
Hotel stał niemal na samej krawędzi jeziora, duży, elegancki i odrobinę zbyt pusty jak na początek jesieni. We wrześniu Mazury traciły już letnią bezczelność. Opustoszałe pomosty ciemniały od deszczu, mokre trzciny uginały się pod chłodnym wiatrem, a tafla jeziora miała kolor starego srebra. Wieczorami pachniało mokrym drewnem, liśćmi, zimną wodą i pierwszym dymem unoszącym się z kominów. Marek lubił tę porę znacznie bardziej niż środek lata. Nie było wrzasku dzieci, pisku motorówek ani rozgrzanych tłumów w ogródkach. Po dwudziestej hotel cichł i pozostawało w nim tylko kilka dyskretnie rozmawiających par, stłumiona muzyka, ciepłe światło bursztynowych lamp oraz miękkie brzęknięcia kieliszków dochodzące z restauracji.
Za wielkimi szybami rozciągała się czarna, niemal nieruchoma woda, lecz Marek nie patrzył na jezioro. Patrzył na odbicie Natalii. W ciemnej szybie siedziała naprzeciwko niego jak obca kobieta przy innym stoliku: smukła, spokojna, odrobinę niedostępna. Miała na sobie prostą grafitową sukienkę z miękkiej, ciężkiej tkaniny. Nie była to kreacja, którą ktokolwiek określiłby jako prowokującą. Nie miała głębokiego dekoltu ani efektownego rozcięcia, a mimo to materiał układał się na jej sylwetce z tak naturalną miękkością, że wzrok Marka co pewien czas wracał do delikatnie zaznaczonej talii, linii ramion i gładkiej skóry szyi. Nie założyła naszyjnika. Zostawiła tylko nagie obojczyki, subtelne zagłębienie między nimi i cienką pulsującą żyłkę, którą widywał przez szesnaście lat małżeństwa, lecz tego wieczoru z jakiegoś powodu zauważył ją jakby po raz pierwszy.
Natalia uniosła kieliszek. Smukłe palce zakończone krótkimi paznokciami pomalowanymi na przygaszone bordo objęły nóżkę szkła. Najpierw powąchała wino, jak zawsze, przymykając oczy na sekundę, potem pozwoliła sobie na mały łyk. Na brzegu kieliszka został ciemnoczerwony ślad pomadki. Marek patrzył na niego i pomyślał, że przecież zna tę kobietę doskonale. Wiedział, jak odgarnia włosy za ucho podczas czytania, że na długiej trasie zdejmuje prawy but i wystukuje stopą rytm muzyki, że nie znosi kolendry, choć przez pierwsze lata znajomości z niewiadomych powodów upierała się, że jej nie przeszkadza. Rozpoznawał jej dwa rodzaje milczenia: zimne, kiedy była naprawdę zła, oraz miękkie, podszyte rozbawieniem, kiedy coś wiedziała i z przyjemnością odwlekała moment, w którym mu to powie.
Przynajmniej sądził, że rozpoznaje.
— Wiesz, co jest najgorsze w długim małżeństwie? — zapytał w końcu.
Natalia uniosła brwi.
— To, że mężowie zaczynają zadawać takie pytania przy dobrym winie?
Jej głos był niski, spokojny, odrobinę zachrypnięty od późnej godziny. Marek uśmiechnął się i pokręcił głową.
— Nie. To, że po pewnym czasie człowiek zaczyna wierzyć, że zna drugą osobę całkowicie.
— I uważasz, że mnie znasz?
— Prawie całkowicie.
— „Prawie” to bardzo niebezpieczne słowo.
— Dlaczego?
— Bo zwykle oznacza, że ktoś jest zbyt pewny siebie.
Marek parsknął cicho. Lubił ten ton. Natalia nigdy nie była kokietką w oczywisty sposób; nie potrzebowała przesadnych gestów ani słodkich słów. Zawsze bardziej działało na niego to, co pozostawiała niedopowiedziane.
— Wiem, co odpowiesz na większość pytań, zanim je zadam — powiedział.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim odrobinę dłużej.
— Spróbuj.
Marek oparł przedramiona o biały obrus.
— Gdybym zapytał, czy jesteś szczęśliwa, powiedziałabyś, że tak. Gdybym zapytał, czy czegoś ci brakuje, odpowiedziałabyś, że każdemu czegoś brakuje. A gdybym zapytał, czy czasami chciałabyś być inną kobietą...
Urwał. Natalia przestała się uśmiechać.
— Co bym odpowiedziała?
Marek poczuł niemal dziecinną satysfakcję.
— Że nie.
Przez krótką chwilę słyszeli tylko jednostajny deszcz uderzający o wielkie szyby oraz cichy trzask świecy na sąsiednim stoliku. Natalia odstawiła kieliszek bardzo powoli, prawie ostrożnie.
— Nie — powiedziała.
Marek uśmiechnął się triumfalnie.
— Widzisz?
— Nie powiedziałabym „nie”.
Uśmiech zniknął mu z twarzy.
Natalia przesunęła opuszkiem palca po chłodnym szkle.
— Czasami chciałabym.
— Kim?
— Inną kobietą.
— Jaką?
Odwróciła twarz ku jezioru. W ciemnej szybie jej profil wyglądał ostrzej, dojrzalej, niemal obco.
— Taką, której nie znasz.
Zdanie pozostało między nimi na dłużej, niż wymagałaby tego zwykła rozmowa. Kelner przyniósł kawę i na chwilę aromat świeżo zmielonych ziaren zmieszał się z zapachem czerwonego wina, wosku i mokrego powietrza wpadającego przez drzwi restauracji. Marek obserwował Natalię i po raz pierwszy od dawna poczuł lekkie ukłucie niepewności. Było nieprzyjemne, ale zarazem zaskakująco ożywcze.
— Zagrajmy w coś — powiedział.
Natalia westchnęła.
— Wiedziałam, że coś wymyślisz.
— Siedem kłamstw. Każde z nas przez następne pół roku może siedem razy skłamać drugiemu.
Spojrzała na niego tak, jak patrzyła zawsze, gdy przedstawiał jej pomysł, który uważała jednocześnie za głupi i intrygujący.
— Oficjalnie legalizujesz kłamstwo w małżeństwie?
— Z ograniczeniami. Dzieci, pieniądze i zdrowie są poza grą. Reszta dowolna.
— A skąd będziemy wiedzieli, że ktoś właśnie wykorzystał jedno z tych kłamstw?
— Nie będziemy.
Natalia zaśmiała się cicho.
— Więc to nie jest gra. To przepis na paranoję.
— Po siódmym trzeba powiedzieć całą prawdę.
Jej twarz spoważniała.
— Całą?
Marek zawahał się może przez pół sekundy.
— Całą.
Natalia podparła podbródek dłonią i przez chwilę mu się przyglądała. Potem pochyliła się odrobinę nad stołem. Do Marka dotarł jej zapach: ciepłe, kobiece perfumy, lekko drzewne, odrobinę waniliowe, lecz na jej skórze dawno przestały pachnieć jak zawartość flakonu. Były po prostu Natalią.
— Wiesz, gdzie popełniasz błąd? — zapytała.
— Już zdążyłem?
— Myślisz, że najbardziej będziesz się bał chwili, kiedy skłamię.
— A czego powinienem?
Jej głos stał się trochę cichszy.
— Chwili, kiedy powiem prawdę, a ty uznasz ją za kłamstwo.
***
Przez następne trzy tygodnie nie wydarzyło się nic i właśnie to zaczęło Marka drażnić najbardziej. Spodziewał się prowokacji, drobnych tajemnic, może celowego pozostawienia jakiejś niejasności, tymczasem Natalia zachowywała się dokładnie tak samo jak przed weekendem nad jeziorem. Rano krzątała się po kuchni jeszcze zaspana, z luźno związanymi włosami i kubkiem mocnej kawy w dłoniach. Wieczorami czytała, oglądała seriale, sprawdzała dzieciom zadania i odkładała okulary w miejscach, których później przez pół godziny szukała.
Marek kilkakrotnie chciał sprowokować ją do gry, ale zrezygnował. W końcu doszedł do wniosku, że dla niej rozmowa w hotelu była po prostu zabawnym epizodem.
Do czwartku.
Tego wieczoru wychodziła z koleżankami. Marek zobaczył ją w przedpokoju, kiedy poprawiała włosy przed lustrem. Miała czarną sukienkę, która kończyła się nieco nad kolanem i była skrojona tak, że bardziej podkreślała, niż odsłaniała. Włosy zostawiła rozpuszczone, miękkie i błyszczące, makijaż zrobiła trochę ciemniejszy niż zwykle wokół oczu, a na nadgarstku założyła cienką bransoletkę. Pachniała perfumami, które miała na sobie podczas ich kolacji nad jeziorem.
Marek oparł się o framugę.
— Ładnie wyglądasz.
Natalia spojrzała na niego przez lustro.
— Wiem.
Powiedziała to bez uśmiechu, z tak naturalną pewnością siebie, że przez moment nie wiedział, czy żartuje. Sięgnęła po długie srebrne kolczyki, które kiedyś kupił jej w Pradze, założyła je i przyjrzała się swojemu odbiciu.
— Nie czekaj — powiedziała.
— Nigdy nie czekam.
Jej spojrzenie w lustrze spotkało się z jego.
— Oczywiście.
Podeszła do niego, musnęła ustami jego policzek i wyszła. Pocałunek był krótki, zwyczajny, małżeński, a mimo to Marek jeszcze chwilę stał w przedpokoju, czując na skórze delikatny zapach pomadki zmieszany z jej perfumami.
Pierwszy raz spojrzał na zegarek o 23:46. Drugi siedem minut później. O północy telefon leżał już ekranem do góry na stoliku. W końcu napisał krótkie: „Żyjesz?”. Odpowiedź przyszła po pięciu minutach: „Tak.” Bez emotikonu, bez dodatkowego słowa.
O 00:18 usłyszał samochód. Natalia weszła kilka minut później, najpierw cicho przekręcając klucz, potem odkładając torebkę na szafkę. Kiedy pojawiła się w drzwiach salonu, była boso. Na policzkach miała lekki rumieniec od chłodu, włosy odrobinę bardziej potargane niż przed wyjściem, a na skórze mieszały się jej perfumy, nocne powietrze, wino i zapach restauracji.
— Ty jeszcze nie śpisz?
— Czytam.
Spojrzała na zamkniętą książkę spoczywającą na jego kolanach.
— Widzę.
Podeszła bliżej i dopiero wtedy Marek zauważył jej kolczyki.
Nie srebrne.
Małe złote kółka.
Przez sekundę patrzył na nie bez słowa. Natalia dostrzegła jego spojrzenie i dotknęła jednego kolczyka palcem.
— Co?
— Nic.
Mógł przysiąc, że na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Dobranoc.
Odwróciła się i ruszyła na górę. Jeszcze przez moment w pokoju utrzymywał się jej zapach. Po chwili Marek usłyszał szum prysznica i został sam ze swoim pytaniem.
Gdzie podziały się srebrne kolczyki?
Mogła zdjąć je w restauracji, zgubić jeden, mieć drugą parę w torebce. Istniało kilkanaście całkowicie banalnych wyjaśnień i każde z nich było bardziej prawdopodobne od tego, które podsuwała mu wyobraźnia.
Najgorsze było jednak to, że nie interesowało go żadne z tych rozsądnych.
***
Tomasz pojawił się miesiąc później. Najpierw tylko jako imię wypowiedziane podczas przygotowywania kolacji. Natalia stała przy kuchennym blacie w kremowym swetrze, z włosami spiętymi wysoko i niedbale, dzięki czemu odsłaniała smukłą linię karku. Kroiła czerwoną paprykę, gdy nagle powiedziała:
— Poznałam dzisiaj interesującego faceta.
Marek podniósł wzrok znad laptopa.
— Gdzie?
— W kawiarni.
— Przypadkiem?
— Podobno najlepsze rzeczy zdarzają się przypadkiem.
— Już brzmi podejrzanie.
Uśmiechnęła się.
— Jest architektem. Tomasz.
Marek zamknął laptop i odsunął go na bok. Natalia zauważyła ten gest.
— Oho.
— Co?
— Nic.
— Przystojny?
Nóż zatrzymał się nad deską na może pół sekundy.
— Nie.
— Czyli bardzo.
Natalia wolno przeniosła na niego wzrok.
— Zapytałeś. Odpowiedziałam.
— To było jedno z siedmiu?
— Nie wolno pytać.
— Sam wymyśliłem tę zasadę.
— Dlatego tym bardziej powinieneś ją pamiętać.
Wróciła do krojenia papryki. Marek przez chwilę obserwował jej profil, szukając w nim czegokolwiek: nerwowego ruchu, niepotrzebnego uśmiechu, zmiany rytmu oddechu. Wydawało mu się, że na jej policzkach widzi bardzo delikatny rumieniec, ale równie dobrze mogło to być ciepłe światło kuchni.
Tydzień później Tomasz zaprosił ją na kawę. Natalia sama powiedziała o tym przy śniadaniu.
— Odmówiłam.
Marek odstawił filiżankę.
— Dlaczego?
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę pytasz?
— Tak.
— Jestem mężatką.
— Mężatki nie piją kawy?
— Z obcymi facetami, którzy najwyraźniej są nimi zainteresowani?
— Tym bardziej jestem ciekawy.
Natalia zamilkła. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, jakby próbowała ustalić, czy żartuje.
— Czego właściwie chcesz, Marek?
Pytanie było prostsze niż odpowiedź. Chciał zobaczyć Natalię cudzymi oczami. Nie żonę przypominającą mu rano o rachunkach, nie matkę ich dzieci, nie kobietę, której obecność stała się tak naturalna jak znajome meble w domu. Chciał zobaczyć ją tak, jak zobaczyłby ją mężczyzna siedzący po drugiej stronie stolika po raz pierwszy: jej oczy, usta, sposób, w jaki odgarnia włosy, lekko zmarszczony nos, kiedy naprawdę się śmieje. Chciał wiedzieć, czy ona również poczuje na sobie tamto nowe spojrzenie. Czy przypomni jej ono, że poza rolami, które nosiła przez lata, nadal była atrakcyjną kobietą.
— Idź — powiedział.
Natalia zesztywniała.
— Serio?
— Serio.
— Pomyśl dobrze.
Nie brzmiała jak kobieta próbująca wymusić pozwolenie. Przeciwnie, w jej głosie było coś, co można było uznać niemal za ostrzeżenie.
— Pomyślałem.
Patrzyła na niego przez kilka sekund.
— Dobrze.
Spotkanie miało trwać godzinę.
O 19:30 Marek nalał sobie drinka. O 19:45 uruchomił film, a kwadrans później zdał sobie sprawę, że nie wie nawet, o czym jest. Telefon leżał na stoliku. O 20:17 spojrzał na niego pierwszy raz, o 20:36 drugi, o 20:51 trzeci. W końcu napisał: „Dobrze się bawisz?”.
Cisza.
Minęło trzynaście minut. Potem siedem kolejnych. O 21:17 telefon zawibrował.
„Jeszcze rozmawiamy.”
Marek przeczytał wiadomość trzy razy. Napisał „O czym?”, po czym skasował. Następnie „Kiedy wrócisz?” i również usunął. W końcu wysłał jedno słowo:
„Ciekawy?”
Odpowiedź pojawiła się prawie natychmiast.
„Bardzo.”
Marek poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku. To było dokładnie to samo słowo, którego użył, kiedy Natalia po raz pierwszy wspomniała Tomasza. Czy zrobiła to świadomie? Oczywiście, że mogła pamiętać. Znała go dostatecznie długo, by wiedzieć, że on także będzie pamiętał.
O 21:42 ekran telefonu rozświetlił się ponownie.
„Nie czekaj.”
Przez kilka sekund patrzył tylko na te dwa słowa. Napięcie w jego ciele nie było czystym lękiem ani zwyczajną zazdrością. Gdyby było, wszystko okazałoby się znacznie prostsze. Była w nim ciekawość, której się po sobie nie spodziewał, niepokój, pobudzenie i niemal bolesna potrzeba wiedzy, połączona z równie mocną potrzebą pozostawania w niewiedzy.
I wtedy po raz pierwszy zrozumiał, że cała ta gra mogła nigdy nie dotyczyć kłamstw.
Mogła dotyczyć oczekiwania.
***
O 02:07 usłyszał samochód.
Siedział w ciemnej kuchni. Światło z przedpokoju przecięło podłogę ciepłym, złotym prostokątem, kiedy Natalia otworzyła drzwi. Najpierw go nie zauważyła. Zdjęła płaszcz powoli, odsłaniając czarną sukienkę, której materiał był lekko pognieciony na biodrach od długiego siedzenia. Dopiero po chwili podniosła wzrok.
— Miałeś nie czekać.
— Nie czekałem.
Spojrzała na zegar wiszący nad drzwiami.
— Naturalnie.
Jej włosy były rozpuszczone, choć przed wyjściem starannie je spięła. Kilka miękkich pasm przykleiło się do policzka i szyi. Pomadka prawie zniknęła, pozostawiając jedynie przygaszony kolor na dolnej wardze. Marek poczuł jej zapach, zanim podeszła do blatu. Perfumy stały się cieplejsze i łagodniejsze, połączone z chłodem nocnego powietrza, winem i czymś obcym, co zapewne było tylko zapachem restauracji, ale czego jego wyobraźnia natychmiast nie chciała za takie uznać.
— Wody? — zapytał.
— Poproszę.
Nalał jej szklankę. Kiedy ją podawał, ich palce zetknęły się na moment. Jej dłoń była chłodna od nocy. Natalia wypiła kilka łyków, a niewielką kroplę pozostałą na dolnej wardze starła kciukiem.
— Jak było? — zapytał.
— Dobrze.
— Tylko dobrze?
Spojrzała na niego ponad krawędzią szklanki.
— Bardzo dobrze.
— Była kolacja?
— Była.
— Co jeszcze?
Natalia odstawiła szklankę.
— Marek.
Nie powiedziała tego ostro. Właśnie przeciwnie, jej głos był miękki, spokojny i dlatego natychmiast zdał sobie sprawę, że ona doskonale widzi jego napięcie. Co więcej, zaczynała rozumieć, jaki wpływ wywiera na niego każda odpowiedź.
— Pocałował cię?
Nie odpowiedziała od razu. Dwie, może trzy sekundy ciszy wystarczyły, by Marek usłyszał jednostajny szum lodówki, deszcz stukający o parapet i własny oddech.
— Tak.
Słowo było proste i pozbawione jakiegokolwiek komentarza.
— Gdzie?
Natalia zmarszczyła brwi.
— Co gdzie?
— Gdzie cię pocałował?
Wtedy coś zmieniło się w jej spojrzeniu. Był to zaledwie drobny błysk, niemal niemożliwy do uchwycenia, lecz Marek go zobaczył. Natalia właśnie zrozumiała, że każda sekunda zwłoki jest dla niego równie znacząca jak sama odpowiedź.
— Przed restauracją.
— Oddałaś pocałunek?
Przyglądała mu się chwilę.
— Tak.
Marek poczuł gorąco na karku.
— Podobało ci się?
Natalia lekko przygryzła wewnętrzną stronę dolnej wargi.
— Nie.
Odwróciła się i ruszyła w stronę schodów. Zrobiła dwa kroki, po czym zatrzymała się, nie oglądając za siebie.
— Marek?
— Tak?
— To było moje trzecie kłamstwo.
Poszła na górę.
Marek został sam przy kuchennym stole. Odtwarzał rozmowę słowo po słowie. „Przed restauracją”. „Tak”. „Nie”. Które z nich było kłamstwem? A może żadne? Przecież sama informacja, że właśnie wykorzystała trzecie kłamstwo, także mogła być nieprawdziwa.
Po kilku minutach usłyszał na piętrze szum prysznica.
Kiedy wreszcie wszedł do sypialni, drzwi łazienki były lekko uchylone. Wypływało zza nich złotawe światło i ciepła, wilgotna para przesycona zapachem szamponu, kosmetyków oraz dobrze znanych perfum. Natalia pojawiła się w drzwiach chwilę później.
Miała na sobie długi, perłowy, satynowy szlafrok. Gładki materiał łapał światło lampy i przy każdym ruchu zmieniał kolor od mlecznej bieli do jasnego srebra. Pasek wiązała niedbale, więc miękka tkanina naturalnie układała się wokół jej talii. Mokre włosy, ciemniejsze niż zwykle, opadały na ramiona, a na skórze szyi i obojczyków pozostało kilka niewielkich kropli wody. Pachniała gorącą parą, świeżym balsamem, wilgotnymi włosami i własnym, trudnym do pomylenia zapachem.
Marek znał ją taką przecież od lat. Widział ją po kąpieli setki razy, a mimo to tym razem wpatrywał się w nią jak w kobietę, która dopiero co przekroczyła próg jego domu po raz pierwszy.
Natalia zatrzymała się przed nim.
Nie powiedziała nic.
Marek również milczał. Stała tak blisko, że dostrzegał pojedyncze krople wody na jej skórze i słyszał delikatny szelest satyny przy każdym ruchu. Gdy go mijała, poczuł ciepło jej dopiero co ogrzanego wodą ciała i mokry zapach włosów. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę, aby jej dotknąć.
Nie zrobił tego.
I nagle te kilkanaście centymetrów przestrzeni między nimi wydało mu się bardziej intensywne niż jakikolwiek dotyk.
Natalia podeszła do łóżka.
— Dobranoc.
— Natalia.
Obejrzała się przez ramię. Światło lampy przesuwało się po gładkiej satynie na jej plecach.
Marek chciał zapytać o Tomasza. O pocałunek. O restaurację. O to, dlaczego wróciła dopiero po drugiej. Wszystkie te pytania czekały gdzieś na końcu języka, lecz ostatecznie zadał inne.
— Ile kłamstw naprawdę wykorzystałaś?
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Ten sam, który zobaczył miesiąc wcześniej, kiedy wróciła do domu w innych kolczykach.
— A skąd pewność, że powiedziałam prawdę o trzecim?
Wyciągnęła rękę do lampki.
Kliknięcie przełącznika zabrzmiało w ciszy zaskakująco głośno.
Pokój pogrążył się w ciemności.
Marek leżał później obok niej, słuchając coraz spokojniejszego oddechu i czując w pościeli subtelny zapach jej kosmetyków. Dzieliło ich może pół metra. Niewiele, a zarazem więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Jeszcze niedawno był przekonany, że zna tę kobietę niemal całkowicie.
Teraz po raz pierwszy od szesnastu lat nie wiedział, co naprawdę myśli, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej i które z wypowiedzianych przez nią zdań powinien uznać za prawdziwe.
Ku własnemu zaskoczeniu odkrył jednak coś jeszcze.
Nie chciał natychmiast odzyskać pewności.
Nieznana część Natalii fascynowała go znacznie bardziej niż wszystko, co wydawało mu się w niej znajome.
A tuż przed zaśnięciem przyszła mu do głowy myśl tak niepokojąca, że przez kilka kolejnych minut patrzył w ciemność.
Może właśnie o to chodziło jej od początku.
Może nie chciała zostać inną kobietą.
Może chciała tylko sprawić, żeby on wreszcie zobaczył, że zawsze nią była.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
JorgDeJoong
No przyjacielu …. Zrobiłeś mi wieczór tym opowiadaniem …
Jakub
@JorgDeJoong miło słyszeć
JorgDeJoong
@Jakub super pomysł ….
Jakub
@JorgDeJoong spróbuj w realu..
JorgDeJoong
@Jakub nie mam z kim kto by się podjął 😜
Jakub
@JorgDeJoong z zoną 7 kłamstw...
JorgDeJoong
@Jakub nie nie to nie aktualne takie gry