[01] Nie jestem twoja

Z rozmowy wyszłam w jeszcze gorszym nastroju niż wcześniej, choć nie było jakoś tragicznie. Pan na mój widok uśmiechnął się lekko, choć widziałam, że starał się powstrzymać swoje rozbawienie. Nie miałam mu tego za złe, zwłaszcza że później poszłam do toalety i zobaczyłam w pełni swoje odbicie – tym razem już nie zniekształcone. Wyglądałam dokładnie tak, jak się spodziewałam – niezdrowo spocona, zaczerwieniona na twarzy od pośpiechu, z rozczochranymi włosami autorstwa stylowych fryzjerów Deszcz i Wiatr. Nie byłam jakoś strasznie przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu, ale wątpiłam, żeby jakikolwiek pracodawca zatrudnił kogoś takiego – zwłaszcza, jeśli ubiegało się o pracę, gdzie schludność była raczej wymagana. W takim stanie jak teraz mogłabym co najwyżej dostać pracę zamiatacza ulic. Moje czarne włosy, zwykle proste, wyglądały jak kręcone wiertarką. Pod brązowymi oczami miałam worki z niewyspania, a po szmince nie było już śladu. Naprawdę nie wyglądałam dobrze. Dobijało mnie to, ponieważ naprawdę chciałam dostać tę posadę. Oczywiście rozmowa zakończyła się zwyczajowym „zadzwonimy do pani”, ale to była tylko czysta uprzejmość. W mojej opinii podczas samej rozmowy wypadłam nieźle, ale jak wiadomo, człowieka ocenia się po wyglądzie – nawet jeśli bardzo się tego nie chce i uważa, że liczy się wnętrze – a ja wyglądałam jakbym spała w kanale i rano zwlekła się z pomysłem zawalczenia o pracę. Było mi smutno, musiałam to przyznać. Byłam też zła na wszystko, co uniemożliwiło mi dzisiaj uzyskanie wyglądu istoty cywilizowanej. Złośliwość rzeczy martwych, ot co. Ale co mogłam zrobić? Pozostawało mi tylko znaleźć inną ofertę pracy… i tym razem przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej co najmniej kilka godzin przed nią, a na miejscu być już dobę wcześniej, razem ze śpiworem, ubraniami i szczoteczką do zębów.
Pogoda nadal robiła mi na złość – gdy wyszłam na zewnątrz, po deszczu pozostał tylko zapach i krople wody na szybach. Świeciło piękne słońce, tak jakby robiło to od rana. Fuknęłam ze złością. Teraz było mi jeszcze goręcej. Postanowiłam przejść się do domu i tym razem zdjęłam z siebie żakiet. Naprawdę było mi już wszystko jedno. Wiedziałam, że nie powinnam tak przeżywać tej rozmowy, ale nie mogłam się powstrzymać. Już wyobrażałam sobie pełną nadziei minę taty i uniesioną brew mamy w geście dezaprobaty. Tak, mamo, tak, tato, jestem ofiarą losu i nie udało mi się nic z tego, co sobie zaplanowałam.  
Szłam powoli przed siebie, zastanawiając się, co mam teraz zrobić. Cóż, nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić do rodzinnego domu. Były wakacje, więc większość znajomych powróciła do rodzinnych stron. Również moja współlokatorka i jednocześnie przyjaciółka Emma nie chciała dłużej siedzieć w ciasnym bloku. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że tym razem samochód raczy odpalić.
Poszłam jeszcze do mieszkania spakować potrzebne rzeczy, przebrałam się w krótkie dżinsowe spodenki i luźną koszulkę, rzucając przy okazji białą bluzkę w kąt, zamknęłam drzwi i powlokłam się na dół. Tym razem nie było tu żadnej dziewczyny wylewającej kawę – jawna niesprawiedliwość.  Powlokłam się do samochodu, wrzuciłam walizkę do bagażnika i wsiadając na siedzenie kierowcy, zaczęłam mruczeć pod nosem wszystkie znane mi modlitwy. Wsadziłam kluczyk do stacyjki i przekręciłam, ale po raz kolejny samochód przywitał mnie tylko jęknięciem i kaszlem. Cholera!
- Chcę do domu! – jęknęłam. Nie wiedziałam, co robić. Nie miałam tu zbyt wielu znajomych, którzy mogliby mi pomóc. Postanowiłam zrobić to, co zawsze robiłam, gdy miałam problem – wyjęłam z kieszeni telefon, włączyłam Internet, otworzyłam Messenger i napisałam do Emmy. Na szczęście była online, ale nie zdziwiło mnie to. Ta dziewczyna była aktywna przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, niczym sklep monopolowy.
VANESSA: Co robić, kiedy samochód nie odpala?  
Niemal od razu wyświetliła i zaczęła pisać odpowiedź.
EMMA: Pożyczka prądu!
VANESSA: Tyle to i ja wiem, ale nie mam  tu nikogo, kto chciałby podładować mi akumulator.
EMMA: Poczekaj, a jak poszła rozmowa?
Wywróciłam oczami.
VANESSA: Nie chcę o tym gadać. Chcę tylko wrócić do domu.
Przez chwilę panowała wirtualna cisza, po czym nagle przy zdjęciu Emmy pojawił się znaczek pisania wiadomości.
EMMA: Zdaje mi się, że jest taka usługa w jakiejś sieci taksówek. Jak padnie Ci akumulator, to możesz zadzwonić po taksówkę, która Ci go podładuje z kabli.  
Szybko sprawdziłam w Google, czy rzeczywiście istniało coś takiego – i istniało! Od razu wyskoczyła mi strona iTaxi z numerem telefonu, pod który trzeba dzwonić, jeśli ma się problem z akumulatorem. Momentalnie poczułam się uratowana. Szybko odpisałam Emmie:
VANESSA: Strzał w dziesiątkę! Dzięki!
Skopiowałam numer i natychmiast wcisnęłam zieloną słuchawkę. Po dwóch sygnałach uprzejmy damski głos w słuchawce zapytał mnie:
- Dzień dobry, tu infolinia iTaxi, w czym mogę pomóc?  
- Dzień dobry… eee… - Zająknęłam się nieco. – Mam problem z samochodem, nie chce mi odpalić. Jeżdżę dość rzadko, więc pewnie akumulator się rozładował, a chciałabym wrócić do domu… - Umilkłam, bo nie wiedziałam, co dalej mówić, zresztą brzmiałam jak pięcioletnia dziewczynka. Nigdy nie byłam dobra w formalnych rozmowach przez telefon.  
- Rozumiem. – Usłyszałam ten sam uprzejmy głos. – Zaraz podeślemy do pani któregoś kierowcę z okolicy. Poproszę teraz o pani dane oraz informację, gdzie się pani dokładnie znajduje.
Podałam jej wszystko, o co mnie prosiła i rozłączyłam się, gdy tylko usłyszałam, że kierowca znajdujący się najbliżej mnie został już poinformowany. Sprawdziłam status mojego portfela – na szczęście było w nim kilka banknotów, więc nie musiałam iść do bankomatu. W samochodzie zaczęło robić się duszno, więc wysiadłam. Powietrze nadal było nieco chłodne po deszczu, ale robiło się coraz cieplej, a słońce grzało coraz mocniej. Wyciągnęłam z torby okulary przeciwsłoneczne i zaczęłam się przechadzać wzdłuż parkingu. Miałam tylko nadzieję, że nie będę musiała długo czekać. Naprawdę chciałam się już położyć na kanapie z pudełkiem lodów i wepchnąć je wszystkie w siebie, próbując zapomnieć o tej katastrofalnej rozmowie.  
Zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na ekran, ale nie poznawałam numeru. Mimo wszystko wcisnęłam zieloną słuchawkę, ponieważ mógł to być zmierzający do mnie taksówkarz.
- Słucham?
- Dzień dobry. Pani Vanessa Johnson?
- Tak – potwierdziłam.
- Dobrze. Otrzymałem zgłoszenie o rozładowanym akumulatorze i już do pani jadę. Znajduje się pani nadal w tym samym miejscu?
- Tak – powiedziałam znowu, zastanawiając się, jaki sens ma to pytanie. Wiedziałam, że to tylko formalności, ale jeśli dzwonię po pomoc, to chyba bez sensu jest się ruszać z miejsca, które się podało? Zresztą jak miałabym się nie znajdować w tym samym miejscu, skoro samochodem nie mogłam przejechać nawet metra?  
- Dobrze. Powinienem być u pani za jakieś piętnaście minut.
- Dziękuję – powiedziałam z wdzięcznością. Rozłączyliśmy się, a ja wcisnęłam w uszy słuchawki i włączyłam muzykę w telefonie, by skrócić sobie czas oczekiwania. Chodziłam po całym parkingu, uważając tylko, żeby nie wpaść nikomu pod samochód. Przeczesałam jeszcze włosy, doprowadzając je do porządku, by nie narazić nikogo na zawał serca.  
W końcu zauważyłam, jak na parking wtacza się samochód z emblematem taksówki. Natychmiast wyciągnęłam słuchawki i podbiegłam do wysiadającego z samochodu chłopaka. Nieco zaskoczył mnie jego widok – myślałam, że będzie starszy, tymczasem patrzył na mnie chłopak na oko w moim wieku. Gdy ściągnął okulary przeciwsłoneczne, zobaczyłam ładne zielone oczy. Przydługie jasnobrązowe włosy kołysały się na lekkim wietrze. Spojrzał na mnie uważnie, więc też ściągnęłam okulary, choć słońce raziło mnie w oczy. Gdy zobaczył moją twarz, uśmiechnął się.
- No proszę. Myślałem, że będziesz starsza, ale chyba niepotrzebnie mówiłem do ciebie per „pani”?
- Jeśli chciałeś mnie postarzyć, to ci się udało – odparłam, też się uśmiechając. – Dzisiaj już druga osoba, zbliżona do mnie wiekiem, tak się właśnie do mnie zwraca. Czuję się strasznie staro.
- Przepraszam – zachichotał chłopak, odgarniając z twarzy włosy. – Wyglądasz młodo. Bardzo młodo, jak dziecko wręcz. Masz w ogóle prawo jazdy? – Wyciągnął do mnie rękę w geście powitania. – Jestem Alex.
- Vanessa, ale to już wiesz – powiedziałam z uśmiechem, ściskając jego rękę.
Przez chwilę jeszcze patrzył na mnie, lekko się uśmiechając, po czym jakby przypomniał sobie, po co tu przyjechał.  
- Gdzie jest ten nieszczęsny samochód, którego trzeba kopnąć prądem?  
Cała akcja ratownicza trwała niecałe pół godziny. Musiałam przyznać, że Alex poprawił mi humor swoimi żartami i sposobem bycia. Gdy wręczałam mu pieniądze, czułam się, jakbym go znała już dłuższy czas, a nie trzydzieści minut.
Alex wyraźnie ociągał się z odjazdem.
- Studiujesz tu? – spytał, zerkając na mnie z ukosa.
- Tak, skończyłam właśnie pierwszy rok.
- Jaki kierunek?
- Filologia włoska – odparłam z uśmiechem.
- Och, czyli pani poliglotka! – Uniósł ręce do góry w geście obronnym. – Proszę, nie skreślaj mnie, ale ja znam tylko swój ojczysty język.  
- Przemyślę to – powiedziałam, śmiejąc się. – Może uda mi się ci wybaczyć tak haniebne zaniedbanie.
Przez chwilę panowała cisza, po czym Alex spytał:
- Ja mieszkam tu niedaleko. Myślisz, że moglibyśmy się kiedyś spotkać?
- Czemu nie… - odpowiedziałam i naprawdę tak myślałam. Alex był przesympatyczny, nie czułam przy nim żadnego skrępowania, choć przecież był dla mnie obcym człowiekiem. – Czemu nie – powtórzyłam. – Ale teraz muszę już jechać do domu. Wielkie dzięki za pobudzenie mojego samochodu do życia.
- Nie ma za co – odpowiedział Alex z uśmiechem. – Miłego dnia.
- I wzajemnie – zawołałam, bo już wsiadałam do samochodu. W lusterku zauważyłam, że Alex odjeżdża. Po raz kolejny dzisiejszego dnia przekręciłam kluczyk i poczułam ogromną ulgę, gdy samochód w końcu zapalił. Silnik zamruczał przyjaźnie, a ja miałam nadzieję, że dziś już nie spotka mnie nic złego.
Rozkręciłam głośno muzykę i śpiewałam wniebogłosy. Humor miałam już lepszy, zwłaszcza że wracałam do domu, do ludzi, których znałam i którzy pomogą mi zapomnieć o dzisiejszym dniu. Słońce świeciło mi w oczy, ale mimo wszystko cieszyłam się, że jest lato, bo było moją ulubioną porą roku.  
Zdążyłam przejechać może jedną trzecią drogi, kiedy nagle usłyszałam coś, co niekoniecznie mi pasowało do dźwięków piosenki. Zaniepokojona, wyciszyłam radio. Na początku nie wiedziałam, co wydaje taki dźwięk, ale po paru sekundach jęknęłam ze złością. Po prawej stronie zauważyłam przystanek autobusowy, więc czym prędzej zjechałam z ulicy i zaparkowałam na nim. Szybko wyłączyłam silnik, wyskoczyłam z samochodu, obeszłam go… i już po chwili miałam ochotę wrzasnąć tak głośno, żeby usłyszał mnie w każdy w promieniu kilometra. Prawe przednie koło, które dopiero co było zdrową, pełną powietrza oponą, nagle było kompletnym flakiem, który w dodatku cały dymił od zbyt długiej jazdy bez powietrza. Cholera! Jakby ten dzień nie był wystarczająco do dupy!
Natychmiast otworzyłam bagażnik w poszukiwaniu zapasowego koła. Było! Wyciągnęłam je szybko i równie szybko głośno zaklęłam, nie mogąc uwierzyć w swojego pecha. Ta opona widocznie leżała w samochodzie przez pół swojego życia, bo była praktycznie tak samo pozbawiona powietrza jak ta, która właśnie się przebiła. Nie byłam ekspertem, ale nawet nie opłacało mi się zmieniać tej opony – nic by mi to nie dało. Ze złością wrzuciłam ją z powrotem do bagażnika, czując, jak ogarnia mnie panika. Tym razem nie pisałam już do Emmy – wykręciłam numer taty. Opisałam mu całą sytuację, parskając z wściekłości. Miałam serdecznie dosyć tego dnia.
- I co ja mam teraz zrobić? – zakończyłam swój wywód żałosnym pytaniem.
- Nie ma gdzieś w okolicy żadnej wulkanizacji? – spytał tata.
Rozejrzałam się dookoła, ale znajdowałam się na jakiejś wsi, gdzie nawet nie było stacji benzynowej w zasięgu wzroku.  
- Nie! – jęknęłam. – Co teraz?
Tata myślał chwilę, po czym powiedział:
- Wiesz co, najlepiej chyba będzie, jak zadzwonisz po holownika.
- Co? – oburzyłam się. – Czy to nie przesada, dzwonić po holowanie przez przebitą oponę? Nie znasz przypadkiem jakiegoś mechanika, który mieszka w okolicy?
- Vanessa – tata przybrał ton, jakim mówi się do małego dziecka. – To będzie chyba najprostsze rozwiązanie. W dowodzie rejestracyjnym samochodu masz polisę. Masz w pakiecie holowanie do stu pięćdziesięciu kilometrów. Zadzwoń i powiedz, że chcesz, aby cię odholowali do domu.
- Ale to przesa…  - Zaczęłam, ale tata nagle szybko rzucił:
- Muszę kończyć. Na razie.
- Na razie – parsknęłam, rzucając telefon na fotel. Dzwonienie po holownika z powodu jednej przebitej opony i niesprawnego zapasowego koła wydawało mi się kompletną przesadą, ale nie miałam w tej chwili innego pomysłu. Przemawiał do mnie również fakt, że znajdowałam się na kompletnym zadupiu, a holowanie było w pakiecie. Co mi pozostało? Z torby wygrzebałam dowód rejestracyjny i kartkę z polisą oraz numerem telefonu. Przeklinając pod nosem, kliknęłam zieloną słuchawkę. Po raz kolejny usłyszałam równie uprzejmy głos, pytania co się stało, moje dane osobowe, numer polisy, opis samochodu… problem pojawił się, gdy musiałam podać moją lokalizację.
- Yyy… - Zająknęłam się. – Nie bardzo wiem… - Nie wiedziałam, co powiedzieć, by nie wyjść na kompletną idiotkę, ale na szczęście przypomniałam sobie jeden szybki sposób. – Proszę chwilkę poczekać, zaraz pani powiem.
Przełączyłam ekran w telefonie i szybko wpisałam w Google „znajdź moje położenie”. Po chwili wyświetliła mi się nazwa ulicy, na jakiej się prawdopodobnie znajdowałam oraz miejscowość. Mając nadzieję, że te dane są prawidłowe, podyktowałam je przez telefon. Kolejne zgłoszenie zostało wysłane, polecono mi czekać na telefon od holownika.
- Co za dzień – burknęłam, rozłączając się. – Uruchamiam wszelkie zgłoszenia świata.
Tym razem musiałam czekać już dłużej. Kiedy zadzwonił do mnie holownik, prawie przysypiałam na fotelu. W głowie świdrował mi irytujący dźwięk włączonych świateł awaryjnych. Ponownie podałam moje dane i lokalizację. Tym razem głos w słuchawce nie był już słodki i uprzejmy. Był to nieco ochrypły głos mężczyzny, tak seksowny, że prawie spadłam z fotela. Musiałam się jednak opanować. Nie chciałam się znów pakować w takie rzeczy. A to była tylko zwykła usługa.
Czekałam prawie godzinę, ale w końcu pojawił się za mną samochód z lawetą. Wyskoczyłam z samochodu, ale nogi mi się zatrzęsły, gdy zobaczyłam przed sobą faceta, dla którego byłabym w stanie zgrzeszyć. I to kilka razy.
Podszedł do mnie, a ja mało nie umarłam na widok jego cudownego uśmiechu.
- Vanessa? – bardziej stwierdził niż zapytał.
Na Boga, tak.  




Vanessa też studiuje filologię włoską, jak ja, a co mi tam. Trochę realiów w tym pisanym świecie!

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2856 słów i 15933 znaków.

5 komentarzy

 
  • AlexAthame

    Lecę dalej :)

  • Malolata1

    Dobre!

  • candy

    @Malolata1 dziękuję :)

  • Lolitkaa1

    To jej były chłopak! Świetna część!  :yahoo:  :kiss:

  • candy

    @Lolitkaa1 cooo? jak to były chłopak ? coś ominęłam ? :D

  • ...

    Jak ona, dzieki temu autku korzysta z usług gdzie sa sami przuroczy i seksowni panowie, to ja chce miec podobne cacko.

  • candy

    @... haha XD niech często nawala :P

  • Black

    Obrażam się za to zakończenie ;) Pojawił się przystojniak i ciach, koniec. Tak nie można  :D Poza tym jest super  <3

  • candy

    @Black ja tak zawsze robię <3 #evilcandy, haha :D dziękuję! :*