać na jakże wtedy wymarzone wczasy do Bułgarii. Teraz, to kogoś dziwi, lecz w tamtych latach to był hit. Trepy, milicjanci, wierchuszka partyjna, dyplomaci i inni uprzywilejowani, za zgodą WSW i wydziału paszportów mogli się tam udać. Najwidoczniej ojciec Iwony, pan Ryszard na to zasłużył, lecz mógł zabrać tylko trzy osoby i nieszczęsna Iwona, nie mogąc pozostać w bloku sama, została zmuszona, by dwa tygodnie spędzić u swej babci.
Będąc na przełomie szkoły podstawowej i średniej, nie załapałem się na żadną z kolonii i całe wakacje musiałem spędzić w domu. Dlatego z przyjemnością przyjąłem fakt, że bliska mi koleżanka przez te dwa tygodnie będzie towarzyszka mojej niedoli.
Iwona była średniego wzrostu, szczupłą, ciemną blondynka o miłej twarzyczce. Dostrzegłem, że nie jest już dziewczynką i powoli przemienia się w kobietę. Zarysowane pod bluzeczką, młode niewielkie jeszcze piersi już to jasno sygnalizowały. Gdy pojawiła się ubrana w jakże modną wtedy spódnicę wykonaną z tetrowych pieluch i jasny podkoszulek wiedziałem, że muszę ją przekonać do kontynuowania wcześniejszych szczeniackich zabaw w doktora.
Oboje byliśmy w wieku, kiedy hormony buzowały. Dodatkowo moglibyśmy porównać różnice w budowie naszych ciał na linii czasu i z pewnością taka opcja mogła być ciekawa i interesująca dla obu stron. Moje ciało też zmieniło, owłosienie pod pachami i tam na dole, jednak co najważniejsze, z malusieńkiego ptaszka wyrósł teraz niczego sobie penis, a pod nim dyndała wypełniona jądrami spora moszna. Miałem za sobą już pierwsze masturbacje, zakończone wytryskiem nasienia i było to bardzo przyjemne.
W realu nie widziałem golusieńkiej nastolatki, a opcja dotykania kobiecych intymnych części ciała była dla mnie ukoronowaniem marzeń. Wpadały mi do ręki czasami jakieś sprośne pisemka o charakterze erotycznym i wtedy. Napawałem wzrok sprośnymi fotkami nagich pań i par. Zawsze wtedy siurak stawał na baczność. Ogólnie z erekcją to miałem spory problem, potrafiła wystąpić nagle i być wywołana bodźcem wzrokowym, sprośną myślą i Bóg wie jeszcze czym. Trudno to było kontrolować i w niektórych sytuacjach czułem się cholernie niezręcznie.
Pierwsze nasze spotkanie nastało już drugiego dnia po tym, jak przybyła. Porozmawialiśmy chwilę. Lustrowałem jej sylwetkę, a w głowie kłębiły się kosmate myśli. Co chwilę jednak ktoś lub coś nam przerywało. Jej babcia, moja babcia, matka, która przebywała na urlopie wychowawczym, opiekując się moją młodszą siostrą. W końcu jednak późnym popołudniem podczas rozmowy dotknąłem jej uda.
— Radek… — fuknęła zaskoczona, lecz nie odsunęła mojej dłoni.
— No co, nie pamiętasz naszych zabaw w doktora — mówiłem tak cicho, by nikt inny nie słyszał.
Zawstydziłem ją przypomnieniem owych zabaw, czując, jak członek w trybie ekspresowym, nabiera długości i objętości. Przeniosłem dłoń z jej uda na jedną z piersi, badając tą przez materiał podkoszulka. Fallus uwięziony w slipkach pragnął się uwolnić.
— Przestań, bo ktoś zobaczy — szepnęła cicho, odciągając mą dłoń.
Wziąłem dłoń dziewczyny i położyłem na swoim kroczu. Byłem bezwstydny, lecz pragnąłem, by i ona zrozumiała, że nie ma do czynienia z malutkim chłopakiem.
— Łaa — wydała z siebie, czując przez materiał krótkich spodenek i slipek nabrzmiałego członka.
Drugą dłonią zasłoniła usta i się zarumieniła. Przesunęła delikatnie dłoń po moim kroczu. Myślałem, że zwariuję.
— Iwona, kolacja — przerwał głos pani Heleny, babci dziewczyny.
Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Byliśmy szczęśliwie w takim miejscu, gdzie nikt nas nie mógł dostrzec.
— Już idę babciu — odparła nastolatka i poprawiwszy spódnicę i podkoszulek ruszyła w kierunku domu, zostawiając mnie samego i podjaranego.
Po jej zachowaniu wywnioskowałem, że jest spora szansa, byśmy poznali się bliżej. Nie oponowała zbyt silnie na moje działania. Nie widzieliśmy się już tego dnia.
Położyłem się spać, lecz nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, przypominając sobie, jak dotykałem ją, a ona mnie. Penis sterczał i był wilgotny. Gdy zorientowałem się, że wszyscy domownicy posnęli, udałem się do łazienki, by zrobić sobie dobrze. Kilka minut i było po wszystkim, spora porcja spermy wylądowała w muszli klotowej. Wytarłem penisa papierem toaletowym i delikatnie spuściłem wodę. Wróciłem do łóżka i dopiero wtedy udało mi się usnąć.
Następnego dnia pogoda była podła. Jedna za drugą przechodziły letnie burze ze sporymi porcjami deszczu. Wtedy jednak, siedząc na ganku i grając w jakąś debilną planszówkę, zdałem sobie sprawę, że Iwona przystaje na wczorajszą propozycję.
— Nie tutaj, tu mogą nas nakryć, co chwila ktoś łazi — usłyszałem cicho wypowiedziane przez nią słowa i wiedziałem, że jest na tak.
W tym dniu była w spodniach i T-shircie. Na moją prośbę bym mógł chwilowo dotknąć cycuszka, ostro zaprotestowała. Skapitulowałem, nie miałem zamiaru być zbyt nachalny. Mogła się wystraszyć i zmienić zdanie, a tego nie chciałem.
— Iwona, ja już nie mogę się doczekać — szepnąłem.
— Nie tutaj, pomyśl, co by było, gdyby nas ktoś przyłapał — odparła równie cicho.
Usłyszeliśmy odgłos otwieranych drzwi i po chwili na ganku pojawiła się moja babcia. Uśmiechnęła się do nas. By nie wzbudzać podejrzeń, rzuciłem kostką do gry.
— Ale pogoda — stwierdziła babuśka i poszła do spiżarki.
Wracała po chwili ze słoikiem kompotu. Gdy zniknęła za drzwiami, oboje odczekaliśmy chwilę.
— Chyba nie słyszała tego, co mówiłam?
— Nie, raczej nie — uspokoiłem ją, zdając sobie sprawę, że moja babcia ma ze względu na wiek, nieco przytępiony słuch.
Ustaliliśmy tego dnia, że gdy tylko pogoda pozwoli, zrobimy to poza domem. Wstępnie mieliśmy wybrać się nad pobliską rzekę, jednak potencjalne tłumy ludzi nie sprzyjałyby naszym niecnym planom. Postanowiliśmy jednak, że rzeka to będzie pretekst. Wybór odpowiedniego i bezpiecznego miejsca gdzieś na uboczu pozostawiliśmy na ostatnią chwilę. Nasze plany zablokować mogła tylko niesprzyjająca pogoda i brak zgody opiekunów na wyjście, przy czym to drugie było mało prawdopodobne. Gdy byliśmy młodsi, nieraz chodziliśmy sami nad pobliską kamienistą płytką rzekę. Porobione na niej sztuczne umocnienia tworzyły niezbyt głębokie baseny.
Z ulgą wstałem wczesnym rankiem i przywitałem piękne wschodzące słońce. Podczas śniadania oznajmiłem matce i babci, że wybieram się z Iwoną nad rzekę, nie robiły żadnych problemów. Aby uwiarygodnić swoje zamiary, założyłem obcisłe kąpielówki i zabrałem niewielki ręcznik. Dopełniwszy strój krótkimi sportowymi szortami wiązanymi na sznurek, sandałami i T-shirtem bez rękawów, byłem gotowy do wyjścia. Nerwowo kręciłem się po podwórku, czekając na Iwonę.
— Radek, jeszcze czapka — usłyszałem głos babci i poszedłem do niej, zabierając letnią czapkę z daszkiem.
Wreszcie pojawiła się moja partnerka. Gdy ją zobaczyłem, oniemiałem. Ubrana w zieloną, zwiewną sukienkę długości mini w drobne białe kwiaty, wyglądała seksownie i zjawiskowo. Kwiatowy nadruk nadawał kreacji radosnego charakteru, wprowadzając nutę natury i idealnie komponował się z letnim klimatem. Kiecka była esencją letniego stylu i romantycznego wdzięku. Wykonana z lekkiego, przewiewnego materiału, z pewnością zapewniała Iwonie komfort w ten słoneczny dzień. Rozpinana z przodu na delikatne guziczki, była także praktycznym strojem na wyprawę nad rzekę. Całość ubioru nastolatki dopełniały płaskie, delikatne sandałki. Na ramieniu miała przewieszoną słomianą torbę plażową, z której wystawał złożony koc.
— Idziemy? — zapytała.
Kiwnąłem głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Mój strój przy niej wydawał się znacznie skromniejszy. Ruszyłem za nią, napawając wzrok jej wyglądem. Dopiero w tej sukience dostrzegłem, jakie ma zgrabne nogi, co wywołało u mnie natychmiastową erekcję. Chwilę szliśmy w milczeniu. W końcu zrównałem się z nią.
— Nie gap się tak na mnie, bo ktoś coś wyniucha — rzuciła na wstępie.
— Nie mogę, wyglądasz tak ślicznie — odpowiedziałem.
— Naprawdę? — zapytała, nieco zmieszana, a jej policzki się zarumieniły.
Kiwnąłem głową. Spojrzała na mnie i dostrzegła delikatne wybrzuszenie w okolicach krocza.
— Wariat jesteś, weź coś, z tym zrób — skwitowała, parskając śmiechem.
Łatwo jej było mówić. Widząc ją i zdając sobie sprawę, że za chwilę będziemy napawać się nagością ciał, nie byłem w stanie tego opanować.
Pozostawało nam teraz znaleźć odpowiednie miejsce. Upewniwszy się, że nikt za nami nie idzie i nie zbliża się z naprzeciwka, mogliśmy zacząć rozmawiać głośniej. Wymienialiśmy propozycje, gdzie się udać. Mijając dom pani Basi, Iwona rzuciła sensowną sugestię.
— Słuchaj, może tak jak za starych lat, tam przy poligonie w zbożu? Tyle razy to tam robiliśmy i nikt nas nie nakrył — zaproponowała dosyć głośno.
To wydawało się trafionym pomysłem. W dzieciństwie nasze zabawy w doktora, w trójkę odbywały się właśnie tam. Prawie wszystkie, bo tylko dwa razy realizowaliśmy niecne harce wśród krzaków porzeczek i agrestu. Bardziej jednak pasowało nam w zbożu. Wbiegaliśmy głęboko pomiędzy łany pszenicy lub żyta, z dala od prowadzącej wzdłuż poligonu ścieżki i tam, ukryci, rozkładaliśmy koc.
Po chwili namysłu przystałem na jej sugestię. Skoro wtedy, nikt nas nie nakrył, to dlaczego miałoby się to stać teraz?
— Dobrze, nie jest daleko, a ja już się nie mogę doczekać — przyznałem się.
Dom malarki Barbary był ostatnim, jaki minęliśmy. Potem zaczynał się szeroki pas pól uprawnych. Następne domostwa znajdowały się dopiero kilkaset metrów dalej. Skręciliśmy z chodnika w znaną nam dobrze ścieżkę pomiędzy polami. Nie mogłem się powstrzymać i dłonią podniosłem tył sukienki.
— Przestań, wariacie — fuknęła, przyciskając kieckę obiema dłońmi do ciała.
Pod spodem miała wiązane na bokach majteczki kostiumu kąpielowego w zielonym kolorze. Najwyraźniej, tak jak ja, musiała sprawiać pozory, że udajemy się nad rzekę. Każdy krok pomiędzy łanami zbóż przybliżał nas do upragnionej chwili.
Postanowiliśmy udać się dość daleko od ulicy, w okolice poligonu wojskowego. Nikt tamtą drogą nie chodził o tej porze. Ruch, jakikolwiek istniał tam wcześnie rano i popołudniem, gdy nieliczni ludzie skracali sobie drogę z i do pracy. Po lewej stronie wojskowego placu ćwiczeń rozciągały się spore pola zasiane zbożem. Nikt z żadnej strony nie mógł nas tam dostrzec, no, chyba żeby nas śledził.
******
Barbara wstała tego dnia nieco wcześniej niż zwykle. W domu była sama. Starsza córka pojechała na obóz w Bieszczady, a młodszej załatwiła kolonie nad Bałtykiem. Mąż pełnił zaszczytną służbę na misji UNDOF w Syrii.
Kobieta miała już za sobą dwutygodniowy wypoczynek w Wojskowym Domu Wypoczynkowym w Rogowie. Ta zamknięta enklawa dla żołnierzy i ich rodzin była doskonałym miejscem. Ogromna plaża, na której można było opalać się topless, a nawet nago, była niedostępna dla zwykłych śmiertelników. Choć pogoda nie zawsze dopisywała, znalazło się kilka słonecznych dni, aby poopalać się.
Niestety, nie znalazła tam bratniej duszy; jako malarka po ASP czuła, że starsze i młodsze kobiety nie rozumiały jej wrażliwości na sztukę. Były nie z tej ligi, prostaczki nastawione tylko na lans i zajęte przyziemnymi sprawami.
Wczoraj czuła się źle, dlatego po kilku koniaczkach położyła się wcześniej spać. Miała chandrę i brak weny do malowania. Jako zarejestrowany artysta musiała od czasu do czasu stworzyć coś nowego.
Najczęściej jej dzieła kupowały jednostki wojskowe i organizacje partyjne. Widząc, że wstaje piękny dzień, postanowiła namalować jakąś żywą naturę. Na balkonie, od wczoraj miała rozstawione płótno i sztalugi. Odległy pejzaż rozpościerający się z jej dwupiętrowego domu na pobliskie pola i łąki był doskonałym obiektem do pracy. Postanowiła to wykorzystać i popracować.
Na razie, stojąc w kuchni, przygotowywała sobie poranną kawę. Ubrana jedynie w czarny, krótki peniuar, który więcej eksponował, niż zakrywał, obserwowała przez okno, co się dzieje na ulicy. Gdy miała już udać się na piętro, dostrzegła idącą parę nastolatków. Przez otwarte okno usłyszała ich rozmowę i rozpoznała jednego z nich. To był Radek, szesnastolatek, syn Urszuli, jej koleżanki z podstawówki. Drugą osobę również kojarzyła.
— Przecież to ta Iwona, co kiedyś mieszkała u Uśki — powiedziała sama do siebie.
Przypomniała sobie, jak rodzice chłopaka odwiedzili ją z prośbą o pomoc w dostaniu się do technikum. Nie odmówiła, bo ojciec Radka nieraz pomagał jej, gdy miała problemy z instalacją elektryczną w domu. Dobra znajoma, zastępca dyrektora w technikum, podczas wstępnych egzaminów dyskretnie wskazała chłopcu właściwe odpowiedzi na teście, gdy zauważyła, że ten zaznaczył błędne. Nie było tego dużo, może dwa, trzy pytania, ale zawsze.
Okno w kuchni było otwarte, więc mogła bez problemu usłyszeć, o czym para rozmawia. Skryta za firanką była niewidoczna dla nich.
Dziewczyna wyglądała bardzo ładnie, w króciutkiej, zwiewnej, zielonej sukience w drobne białe kwiatki. Właśnie proponowała chłopakowi, by udali się w pola, by zrobić coś, co robili kiedyś wcześniej.
Barbara wyostrzyła zmysł słuchu do maksimum. Była cholernie ciekawa. Chłopak przystał, twierdząc, że nie może się już doczekać. Tylko jedno przyszło jej do głowy.
Postanowiła nie stracić takiej okazji. Miała zamiar przyłapać ich na tym, co planowali. Nie była jeszcze do końca pewna, co nastolatki zamierzają zrobić, ale intuicja podpowiadała jedyny scenariusz tego spotkania.
Zniknęli jej z oczu, więc szybko pobiegła się do łazienki, by stamtąd obserwować ich dalsze działania. Upewniła się, że właściwie oceniła ich zamiary, gdy dostrzegła, jak chłopak podniósł Iwonie tył króciutkiej sukienki ku górze. Ona, co prawda, szybko dłońmi zaciągnęła ją ku dołowi, lecz wszystko dla Barbary stało się jasne.
— A to świntuchy jedne — ponownie zwróciła się sama do siebie i postanowiła, że ruszy za nimi.
Jej dni w tej obecnie monotonnej rzeczywistości były szare i nudne. Spotkania z tymi samymi osobami z rodziny, czy koleżankami ze szkoły stawały się męczące. Teraz mogła poczuć coś ekscytującego. Choć miała córki w podobnym wieku, ciekawość była silniejsza.
Szybko wbiegła po schodach na drugie piętro, skąd mogła obserwować parę, która przemieszczała się wąską ścieżką pomiędzy polami w kierunku poligonu wojskowego.
Z szafy wyciągnęła czerwoną letnią sukienkę midi na ramiączkach, z seksownym rozcięciem na boku i, zrzucając czarny peniuar, zarzuciła kieckę na gołe ciało. Zrobiła to na balkonie, nie zważając na to, że ktoś mógł to zauważyć.
Zbiegając, jak szalona po schodach, wróciła po chwili do góry, zabierając ze sobą aparat fotograficzny marki „Practica”. Nie była pewna, czy jest tam załadowana klisza, ale miała taką nadzieję. Pragnęła dopaść tę parę i dać im nauczkę, a aparat miał być straszakiem.
Szybko założyła na stopy płaskie sandałki i wybiegła do ogrodu, nie zamykając nawet drzwi od domu. Dopadła do furtki prowadzącej bezpośrednio do ścieżki, którą podążali młodzi. W ten sposób skróciła znacznie dystans, który ją dzielił od nich. Poczuła dreszcz emocji i dziwne podniecenie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła.
Jej życie erotyczne nie było ostatnimi czasy zbyt bogate, a przeglądając pornograficzne pisma, marzyła o odmianie. Mąż, krótkodystansowiec, nie zapewniał odpowiednich doznań. Prośby o ubarwienie życia seksualnego, gdy przez pół roku gościł w Polsce, były odrzucane i kwitowane jako perwersja. Wszystko odbywało się w sypialni, a po większości zbliżeń nie odczuwała orgazmu. Ostatni raz miała go z modelem z ASP, lecz był to szybki i przelotny romans. Nie chciała porzucać wygodnego i dostatniego życia, a on, młody i przystojny, nie miał zamiaru łączyć się z dojrzałą kobietą.
Przyłapanie tych nastolatków było dla niej silnym bodźcem. Musiała to zrobić i kropka. Podążając za nimi, czuła narastające podniecenie i miała plan, co zrobić, gdy ich przyłapie. Obawiała się tylko, że zgubi ich i cały plan runie.
Nie posuwała się zbyt szybko, nie chciała, by ją zauważyli. Nieraz przykucała, widząc, że tamci się obracają, sprawdzając, czy nikt ich nie śledzi. Z bezpiecznej odległości obserwowała, jak wchodzą w łany pszenicy. Zboże mające około metra wysokości, częściowo zasłaniało ich sylwetki. Zauważyła, że dziewczyna musiała się schylić, a po chwili wyprostowała się, trzymając w dłoni jakieś elementy ubrania. Potem chłopak zrobił to samo i wstał, trzymając w dłoni zielony skrawek materiału. Powoli i z dużą ostrożnością posuwała się za nastolatkami.
Jej obawy, że straci trop i nie będzie wiedziała, gdzie się udali, były bezzasadne. Bez najmniejszych problemów znalazła świeżo położone łany pszenicy. Była pewna, na sto procent, że w tym miejscu weszli w głąb pola. Pełzając na czworaka obok położonych łanów, posuwała się naprzód.
Przewiesiła aparat fotograficzny przez szyję. Wiedziała, że z pewnością nie pójdą za daleko. Posuwając się lekko z boku, w sytuacji, gdyby nie zastała tej pary w krępującej sytuacji, była gotowa odczekać na właściwy moment. Pokonywała kolejne metry, zbliżając się do ich gniazdka.
*******
Zagłębialiśmy się z Iwoną coraz dalej od głównej drogi. Moje kąpielowe spodenki były wilgotne od preejakulatu. Oglądając się od czasu do czasu za siebie, lustrowaliśmy teren, patrząc, czy nikt nie idzie. Nic takiego nie dostrzegliśmy. W końcu zdecydowaliśmy, będąc na całkowitym uboczu od siedzib ludzkich, by odbić w zboże i znaleźć to właściwe miejsce. Łany pszenicy miały wysokość ponad metr w tym wybranym przez nas wspólnie miejscu.
— Dobra tutaj — powiedziała Iwona i ze ścieżki weszliśmy pomiędzy pszenicę.
Podążyłem za nią Napalony i gorejący jak hutniczy piec. Po przejściu kilku metrów byliśmy zasłonięci do połowy zbożem.
— Może już tutaj zrzucimy swoje ciuszki? — zaproponowałem.
Odwróciła się do mnie i zlustrowała wzrokiem. Stojący penis był wyraźnie widoczny pod spodenkami.
— Ale, najpierw ja cię rozbiorę — powiedziała Iwona, lekko już zarumieniona.
Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam. Byłem tak nabuzowany, że zgodziłem się na taki obrót sprawy bez żadnych negocjacji. Odłożyła na bok koszyk i przykucnęła. Drobne dziewczęce dłonie poczęły rozsupływać sznurek spodenek. Gdy się uporała, spojrzała na mnie w górę z lekkim uśmieszkiem.
— Zobaczymy, co tam masz — usłyszałem i poczułem, jak jej obie dłonie zsuwają spodenki wraz z kąpielówkami.
Wyswobodzony organ wystrzelił z majtek i przyjął pozycję na baczność tuż przy twarzy nastolatki.
— Ale duży — skwitowała.
Bezwstydnie, patrzyłem, jak zsuwa mi dolną bieliznę. Podniosłem jedną, a potem drugą stopę. Wstała z kolan i trzymając w dłoni kąpielówki i spodenki nadal patrzyła na wzwiedzionego fallusa.
— Czemu on taki mokry i śliski? — zapytała nieśmiało, wrzucając kąpielówki do koszyka.
— Bo jestem podniecony — odparłem zgodnie z prawdą.
Odwróciła się na pięcie i jak gdyby nigdy nic ruszyła dalej w głąb pola, zaskakując mnie całkowicie. Pragnąłem ściągnąć z niej fatałaszki.
— Iwona, a ja, zgodziłem się, ja też chcę — rzuciłem niezadowolony.
Przystanęła na chwilę mocno zażenowana moją prośbą. Była cała w rumieńcach. Tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy, za dzieciaków ukazywaliśmy sobie intymne części ciała.
— Później, wstydzę się — odparła po krótkiej chwili.
Chwyciłem ją za rękę.
— To nie w porządku, ja ci pokazałem, a ty co? — zapytałem, zbliżając się do niej.
Sterczący ptaszek dotknął delikatnego materiału sukienki. Iwona była zakłopotana i zawstydzona, dostrzegłem to.
— Dobrze, ściągnij mi dół kostiumu, zostaję w sukience — skapitulowała, zgadzając się na moją prośbę.
„Dobre, i to” — stwierdziłem i przykucnąwszy, uniosłem dłońmi dół sukienki.
— Nie Radek, nie chcę, abyś tam patrzył, wsadź ręce pod sukienkę i tak mi ściągnij dół stroju — zaprotestowała, nie wiadomo dlaczego.
— Ale, Iwona! — rzuciłem, czując się pokrzywdzony.
— Albo tak, albo nie! — odparła nad wyraz poważnie.
Przystałem na to, choć do końca nie rozumiałem, o co jej chodzi. Drżącymi palcami rozsupłałem sznurek na boku jej dolnej części kostiumu kąpielowego. Opadł swobodnie na ziemię i wtedy zrozumiałem, dlaczego się wstydziła. Podobnie jak moje kąpielówki tak i jej materiał majteczek w kroku był wilgotny. Była podniecona podobnie jak ja i bardzo się tego faktu wstydziła. Powstałem z kolan, trzymając w dłoni tę część damskiej garderoby.
— Daj je, schowam do torby — odpowiedziała krótko zawstydzona.
Widziała, jak przez chwilę analizuję to, co chciała ukryć. Majstrując tam, czułem, jak jej uda drżą. Szliśmy jeszcze przez chwilę, nie wiem, jak długo to trwało. W końcu Iwona zatrzymała się i stwierdziła, że tu będzie dobrze. Ugnietliśmy stopami to miejsce, tak, by można było rozłożyć koc.
Byłem maksymalnie podjarany, fallus był wilgotny i sztywny jak słup telegraficzny. Gdy rozłożyliśmy koc i usiedliśmy na nim Iwonka, bez słowa, chwyciła obiema dłońmi dół mej koszulki i ściągnęła mi ją przez głowę. Nie postanowiłem być jej dłużny. Nerwowo drżącymi palcami rozpinałem guziki sukienki. Po chwili byłem już tylko w sandałach, a ona w obuwiu i górze kostiumu kąpielowego.
Omiataliśmy swe ciała wzrokiem. Widząc, że motam się przy zapięciu biustonosza, pomogła mi go ściągnąć. Jeszcze parę chwil i byliśmy kompletnie nadzy.
To było coś nieprawdopodobnego. Nadzy i zawstydzeni patrzyliśmy na siebie. Podziwiałem jej niewielkie jeszcze, ale jakże śliczne piersi ze stojącymi na baczność sutkami, owłosione łono z delikatnymi wargami sromowymi. Ona miała wzrok utkwiony na sterczącym organie. Po chwili wyciągnąłem obie ręce w jej kierunku. Ujęła je dłońmi i nakierowała na piersi. Poczułem aksamitną młodą skórę i krągłe cycuszki. Delikatnie, jak tylko mogłem, obmacywałem je ze wszystkich stron. Dziewczyna swoją prawą dłoń skierowała niżej i po chwili poczułem, jak dotyka sterczącej pałki.
— Ależ on jest sztywny, nie boli cię to, jak on tak stoi? — zapytała cicho.
— Nie — odparłem i jedną ze swych dłoni począłem zsuwać niżej.
— Ale ja się wstydzę, nie dotykaj tam — powiedziała, mocno zawstydzona.
— Dlaczego? — zapytałem zdziwiony, a moja dłoń zatrzymała się na wysokości pępka.
Opuściła wzrok ku dołowi. Palcami, delikatnie dotykała mosznę.
— Bo ja tam jestem bardzo mokra — wyrzuciła z siebie, z zażenowaniem.
Uśmiechnąłem się delikatnie. Przecież o tym wiedziałem. Niepotrzebnie się wstydziła.
— Wiem, jesteś podniecona tak jak ja — odparłem z miną znawcy.
Zarumieniła się ponownie. Przesunąłem rękę, by wreszcie dotrzeć tam, gdzie planowałem.
— A ty już masz to … nasienie? — zapytała ponownie i chwyciła moją dłoń.
— No, tak — odpowiedziałem.
— I nie dotykałeś ptaszka tą dłonią, bo nie chcę, by twoje plemniki tam się dostały — powiedziała naprawdę serio.
Nie miałem stuprocentowej pewności, czy tego nie uczyniłem. Nie miałem wytrysku nasienia, więc dlaczego plemniki miałyby być na moich palcach? Jej pytanie wydawało mi się dziecinne i niedorzeczne.
— Nie, nie dotykałem, a ta moja wilgoć to nie sperma — wyjaśniłem w miarę szybko.
Odetchnęła z ulgą i zezwoliła na dalsze działanie. Moja dłoń buszowała teraz w okolicach jej owłosienia łonowego. Ona zaś znalazła sobie zabawę w postaci odginania sterczącego fallusa na wszystkie strony i podziwiania jak wraca on do poprzedniego stanu. Delikatnie palcami dotykałem warg sromowych. Powoli i z wyczuciem począłem wsuwać do wilgotnej cipki wskazujący palec. Wzdrygnęła się.
— Tylko nie za głęboko, proszę — poprosiła.
Milimetr po milimetrze, wsadzałem go do momentu, aż dała mi znak, że wystarczy, po czym powróciła do obmacywania członka. Widziałem, że ma opory, czy zsunąć do końca napletek z główki penisa.
— Możesz zsunąć tylko delikatnie — uprzedziłem jej pytanie.
Delikatnie palcami odsłoniła żołądź. Dotknęła ją. Wzdrygnąłem się.
— Boli? — zapytała, momentalnie, odsuwając dłoń.
— Nie, ale jest to delikatne — odparłem.
Ujęła moją dłoń, która buszowała w cipce i nakierowała palce na łechtaczkę.
— O, tak, tu bardzo lubię — powiedziała, pokazując mi, w jaki sposób mam ją dotykać.
Chcieliśmy się wzajemnie masturbować. Ułożyłem jej dłoń na fallusie i pokazałem jak go stymulować.
— Połóżmy się, będzie wygodniej — zaproponowałem.
Oboje ułożyliśmy się na plecach, blisko siebie. Iwona lekko rozszerzyła uda, tak by było mi wygodniej.
— Ale tylko rękami, nic więcej, obiecaj — poprosiła.
— Obiecuję.
Nieśmiało i delikatnie poczęliśmy się wzajemnie pieścić. Nie patrzyliśmy na siebie. Nasze spojrzenia były skierowane na niebo. Czułem te ciarki na całym ciele. Delikatnie dwoma paluszkami pocierałem łechtaczkę, ona zaś powoli ruszała dłonią, drażniąc penisa.
Było mi cudownie, Iwonie chyba też…
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
4 komentarze
Jaśko
A już myślałem, że do nowego roku będzie spokój 😂😂😂
Znowu nie mogę doczekać się kontynuacji.
Hucznego Sylwestra i udanego 2026.
Jammer106
@Jaśko Kontynuacja "2s2s się piszę. To, to stary ramol, podszlifowany nieco.
Dziękuję za życzenia i życzę wszystkim dużo zdrowia i szczęścia w 2026 roku oraz wesołej zabawy sylwestrowej.
Pozdrawiam.
Maciek12
Ale fajne zaskoczenie se napisałeś...
Jammer106
@Maciek12 staroc, obroniona nieco i podrasowana.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Pumciak
Mnie tego uczyła kobieta która znała się na tych sprawach bardzo dobrze
Jammer106
@Pumciak No na starej piczy, młody narybek się ćwiczy.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.
andkor
Ach te wspomnienia poznawania ,,NOWEGO"
Jammer106
@andkor Powspominać fajna rzecz.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.