Patrzyłem na nią z taką nienawiścią, że gdyby wzrok mógł zabijać, Marta padłaby trupem na te zawilgocone kafle. Stała przede mną, poprawiając swoją drogą marynarkę, z tym swoim irytującym, wyższościowym uśmieszkiem, który zawsze sprawiał, że miałem ochotę ją udusić. Sprzedała dom na Zielonym Wzgórzu mi sprzed nosa dwa tygodnie temu. Teraz, kiedy wylądowaliśmy razem na pokazie w tej ruderze na obrzeżach, w piwnicy pełnej starych kartonów i grzyba, czułem, że krew mi pulsuje w skroniach.
- Jesteś taką samą suką w pracy, jak w życiu, Marta. Wypchałaś się tymi prowizjami, a teraz co, chcesz mi zająć jeszcze ten termin? - warknąłem, kopiąc w stertę pudeł.
- Zamknij się, Paweł. Twój poziom desperacji jest żałosny. Nie moja wina, że klient woli profesjonalistkę od faceta, który nie potrafi nawet poprawnie wyliczyć metrażu użytkowego - odpowiedziała, celując we mnie palcem.
Właśnie wtedy usłyszeliśmy ten dźwięk. Ciężkie, metalowe drzwi, które Marta zamknęła za nami dla żartu, żeby zrobić mi na złość, zatrzasnęły się z hukiem. Pociągnąłem za klamkę. Ani drgnęła. Szarpnąłem mocniej, używając całego ciężaru ciała, ale zamek zablokował się na amen.
- Świetnie. Gratuluję, geniuszu. Zablokowałaś nas w piwnicy bez zasięgu - rzuciłem, uderzając pięścią w metal.
- Ja? To ty pchałeś się pierwszy, łamago! - wrzasnęła, podchodząc do mnie tak blisko, że czułem jej perfumy, zmieszane z zapachem stęchlizny.
Wrzask byłby w tym momencie najlepszym wyjściem, ale powietrze w tej dziurze było tak gęste, że duszność zaczęła nam odbierać rozum. Przez następną godzinę rzucaliśmy w siebie takimi wyzwiskami, że gdyby ściany miały uszy, dawno by się zawaliły. Nienawidziłem jej za każdą transakcję, w której mnie wyprzedziła, za każde sarkastyczne spojrzenie. Ona nienawidziła mnie za moją pewność siebie.
W pewnym momencie, w trakcie kłótni o to, czyje CV jest bardziej żałosne, Marta podeszła do mnie i pchnęła mnie w pierś. To była kropla, która przelała czarę. Złapałem ją za nadgarstki, przygniatając do ściany, na której opierały się stosy kartonów. Chciałem ją tylko uciszyć, chciałem, żeby przestała wyrzucać z siebie te swoje jadowite słowa. Ale kiedy nasze ciała zderzyły się w tej ciasnej przestrzeni, coś w mojej głowie przeskoczyło.
Marta nie próbowała się wyrwać. Patrzyła na mnie, a jej oddech był szybki, płytki, gorący. W jej oczach nie było już tylko złości. Było tam coś brudnego, coś, co mówiło mi, że czuje to samo.
- Jesteś takim dupkiem, Paweł - wyszeptała, ale jej biodra mimowolnie naparły na moje.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego zjechałem dłonią z jej nadgarstka na kark, mocno zaciskając palce w jej włosach. Przyciągnąłem jej twarz do swojej i wbiłem się w jej usta. To nie był pocałunek. To była walka na języki, agresywna, pełna frustracji, którą zbieraliśmy przez miesiące rywalizacji. Gryzłem jej wargę, czując metaliczny posmak krwi, a ona w odpowiedzi wbiła mi paznokcie w plecy, aż poczułem ból przez koszulę.
W tej piwnicy było duszno, pot natychmiast wystąpił nam na czoła. Odepchnąłem ją lekko, żeby mieć dostęp do jej bluzki. Rozdarłem guziki, nie dbając o to, że materiał strzela. Jej piersi wypadły na wierzch, a ja dopadłem do nich ustami, ssąc je tak mocno, że jęknęła, wyginając się w łuk.
- Dalej, ty suko, pokaż mi, jak bardzo mnie nienawidzisz - warknąłem, wsuwając dłoń pod jej spódnicę.
Marta nie czekała. Zaczęła rozpinać mój rozporek z taką furią, jakby chciała urwać mi przyrodzenie. Gdy wyciągnąłem kutasa, od razu go złapała, ściskając go bez żadnej delikatności. Czułem, jak krew pulsuje mi w każdym centymetrze ciała.
Podniosłem ją, a ona owinęła nogi wokół moich bioder. Oparła się plecami o kartony, które zaczęły trzeszczeć pod naszym ciężarem. Wszedłem w nią jednym, brutalnym pchnięciem, nie zważając na to, czy jest gotowa. Jęknęła głośno, mieszając przekleństwa z czymś, co brzmiało jak rozpaczliwy orgazm.
Ruchy były szybkie, prymitywne, bez żadnego romantyzmu. Tylko tarcie, pot i nienawiść, która w tej sekundzie zamieniła się w czystą, zwierzęcą żądzę. Waliłem w nią, aż ściana za jej plecami zaczęła drżeć. Marta wbijała mi zęby w ramię, drapiąc paznokciami plecy tak mocno, że czułem spływającą krew.
- Tak, kurwa, właśnie tak! - wrzeszczała mi w ucho, a jej dłonie zaciskały się na moich pośladkach, przyciągając mnie jeszcze mocniej, jeszcze głębiej.
Nie było żadnych czułości. Było tylko tarcie członka o jej ciasną cipkę, która zaciskała się na mnie jak imadło, jakby chciała mnie wciągnąć do środka i już nigdy nie wypuścić. Każde uderzenie było mocniejsze od poprzedniego. Czułem, jak narasta we mnie ciśnienie, jak cały mój świat ogranicza się tylko do tego jednego punktu, w którym nasze ciała się łączyły.
Marta wygięła się, jej ciało zaczęło drżeć w spazmach, a ja nie wytrzymałem. Wbiłem się w nią ostatni raz, tak mocno, że poczułem, jak dotykam jej szyjki macicy. Doszedłem w nią z wściekłym pomrukiem, czując, jak jej skurcze wyciskają ze mnie wszystko co do kropli.
Opadliśmy na te śmierdzące kartony, dysząc ciężko jak po maratonie. Powietrze w piwnicy było tak gęste, że ciężko było wziąć oddech. Nie patrzyliśmy na siebie. Nie było żadnych słów o miłości, żadnych obietnic. Tylko odgłos naszych ciężkich oddechów i smród potu w tej małej, zatrzaśniętej dziurze.
Marta wstała pierwsza, poprawiając potarganą bluzkę. Spojrzała na mnie, wycierając usta wierzchem dłoni. W jej oczach wciąż była ta sama nienawiść co wcześniej, ale teraz była w nich też jakaś dziwna, pierwotna satysfakcja.
- Następnym razem, jak będziesz chciał mnie przelecieć, po prostu powiedz. Nie musisz zamykać mnie w piwnicy, idioto - rzuciła chłodno, odwracając się do mnie plecami.
- A ty nie musisz udawać, że nie doszłaś w trakcie, suko - odpowiedziałem, zapinając spodnie.
Staliśmy w milczeniu, słuchając, jak gdzieś z góry dochodzi dźwięk wiertarki. Ktoś w końcu przyszedł do domu. Czy teraz, jak nas wypuszczą, będziemy udawać, że to się nie stało, czy następnym razem w biurze będziemy się na siebie patrzeć jak na mięso? W sumie, co za różnica. Otwieraj te drzwi, zanim zejdę na zawał od tego zaduchu.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz