Strażnik

Ostatni. Wracał właśnie do domu zadowolony, że zdążył ze wszystkimi na czas. W żądnym wypadku nie mógł przewidzieć tego, co za niedługo miało się wydarzyć...

*

Będąc nad olbrzymim lasem, postanowił obniżyć poziom lotu, aby podziwiać korony wielkich drzew. Lubił je. Zimą przykryte grubą warstwą białego puchu, wyglądały jak wielkie nieruchome skrzaty w czapkach.
Wartownicy.
Gwiazdy na nocnym niebie słały łuny światła z zapytaniem:
„Czy wszystko w porządku?”
Światło odbijające się od drobniutkich kryształków lodu tworzyło refleksy powracające w przestrzeń z odpowiedzią:
„Wszystko w porządku, jesteśmy na warcie”.

Jednak...

Jeden wartownik nie wysłał wiadomości. Udało mu się posłać jedynie sygnał o pomoc, który trafił do Klausa.
Już wcześniej czuł, że coś się dzieje, lecz teraz miał pewność...
– Podlećcie do tej wielkiej sosny! – zakrzyknął na swoich dziewięciu towarzyszy.
Błyskawicznie znaleźli się nad drzewem i zawiśli w powietrzu, chcąc zbadać sytuację.
Po chwili do uszu Klausa dotarły dźwięki, których się nie spodziewał.
Pierwszy z nich, cichy i słaby, lecz doskonale słyszalny w bezwietrznej nocy. Płacz dziecka. Tak, nie miał co do tego wątpliwości.
Drugi, złowrogi, odbijający się echem wśród nocy. Ryk dzikiego warga. Bestii stadnej, której watahy co jakiś czas nawiedzały lasy.
Klaus wyostrzył wzrok najbardziej jak mógł. Monstrum powolnym krokiem zbliżało się do dziecka chronionego przez alarmującego wartownika. Okryty opadającymi gałązkami i igliwiem był praktycznie niewidoczny. Jednak warg posiadający doskonały węch, nie dał się zwieść.
Sosna zagrzmiała potężnie gałęziami, próbując odstraszyć napastnika, mimo to ten zbliżał się coraz bardziej.
Starzec zdawał sobie sprawę, że musi zareagować błyskawicznie. Spojrzał jeszcze tylko na swoich towarzyszy, kalkulując czy wykorzystać ich w walce. Szybko porzucił ten pomysł. Wiedział bowiem, że nie może narażać ich na niebezpieczeństwo, a co gorsza śmierć.

Magia musi przetrwać...

– Pójdę sam. W razie kłopotów wiecie co robić. – Stanowcze pomruki potwierdziły jego słowa.
Szybko chwycił i założył pas z dwoma małymi woreczkami. Jednym z lewej, drugim z prawej strony. Wziął ze sobą jeszcze swoją niezastąpioną laskę, z którą się nie rozstawał i skoczył...

Wylądował dokładnie pomiędzy dzieckiem, a wargiem wzbijając przy tym tumany białego puchu. Stawy zgrzytnęły niebezpiecznie, a kolana się ugięły, lecz nic poza tym.
– Ech, nie jestem już tak młody, jak kiedyś. – Rzucił do siebie. – Cholera, a pomyśleć, że po tegorocznym kursie miałem przechodzić na emeryturę... Jak siła wyższa, to siła wyższa...
Spojrzał przed siebie. Warg momentalnie się zatrzymał, zaskoczony obrotem sytuacji. Zaczął warczeć gniewnie wyraźnie niezadowolony z faktu, że ktoś staje pomiędzy nim, a jego ofiarą. Z pyska sączyła się piana. Obrał sobie nowy cel. Nie atakował bezmyślnie, lecz czekał na ruch przeciwnika.
Klaus spokojnie i bez pośpiechu zdjął swój płaszcz. Odwrócił się, podszedł do dziecka i okrył je nim. Dlaczego nie został zaatakowany? Wiedział bowiem, że warg to dumne i honorowe stworzenie. Widząc przed sobą przeciwnika zdolnego do obrony, zapragnie walczyć.
– Pozwolisz, że się przygotuję, Czarny Wargu? – Usłyszał pomruk aprobaty. Klaus spojrzał na niego raz jeszcze. Dawno już nie widział tak wielkiej bestii. Ponad dwa metry w kłębie, sierść czarna jak noc. Złociste ślepia płonące ogniem drapieżcy. Pazury i zębiska niczym sztylety...
Nie będzie to łatwa walka – pomyślał, jednocześnie mocniej ściskając swoją laskę. Rozświetliła ją złota poświata. Przelał na nią część pozostałej mu jeszcze magii, zmieniając ją w broń. – Dobrze, że i ja nie należę do tych „niewielkich”...
Do tej pory cały czas był zgarbiony. Teraz zaczął się prostować. Kręgi pleców poczęły zgrzytać i trzeszczeć, jakby uśpione i nieużywane przez lata, budziły się ze snu.
Po chwili przed wargiem stał dwumetrowy, potężnie zbudowany starzec, którego mięśnie zakonserwowane przez długi czas życia, jakby zapomniały opaść i w ostateczności zaniknąć...

Patrzyli na siebie.
Dwaj wojownicy. Złociste ślepia, zielone oczy. Mierzyli się wzrokiem. Kalkulowali słabe i mocne strony przeciwnika.
Klaus chwycił pewniej broń:
– A więc zaczynamy? – Wycelował w bestię.
Czarny warg ruszył...
Starzec oddał trzy szybkie strzały.
Nie mogę zużyć za dużo magii. – Przebiegło mu przez myśl.
Wszystkie trafiły w cel. Bestia zaryczała gniewnie z bólu spowodowanego impetem magicznych pocisków, jednak nie zwolniła biegu, gdyż grube futro zapobiegło obrażeniom.
Stety lub niestety nie miał szansy oddać kolejnych strzałów, gdyż bestia była już przy nim. W ostatniej chwili zdążył zrobić krok w tył i zasłonić się strzelbą przed śmiertelnym ciosem wielkich pazurów.
Strzelba poszła w drzazgi. Klaus dostrzegł również rozcięcia na swojej koszuli.
„Ech, refleks już nie ten...”
Nie miał jednak czasu na narzekanie. Pierwsze ciosy zostały wymienione. Każdy poczuł przeciwnika.

Teraz rozpocznie się prawdziwa walka...

– A więc pora na starą dobrą klasykę. – Z wcześniej przypiętych do pasa woreczków wyjął dwa identyczne miecze. Srebrzyste klingi zaświeciły nocnym światłem.
Czarny Warg zawahał się przez moment.
– Chodź! – zakrzyknął starzec, prowokując bestię.
Zaryczała wściekle i zaszarżowała.
Klaus skrzyżował przed sobą miecze, zaparł się nogami o ziemię i czekał na uderzenie.
Nadeszło dosłownie po chwili.
Druzgocące...
Bestia chwyciła klingi w paszcze, próbując złamać je jednym potężnym uściskiem szczęk. Jednocześnie przez cały czas spychała Klausa w tył z niesamowitą prędkością.
Po chwili starzec uderzył z impetem w drzewo.
Odczuł to w kościach.
Wiedział, że jest w nieciekawej sytuacji, będąc dosłownie miażdżonym przez warga. Bestia nadal próbowała skruszyć oręż.
Próżny trud...
Były to bowiem klingi stworzone z najwyższej jakości krasnoludzkiej stali. Tylko broń wykuta z tego samego surowca mogła je uszkodzić.
Wiedział to. Klaus, używając całej swojej siły, zaparł się i począł dawać odpór bestii. Gdy w miarę odzyskał swobodę ruchów, szarpnął ramionami i rozciął paszczę warga. Krew polała się z pyska, barwiąc biały puch szkarłatną posoką. Zaryczał i w przypływie niepohamowanego gniewu i szoku spowodowanego bólem, machnął potężnie łapą.
Klaus odskoczył w bok, jednak mimo to został trafiony.
Cztery pazury, wielkie niczym sztylety rozorały mu pierś. Impet uderzenia posłał go dobrych kilka metrów w miejsce, gdzie znajdowało się dziecko.
Leżał oszołomiony. Czuł, jak z ran strugami wypływa krew. Dzięki temu, że w ostatniej chwili odskoczył nie był jeszcze martwy.
Nie mógł się podnieść. Nie widział, lecz słyszał Czarnego Warga. Bestia, również ranna, nie atakowała.
Nie wiedział, czy podoła...
Wtem usłyszał płacz dziecka. Niewinną prośbę o wysiłek. O pomoc.
Przypomniał sobie, o co walczy...
Zebrał w sobie reszki sił i zaczął wstawać, podpierając się swoimi dwiema klingami.
Z wielkim trudem, lecz dał radę.
Zapłoną w nim ogień i choć krew zalewała puch, po którym stąpał, wiedział, co musi zrobić.
Czarny Warg jakby również zdawał sobie z tego sprawę, gdyż przyjął pozycję bojową i zaczął biec. Już nie tak szybko, jak wcześniej.
Klaus również się rozpędzał i mimo że ciało odmawiało posłuszeństwa, parł przed siebie z celem w oczach...
Zwyciężyć.
Dwóch wojowników szarżowało na siebie. Każdy coraz bliżej drugiego...
Gdy już mieli się spotkać i skrzyżować broń, Klaus w ostatniej chwili wygiął tułów w tył. I chodź rany, otworzyły się jeszcze bardziej, a ból na powrót odbierał świadomość, to sunąc po śniegu pod wargiem, rozorał mu mieczami cielsko.
W tym momencie dało się słyszeć ryk tak potężny, że wstrząsnął całym lasem.
Starzec najszybciej jak mógł, wstał z ziemi i obrócił się...
Czarny warg podążył za nim. Podniósł się na tylne łapy. Opanował ból... Wiedział, że umiera. Złocistymi ślepiami widział dwie śmiercionośne srebrzyste klingi zmierzające tuż na niego i...
Przebiły jego cielsko...
Klaus zakaszlał krwią, ledwo wyjmując miecze z pokonanego wroga.
Jednak wiedział już...
Że nie tylko warga dotknęła ręka śmierci.
Spojrzał w dół...
Jego ciało przebiły pazury bestii, która w akcie ostatniego desperackiego ataku, zadała śmiertelny cios.
– Byłeś godnym przeciwnikiem, Czarny Wargu – powiedział, patrząc na jego cielsko.
Starzec powolnym ruchem odpiął dwa woreczki od pasa. Włożył je sobie do ust i zagryzł...
Zaczął wolno wyjmować z siebie pazury bestii.
Przez odczuwany ból, z jego oczu płynęły łzy.
Trwało to kilka minut, aż w końcu się uwolnił. Chwycił swoje miecze i przy ich pomocy, powłócząc nogami, poszedł w stronę dziecka.
Stojąc przy nim, zdjął swoją czapkę z pomponem i założył na głowę malca.
– Po to właśnie oszczędzałem resztki mojej magii. – Z jego dłoni poczęła wydobywać się złota poświata, energia magii. Oplotła i rozświetliła najpierw czapkę, a potem malca.
– A teraz idź do domu, mój następco...
Złocista energia rozbłysła i po chwili maluch zniknął.
Klaus, zadowolony z wykonanego zadania, odwrócił się. Jak przez mgłę dostrzegł na wzgórzu watahę wargów.
Ostatkiem sił podniósł miecze w górę i zakrzyknął:
– Co?! Teraz wy?! Pokonałem waszego alfę uczciwie!
Wiedzieli to. Żaden nie śmiał zaatakować, a nawet się poruszyć.
Pojedynek to pojedynek.
Honor wymaga zaakceptowania porażki.
Odstąpili. Uznali siłę Klausa...

Klingi ciążyły starcowi. Ręce odmówiły posłuszeństwa. Opadły w dół, a wraz z nimi dwa miecze, które wpiły się w ziemię.
Klaus padł na kolana...
– Do ostatniej chwili... wierny...
Po tych słowach głowa opadła w dół. Wyzionął ducha.
Poległ...
lecz zwycięsko.

Wartownicy opletli jego ciało...



*



Pewnego razu młody obcokrajowiec pobłądził, przemierzając las. Chcąc rozeznać się w swoim położeniu, postanowił wejść na drzewo.
Znalazł wielką sosnę, największą w całym lesie.
Zaczął się wspinać.
Gdy był już na wysokości około dziesięciu metrów, złamała się jedna z gałęzi, na której postawił stopę. Zaskoczony zaczął spadać. Na szczęście wylądował w świeżym białym puchu. Jednak siła uderzenia była na tyle duża, że zruszyła śnieg zalegający na dziwnym wybrzuszeniu pośrodku drzew.
Chłopak, otrzepując się ze śniegu, dostrzegł coś zaskakującego.
W miejscu, gdzie obruszył się śnieg, dostrzegł srebrzystą klingę miecza odbijającą światło dnia.
Zaciekawiony znaleziskiem postanowił oczyścić wybrzuszenie z reszty śniegu...
Po kilkunastu minutach jego oczom ukazała się jakby... Rzeźba z drewna?
Tak, przedstawiała potężnie zbudowanego, klęczącego człowieka trzymającego dwa miecze, z głową skierowaną w dół.
Młodzian powędrował za nią. Dostrzegł niżej gałąź w kształcie litery „S”.
Odśnieżył to miejsce, a jego oczom ukazał się napis:

„Santa Klaus”





Shogun

Shogun

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 1923 słów i 11480 znaków.

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Shogun

    @shakadap Dziękuję bardzo. Pozdrawiam również :)

  • AnonimS

    Ciekawe. Zestaw na tak.

  • Shogun

    @AnonimS Dziękuję bardzo :)