
Wchodząc do kuchni na śniadanie, liczyłem na wielką awanturę. Przygotowywałem się w myślach na krzyk, na pytania, na potok słów, które roztrzaskałyby ciszę i napięcie. Awantura byłaby łatwiejsza. Dałaby ramy temu, co niewypowiedziane. Ale kuchnia była cicha, wypełniona tylko zapachem świeżo mielonej kawy i dźwiękiem łyżeczki stukającej o porcelanę.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, który nagle wydał się ogromny jak pole bitwy. Ojciec wpatrywał się w swoją filiżankę, jakby w czarnej kawie odbijały się odpowiedzi na pytania, których nie śmiał zadać. Ja gryzłem suchą bułkę, której smak zupełnie do mnie nie docierał. Cisza była gęsta, ciężka, prawie namacalna. Przełamywało ją tylko ciche tykanie zegara na ścianie, odliczające sekundy naszej niemej rozmowy.
Wtedy ojciec podniósł wzrok. Nie na moje oczy, ale na moje dłonie splecione na stole.
– Dolać ci kawy? – zapytał. Jego głos był szorstki, ale nie ostry. Był w nim rodzaj zmęczonej czułości, jakby te trzy słowa były mostem rzuconym nad przepaścią, której żaden z nas nie potrafił nazwać.
– Tak. Proszę – wyszeptałem, a mój głos zabrzmiał obco nawet w moich własnych uszach.
Pochylił się, wziął dzbanek. Dźwięk lejącego się płynu wypełnił kuchnię. Gdy postawił filiżankę przede mną, nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. W jego oczach nie zobaczyłem gniewu ani zawstydzenia. Zobaczyłem smutek. I coś jeszcze – może zrozumienie, które było zbyt bolesne, by je wypowiedzieć na głos.
W milczeniu dokończyliśmy śniadanie. Awantury nie było. Była za to ta cisza, ta jedna prosta czynność – dolanie kawy – która mówiła więcej niż tysiąc krzyków. Mówiła, że pomimo wszystkiego, pomimo tego nie zrozumiałego zdarzenia z rana musimy być razem tu i teraz., wciąż jesteśmy przy jednym stole. I że być może, właśnie w tej zwykłej, codziennej czułości, zaczyna się najtrudniejsza i najważniejsza rozmowa. Chciałbym abyś mi coś wyjaśnił z tego ranka. Możesz mi powiedzieć dla kogo się przebierasz? Jak to wygląda ? Sukienki ? I tak dalej czy tylko bielizna ? Zaraz tobie wszystko wyjaśnię odparłem. W dzieciństwie obserwowałem, jak mama się ubierała – pas i pończochy, które potem znikały pod sukienką lub spódniczką. Jednak widok nóg, kolan, błyszczących łydek, zdawał się być fascynującym elementem tej garderoby. Nie było sposobu, żeby móc głaskać jej nogi, więc postanowiłem sam sprawdzić, jak to jest.
Zawsze pod twoją nieobecność , gdy miałem pewność, że jestem sam, zakradałem się do komody, gdzie mama trzymała swoje pończochy. Było tego sporo, w różnych kolorach. Mnie jednak najbardziej pociągały czarne, stylonowe, ze wzmocnieniami na palcach i piętach. Były bardziej wyraziste i kontrastowały z pozostałymi.
Szedłem do przedpokoju, stawałem przed dużym lustrem i wciągałem je na nogi. Na moich dziecięcych, jeszcze smukłych nogach, te stylonowe pończochy się marszczyły, ale podwiązkami można było ten efekt zlikwidować. I już były bardziej gładkie na nogach. Już było cudownie. Poczuć je na nogach… ten widok swoich nóg w czarnych, stylonowych pończochach – to była bajka.
Miałem taki rytuał, że zawsze po szkole ubierałem się w to i paradowałem po domu. Często na boso, bez kapci. Lubiłem czuć śliską powierzchnię podłogi przez warstwę stylonu. Szykowałem naczynia do obiadu, po prostu byłem taki w domu i już. Lubię nosić do bluzy lub koszuli czasami spódniczki bo to oprawia te nogi. Czy mógłbyś się tak ubrać i przyjść tu ? Zapytał ojciec. Tak Wyszedłem z pokoju, jeszcze nieświadomy ich szczególnej mocy. Nie zdawałem sobie sprawy że ten moment może zmienić nasze życie. Myślałem że ja mogę te stylonowe pończochy nosić tak poprostu . Ale one kreowały inną rzeczywistość dodawały kobiecego pierwiastka temu kto je nosi a odbiór wizualny tego działał podobnie jak narkotyk. Chłopiec w czarnych stylonowych pończochach ... to poprostu bajka. Dobrze pójdę się przebrać. Wziąłem koronkowy pas do pończoch z regulowanymi podwiązkami. Trochę się namęczyłem aby to dopiąć. Brak wprawy. Wtedy w dzieciństwie to ojciec mnie w to ubierał pomagał. Tam wtedy były jeszcze szwy w tych pończochach. Teraz oglądałem siebie w lustrze. Widok moich nóg w tych pończochach był obłędny. Wszedłem do kuchni miałem na sobie jego starą, miękką, flanelową koszulę spod której widać było podwiązki i właśnie te czarne stylonowe pończochy. Gdy jego wzrok padł na moje nogi, zatrzymał się. Nie było w nim gniewu, nie było pytania. Był zachwyt. Cichy, niemal nabożny. Jego oczy, zwykle pełne obowiązkowej powagi, rozjaśniły się jakby od wewnętrznego światła.
— Pięknie się prezentują — powiedział tylko, głosem ciepłym i spokojnym.
Nie pytał, dlaczego. Nie komentował. Tato czy mogę to nosić w domu ? No pewnie.. odparł. To przyjęcie, ta cicha akceptacja, była jak dar. Jego zachwyt wydawał się większy niż mój własny. I to właśnie jego reakcja zaczęła mnie ekscytować. To podniecenie, które – mimowolnie, przez samo istnienie w tych pończochach – budziłem w nim. Chodziłem boso po domu, a widok własnych stóp owiniętych w ten jedwabisty, czarny nylon wprawiał mnie w dziwną euforię. Przy stole siedziałem w szczególny sposób, układając stopę pod własnym pośladkiem na krześle. Wiedziałem, że ojciec mnie obserwuje. Że z nad blatu widzi moje kolano, obciągnięte cienką, lśniącą tkaniną. Rozmawialiśmy o zwykłych, codziennych sprawach, ale atmosfera między nami gęstniała z każdą minutą. Niby nic się nie działo, a ja miałem motyle w brzuchu. Siedziałem przy stole, z jedną nogą podwiniętą pod siebie. Czarne, stylonowe pończochy, gładkie i chłodne, obciskały moją łydkę, a ich górny brzeg, zakończony koronką podwiązek, delikatnie uwierał pod miękką flanelą koszuli ojca.
Ojciec stał przy blacie, kończąc myć filiżankę. Jego plecy były do mnie zwrócone, ramiona szerokie i znajome w tej szarej, domowej koszuli. Cisza nie była niezręczna; była pełna, pulsująca niewypowiedzianymi słowami. Od tamtego wieczoru, gdy jego wzrok po raz pierwszy pobłądził po moich nogach, wszystko się zmieniło.
Odwrócił się, wycierając dłonie w ściereczkę. Jego oczy, te same, które przez lata widziały we mnie tylko syna, teraz płynęły po mnie jak po krajobrazie. Zatrzymały się na mojej nodze, na załamaniu kolana, gdzie nylon połyskiwał matowo w świetle. Nie było w tym spojrzeniu oceny, ani nawet zdziwienia. Była w nim uważna, niemal czuła kontemplacja. Jakby podziwiał rzadki kwiat, który wykiełkował niespodziewanie w jego własnym ogrodzie.
— Dobrze w nich wyglądasz — powiedział w końcu, tak po prostu, jakby komentował pogodę. Usiadł naprzeciwko, a jego dłoń, zwykle ciężka i praktyczna, sięgnęła po gazetę. Ale nie otworzył jej od razu. Jego palce bębniły lekko o stół. — Miękkie? Jak się w tym czujesz? Często się tak ubierasz ?... czy to podnieca ? Dopytywał
Skinąłem głową, czując, jak krew napływa mi do policzków. — Tak. Bardzo.
Onanizujesz się w nich ? Dopytywał.
Tak .. odparłem
Uśmiechnął się, krótko, kącikami ust. — To dobrze.
To było wszystko. Ta wymiana zdań, ta cicha aprobata, rozgrzewała mnie od środka bardziej niż jakikolwiek komplement. Jego akceptacja nie była bierna; była aktywna, czujna. Czułem ją na sobie jak drugą skórę, delikatniejszą i bardziej podniecającą niż sam nylon. Wiedziałem, że kiedy wstaję, by nalać sobie wody, jego wzrok podąża za płynnym ruchem moich nóg. Że kiedy przechodzę obok jego fotela, wstrzymuje na ułamek sekundy oddech. Atmosfera w domu stała się gęsta, słodka i niebezpieczna jak zapach dojrzałych owoców. Rozmawialiśmy o rachunkach, o planach na weekend, o niczym, a każde słowo było obładowane podtekstem, każdy gest – obietnicą.
Pewnego popołudnia, gdy czytałem na kanapie, usłyszałem jego kroki. Stanął przede mną, blokując światło z okna. Nie mówił nic. Położył tylko dłoń na mojej łydce, tuż nad kostką. Dotyk był lekki, niemal przypadkowy, ale nylon pod jego palcami zaszeleścił cichutko. Ciepło jego dłoni przeniknęło przez cienką tkaninę prosto w moją skórę.
— Gładkie — szepnął, a w jego głosie zabrzmiała nuta zdumienia, jakby odkrywał coś zupełnie nowego.
Uniosłem na niego wzrok. Jego twarz była poważna, ale w oczach płonęło to samo wewnętrzne światło, które zobaczyłem po naszej pierwszej rozmowie. To nie była pożądliwość w zwyczajnym rozumieniu. To był zachwyt nad formą, nad przemianą, nad tajemnicą, która rozkwitła między nami. Ja, jego syn, w czarnych pończochach. On, mój ojciec, którego dotyk mówił więcej niż wszystkie słowa.
— Tata… — zacząłem, ale głos uwiązł mi w gardle.
Potrząsnął głową, jakby prosząc o ciszę. Jego palce przesunęły się o cal wyżej, gładząc łydkę. To podniecenie, które we mnie budził, i które ja budziłem w nim, wirowało w powietrzu, ciche i potężne. Wiedziałem wtedy, że te pończochy to nie był kostium. To był klucz. Klucz, który otworzył drzwi do innej rzeczywistości, gdzie mogliśmy się spotkać nie jako ojciec i syn, lecz jako dwie istoty zafascynowane tym samym, ulotnym pięknem. Jego cicha adoracja była narkotykiem, od którego nie chciałem się odzwyczaić. A motyle w moim brzuchu unosiły się teraz na skrzydłach z czarnego, lśniącego stylonu.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Aten
Piękne... Ależ podniecające!
Kerad21
@Aten ..dziękuję.. jest też wersja poprawiona i też inna dłuższa wersja bardziej pikantna .. ale dziekuję że się podobało