
Jak będę miał kolejne rozdziały to dokleję je tutaj
WstępKorytarze technikum wypełniał jednostajny szum: gwar rozmów, uderzenia drzwi i ciężki zapach taniej kawy zmieszany z wonią perfum. Dla Ernesta ten hałas był jak nieustanny biały szum, który próbował przebić się przez jego własną, bezpieczną ciszę. Chłopak siedział z głową nisko pochyloną nad blatem, kurczowo ściskając pasek plecaka. Wzrok utkwiony w czubkach własnych butów był jego tarczą – im mniej świata widział, tym mniej musiał przetwarzać.
Gdy obok przeszła grupa dziewczyn, wybuchając radosnym śmiechem, poczuł na karku nagłe uderzenie gorąca. Próbował nie podnosić wzroku, ale i tak usłyszał ich szept. Czy o czymś mówiły? Czy to on był powodem tego szmeru? A może po prostu wytykały mu rozciągniętą bluzę?
Ernest potrafił godzinami analizować skomplikowane struktury kodu, znajdując błędy tam, gdzie inni widzieli tylko chaos. Ale gdy w grę wchodziły relacje, jego wewnętrzny procesor całkowicie się zawieszał. Znał teorię, rozumiał logikę, ale nie potrafił wygenerować odpowiedniej reakcji na uśmiech czy przypadkowe spojrzenie.
W domu presja tylko rosła. Każde pytanie rodziców – „Jak w szkole?”, „Poznałeś kogoś?” – brzmiało jak przesłuchanie, z którego nie było dobrego wyjścia. Ernest był cieniem brata. Mariusz zawsze znajdował się w centrum uwagi; promieniał pewnością siebie, która zdawała się naturalnym elementem jego budowy ciała.
W zupełnie innej atmosferze panowało w apartamencie Mariusza i Marzeny. Przez otwarte okno wpadało popołudniowe słońce, tańcząc w drobinkach kurzu nad salonem. Mariusz, jeszcze spocony po treningu na AWF-ie, kończył przygotowywać shake’a białkowego. Każdy jego ruch był zdecydowany, pewny – człowiek, który czuje się u siebie w każdym ciele i każdej sytuacji.
Marzena siedziała na kanapie z telefonem w dłoniach. W dopasowanych legginsach wyglądała tak, jakby właśnie wyszła z sesji zdjęciowej; jej egzotyczna uroda i błękitne oczy przyciągały wzrok nawet wtedy, gdy po prostu milczała.
Mariusz patrzył na nią, ale jego myśli krążyły wokół czegoś innego. Od tygodni widział to samo: wycofanie w oczach Ernesta, ten charakterystyczny rumieniec i ucieczkę wzrokiem, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.
— Znowu o nim myślisz? — Marzena uniosła wzrok znad ekranu. Na jej ustach błąkał się półuśmiech.
— Ernest ma problem, kochanie — westchnął Mariusz i usiadł obok niej. — On nie jest po prostu cichy. On żyje we własnej głowie. Chłopak ma ogromny potencjał, jest niesamowicie mądry, ale gdy tylko zbliży się do dziewczyny, nagle zapomina, jak się oddycha.
Wieczorem Mariusz przyjechał do brata. Wszedł do jego pokoju. W środku panował półmrok, rozświetlany jedynie przez błękitną poświatę dwóch monitorów. Ernest siedział przy biurku, wpatrzony w linijki kodu, ale jego palce zawisły nad klawiaturą bez ruchu.
— Hej, młody! — Mariusz wszedł bez pukania, rzucając plecak na łóżko brata.
— Cześć... — mruknął Ernest, nawet nie odwracając głowy.
Mariusz podszedł bliżej i położył mu dłoń na ramieniu.
— Słuchaj, widzę to. Widzę, jak się męczysz. Nie musisz być przy każdej okazji tak spięty.
Ernest westchnął ciężko i w końcu odwrócił krzesło.
— To nie jest kwestia spięcia, Mariusz. Po prostu... one są inne. Wszystko wydaje mi się takie skomplikowane. Każde słowo musi być idealne, a ja po prostu zamieram.
Mariusz uśmiechnął się pod nosem. Wiedział dokładnie, co jest grane.
— Spokojnie, mam na to pomysł — powiedział tajemniczo, mrugając do brata. — Ale jeszcze ci nie powiem, o co chodzi. Musisz mi tylko zaufać. Obiecuję, że wyciągnę cię z tej skorupy.
Ernest spojrzał na niego z niedowierzaniem, ale w jego oczach błysnęła kruchą nadzieja.
Po powrocie do domu Mariusz nie potrafił przestać myśleć o planie. Usiadł obok Marzeny, która właśnie nakładała makijaż, przygotowując się do wyjścia.
— Kochanie... mam do ciebie prośbę — zaczął poważnie.
Marzena spojrzała na niego znad patyczka kosmetycznego.
— Co takiego? Brzmi to tak, jakbyś planował podbój świata.
— Nie, coś znacznie trudniejszego. Chodzi o Ernesta. On naprawdę potrzebuje pomocy w... no, w relacjach z kobietami. Myślę, że gdyby ktoś taki jak ty – doświadczony, pewny siebie i po prostu świetny w tym, co robi – udzielił mu kilku rad... albo pomógł mu przełamać lody...
Marzena uniosła brwi, a na jej twarzy pojawił się sceptyczny uśmiech.
— Ty chcesz, żebym ja była mentorką twojego małego brata? Mariusz, on jest taki nieśmiały! Boję się, że jak do niego podejdę, to po prostu zemdleje.
Mariusz złapał ją za rękę i spojrzał jej głęboko w oczy.
— Wiem. Ale on potrzebuje kogoś, kto pokaże mu, że kobiety to nie tylko zagadki matematyczne, ale też ludzie. Ktoś, kto nauczy go naturalności.
Marzena przez chwilę milczała. Wizja bycia „nauczycielką” dla nastolatka wydawała się nieco dziwna, wręcz krępująca. Jednak widząc determinację w oczach męża i przypominając sobie smutną twarz brata, poczuła nagłe ukłucie empatii.
— No dobrze... — westchnęła, poddając się jego spojrzeniu. — Skoro tak bardzo tego chcesz. Ale nie licz na to, że będziemy robić nudne wykłady! Zrobimy to po mojemu.
Mariusz uśmiechnął się triumfalnie. Plan zaczął nabierać kształtów.
AKT 1 - Pierwsza rozmowaNastępnego dnia Mariusz nie bawił się w subtelności. Wpadł do pokoju brata niemal wyważając drzwi, niosąc ze sobą ten sam zaraźliwy, szeroki uśmiech, który zawsze sprawiał, że Ernest miał ochotę schować się pod biurko.
— No! — Mariusz rzucił torbę sportową na fotel i ciężko usiadł na brzegu łóżka. — Słuchaj, młody. Mam plan. Wyciągnę cię z tej skorupy, obiecuję.
Ernest uniósł wzrok znad laptopa.
— Już mówiłem: nie potrzebuję planów, tylko spokoju. Co ty znowu wymyśliłeś?
— Marzena wchodzi w to — rzucił krótko Mariusz, uważnie obserwując reakcję brata.
Ernest zamrugał kilka razy, próbując przetworzyć informację.
— Marzena? Twoja dziewczyna? Mariusz, nie bądź żartownisiem. To... to trochę dziwne, żeby ona się mną zajmowała, prawda?
— Żadne „dziwne”. Ona jest cierpliwa, ogarnięta i – co najważniejsze – kompletnie cię nie oceni — Mariusz pochylił się ku bratu, obniżając głos. — Chodzi o to, żebyś przy niej po prostu nabrał luzu. Żebyś przestał patrzeć na dziewczyny jak na istoty z innej planety. Po prostu usiądziecie, pogadacie, a ona sprawi, że poczujesz się... normalnie.
— Ja? Normalnie? — Ernest zaśmiał się nerwowo. Czuł, jak kark zaczyna mu piec od samej myśli o tej sytuacji. — Mariusz, ja przy niej prawie nie mogę wydobyć z siebie dźwięku! A ona jest... no wiesz. Jest Marzeną.
— I właśnie dlatego to ma zadziałać. Spotkajcie się u nas dzisiaj po południu. Ja idę na siłownię, więc będziecie sami. Bez spiny, bez presji. Po prostu rozmowa. Wchodzisz w to?
Ernest przez dłuższą chwilę patrzył na brata. Z jednej strony czuł rozpaczliwą chęć ucieczki do bezpiecznego świata kodu i kabli, z drugiej – myśl o „oswojeniu” Marzeny była jak obietnica wyjścia z piwnicy w pełne słońce.
— Dobra — mruknął, spuszczając wzrok na klawiaturę. — Spróbuję. Ale jeśli będzie to dziwne, wychodzę po dziesięciu minutach.
— Będzie super, młody! Obiecuję — Mariusz klepnął go mocno w ramię i wyszedł, zostawiając Ernesta z bijącym sercem.
Mieszkanie Mariusza zawsze wydawało się Ernestowi zbyt duże i zbyt... „dorosłe”. Zapach drogich perfum wymieszany z aromatem świeżo parzonej kawy sprawiał, że czuł się tu jak intruz w luksusowym showroomie. Usiadł na kanapie w salonie, nerwowo międląc w dłoniach ramiączko bluzy. Mariusz faktycznie wyszedł na trening, zostawiając go w ciszy, którą rytmicznie przerywało jedynie tykanie zegara.
W końcu usłyszał kroki. Marzena weszła do salonu z kubkiem herbaty w dłoniach. Miała na sobie obcisłe legginsy i dopasowany top, który przy każdym ruchu podkreślał jej kształty. Jej błękitne oczy rozbłysły, gdy tylko go zobaczyła.
— Hej! — rzuciła z uśmiechem, siadając na kanapie w odległości, która dla Ernesta była już zbyt bliska. — Mariusz mówi, że masz być dziś moim uczniem. Gotowy?
Ernest poczerwieniał, ale starał się zachować kamienną twarz.
— Nie wiem, czy „uczeń” to dobre słowo. Raczej... pasażer na gapę. Cześć, Marzena.
— Mów mi Marzenka — zaśmiała się, a jej głos był niski i kojący. — No dobrze, skoro nie uciekasz od razu przez okno, zacznijmy od czegoś prostego. Mariusz mówił, że interesujesz się grafiką?
Przez pierwsze piętnaście minut szło niesamowicie. Ernest, zaskoczony własną śmiałością, zaczął opowiadać o kolorach, o tym, jak teoria barw wpływa na odbiór obrazu i o cyfrowym malowaniu światłem. Marzena słuchała z autentycznym zainteresowaniem, potakując i zadając trafne pytania. Pancerz nieśmiałości powoli pękał; głos Ernesta stał się stabilniejszy, a ruchy pewniejsze.
— Naprawdę masz na to oko — powiedziała Marzena, nachylając się w jego stronę, by lepiej widzieć coś na ekranie telefonu, który trzymał w ręku.
Wtedy to się stało. Gdy się pochyliła, dekolt jej topu rozciągnął się, a Ernest znalazł wzrok prosto na jej piersiach. Były blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Widział miękkość skóry i głęboki cień między nimi. Przez ułamek sekundy zapomniał o kolorach, o teorii barw i o całym świecie poza tym jednym momentem.
W tej samej sekundzie jego ciało zareagowało bez pytania o zdanie. Mimo luźnych, szerokich dresów, które zazwyczaj skutecznie maskowały jego atuty, potężna wypukłość między nogami stała się nie do przeoczenia. Materiał napiął się w sposób, który trudno było zignorować.
Marzena zamarła. Jej wzrok powędrował nisko, na to, co działo się pod materiałem jego spodni. Przez moment panowała absolutna cisza. Ernest poczuł, jak gorąco rozlewa mu się po karku aż po czubek głowy. Zobaczył, że źrenice Marzeny lekko się rozszerzyły, a w błękitnych oczach pojawił się błysk – drapieżna ciekawość zmieszana z wyraźnym podnieceniem.
— Ja... — zaczął Ernest, ale głos uwiązł mu w gardle.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, gwałtownie zerwał się z kanapy. Nie mógł dłużej znosić tego napięcia i spojrzenia, które niemal go obnażało.
— Muszę... muszę jeszcze raz... — wykrztusił, prawie biegnąc w stronę przedpokoju.
Wybiegł z mieszkania, zostawiając Marzenę samą na kanapie. Gdy pędził po schodach, czuł, jak krew pulsuje mu w żyłach, a erekcja nie chce odpuścić, pozostając w stanie bolesnego napięcia. Pierwsza lekcja okazała się znacznie bardziej intensywna, niż zakładał Mariusz.
Marzena siedziała na kanapie jeszcze przez kilka minut, wpatrując się w drzwi, za którymi zniknął chłopak. W salonie panowała cisza, ale w jej głowie wciąż huczał obraz, który przed chwilą zobaczyła. Przełknęła ślinę, czując nagłe drżenie w podbrzuszu. To nie był przypadek – to, co dostrzegła pod luźnymi dresami introwertyka, było obietnicą czegoś znacznie większego.
— No nieźle, młody — szepnęła do pustego pokoju, uśmiechając się pod nosem.
Wstała i podeszła do lustra w przedpokoju, poprawiając top. Jej oddech był wciąż nieco przyspieszony. Wiedziała, że jeśli powie Mariuszowi o tym, jak Ernest zareagował na jej bliskość, ten nie przestanie mu dokuczać przez najbliższe dwa tygodnie. A ona miała ochotę zachować to odkrycie tylko dla siebie. Chciała sprawdzić, czy pod tą warstwą nieśmiałości i grubych okularów naprawdę kryje się taki drapieżnik.
Kiedy Mariusz wrócił z siłowni, był spocony i pełen energii. Rzucił torbę w kąt i od razu spojrzał na dziewczynę, która spokojnie przeglądała coś w telefonie.
— I jak? — rzucił z szerokim uśmiechem. — Wybiłeś go z rytmu czy dał radę?
Marzena spojrzała na niego znad ekranu, zachowując wyraz całkowitego spokoju, choć w środku wciąż czuła przyjemne mrowienie.
— Było super — odparła swobodnie, wstając i podchodząc do niego. — Naprawdę, bardzo miło sobie pogadaliśmy. Ma niesamowitą wiedzę o tych kolorach, serio.
Mariusz uniósł brwi, zaskoczony entuzjazmem dziewczyny.
— Serio? Myślałem, że ucieknie po pięciu minutach. To co, ustaliliście termin kolejnego spotkania? Chciałbym go wyciągnąć na piwo albo do kina, żebyś mogła go jeszcze trochę „oswoić”.
Marzena uśmiechnęła się tajemniczo i objęła go ramionami, przytulając się do jego wilgotnej od potu klatki piersiowej.
— No właśnie tu jest problem — zaśmiała się, patrząc mu prosto w oczy. — Tak się rozeszliśmy w temacie grafiki, że zupełnie zapomnieliśmy o czasie. On musiał nagle uciekać, chyba coś miał do dokończenia na jutro. Nie zdążyliśmy nawet ustalić terminu kolejnego spotkania.
— No nie mów! — Mariusz aż zaklął pod nosem, choć w jego głosie słychać było raczej rozbawienie niż irytację. — Ten mały to jednak tempo ma.
— Daj mi po prostu jego numer — rzuciła Marzena, lekko przygryzając dolną wargę. To sprawiło, że Mariusz poczuł nagły przypływ ochoty na szybki pocałunek. — Napiszę mu krótką wiadomość, żeby wiedział, że było fajnie i żebyśmy ustalili jakiś konkretny dzień. Nie chcę, żeby znowu uciekł, zanim zdążymy naprawdę zacząć rozmawiać.
— Dobra, dobra, nie bądź taka dominująca — zaśmiał się Mariusz, wyciągając telefon. — Masz, zapisuj. Tylko go nie przestrasz na samym początku.
— Obiecuję — mruknęła Marzena, ale w jej oczach błysnęła ta sama iskra ciekawości, którą widziała u Ernesta.
Ernest szedł przez osiedle, czując się, jakby właśnie przebiegł maraton. Chłód wieczornego powietrza nie pomagał – jego ciało wciąż pulsowało gorącem, a erekcja powoli, bardzo opornie, wracała do normy. Każdy krok wydawał mu się zbyt głośny, jakby całe osiedle wiedziało o tym, co wydarzyło się w salonie.
„Ona to widziała” – myślał, zakrywając twarz dłońmi przy mijanej latarni. „Przecież nie dało się tego nie zauważyć. Spojrzała tam... dokładnie tam”.
Czuł wstyd, który niemal paraliżował mu nogi, ale pod tą warstwą kryło się coś jeszcze – dziwne, nowe uczucie potęgi. Przez chwilę, gdy Marzena na niego spojrzała, nie czuł się jak mały, niezdarny brat Mariusza. Czuł się... mężczyzną. I ta myśl, choć przerażająca, była najbardziej ekscytującą rzeczą, jakiej doświadczył od lat.
W kieszeni dresów poczuł wibrację telefonu. Wyjął go drżącymi palcami. Wiadomość od nieznanego numeru.
„Hej, to Marzena. Było naprawdę super! Nie mogłam uwierzyć, jak szybko musisz uciekać
Daj znać, kiedy masz chwilę na kolejną lekcję. — M.”
Ernest zatrzymał się w pół kroku i patrzył na ekran z niedowierzaniem. Serce znowu przyspieszyło.
Marzena odłożyła telefon na blat, ale obraz pod jej powiekami wciąż nie chciał zniknąć. Siedziała nieruchomo, czując, jak w skroniach rytmicznie pulsuje krew, a przed oczami wciąż ma ten sam widok: napięty materiał dresów Ernesta, który bezlitośnie obnażył jego rozmiar. Ta potężna wypukłość była czymś zupełnie innym niż wszystko, co do tej pory znała.
W dole brzucha poczuła ciężkie, lepkie drżenie. Jej własna cipka stała się nagle zbyt ciasna dla bielizny, a skóra na udach pokryła się cienką warstwą potu. Marzena wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić przyspieszony rytm serca, ale myśl o tym, jak ten nieśmiały chłopak wygląda pod luźnym materiałem, tylko nakręcała pożar. Wyobrażała sobie jego ciężar i to, jak mógłby ją wypełnić – całkowicie, bez reszty.
Przełknęła ślinę. Poczuła na języku metaliczny posmak ekscytacji.
— Hej, kochanie? Wszystko w porządku? — Głos Mariusza wyrwał ją z odrętwienia.
Spojrzała na niego i przez ułamek sekundy poczuła lekką irytację. Mariusz był świetnym facetem, ale teraz jego znajoma sylwetka wydawała się jedynie tymczasowym rozwiązaniem problemu. Musiała rozładować to napięcie, zanim samo ją spali.
Uśmiechnęła się do niego – nie był to jednak łagodny uśmiech, który znał z codziennych wieczorów. To była obietnica czegoś intensywnego. Wstała i podeszła do niego, kładąc dłonie na jego szerokich ramionach.
— Wszystko super — mruknęła, przyciągając go blisko. — Po prostu... ta rozmowa z Ernestem sprawiła, że zrobiło mi się strasznie zimno. Potrzebuję żebyś mnie rozgrzał.
Mariusz zaśmiał się i objął ją w pasie. Nie wiedział jeszcze, że Marzena nie myśli o nim, lecz o tym, jak bardzo potrzebuje poczuć coś znacznie większego niż on sam.
Rytm uderzeń bioder Mariusza był miarowy i dobrze znany – pewny, mocny, typowy dla kogoś, kto ma w sobie dużo sportowej energii. Mariusz ruchał ją bez zwalniania, ale Marzena czuła narastający niedosyt. Każde wbicie jego kutasa było przyjemne, lecz w jej głowie pulsował obraz, który widziała po południu: napięty materiał dresów Ernesta i ta nieprawdopodobna, ciężka wypukłość, która zdawała się przeczyć wszystkiemu, co dotąd znała.
Zamknęła oczy, próbując zatopić się w realnym dotyku chłopaka, ale wyobraźnia była bezlitosna. Zamiast miarowego tempa Mariusza, zaczęła czuć w myślach coś znacznie potężniejszego. Wyobraziła sobie, że to nie Mariusz trzyma jej za biodra, lecz Ernest – ten cichy, skromny chłopak, który pod maską nieśmiałości skrywał w spodniach potwora. W wizji poczuła, jak jego ogromny kutas rozdziera ją na pół, wypełnia każdą najgłębszą szczelinę i sięga tam, gdzie Mariusz nawet nie mógł dotrzeć.
— O mój Boże... — jęknęła nisko, wyginając plecy w łuk. Jej dłonie mocno wbiły się w ramiona Mariusza.
— Co jest? Tak ci dobrze? — mruknął, czując nagłą zmianę jej napięcia. Przyspieszył, a jego oddech stał się ciężki i szarpany.
— Tak... tak, kochanie... — skłamała gładko, choć w rzeczywistości walczyła z własnymi myślami. — Jak ty mnie wypełniasz... tak mocno... czuję cię aż pod żebrami...
W jej głowie nie było Mariusza. Był tylko ten jeden kształt – gruby, długi i bezlitosny kutas brata, który wbijał się w nią z ogromną siłą. Czuła, jak jej cipka płonie od samej myśli o tym ciężarze; stała się nienaturalnie mokra, niemal śliska.
— Jesteś taka mokra... — wycedził Mariusz przez zęby, czując pod sobą narastającą wilgoć i gorąco. – Moja mała suczka... tak niesamowicie rozpalona... Co cię tak nagle wzięło?
Marzena nie potrafiła już mówić normalnie. Wydawała z siebie tylko serię niskich, gardłowych jęków, które brzmiały jak wyznanie winy. Chciała więcej. Chciała tego ogromu, który widziała u Ernesta. Chciała poczuć to obiecane rozrywanie.
Mariusz, nakręcony jej niespodziewaną intensywnością, stracił resztę panowania nad sobą. Jego ruchy stały się gwałtowne, niemal dzikie. Przesunął dłońmi od talii w górę i mocno, ale z pożądaniem, złapał ją za włosy. Przyciągnął jej twarz do siebie, zmuszając, by patrzyła mu prosto w oczy.
— Już prawie... — sapnął, a jego mięśnie na plecach napięły się do granic możliwości.
Marzena poczuła narastające tempo i instynktownie wiedziała, jak go domknąć. Przesunęła dłońmi po jego biodrach i zsunęła się niżej. Mariusz nie stawiał oporu; był zbyt pochłonięty własnym szczytem.
Wzięła jego członka do ust, obiegając go językiem i ssać głęboko, patrząc mu prosto w oczy. Czuła smak potu i męskiej pewności siebie, ale pod powiekami wciąż miała obraz Ernesta – tego nieśmiałego chłopaka o drżących dłoniach, który skrywał tak wielką moc.
Mariusz wydał z siebie krótki, stłumiony ryk. Przez chwilę walczył ze sobą, ale potężne skurcze doprowadziły go do kulminacji. Wystrzelił, a gęsta, biała sperma opryskała jej piersi i szyję.
Marzena odsunęła się, ciężko dysząc. Leżała na boku, patrząc na krople płynu spływające po jej skórze. Jej ciało wciąż drżało, a w głowie, mimo fizycznego spełnienia z Mariuszem, wciąż tliło się to samo, niepokojące pytanie: kiedy będzie mogła sprawdzić, czy to, co zobaczyła u jego brata, jest prawdą?
AKT II - PrzynętaKroki Ernesta niosły się echem po pustym korytarzu, a każda sekunda zwłoki zdawała się trwać wieczność. Dzień ciągnął się jak guma do żucia – pełen powtórek algorytmów i natrętnych, zapętlonych obrazów z poprzedniego wieczoru. Czuł na sobie ciężar własnej niezdarności; był to niemal fizyczny ucisk w klatce piersiowej, który utrudniał oddychanie. Każdy metr dzielący go od mieszkania Mariusza był walką z instynktem ucieczki.
Kiedy otworzyła mu drzwi, poczuł nagłe tąpnięcie w żołądku. Marzena przywitała go w sposób niemal podstępny – bez skąpych dekoltów czy obcisłych legginsów, które mogłyby go od razu pozbawić kontroli. Ubrana była w długie, ciemne spodnie i luźną koszulę w kratę. Materiał był dość gruby, ale przy każdym jej ruchu opinał ciało tak sugestywnie, że Ernest widział każdą linię jej bioder i miękki zarys piersi.
— Hej — uśmiechnęła się, a w jej spojrzeniu dostrzegł ten sam błysk, który widział wczoraj. Nie była to jednak tylko ciekawość, lecz triumf badacza, który właśnie natrafił na fascynujący, nieznany dotąd wzór. — Wejdź. Zrobię nam herbaty i pogadamy.
Siedzieli w kuchni. Drewniany stół stanowił między nimi bezpieczną barierę, fizyczną granicę, która dawała Ernestowi złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Marzena poruszała się po kuchni z gracją, której on zupełnie nie posiadał. Parzyła herbatę, ustawiała filiżanki, a każdy jej gest wydawał się przemyślany, niemal wyreżyserowany.
Ernest milczał, obserwując ją z nabożną uwagą. Jego umysł, przyzwyczajony do analizowania złożonych struktur kodu, pracował na najwyższych obrotach. Coś tu nie grało. Była zbyt miła, zbyt spokojna, a jej spojrzenia, choć pozornie przypadkowe, co chwilę zawijały się w stronę jego podbrzusza, by zaraz potem wrócić do twarzy.
— Jak ci minął dzień? — zapytała, stawiając przed nim parujący kubek. — Dużo nauki?
— A... tak. Normalnie. Próbowałem dokończyć projekt z programowania — odpowiedział, czując, jak jego głos brzmi zbyt wysoko i niepewnie.
— I jak idzie? Masz już te swoje wielkie plany na MIT o których wspominał mi Mariusz? — zaśmiała się, siadając naprzeciwko niego. Nie odsunęła krzesła; przeciwnie, przysunęła je bliżej, skutecznie skracając dystans między nimi.
Rozmowa płynęła powoli. Marzena zadawała proste pytania: o szkołę, o plany po technikum, o jego pasje. Ernest, początkowo spięty i odpowiadający półsłówkami, z czasem poczuł, jak napięcie ustępuje miejsca dziwnej, kojącej ciekawości. Marzena miała w sobie coś magnetycznego – potrafiła słuchać tak, jakby każda jego odpowiedź była kluczową informacją, od której zależało wszystko. Zaczął czuć, że ta rozmowa nie jest tylko uprzejmością; to była lekcja.
— Skoro już wiemy, że jesteś genialnym programistą i masz plan na podbój świata — powiedziała nagle, mrużąc oczy w uśmiechu, gdy poczuł, jak atmosfera gęstnieje od niewypowiedzianych słów — to powiedz mi jedno... Planujesz tę karierę sam? Czy może potrzebujesz kogoś u boku, kto będzie cię wspierał w tych wszystkich sukcesach?
Ernest poczuł, jak na policzkach wybucha mu rumieniec. To pytanie nie dotyczyło algorytmów ani terminów oddania projektu. Dotyczyło czegoś znacznie bardziej osobistego.
— Ja... — zaczął, splatając palce na krawędzi stołu. — Myślę, że chciałbym mieć dziewczynę. Ale wiesz... trudno mi po prostu podejść i zagadać. Zawsze wydaje mi się, że mówię coś głupiego albo że wyglądam dziwnie. W szkole są fajne dziewczyny, ale...
— Ale co? — szepnęła, pochylając się nad stołem.
Dystans znów zaczął maleć. Ernest patrzył na nią i nagle dotarło do niego, że ona nie tylko go słucha – ona go czyta. Widziała jego nieśmiałość, widziała to zagubienie, które kryło się pod maską skupionego ucznia. W jej oczach nie było jednak pobłażliwości, lecz obietnica przewodnictwa. Zrozumiał, że Marzena nie chce sprawdzić, co ukrył w dresach; ona widzi w nim kogoś, kto potrzebuje instrukcji obsługi świata kobiet.
— Ale to pewnie potrwa — dodał cicho, nie mogąc oderwać wzroku od jej ust. — Muszę się jeszcze sporo nauczyć.
Marzena uśmiechnęła się szeroko, a ten uśmiech sprawił, że serce Ernesta zabiło mocniej niż podczas wczorajszego spotkania.
— No właśnie — powiedziała miękko. — Z lekcjami nie ma co zwlekać.
Po jeszcze krótkiej rozmowie, pełnej niedopowiedzeń i porozumiewawczych spojrzeń, Ernest musiał wracać do domu. Wstał od stołu, czując dziwną mieszankę ulgi i głodu – fizycznego i emocjonalnego.
— Dzięki za herbatę. I za rozmowę — powiedział przy drzwiach.
— Nie dziękuj — mrugnęła do niego, opierając się o framugę. — Do zobaczenia na kolejnej lekcji, Ernest. Tym razem postaraj się nie uciekać tak szybko.
Zamknął za sobą drzwi i szedł w stronę przystanku, czując, że świat wokół niego przestał być tylko zbiorem danych i reguł, a stał się miejscem pełnym zmysłów, których jedyną przewodniczką miała być Marzena.
Wieczorne powietrze było rześkie, niemal ostre, ale Ernest prawie go nie rejestrował. W jego głowie, niczym procesor pracujący na najwyższych obrotach, wciąż odtwarzała się ostatnia rozmowa. Każde jej słowo, każde mrugnięcie powiek i to jedno, przesuwające wzrok po jego ciele, było analizowane, sortowane i zapisywane w pamięci.
„Lekcje” – pomyślał, mocniej zaciskając dłoń na pasku torby.
To brzmiało jak plan. Logiczne, niemal matematyczne rozwiązanie problemu, z którym borykał się od lat. Jeśli Marzena faktycznie chciała mu pomóc, byłaby to najlepsza możliwa instrukcja obsługi świata kobiet. Nie musiałby zgadywać, nie musiałby popełniać błędów na żywym organizmie w szkole, gdzie każda potknięta kwestia kończyła się rumieńcem i poczuciem zażenowania. Tutaj, u Mariusza, pod okiem kogoś tak pewnego siebie jak ona, proces uczenia mógłby być znacznie bardziej... efektywny.
Zaczął planować kolejny krok. Musi do niej wrócić. Nie może po prostu przyjść i czekać na zaproszenie; musi mieć pretekst. Może powinien poprosić o rady? O to, jak zacząć rozmowę, jak utrzymać kontakt wzrokowy, żeby nie brzmieć tak, jakby recytuje skrypt w Pythonie. Skoro ona już przełamała lody, on mógłby wykorzystać tę przestrzeń, by nabrać pewności siebie. Ale im dłużej o tym myślał, tym silniej czuł żar rozlewający się w dole brzucha.
Ernest poczuł nagłe, drażniące napięcie w spodniach. Mimo luźnych materiałów, które zawsze wybierał, by ukryć swoją niezdarność, ciało zareagowało natychmiastowo. To było irytujące i fascynujące jednocześnie – ta całkowita utrata kontroli nad własną fizycznością w obecności kobiety, której jeszcze niedawno prawie nie znał.
Marzena opierała się o parapet, patrząc przez szybę na gasnące światła ulicy i sylwetkę Ernesta, która powoli niknęła w mroku. W kuchni wciąż unosił się zapach herbaty i ten specyficzny, zapach, który zostawił po sobie chłopak.
Uśmiechnęła się do siebie, czując dziwną satysfakcję. Wiedziała to, czego on jeszcze nie potrafił nazwać – młody całkowicie połknął haczyk. Widziała to w jego oczach i w tym, jak jego oddech wyluzował. Był tak autentyczny w swojej nieśmiałości, tak bardzo... czysty. To sprawiało, że instynkt łowcy, który zawsze drzemał pod jej pewną siebie maską, domagał się działania.
Chciała mu pomóc, naprawdę. Czuła do niego rodzaj opiekuńczej sympatii – był tak bardzo inny niż Mariusz, tak bardzo potrzebujący prowadzenia. Ale była też kobietą, która miała swoje konkretne potrzeby i bardzo konkretne upodobania.
Przesunęła dłonią po udzie, czując pod palcami napiętą skórę. Przymknęła oczy, a wspomnienie wczorajszego wieczoru wróciło do niej z siłą uderzenia fali. Widok tego, co Ernest skrywał pod luźnymi spodniami – ten potężny, wyraźny zarys, który niemal nie pasował do jego drobnej sylwetki – sprawił, że jej nogi stały się nagle miękkie.
Poczuła ciężar w dole miednicy i znajome pulsowanie. Jej skóra pod cienką koszulą stała się wrażliwa na każdy ruch powietrza, a między udami wyraźnie, zrobiło się wilgotno. To nie była już tylko ciekawość badacza; to było fizyczne pragnienie sprawdzenia, jak bardzo ta „instrukcja obsługi”, którą zamierzała mu przekazać, będzie intensywna.
Mariusz zaraz wróci z treningu. Marzena spojrzała na zegarek i pomyślała, że lekcje dla Ernesta mogą stać się znacznie bardziej zaawansowane, niż on sam jest w stanie sobie wyobrazić.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Pizdeusz-Początek
Treść stworzona przy pomocy AI
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Pumciak
Myśłę że powinna sprawdzić więc pozwól jej na to