Szpitalny survival

Kilka moich wydarzeń z pobytu w szpitalu.
Dzień 1:
REJESTRACJA:
Przyjechałem kolo 8 do szpitala, oczywiście jak na złość kolejki do rejestracji jak za PRL'u. Jeszcze jak by tego było malo za mną wparowalo stado, tak stado to dobre słowo, mocherow w beretach z antenkami (te antenki to pewnie po to żeby lepiej odbierać ich ulubione radio...). Oczywiście zaraz po ich wbiegnieciu (a szybkości sprintu pozazdroscil by im sam Usain Bolt) zaczęły się narzekania typu "Oj ja biedna, tak mnie nogi bolą a ta kolejka taka dluga", "Co za niewychowana młodzież, za grosz szacunku do starszych"- pomijając fakt, że większość osób w kolejce było grubo po 40- stce, wiec trudno tu mówić o młodzieży- Kilka osób z końca kolejki przepuscilo te "biednie i schorowane" staruszki, co oczywiście musiały skomentować w odpowiedni sposób: "Co ty myślisz ze ja będę stała na jakimś za**pionym końcu?" (Zaraz, czy ona coś mówiła o niewychowanej młodzieży?) No tak i tak było cały czas w kolejce do rejestracji.
BIUROKRACJA SZPITALNA:
Po tych mocherach myślałem ze nic gorszego mnie nie spotka, jak zwykle się myliłem (co za niespodzianka..) Najpierw musieliśmy czekać jakieś 10 minut na windę... Dopiero po tych 10 minutach łaskawie przyszedł technik i wywiesil kartkę "WINDA NIECZYNNA Z POWODU AWARII" Na moje pytanie od kiedy jest ta awaria odpowiedział "A tak jakoś od wczoraj, ale nie chciało mi się tu iść" No myślałem ze go na miejscu zatluke. Prawdziwa próba wytrzymałości była jeszcze przed nami, zarówno fizyczna i psychiczna. Fizyczna z powodu schodów po których musieliśmy wejść na 6 piętro... Nie byłoby tak źle gdyby nie to, że były niesamowicie długie ( na jedno piętro przypadało 90 stopni...) A psychiczna? Jak już wspominałem wcześniej, była to szpitalna biurokracja. 2 GODZINY WYPEŁNIANIA TYCH WSZYSTKICH DOKUMENTÓW!!! Matka wszystko powypelniala jak trzeba, tylko raz zrobiła błąd w czymś mało istotnym i oczywiście oddzialowa nie mogła tego chociażby korektorem poprawić o nie. Według niej nawet jeżeli jest malutenki błąd, to dla niej jest to pretekst żeby cały plik dokumentów wywalić do niszczarki... Przysięgam ze dało się wtedy zauważyć przebiegły uśmiech oddzialowej. Po powtornym wypełnieniu dokumentów okazało się, że, uwaga, to nie te dokumenty co trzeba, we właściwych trzeba było tylko postawić dwa podpisy... Wargi matki zaczęły wtedy bardzo niebezpieczne drzec, zwiastujac coś bardzo niedobrego. W końcu jednak udało się jakimś cudem dostać miejsce na oddziale.
JEDZENIE:
Po wszystkich domowych wojnach z babka myślałem ze nikt nie może gotować gorszej od niej... I znowu się myliłem. Na śniadanie dostałem 3 kromki chleba, cienki plasterek masła i 3 plasterki wędliny pokrojone tak cienko, że aż przeswitywala.  
"I ja mam się tym najeść"- spytałem.  
"Nie no oczywiście ze nie - w tym momencie wezbrala nadzieja- cala wasza trójka ma się tym najeść"
To jakiś głupi żart musiał być, ale niestety nic nie wskazywało na to, żeby żartowali... Z niechęcią podszedłem do zostawionego talerza żeby wziąć jedna kanapk, ale ten był pusty.  
"Co jest ku#wa?"- Spytałem po czym rozejrzalem się po sali, a tam w kącie siedział skulony i wychudzony chłopak, który zdążył już zjeść 2 kanapki... Nazwałem go Smeagol z powodu takiego, że jak próbowałem mu odebrać swoją część kolacji ten wręcz przytulił ta kanapkę do siebie i krzycza. "Zostaw mnie, to mój skarb, mój skarb!!!" Ehhh, dałem sobie spokój z próbą odebrania mu jedzenia. Obiad był jeszcze ciekawszy, co prawda było go więcej, toteż tamten chłopak nie zdążył mi go od razu ukraś, ale z drugiej strony i tak nie wyglądał za dobrze, więc nawet mu go oddałem, na co on o mało się nie rozplakal ze szczęścia. Kolacja natomiast to była prawdziwa szkoła przetrwania. Przynieśli nam wszystkim jakąś obrzydliwa zielona zup, która wyglądała jak zmiksowane rzygi osoby po mocno zakrapianym alkoholem sylwestrze. Mimo najgorszych obaw postanowiłem jednak trochę tego spróbowa, wziąłem łyżkę i spróbowałam nabrać trochę tego czego... tyle że to coś bez walki się nie chciałoby poddać, nagle wyrosły mu ręce, które chwyciła nóż leżący nieopodal... Taaak, teraz już wiem dlaczego ten chłopak nawet tego nie ruszył. Skubanstwo walczyło bardzo zaciekle, jednak ostatecznie wybrało drogę tchórza i zwialo przez okno... Nie powiem żeby mi tego brakowało.
KIBEL I ŁAZIENKA  
Czyli mojego survivalu ciąg dalszy. Udałem się za potrzebą do kibla, jednak nawet kibel nie był w miarę normalnym miejscem. Kiedy byłem już niedaleko drzwi ze środka wypadł jakiś koleś wrzeszczacy na cały głos:
"ludzie, chciało mnie wciągnąć!!!"
"Czyżbym trafił na oddział psychiatryczny?" pomyślałem, ale ku mojemu zdziwieniu zza drzwi wystrzeliła nagłego jakąś fioletowa macka, która najwyraźniej ścigala tamtego faceta... Jakoś przeszła mnie ochota żeby skorzystać z tego kibla. I została jeszcze łazienk. Chciałem się wykąpac, ale po chwili namysłu postanowiłem jednak nie wchodzić pod prysznic, gdyż wyszedł bym z niego jeszcze bardziej brudny.
NOC:
Praktycznie najspokojniejsza cześć doby, wszyscy byli nadzwyczaj cicho. Już miałem usypia kiedy to przyszła do mnie jakaś dziewczynka z nożem:
"Radziłabym ci nie zasypiać, bo inaczej podetne ci gardło" tak powiedziała. Przez resztę nocy nie zmruzylem oka, a to był dopiero pierwszy dzień, jakże cudowny z reszta..

Shruikan

opublikował opowiadanie w kategorii komedia, użył 1012 słów i 5729 znaków.

5 komentarzy

 
  • KingkarolcioPl

    Dawaj więcej proszę

  • Shruikan

    To był dopiero pierwszy dzien,  reszta jest jeszcze lepsza :D

  • Gabi14

    Iza, kochanieńka, ty co roku trafiasz do szpitala na co najmniej dwa razy w semestrze; krztusiec, złamany palec u nogi, wybity u ręki, wzrok... A co do Pana Maćka, to miałeś ,,zaje*isty'' pobyt ^^

  • Shruikan

    Ja 10 raz na operacji byłem... I chyba musze zmienić tytu,  bo mi pod inne opowiadanie podpada

  • iza0199

    Jak ja uwielbiam psychopatyczne opowiadania <3 A co do szpitali, to już się zdążyłam do wszystkiego przyzwyczaić. Jestem tam już stałym bywalcem i chyba wszyscy mnie już znają xd